niedziela, 23 lipca 2017

SIEDEM SIÓSTR

(NIE)SZCZĘŚLIWA SIÓDEMKA



Tytuł: „Siedem sióstr”
Autor: Lucinda Riley
Tłumacz:  Marzenna Rączkowska i Maria Pstrągowska
Wydawca: Albatros 2017
Stron: 544
ISBN: 978-83-7985-943-6

Zdanie rozpoczynające tekst jest niezwykle ważne. Jest niczym pierwsze wrażenie podczas zawierania nowej znajomości. Często decyduje o tym, czy ktoś zada sobie trud przeczytania zdania drugiego, a potem trzeciego. I kolejnych.
Ok. Udało mi się dotrzeć do miejsca, którego z pewnością nie można nazwać nie tylko pierwszym zdaniem, ale nawet pierwszym akapitem. Mogę więc już spokojnie napisać tego koszmarka. Książka autorstwa Lucindy Riley „Siedem sióstr” to pierwsza część siedmiotomowego cyklu „Siedem sióstr”. Ufff… Mam to już za sobą. A teraz do rzeczy.
Cykl ten, to saga opowiadająca o losach sióstr poszukujących swych korzeni. Wbrew tytułowi, sióstr jest tak naprawdę sześć, a do tego nie są właściwie siostrami. To dziewczynki pochodzące z różnych stron świata, które przygarnął i adoptował tajemniczy milioner – Pa Salt. Okoliczności jego nagłej, owianej mrokiem tajemnicy śmierci są osią łączącą poszczególne części cyklu. Wątek ten potraktowano jednak (przynajmniej w pierwszym tomie) nieco po macoszemu. Ot, kilkanaście stron na początku i kilka stron na końcu. Jest on niczym kolorowa fuga łączącą ozdobne kafelki – pełni głównie funkcję dekoracyjną, ale jak na razie za wiele nie wnosi. A szkoda, bo zagadka Pa Sala bardzo mnie zaintrygowała. Pozostaje mieć nadzieję, że w kolejnych tomach dowiemy się czegoś więcej. Cóż, w końcu mamy do czynienia z sagą, a saga, z definicji, powinna być długa. Albo bardzo długa. Przed nami jeszcze sporo czytania, pewnie i dla Pa Salta znajdzie się w końcu miejsce.
Saga rodzinna to bardzo pojemny termin. Może się pod nim kryć wszystko: powieść obyczajowa, historyczna, społeczna, a nawet kryminalna. Dlatego też biorąc do ręki „Siedem sióstr” nie wiedziałam na dobrą sprawę, z czym mam do czynienia. Teraz, gdy lekturę mam już za sobą mogę z całą pewnością stwierdzić, że chodzi o romans. A właściwie dwa romanse w jednym, bo akcja toczy się w dwóch płaszczyznach czasowych. Wraz z losami Mai – najstarszej z siedmiu sióstr, śledzimy równolegle historię jej prababki Izabeli.
Gdy piszę, że książka jest romansem, nie jest to zarzut, a jedynie stwierdzenie faktu. Od dawna bronię romansu, konsekwentnie walczę z pogardliwym traktowaniem tego gatunku i pracowicie dowodzę, że romans, jak każda inna książka – sensacyjna, obyczajowa, fantastyczna, kryminalna – może być albo dobra albo zła. Wszystko zależy od pomysłu oraz warsztatu i  talentu pisarza.
Czy „Siedem sióstr” to romans dobry? Powieść Lucindy Riley to z pewnością książka nie dla każdego. Jest to pozycja bardzo klasyczna, przypadnie więc do gustu tym, którzy akceptują reguły i ograniczenia rządzące gatunkiem. Co się za tym, dość  ogólnym, stwierdzeniem kryje?
Po pierwsze, specyficzne podejście do opisywanych wydarzeń i emocji. Emocje mają być pozytywne Nawet gdy dzieje się coś smutnego czy wręcz tragicznego. Jak to możliwe? Już śpieszę z wyjaśnieniami. Wyobraźcie sobie film, bardzo smutny film, w którym umiera nasza ulubiona bohaterka. Jeśli po wyjściu z kina skomentujemy „jakaż smutna/tragiczna/dołująca była jej śmierć!” znaczy to, że oglądaliśmy dramat. Jeśli jednak, ze łzą w oku wychlipiemy „jakżeż pięknie ona umierała!” to znaczy, że trafiliśmy na melodramat. Łapiecie różnicę?  Tak właśnie jest w „Siedmiu siostrach”. Choć wiele opisanych wydarzeń jest (teoretycznie) smutne, to przedstawiono je tak, że na myśl nasuwa się raczej określenie „rzewne” niż „tragiczne”.  Jakby bohaterowie poruszali się w świecie utkanym z waty cukrowej – wszystko wokół ma słodkawy smak. Nawet cierpienie.
Po drugie, prostota i przewidywalność. Romans nie jest od tego żeby zadziwiać niespotykanymi pomysłami, bo od tego mamy fantastykę. Romans nie jest od tego żeby trzymać w napięciu ani  zaskakiwać nagłymi zwrotami akcji, bo od tego mamy sensację. Romans nie jest od tego by dostarczać nam wyrafinowanych zagadek, bo od tego mamy kryminał. Romans ma wzruszać. Kropka. Jeśli masz dość pogoni, ucieczek, strzelanin i intryg, jeśli masz ochotę na odrobinę nieco staromodnych nostalgicznych wzruszeń, to „Siedem sióstr” jest dla ciebie.
Piękny romans potrzebuje pięknej oprawy niczym obraz ramy. Autorka zadbała więc o to, by akcja toczyła się w ciekawych, malowniczych i przemawiających do wyobraźni miejscach. Zabiera nas do tchnącej spokojem Szwajcarii, egzotycznej Brazylii i tętniącego życiem, XIX wiecznego Paryża. Odbywając wraz z Lucindą Riley podróż w czasie i przestrzeni nie tylko poznajemy losy stworzonych przez nią bohaterów lecz także stajemy się świadkami jednego z najbardziej fascynujących przedsięwzięć artystycznych – tworzenia posągu Cristo, czyli słynnej, górującej nad Rio  de Janeiro figury Chrystusa Odkupiciela.
Gdybym miała wskazać jedną, wyraźną wadę książki, bez wahania wybrałabym język. Jest to język co prawda poprawny, ale w bardzo specyficzny, szkolny sposób. Owszem, nie znajdziemy tam ani rażących błędów gramatycznych czy stylistycznych, ani tym bardziej ortograficznych. Zadania są okrągłe, wypolerowane, ale takie jakieś… nijakie. Jest to język jakim posługuje się na maturze pracowita prymuska, która brak polotu nadrabia pracowitością i dokładnością. O ile jeszcze w komentarzu odautorskim taki styl jakoś się broni, o tyle w dialogach jest naprawdę ciężkostrawny. Żadnego zróżnicowania językowego, żadnych emocji, jakby bohaterowie odczytywali swe kwestie z kartki.
W pierwszym odruchu chciałam skrytykować tłumaczki, ale coś mnie tknęło i zerknęłam do oryginału, a właściwie tylko do drobnego fragmentu udostępnionego bezpłatnie w formie „przynęty”. Wygląda na to (o ile mogę osądzać na podstawie niewielkiego urywka tekstu), że praca  translatorska została wykonana poprawnie. Po prostu autorka ma taki styl.
Dodam jeszcze, że choć mamy do czynienia z książką otwierającą cykl, to jest ona w zasadzie zamkniętą całością. Jeśli ktoś waha się – czytać czy nie czytać, uważam, że może zaryzykować. Jeżeli powieść nie go porwie, może spokojnie zakończyć przygodę po pierwszym tomie. A jeśli historia zainteresuje go, to cóż – nie pozostanie nic innego jak cierpliwie czekać na kolejne tomy.

