czwartek, 23 marca 2017

NEFRYTOWY RÓŻANIEC

SPOTKANIE Z FANDORINEM


Tytuł: Nefrytowy różaniec
Autor: Borys Akunin
Tłumaczenie: Ewa Rojewska-Olejarczuk
Wydawnictwo: Świat Książki 2009   
Stron: 656
ISBN: 978-832-47-1463-6


Kolejna książka opowiadająca o przygodach Erasta Fandorina. Zbiór opowiadań i mikropowieści o tym, co robił i gdzie bywał Fandorin w przerwach między sprawami opisanymi w  poprzednich książkach cyklu. Dzięki temu uzupełnionych i wyjaśnionych zostaje wiele luk w życiorysie bohatera. I tak, dowiadujemy się, na przykład, skąd wziął się nefrytowym różaniec, z którym Fandorin nigdy się nie rozstaje, dlaczego na znanym portrecie nasz bohater przedstawiony jest w uniformie studenta Instytutu Transportu Kolejowego, jak nawiązał znajomość z Andżeliką Kraszeninnikową oraz dlaczego nadano mu dziwne imię Erast?
„Nefrytowy różaniec” jest swego rodzaju żartem literackim, a jednocześnie hołdem oddanym mistrzom gatunku. Każde z opowiadań nawiązuje – zarówno treścią jak i delikatną stylizacją - do twórczości jednego z wybitnych twórców literatury: Sanyutei Encho (Jigumo), Edgara Allana Poe (Table-talk 1882), Georga Simenona (Z życia wiórów), Roberata van Gulika (Nefrytowy różaniec), Artura Conan Doyle’a (Skarpeja Baskakowów), Patrycji Highsmith (Jedna dziesiąta procenta), Agaty Chistie (Herbatka w Bristolu), Washingtona Irvinga (Dolina marzeń), Umberto Eco (Przed końcem świata),  Maurice’a Leblanca (Uwięziona w wieży, czyli krótka, lecz piękna droga trzech mądrych).
Można się spodziewać, że taka rozmaitość  inspiracji musiała zaowocować wielobarwnością treści. I w rzeczy samej, opowiadania wchodzące w skład zbioru są bardzo zróżnicowane. Od zabawnej historii z Dzikiego Zachodu (Dolina marzeń) po mroczną, przygnębiającą opowieść z syberyjskiej głuszy (Przed końcem świata). Od kameralnej opowieści (Table-talk 1882) po egzotyczną historię z Jokohamy (Jigumo). Od kłopotów brytyjskiej arystokratki (Herbatka w Bristolu) po swojskie przesądy mieszkańców prowincjonalnej Baskakowki (Skarpeja Baskakowów). Od realistycznej historii z życia XIX wiecznej Moskwy (Z życia wiórów) po żart literacki (Jedna dziesiąta procenta). A na koniec żart piętrowy - pojedynek Erasta Fandorina z samym Sherlockiem Holmesem. W ironicznej opowieści detektywistycznej „Uwięziona w wieży, czyli krótka, lecz piękna droga trzech mądrych” Fandorin i Masa muszą stawić czoła samemu Arsenowi Lupin rywalizując jednocześnie ze znamienitym duetem Sherolck Holmes i dr Watson.
„Nefytowy różaniec” to bardzo udana książka. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Gdybym miała wskazać jeden tekst, który zrobił na mnie największe wrażenie, byłaby to bez wątpienia mikropowieść „Przed końcem świata”. Mroczna przygnębiająca lecz jednocześnie intrygująca i pobudzająca do myślenia historia. Na Syberii, wśród staroobrzędowców dochodzi do szeregu rytualnych samobójczych zgonów. Fabuła w której Fandorin musi wykryć inspiratora tragicznych wydarzeń i zapobiec ogromnej katastrofie jest jedynie pretekstem do rozważań o pysze ukrytej pod płaszczykiem pokory, fanatyzmie i płynących z nich zagrożeniach.
Znakomita, wciągająca lektura. Polecam!