czwartek, 29 czerwca 2017

OSTATNI Z ŻYWYCH

GARŚĆ ANEGDOT

Tytuł: „Ostatni z żywych. Opowieści z Fabryki Snów”
Autor: Roger Moore
Tłumacz: Maciej Szymański
Wydawca: Rebis 2015
Stron: 304




Jakoś tak jest, że śmierć przypomina nam o ludziach lekko już za życia zapomnianych. Dotyczy to zarówno celebrytów (pamiętacie internetową histerię po śmierci Carrie Fisher?), jak i dalszych członków każdej rodziny. Nagle, gdy jest już za późno, zaczynamy żałować, że przez ostatnie dziesięć lat nie znaleźliśmy czasu, żeby odwiedzić ukochaną ciotuchnę. Co jest tego przyczyną – nie wiem. Tak jest i już.
Niedawno do Wielkiej Montażowni (jak zwykł był mawiać Tony Curtis) odszedł kolejny człowiek legenda: Roger Moore. Idol mojego dzieciństwa. Niezapomniany „Święty”, czarujący lord Berett Sinclair, i oczywiście Bond. James Bond. Na ironię, a wręcz na czarny humor, zakrawa fakt, że pożegnalna książka sir Rogera nosi tytuł „Ostatni z żywych”. Informacja o śmierci aktora przypomniała mi o przystojniaku, w który podkochiwałam się, podlotkiem będąc (O, niestałości uczuć kobiecych!), i zachęciła do sięgnięcia po książkę. Jak było?
Największą przyjemność sprawiła mi nie zawartość pisana, lecz dopełniające ją obrazy. „Ostatni z żywych” to pozycja bogato ilustrowana. Choć część z prezentowanych zdjęć jest powszechnie znana, to jednak sporo z nich widziałam po raz pierwszy. Przyłapałam się na tym, że traktuję książkę bardziej jak album niż literaturę – pomijam treść i z wielką lubością (oraz łezką w oku) przeglądam fotografie. Ależ się przy tym wzruszyłam!
A co z treścią? Podtytuł „Opowieści z Fabryki Snów” najlepiej oddaje zawartość książki. To zbiór luźno ze sobą powiązanych anegdot ze świata filmu. Niektóre są rzeczywiście zabawne, inne nie bardzo. Aczkolwiek trudno o coś bardziej subiektywnego niż poczucie humoru. To, co jednego czytelnika rozbawi do łez, u innego wywoła jedynie grymas niesmaku lub znudzone ziewnięcie. De gustibus… i tak dalej. Tym bardziej że anegdoty są mocno zróżnicowane: od niepoddających się tłumaczeniu żartów językowych, poprzez specyficzny angielski humor, aż po dość przaśne historyjki.
Z pewną przykrością muszę przyznać, że Roger Moore był znacznie lepszym aktorem niż pisarzem. Książka napisana jest niezwykle chaotycznie, bez żadnej myśli przewodniej. Ot, garść luźno powiązanych opowieści, posortowanych wedle raczej przypadkowego klucza. Do tego historie przekazane są dość drętwo. Autor traktuje osoby, o których opowiada, z ogromną dozą życzliwości, nawet wtedy, gdy treść historii zupełnie takiej życzliwości nie usprawiedliwia. Dystans, który urzekał na ekranie, w wersji pisanej nie sprawdza się. Powstał tekst sztywny i nienaturalny. Być może zabrakło niepowtarzalnych gestów, mimiki, uśmiechu, które na ekranie nadawały niepowtarzalny urok nawet najprostszym opowieściom.
Wartość poznawcza „Ostatniego z żywych” jest mocno problematyczna. Moore, który przecież przemysł filmowy znał od podszewki i z pewnością niejedną ciekawą historię mógłby opowiedzieć, ślizga się po powierzchni. Nie wychodzi poza obręb płytkich towarzyskich ploteczek. Z książki nie dowiadujemy się nic ani o kulisach przemysłu filmowego, ani o blaskach i cieniach życia gwiazd. Całość przywodzi na myśl kompilację krótkich artykułów z kolorowej prasy. A szkoda.
Pozycja głównie dla miłośników kina poszukujących anegdotek, którymi będą mogli zabawiać towarzystwo podczas spotkania przy piwie albo podczas rodzinnego grilla.

czwartek, 22 czerwca 2017

PRYWATNE ŻYCIE SUŁTANÓW

SEKRETY DWORU SUŁTANA


Tytuł: Prywatne życie sułtanów. Sekrety władców imperium osmańskiego
Autor: John Freely
Tłumacz: Justyn Hunia, Anna Sak
Wydawca: Znak Literanova 2017
Stron: 366
ISBN: 978-83-240-3724-7


Mimo, że w dobie Internetu telewizja nie ma aż tak wielkiego wpływu na społeczeństwo jak to onegdaj bywało, to wciąż ma ogromną moc kreowania mód i trendów. W wielu przypadkach jest to zjawisko pozytywne. To dzięki niezbyt skądinąd ambitnemu programowi „Taniec z gwiazdami” ludzie masowo ruszyli do szkół tańca, a serial „Wspaniałe stulecie” zainicjował falę zainteresowania imperium osmańskim. Ktoś może powiedzieć, że moda mija i większość ludzi porzuci chwilową pasję na rzecz nowej. To prawda, ale przecież jakiś procent będzie nadal uprawiać nowe hobby. Nie wspominając już o tym, że kilka miesięcy intensywnych pląsów pomogło zrzucić parę zbędnych kilogramów, a zdobyta wiedz historyczna pozostanie w pamięci i kiedyś może się przyda – jeśli nawet nie da wymiernych korzyści finansowych, to pozwoli błysnąć erudycją. Tak więc nie walczmy z modami. Popierajmy je i wyciągajmy z nich to, co najlepsze.

O serialu „Wspaniałe stulecie” wspomniałam nie bez przyczyny. Na fali popularności tego filmu (aczkolwiek z niejakim opóźnieniem) ukazała się na polskim rynku książka autorstwa Johna Freelya „Prywatne życie sułtanów. Sekrety władców imperium osmańskiego”. Do książek powstałych pod wpływem mody podchodzę z niejaką nieśmiałością, gdyż często ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Tym razem jednak moje obawy okazały się płonne. „Prywatne życie sułtanów” to pozycja ze wszech miar godna polecenia.

W przypadku pozycji popularno-naukowych często mamy do czynienia z zachwianą równowagą. Gdy autor za bardzo skłania się ku członowi „popularny” dostajemy nieznośną papkę, gdy przeciwnie, za bardzo przejmie się określeniem „naukowa” zaczyna wiać nudą. John Freely znalazł idealne proporcje: napisał książkę świetnie wyważoną: wartościową, a jednocześnie ciekawą.

Po przeczytaniu tego, nieco może przydługiego, wstępu nietrudno odgadnąć o czym rzecz traktuje. Dokładnie tak, jak to zapowiada tytuł, pozycja poświęcona jest dworskiemu życiu Domu Osmanów – dynastii, która przez ponad siedemset lat władała imperium osmańskim. Zaczyna się może troszeczkę ciężkawo – autor funduje nam skondensowaną porcję historii powstania dynastii w XIII wieku, ale potem, gdzieś tak w okolicach upadku Konstantynopola robi się naprawdę ciekawie. Freely koncentruje się na wszechobecnej w seraju polityce. Analizuje władze matki panującego sułtana (valide sultan), wyjaśnia różnicę między pierwszą kobietą (birinci kadin) a sułtańską faworyta (haseki), szczegółowo wyjaśnia hierarchię obowiązująca w haremie. Opisuje fascynujące, choć często przerażające wydarzenia: morderstwa, intrygi, spiski, knowania.

Dwór sułtana to zamknięty, fascynujący świat, rządzący się własnymi regułami. Miejsce, które ciekawie jest obserwować, acz niekoniecznie chciałby się tam żyć. I chodzi mi nie tylko o pozycję kobiety w kulturze Orientu. Los brata władcy też nie był godny pozazdroszczenia. Książka pełna jest interesujących faktów, opowieści i legend, które każdy, kto choć trochę interesuje się historią, powinien poznać.

Wszystko to John Freely opowiada w sposób przejrzysty, zwięzły (ale nie przesadnie) i klarowny. Dzięki temu książkę dobrze się czyta, a przyswojenie obszernego materiału historycznego nie nastręcza żadnych trudności. Fakty po prostu same się zapamiętują. Z pewnością pomagają w tym starannie dobrane, przepiękne ilustracje. Szkoda tylko, że jest ich tak mało, ale w dobie Wikipedii i Googla nie jest to duży problem. Bardzo przydatny jest też słowniczek zawierający popularne słowa i terminy tureckie a także występujące w języku polskim wyrazy pochodzenia orientalnego.