środa, 15 marca 2017

IKONY

TROCHĘ TAK, TROCHĘ NIE


Tytuł: „Ikony”
Autor: Stefan Türschmid
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 400

Każdy ma swoje ukryte lęki – ja  boję się fanatyków. Fanatyków wszelkiej maści, nawet takich, z którymi ideologicznie mi po drodze. Fanatyzm przeraża, ale i fascynuje. Jak to się dzieje, że jakaś idea potrafi owładnąć człowiekiem, wyprzeć wszystkie inne motywacje? Co sprawia, że ktoś w imię większego dobra rzuca na szalę życie swoje i innych? Od fanatyzmu do terroryzmu tylko jeden krok. I o nich właśnie, o ludziach, którzy ten krok zrobili, opowiada najnowsza książka Stefana Türschmida „Ikony”,  poświęconą rosyjskim terrorystom działającym na przełomie XIX i XX w.
„Ikony” to zbiór bardzo luźno powiązanych ze sobą opowiadań, traktujących o  tak słynnych postaciach jak Wiera Zasulicz („Żegnaj, Wieroczka!”), Siergiej Diegajew („Mały wesoły Pell”), Borys Sawinkow („Trzecia Rosja”) oraz Maria Spiridonowa („Pięć kopiejek”). Ponadto w siedmiu miniaturkach połączony wspólnym tytułem „Siedem” poznajemy historię zamachów na cara Aleksandra II.
Książkę czyta się bardzo dobrze. Język Türschmida jest płynny, akcja toczy się wartko, wciąga, a autor uatrakcyjnia ją, dodatkowo wrzucając od czasu do  ciekawostkę lub anegdotkę mniej lub bardziej związaną z fabułą. Jestem przekonana, że lektura „Ikon” zainteresuje niejedną osobę i być może skłoni do dalszego, samodzielnego pogłębiania wiedzy.
Największą zaletą książki są wnikliwe portrety psychologiczne bohaterów. Türschmid stara się zrozumieć pobudki, którymi kierowały się opisane przez niego postacie, pokazuje ich psychiczną i moralną ewolucję. Aby uprawdopodobnić tekst, zgrabnie żongluje narracją pierwszo- i trzecioosobową. „Ikony” są więc w pewnym sensie także powieścią psychologiczną. Wyraźnie widać, że ten aspekt opowiadanej historii najbardziej fascynował autora.
Im dalej zagłębiałam się w lekturę, tym bardziej upewniałam się w przekonaniu, że głównym źródłem inspiracji były dla autora powieści – od „Biesów” po „Archipelag GUŁAG”. Książki to zacne, nie ma więc nic zdrożnego w takiej fascynacji. Gorzej, że trochę zabrakło czasu na poszukiwania w tekstach naukowych.  Pół biedy, że w żadnym z opowiadań autor nie wychodzi poza powszechnie znane fakty – w końcu „Ikony” to pozycja beletrystyczna, a nie naukowa. Gorzej, że czasami mija się z prawdą. Żeby nie być gołosłowna podaję pierwszy z brzegu przykład.
Punktem kulminacyjnym opowieści o Wierze Zasulicz jest zamach na Trepowa, proces i emigracja. Oto co pisze autor (str. 76):
Wiera wyjeżdża do Szwajcarii.  Bardzo długo nie może wrócić do Rosji, bo zostałaby natychmiast aresztowana. Wraca dopiero po latach, po ogłoszeniu przez cara amnestii”.
Tymczasem  zamach na Trepowa i proces miały miejsce w roku 1878. Po ogłoszeniu wyroku Zasulicz rzeczywiście za namową przyjaciół wyjechała do Szwajcarii, ale wróciła już 1879 r.! Trudno to nazwać powrotem po latach. Fakt, że nie zabawiła w kraju zbyt długo i w 1880 roku ponownie wybrała emigrację. Tym razem naprawdę długą, bo trwającą do roku 1898. Niby więc przekłamanie niewielkie, ale jednak zgrzyta. Takich drobiazgów jest w książce więcej.
A jeśli już o drobiazgach mowa, to i redakcja to i owo przepuściła. Odwołam się znowu do opowiadania „Żegnaj Wieroczka!”. Ostatni podrozdział nosi tytuł „Moskwa, piętnaście lat później, lipiec 1919 roku”.  Prosta matematyka wskazuje, że poprzedniej wydarzenia powinny  mieć miejsce w  roku 1904. Nijak się to nie zgadza z datą wyjazdu na emigrację. Ani pierwszą, ani drugą.  Nie pasuje też data powrotu z emigracji (1898). Właściwie nic nie pasuje.
A skoro już o redakcji mowa. Przepraszam, ale nie mogę się powstrzymać. Taki mój prywatny bzik, czyli niekonsekwencja w tłumaczeniu rosyjskich nazw. I tak na stronie 9. mamy „okna Aleksiejewskiego bastionu” (a więc szyk zdecydowanie obcy polszczyźnie, żywcem przeniesiony z rosyjskiego), a nieco dalej, na stronie 14 mamy już Prospekt Angielski (czyli szyk zmieniono na polski, bo po rosyjsku jest Anglijskij Praspekt). Dla większości czytelników nie ma to znaczenia, ale zawsze trafi się jakaś maruda, taka jak ja.
Czy polecam tę książkę? Trochę tak, a trochę nie. Wszystko zależy od tego, czego oczekuje potencjalny czytelnik. Jeśli ktoś szuka dobrej powieści historycznej, z pewnością „Ikony” go nie zawiodą. Jeśli jednak wiesz już co nieco na temat historii Rosji przełomu wieków, i chcesz pogłębić wiedzę, poszukaj czegoś innego. „Ikony” nie dostarczą ci zbyt wielu informacji, a miejscami mogą nawet zwieść na manowce.