Jeśli czegoś mi w „Prywatnym życiu sułtanów” zabrakło, to szerszego tła historycznego i społecznego. Autor koncentruje się na niewielkim wycinku rzeczywistości tracąc z oczu obraz całości. Spowodowało to (przynajmniej u mnie) pewne trudności ze zrozumieniem korelacji między upadkiem imperium a panowaniem ostatnich, słabych sułtanów i określeniem, co było skutkiem, a co przyczyną. Jest to jednak drobny mankament, nie zmieniający faktu, że „Prywatne życie sułtanów” naprawdę warto przeczytać. Polecam!

poniedziałek, 5 czerwca 2017

PROBLEM TRZECH CIAŁ

W ODMĘTACH NAUKI


Tytuł: Problem trzech ciał
Autor: Cixin Liu
Tłumacz: Andrzej Jankowski
Wydawca: Dom Wydawniczy Rebis 2017
Stron: 452
ISBN: 978-838062049-0



Dawno, dawno temu, gdy jeszcze miałam czas i ochotę na prowadzenie bogatego życia towarzyskiego, na pewnej, dość kameralnej imprezie, przydarzyła mi się niezobowiązująca rozmowa z młodą i, co to ukrywać, lekko podchmieloną intelektualistką. Dziewczę owo (z gatunku „my, intelektualistki, czytamy wyłącznie poezję) pragnąc podkreślić swą erudycję i nieszablonowość, rzuciło mimochodem „niedawno odkryłam nowego, nieznanego poetę – Pablo Nerudę”. Tylko nadludzki wysiłek woli sprawił, że nie wybuchnęłam śmiechem i nie oplułam sączonym niefrasobliwie drinkiem innych, nieświadomych zagrożenia gości.
Historia ta przypomniała mi się po latach, bo oto czytelnicy odkrywają nowego, nieznanego pisarza – Cixin Liu. Tymczasem wystarczy klika kliknięć by dowiedzieć się, że Cixin Liu pisał i publikował w czasach, gdy część miłośników fantastyki właśnie uczyła się raczkować. Autor debiutował w roku 1998, rok później otrzymał pierwszą nagrodę za twórczość literacką i od tego czasu trwa pasmo jego nieprzerwanych sukcesów.
Na usprawiedliwienie nieświadomych „odkrywców” , w tym także (co przyznaję ze wstydem), piszącej tej słowa, przemawia fakt, że tłumaczeniami dzieł Cixin Liu w przeszłości raczej nas nie rozpieszczono. Z tego co wiem, co wiem, przed ukazaniem się powieści „Problem trzech ciał”, na język polski przetłumaczono zaledwie jedno opowiadanie Liu - „Wędrująca Ziemia”.  Czytanie w oryginale, w tym przypadku nie wchodzi raczej w grę. Liczba osób biegle władających chińskim jest, mimo wszystko ograniczona (oczywiście, jeśli pominiemy miliard z okładem Chińczyków).
W końcu jednak twórczość chińskiego mistrza sf pokonała chiński mur i szturmem wdarła się na zachodnie rynki. Doprawdy, szkoda, że musieliśmy tak długo czekać, bo Liu jest autorem ze wszech miar godnym uwagi.
„Problem trzech ciał” – pierwsza część trylogii „Wspomnienie o przeszłości Ziemi” to hard SF w najlepszym wydaniu. Nie zdradzę chyba zbyt wiele, gdy powiem, że tytułowe trzy ciała, to bynajmniej nie zwłoki (kto liczył na kryminał może w tym miejscu porzucić wszelką nadzieję) lecz obiekt, znanego naukowcom nie od dziś, zagadnienia  mechaniki klasycznej, polegającego na wyznaczeniu toru ruchów ciał wchodzących w skład n-elementowego układu. Zapachniało nauką? I to jak!  Mówimy wszach o powieści z gatunku fantastyki-naukowej, takiej, w której oba człony nazwy  są równoprawne. Przez lata SF pozostawała w odwrocie, ulegając zmasowanym atakom elfów, krasnoludów, smoków, wilkołaków i nastoletnich czarodziejek. Teraz jednak odbija się od dna i powraca w wielkim stylu.   Nie ukrywam, że SF jest mi znacznie bliższa niż fantasy, stąd ma radość z takiego obrotu spraw.
W „Problemie trzech ciał” nauka nie jest jedynie ozdobnikiem czy pretekstem. Jest pełnoprawnym bohaterem opowieści. Osią, wokół której osnuta jest cała intryga.  Bez niej cała książka straciłaby sens. Autor, praktykujący inżynier (pracuje w elektrowni w Yangquan w prowincji Shanxi) czuje się wśród technicznych rozważań jak ryba w wodzie. Płynnie łączy zdobycze współczesnej nauki i techniki z tworami wyobraźni. Pamiętacie może, głośny swego czasu film „Farinelli”? Aby uzyskać skalę głosu niedostępną współczesnym śpiewakom spece od komputerów połączyli głosy dwójki artystów – kobiety i mężczyzny – tak, że moment przejścia był nie do uchwycenia nawet dla wielu melomanów. Owszem, każda osoba posiadająca jako-taki słuch potrafiła określić, czy w danym momencie słyszy głos męski czy żeński, ale tylko nieliczni potrafili wskazać dokładny moment, w którym następowała zmiana. Podobnie jest z nauką w „Problemie trzech ciał”. Każdy, mniej więcej obeznany z techniką czytelnik wie, co jest prawdą, a co wymysłem autora, ale wcale nie tak łatwo jest uchwycić wyraźną granicę między tymi dwoma światami. Pychotka!
Spekulacje naukowe to nie jedyny problem nurtujący pisarza. Powieść Liu to niesamowity konglomerat rozważań technicznych, politycznych i filozoficznych, rzucony na przeciekawe tło historyczne i obyczajowe. Wszak rzecz dzieje się w Chinach – kraju równie nam obcym i nieznanym co powierzchnia Księżyca. Właściwie, zrobiwszy pobieżny przegląd swej dość płytkiej wiedzy dochodzą do wniosku, że o Księżycu wiem nico więcej niż o Kraju  Środka. Twórca amerykańskiego przekładu, Ken Liu, był tego faktu w pełni świadomy, bo opatrzył tekst licznymi komentarzami włączonymi również do wydania polskiego. Tak jak nie lubię przypisów w literaturze beletrystycznej, tak tym razem  jestem za nie bardzo wdzięczna. Bez nich straciłabym wiele niuansów oczywistych dla chińskiego czytelnika, ale zupełnie niedostrzegalnych dla przeciętnego człowieka zachodu. Nachodzi mnie tylko smutna refleksja, ileż jeszcze dodatkowych smaczków mi umknęło? Mam podejrzenia graniczące z pewnością, że bardzo wiele.
„Problem trzech ciał” to powieść wielowątkowa.  Akcja osadzona jest  w różnych miejscach czasu i przestrzeni. Mamy i współczesne Chiny, i Chiny okresu rewolucji kulturalnej, i rzeczywistość wirtualną, i obcą, oddaloną od Ziemi o lata świetlne cywilizację.  Autor po mistrzowsku panuje nad tym bogactwem. I tu czuje się logiczny, konsekwentny umysł inżyniera. Do powieści ani na chwilę nie wkrada się chaos. Nic tu nie jest przypadkowe.  Historia jest niczym skomplikowany mechanizm, pełen zagadkowych detali. Choć liczba elementów początkowo zaskakuje, to po bliższym spojrzeniu okazuje się, że nic tu nie jest zbędne. Wydarzenia cały czas łączą się ze sobą niczym idealnie dopasowane koła zębate,  rozwój wypadków jest konsekwentny niczym ruch elementów perfekcyjnie dostrojonego mechanizmu, a czytelnik, mimo całego rozmachu opowieści, ani na chwilę nie czuje się zagubiony.  „Problem trzech ciał”, choć  jest pierwszą częścią trylogii, nie ma znamion „rozbiegówki”. To dobrze przemyślana, skonstruowana i po mistrzowsku skomponowana całość.  Autor nie wpadł w manierę wielu współczesnych pisarzy, którzy po kilkuset stronach pokazują czytelnikowi figę nic nie wyjaśniając. U Liu tajemnice zostają odkryte, zagadki rozwiązane, wszystkie wątki domknięte.  Oczywiście, zakończenie jednoznacznie sugeruje, że należy się spodziewać  ciągu dalszego, jest to jednak na tyle subtelne, że nie poczułam się oszukana. Obiecano mi ciekawą historię i ciekawą historię dostałam. Razem z rozwiązaniem. A mimo to, mimo że nie zastawiono na mnie pułapki wiem, że i tak sięgnę po kolejne części, bo „Problem trzech ciał” to rzecz na tyle dobra, że nie potrzeba cliffhangera by czytelnik miał ochotę przeczytać kolejny tom.