czwartek, 2 marca 2017

FURIA LUDZI PÓŁNOCY

ŁAGODNA FURIA


Tytuł: „Furia ludzi Północy”
Autor: Philip Parker
Tłumacz: Norbert Radomski
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 488

Powiedzmy to szczerze – wikingowie są na topie. W końcu mają swoje pięć minut! Gdzie się człowiek nie obejrzy, tam natknie się na jakiś ich ślad. A to nordyccy bogowie spoglądają na nas z kart komiksów Marvela i z plakatów filmu „Thor” , a to Kanadyjczycy do spółki z Irlandczykami serwują nam serial Michaela Hirsta  „Wikingowie”, a to Bernard Cornwell wyda cykl „Wojny wikingów”. Wikingomania dopadła także rodzimych autorów, że wspomnę chociażby o bardzo chwalonym cyklu Artura Szrejtera „Wojny wikingów i Słowian”. Prawdę mówiąc, ta akurat moda jakoś mnie ominęła.   Postanowiłam w końcu zbadać „o co z tymi wikingami chodzi”, bo muszę przyznać, że z moją bezbrzeżną ignorancją zaczynałam coraz częściej się czuć wyobcowana z grona znajomych bardziej biegłych w tym temacie.
Dodatkowym bodźcem do uzupełnienia braków w erudycji okazało się polskie wydanie książki pióra Philipa Parkera „Furia ludzi Północy”. Pozycja ukazała się w mojej ukochanej (i wielokrotnie przeze mnie chwalonej) rebisowskiej serii „Historia”. I tym razem także się nie zawiodłam. Pięknie wydana książka (elegancka okładka, solidne wykonanie, ciekawe ilustracje – to cechy charakterystyczne serii) ma równie satysfakcjonującą zawartość.
Autor zdobył się na odważny krok.  Nie podążył utartą ścieżką, wyrwał się poza obowiązujący schemat wikinga – krwiożerczej bestii i łupieżcy, który z pianą na ustach, w bitewnym szale bezlitośnie szatkuje przeciwników. Oczywiście, wikingowie Parkera to nadal wojownicy, ale autor pokazał też inne aspekty kultury ludów Północy: poznajemy zaradnych osadników, utalentowanych artystów i polityków.
„Furia ludzi Północy” pomyślana została i zrealizowana z ogromnym rozmachem. Parker portretuje wikingów wielopłaszczyznowo. Najazdy, podboje, sztuka walki, technika wojskowa i szkutnicza to tylko drobny ułamek tego, co znalazło się w książce. Autor wyjaśnia jak funkcjonowało społeczeństwo wikingów, jakie obowiązywało w nim prawo,  prezentuje ich poezję, religię i architekturę. Nagromadzenie informacji aż przyprawia o zawrót głowy. A wszystko to okraszone mitami, legendami i ciekawostkami.
Jak już wspominałam, nie jestem znawcą tematu, trudno jest mi więc ocenić książkę pod względem merytorycznym. Tym niemniej odniosłam wrażenie, że „Furia ludzi Północy” to pozycja przygotowana bardzo starannie.  Świadczy o tym chociażby obszerna bibliografia, szczegółowy indeks czy liczne przypisy. Przez cały czas czuć, że autor podszedł do tematu bardzo poważnie. Rzekłabym wręcz, że chwilami  za poważnie. Momentami zdarza mu się zbaczać z kursu literatury popularnonaukowej i ostro dryfować w kierunku publikacji akademickiej. Tekst niewątpliwie nabiera przez to powagi, ale za to trochę trąci podręcznikiem. Jest to szczególnie wyczuwalne w warstwie językowej.  Nie ma w nim obiecanej w tytule furii, jest jedynie bardzo rzetelna wiedza. Czytając o wikingach, chciałoby się oczyma wyobraźni zobaczyć starego woja opowiadającego nordycką sagę, tymczasem z kart książki spogląda na nas profesor w tweedowym garniturze.
Podsumowując. „Furia ludzi Północy” to z pewnością pozycja bardzo wartościowa, bogate kompendium wiedzy o dziejach wikingów od czasów legendarnych aż po ich wpływ na współczesność.  Lektura wymaga jednak sporego skupienia. To nie jest książka do poczytania w pociągu.