Zamiast post scriptum. Trochę trudu sprawiło mi rozszyfrowanie, które z dwóch słów jest imieniem, a które nazwiskiem autora.  Jak wiadomo, Chińczycy  umieszczają nazwisko przed imieniem. Z drugiej strony Europejczycy o tym wiedzą i czasami zamieniają słowa miejscami żeby było „po naszemu”, tak że w końcu nie wiadomo czy zastosowano szyk chiński, czy europejski. Żeby było trudniej, na okładce widnieje Cixin Liu, ale już w notce Copyright – Liu Cixin. W końcu jednak udało mi się dociec prawdy i z całą odpowiedzialnością mogę napisać Cixin to imię, a Liu nazwisko.  

niedziela, 23 kwietnia 2017

PRÓBA OGNIA

O KATEGORIACH (nie tylko wagowych)

Tytuł: Próba ognia
Autor:  Josephine Angelini
Tłumacz: Małgorzata Kaczarowska
Wydawca: Jaguar
Stron: 527



Każdy, kto choć trochę interesuje się sportem,  z pewnością zauważył, że  regulamin niektórych dyscyplin próbuje wyrównywać szanse zawodników. Stąd w podnoszeniu ciężarów czy w boksie podział na liczne kategorie wagowe (pozwolę sobie na dygresję – uwielbiam słowo „lekkopółśrednia”). Z drugiej strony są dyscypliny takie jakie jak biegi czy skok wzwyż, gdzie wszyscy startują razem bez względu na warunki fizyczne.  Mamy nawet drugą skrajność – jeździectwo, gdzie kobiety startują na równi z mężczyznami.
Podobnie jest z recenzjami książek. Niektórzy próbują stosować kryteria uniwersalne, inni oceniają pozycję w obrębie szerszych lub węższych kategorii. Przyznam się, że bliżej mi do drugiego podejścia. Bo jak tu porównać na przykład „Zbrodnie i karę” z takim „Harrym Potterem”? 
Po co ten nieco przydługi wstęp? Ano po to, bym mogła jasno i wyraźnie powiedzieć „Próba ognia” dość blado wypada w klasyfikacji ogólnej, ale w swojej kategorii – romanse fantastyczne dla młodszych nastolatek – prezentuje się wcale nieźle.  Co więcej, to co przy zastosowaniu kryteriów obiektywnych jest wadą, w obrębie tej specyficznej kategorii może być zaletą. Dziwne? Dziwne! Pozwólcie więc wytłumaczyć mi się z tej jakże pokrętnej logiki.
Zacznijmy od pomysłu, wokół którego osnuto fabułę. Oto mamy słabowite dziewczę, które po przeniesieniu do równoległego świata okazuje się władać super mocą. Ależ to już było! Ile razy? Trudno zliczyć. Gdy jednak zadumać się nad tym przez chwilę, rodzi się refleksja. Jeśli ten pomysł wykorzystywano z sukcesem tyle razy, to może zwyczajnie czytelnicy go lubią? Może po prostu jest atrakcyjny? W końcu liczba możliwych scenariuszy bajki jest skończona i policzalna, nieprawdaż? Dla kogoś kto ma za sobą setki przeczytanych książek, założenia „Próby ognia” z pewnością trącą wtórnością. Dla kogoś rozpoczynającego swą przygodę z fantasy będą ciekawe.
Relacje między bohaterami są tak proste,  że już prościej być nie może. Ona jedna, ich dwóch – jeden dobry, drugi zły i pytanie, którego wybierze oraz czy dokona słusznego wyboru.  Ach, i jeszcze ten motyw „ja go kocham, a on widzi we mnie tylko kumpla, a gdy już mnie dostrzeże, to tylko po to, by zdradzić”.  To wszystko już było. Tyle tylko, że o tym wiedzą starzy wyjadacze. Gdy czytelnik ma naście lat, wszystko jest dla niego nowe i interesujące.  A dylemat, który u starszej pani budzi jedynie uśmieszek politowania, jest taki prawdziwy i ważki. Czymże żyją młodzi ludzie jeśli nie starymi jak świat rozterkami sercowymi?  Aż mi się łza w oku kręci, gdy pomyślę, że sama kiedyś byłam takim czytelnikiem – niezblazowanym i dziwiącym się światu.
Po nieskomplikowanym świecie chodzą sobie nieskomplikowane postaci. Główna bohaterka, Lili, jest dość irytującym nagromadzeniem cnót wszelakich: wegetarianka (woli się zagłodzić nić jeść mięso), ekolożka (precz z atomem!), współczująca, wrażliwa. Mam cichą nadzieję, że w kolejnych tomach u panny wystąpi jakaś, bodajże mikroskopijna, wada. Na drugim planie przewija się cała galeria łatwych do sklasyfikowania postaci: Osoba Która Jest Zła Bo Została Skrzywdzona w Dzieciństwie, Rozgoryczony Nieszczęśliwym Zawodem Miłosnym, Szlachetny Gej, Oddany Sprawie Naukowiec, Knujący Za Plecami. Długo by wymieniać. I znowu, zanim zaczniemy narzekać, pomyślmy o potencjalnym czytelniku. Młodym. Młodzi tak mają, że widzą świat czarno-biały. Potrzebują jednoznacznych postaci, wyrazistego podziału, wyraźnych definicji. Na dostrzeganie odcieni szarości przyjdzie jeszcze czas.
Również fabuła „Próby ognia” nie jest specjalnie wysublimowana. Prosta, linearna, przedstawiona w taki sposób, że nawet najbardziej nieuważny czytelnik nie ma szans się pogubić. I znowu, z jednej strony można zarzucić książce brak subtelności czy wyrafinowania, z drugiej jednak, gdy przypomnimy  sobie o grupie docelowej, taki zabieg wydaje się całkiem logiczny. Powieść ma wciągnąć, zaciekawiać, nauczyć że czytanie bywa przyjemne, a nie odstraszać skomplikowaną formą. Czas na wyrafinowane utwory literackie przyjdzie później. Znacznie później.
Jedyne czego nie da się wybronić  to pojawiający się miejscami brak wewnętrznej logiki opowieści.  Z jednej strony autorka co i rusz powtarza, że magia to coś niesamowicie trudnego, coś, czego trzeba się latami uczyć, a z drugiej strony pozwala swej bohaterce opanować tę trudną sztukę w ciągu dosłownie kilku chwil.  Takich nielogiczności jest w tekście więcej. Bardzo młody czytelnik pewnie przymknie na nie oko, być może nawet nie zauważy pochłonięty fabułą, ale trochę to nieładnie ze strony autorki.  Takie niedopracowanie szczegółów świadczy o pewnym braku szacunki dla czytelnika. A może o braku wiary w jego inteligencję?
Wiecie już o jakim typie książki mówimy? O powieści poskładanej dość sprawnie z wielu kalek. O patchworku, który choć nie wnosi nic nowego, choć pozszywany ze starych kawałków, składa się w całkiem przytulną całość.
Warto więc, czy nie warto sięgać po „Próbę ognia”? Jeśli jesteś nastolatką (albo nastolatkiem o subtelnej duszy z wyraźnym pierwiastkiem kobiecości)  poszukującą lekkiej, rozrywkowej lektury,  jeśli chcesz odpocząć czytając coś nieskomplikowanego i bezpretensjonalnego, wtedy tak – warto.  Nie masz przy tym co liczyć na jakieś szczególnie wyszukane przeżycia intelektualne, ale zapewnisz sobie kilka godzin odpoczynku.  Jeśli natomiast nie zaliczasz się do tej kategorii, to „Próba ognia” raczej nie jest dla ciebie.

czwartek, 13 kwietnia 2017

DZIKI ŁABĘDŹ I INNE BAŚNIE

BAŚŃ NASZA POWSZEDNIA

Tytuł: Dziki łabędź i inne baśnie
Autor: Michael Cunningham
Tłumacz: Jerzy Kozłowski
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 158


Bajki, baśnie, legendy… Towarzyszą nam niemal przez całe życie. Historie opowiadane przez mamę do snu, snute nieśpiesznie przez babcię przy kominku, czytane w długie, zimowe wieczory przez dziadka. Jakoś tak jest, że inne, znacznie dostojniejsze opowieści zacierają się z czasem w naszej pamięci, a bajka trwa.
Wydawać by się mogło, że wszyscy znamy te same historie: o Babie Jadze, o dzikich łabędziach, o dzielnym, ołowianym żołnierzyku. A jednak ilu ludzi, tyle interpretacji. Czegóż to  się w baśniach nie dopatrywano! Jakich tylko treści w nich nie wyłowiono! Natknęłam się na interpretacje ideologiczne, genderowe, freudowskie. W baśniach widziano odgłosy walki klasowej (sic!): wywodzący się z ludu Iwanuszka/Jaś kontra symbol władzy i ucisku  (car/król), propagowanie społecznej dominacji mężczyzn – Kopciuszek jako przedmiot wymiany matrymonialnej, podtekst seksualny – książę całujący Śnieżkę w trumnie jako  przejaw dewiacji seksualnej. I tak dalej, i tak dalej. Długo by wymieniać. Niejedną dysertację na ten temat napisano.
Każdy też inaczej opowiada swoją baśń.  Podkreślając jedne szczegóły i pomijając inne nadaje opowieści nowe znaczenie. Od jakiegoś czasu popularne jest odzieranie baśni z magii.  Warianty z cyklu „historia prawdziwa” nie dziwią już nikogo, a wręcz spowszedniały czytelnikom i widzom. Były już parodie, były wersje „dla dorosłych”. Czy można jeszcze coś w tej dziedzinie wymyślić, czymś zaskoczyć?
Okazuje się, że można. Michael Cunningham, w niedużej, ale niewątpliwie godnej uwagi książce „Dziki łabędź i inne baśnie” stosuje podwójną woltę. Najpierw pozbawia opowieści całej bajkowej otoczki, a potem nakłada na nie grubą warstwę poezji. Poezji pisanej prozą. Efekt jest więcej niż dobry.
Dziesięć baśni opowiedzianych na nowo, dowcipnie i z ironią, ale bez złośliwości. Wręcz przeciwnie, pełnych zrozumienia dla ludzkich słabości i sympatii dla inności.
Każda z historii ma własny, niepowtarzalny styl. Jedne wywołują na twarzy uśmiech, inne sprawiają że w oku niespodziewanie zakręci się łza. Jedne są zabawne, inne melancholijne, jeszcze inne przerażające. Wszystkie natomiast wciągają, pobudzają do myślenia i zaskakują.
„Dziki łabędź i inne baśnie” to książka magiczna. Książka, której nie da się czytać szybko. Oczywiście, technicznie rzecz ujmując, te sto pięćdziesiąt stron (sporą czcionką i z ilustracjami) można by bez większego trudu „machnąć” w jeden wieczór, ale byłoby to niewybaczalne marnotrawstwo. Coś jak wypicie jednym haustem znamienitego koniaku. „Dzikiego łabędzia” trzeba smakować. Rozkoszować się każdym zdaniem, każdym słowem. Gdy opowiadanie dobiegnie końca zamiast przejść szybciutko do następnego tekstu (choć kusi!) warto na chwilę odłożyć książkę, zamknąć oczy i pomyśleć. Pozwolić działać wyobraźni, pobawić się skojarzeniami, poszperać we wspomnieniach i ze zdumieniem odkryć, że przecież znasz bohaterów tej historii - to przydarzyło się komuś z twoich znajomych lub bliskich! A może nawet tobie samemu?
„Dziki łabędź i inne baśnie” to nie jest książka na plażę, to nie jest książka do poczytania w autobusie czy w poczekalni do lekarza. To książka do czytania po zmroku, w ciszy, gdy możemy zostać sam na sam z własnymi myślami, gdy nic nam nie przeszkadza, nic nie dekoncentruje, bo opowieści Cunnighama zasługują na to, by poświęcić im pełną uwagę.
I jeszcze jedno. Nie mam nic przeciwko ebookom. Mam czytnik, lubię go i właściwie nigdy się z nim nie rozstaję, ale cieszę się, że „Dziki łabędź” trafił do mnie w wersji tradycyjnej. Książka jest bardzo starannie wydana, ale nie w tym rzecz. Chodzi mi o genialne ilustracje Yuko Sizmizu – przyciągające uwagę, intrygujące, niejednoznaczne. Czarno-białe grafiki w zadziwiający sposób łączące wpływy Wschodu z estetyką Zachodu.  Ilustracje, będące wspaniałym uzupełnieniem świetnego tekstu, a jednocześnie stanowiące wartość same w sobie.

środa, 5 kwietnia 2017

FAK MAJ LAJF

TO NIE JEST TEKST DLA STARYCH LUDZI


Tytuł: Fak maj lajf
Autor: Marcin Kącki
Wydawnictwo: Znak Literanova 2017    
Stron: 320
ISBN: 978-83-240-3802-2

„Fak maj lajf” pióra Marcina Kąckiego to taki dziwny debiut, który w zasadzie nie jest debiutem. Autor ma za sobą wiele lat pracy jako dziennikarz, napisał też kilka książek z gatunku literatury faktu. Teraz postanowił zmierzyć się z materią powieści. Jaki wyszło? No cóż, mówiąc najoględniej kontrowersyjnie. Patrząc na książkę obiektywnie, jestem przekonana, że znajdzie ona wielu zwolenników. Subiektywnie natomiast… Powiem bez owijania w bawełnę, rzecz zupełnie nie przypadła mi do gustu. Trudno powiedzieć, czy to że książka jest jaka jest, to wynik przemyślanej kreacji artystycznej, czy raczej efekt uboczny nawyków reporterskich. To, co sprawdza się w prasie, nie zawsze musi wyjść na dobre literaturze pięknej.

Po pierwsze, język. Bardzo prosty, wręcz lapidarny. W sam raz do porannego wydania gazety. Wiadomo, czytelnik właśnie pije pierwszą kawę, jeszcze się do końca nie obudził, nie ma go co katować zdaniami podrzędnie złożonymi ani wyrafinowanymi metaforami. Lektura nie służy do delektowania się subtelnością stylu, a ma na celu jedynie przyswojenie podstawowych faktów. Tekst ma „wchodzić” lekko i szybko, bo na przeczytanie artykułu jest tylko tyle czasu, ile zajmuje zjedzenie kanapki albo przejechanie trzech przystanków w zatłoczonym autobusie. Od powieści oczekuję jednakże czegoś więcej. W końcu określenie „literatura piękna” zobowiązuje!

Po drugie, wulgaryzmy. Od czasu „Psów” Pasikowskiego wulgaryzmy na dobre zadomowiły się w kulturze popularnej. Nie bądźmy hipokrytami. Kto z nas od czasu do czasu nie zaklnie sobie od serca? Wulgaryzm, nawet bardzo mocny, ma obecnie pełne prawo znaleźć się w tekście. Co więcej, może być nawet pożądany, na przykład podczas budowania postaci. Z wulgaryzmami jest jednak tak jak z przyprawami. Dodane w rozsądnych ilościach nadają potrawie smaku, ale stosowane bez opamiętania sprawiają, że danie staje się niejadalne. Kącki wyraźnie „przesolił” swą powieść (że pociągnę to kulinarne porównanie). W książce trudno znaleźć stronę, a  w niektórych fragmentach chociażby akapit, bez mało literackich słów. To, co miało w zamyśle budować atmosferę, na dłużą metę męczy i nudzi.
A przecież można inaczej. Gdy czytamy Gogola, zachwycamy się ironią autora. Pamiętacie „Martwe dusze”?  „Jeden tam tylko jest porządny człowiek: prokurator; ale i ten, prawdę mówiąc, świnia.”*).  
Można pisać o łajdactwach bez przekleństw? Można!

Po trzecie, subtelność. A właściwie jej brak. Nawiązania do rzeczywistości są delikatne niczym onuce w carskiej armii. Doprawdyż, autor nie jest zbyt wysokiego mniemania o inteligencji ludzi, dla których pisze. Bardzo się boi, że czytelnik nie zrozumie aluzji. Przydałby się trochę wiary w możliwości intelektualne bliźnich. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że ktoś, kto sięga po powieść nie jest skończonym głupkiem. Ba!, to osoba, która nie tylko umie, ale i lubi wyszukiwać niuanse i czytać między wierszami. To nie widz sitkomu, któremu trzeba puszczać śmiech zza kadru, bo inaczej nie pojmie, że właśnie opowiedziano dowcip. A jeśli nie zrozumie? Hmmmm… czy aby an pewno warto walczyć o takiego czytelnika? Może zamiast równać w dół warto zmuszać potencjalnych odbiorców do pewnego, chociażby minimalnego, wysiłku intelektualnego? Inaczej zamiast literatury dostajemy nieznośną papkę.

Po czwarte, akcja. W zamyśle miała być szokująca. (Przynajmniej tak się zgaduję). W praktyce wyszło tandetnie. Całość nasuwa mi na myśl artykuły portali internetowych, nastawione na dużą „klikalność”, pisane specjalnie tak by wywołać tanie oburzenie i falę komentarzy. Zabawne jest to, że Kącki w „Fak maj lajf” wyśmiewa to zjawisko, a jednocześnie sam stosuje taką samą zagrywkę. Ciekawe czy to świadome działanie, czy po latach pracy dziennikarskiej przyzwyczajenie stało się drugą naturą?

Po piąte, postacie. Przerysowane do  bólu. Jeden w drugiego szuja, krętacz i karierowicz. Takie rozwiązanie jest dla mnie pochodną wspomnianego przed chwilą nawyku walki o „klikalność”.  Rzecz nie w braku bohatera pozytywnego. Zniechęca przebijająca z kreacji sztuczność. Świat zaludniony przez szubrawców trzeba budować z talentem, a przede wszystkim wiarygodnie. Różne są na to sposoby. Posłużę się tutaj kilkoma wielkimi nazwiskami. Gdy oglądamy filmy Tarantino przemoc, okrucieństwo i łajdactwo mają w sobie jakąś dziwną, prześmiewczą  lekkość. Gdy patrzymy na  mroczne światy Smarzowskiego, czujemy, że wszystko jest tam spójne, każda niegodziwość z czegoś wynika i czemuś służy. Gdy czytamy Chandlera czujemy, że zło naturalnie wplecione jest w akcję.  Czytając Kąckiego mam wrażenie, że autor co i rusz pokrzykuje „A teraz, drogi odbiorco tekstu, będę cię szokował”. Tyle tylko, że powieść nie szokuje, a jedynie nudzi.
Ok. Kończę już marudzenie, bo może nie mam racji. Może tak się teraz pisze, a to po prostu nie jest tekst dla starych ludzi? Widocznie mi z Kąckim nie po drodze. Idę poczytać Gogola.

*) Mikołaj Gogol „Martwe dusze” str. 50  Wydawnictwo „Tower Press” Gdańsk 2001 brak danych tłumacza