niedziela, 26 lutego 2017

RYBAK ZNAD MORZA WEWNĘTRZNEGO

PORA NA ODWYK

Tytuł: Rybak znad Morza Wewnętrznego
Autor: Ursula K. Le Guin
Tłumacz: tłumaczenie zbiorowe
Wydawca: Prószyński i S-ka
Data wydania: październik 2016

Czekałam, czekałam, aż się doczekałam. W końcu dostałam do ręki „Rybaka znad Morza Wewnętrznego” - trzeci tom dzieł Ursuli K. Le Guin wydanych niezwykle starannie przez wydawnictwo Prószyński i S-ka.  Grubaśne tomisko to zbiór, w którego skład zbioru wchodzą: „Wszystkie strony świata”, „Rybak znad Morza Wewnętrznego”, „Cztery drogi ku przebaczeniu”, „Urodziny Świata” oraz „Opowiadanie Świata”. Przyznam się szczerze, że tej części wypatrywałam z największą niecierpliwości. Dwa poprzednie tomy były owszem bardzo ładne, ale zarówno cykl o Ziemiomorzu jak i haiński mam na półce. Fakt, że książki do nieprzyzwoitości zaczytane, pożółkłe i z lekka rozsypujące się, ale mam. (Myślę, że mój „Czarnoksiężnik z Archipelagu” jest starszy niż znaczna część osób czytających te słowa). Zawsze, gdy mnie najdzie ochota, mogę sięgnąć na półkę i poczytać. Natomiast z opowiadaniami sprawa nie jest taka prosta. Niby wszystkie, a przynajmniej większość, czytałam. Kiedyś. Gdzieś. A to w jakiejś antologii, a to w czasopiśmie, a to w klubówce. Niektórych publikacji nie sposób odnaleźć. I oto są, wszystkie razem! Lepiej być nie może .
- Jeju, jakie to śliczne! – krzyknęłam gdy udało mi się wyłuskać „Rybaka znad Morza Wewnętrznego” z grubej warstwy papieru i folii bąbelkowej. To była miłość od pierwszego wejrzenia.
I na tym właściwie mogłabym zakończyć, bo co można napisać o utworach Ursuli K. Le Guin, czego jeszcze nie napisano? Twórczość niekwestionowanej królowej fantasy i science-fiction analizowali ludzi i mądrzejsi ode mnie, i bieglej władający piórem, i bardziej po temu predestynowani. Nie będę więc siliła się na mądre myśli, napiszę jedynie czym mnie, prostego programistę, uwiodła ta książka i za co kocham Ursulę K. Le Guin?
Za dobre historie. Chociaż opowiadania są często jedynie pretekstem do przedstawienia poglądów pisarki lub zadania pytania o coś, co ją nurtuje, choć często fabuła ma drugorzędne znaczenie, to jednak zawsze, w każdym opowiadaniu, dostajemy historię najwyższej próby. Owszem, może nie być galopującej akcji, owszem czasem historia jest prosta tak, jak proste jest nasze życie codzienne, ale zawsze porusza, zapada w pamięć Przeczytałam w życiu setki opowiadań. Większości z niech nie pamiętam. Zapomniałam nawet tytuły, ale historie, które wyszły spod pióra Ursuli K. Le Guin zapadły mi głęboko w pamięć i na zawsze już tam pozostaną.
Za wyobraźnię – bogatą, a jednocześnie ujętą w ryzy. Światy, które zrodziły się w wyobraźni Ursuli K. Le Guin są przebogate. Umiejętność autorki dostrzegania poezji w codzienność – porażająca. Jednak wyobraźnia, kreacja świata nie jest celem samym w sobie. To, jak wspaniale pisarka potrafi okiełznać wyobraźnię, podporządkować ją nadrzędnej wizji artystycznej,  zadziwia. W jej tekstach nie ma nic zbędnego. Żadnych bezużytecznych ozdobników. Iluż autorów fantasy wpada w pułapkę i pozwala by to wyobraźnia rządziła. Iluż zapełnia kolejne strony zupełnie zbędnymi detalami „bo szkoda, żeby się taki fajny pomysł zmarnował”. U Le Guin nic takiego nie znajdziemy. Tu każdy detal, każdy najmniejszy nawet, nieistotny z pozoru szczegół ma do odegrania jakąś rolę. Wyjmij z tekstu jedno zdanie, a powstanie ziejąca rana.
Za język. Bogaty, wytworny, przepięknie przełożony przez prawdziwych mistrzów. Wśród tłumaczy mamy takie tuzy jak Lech Jęczmyk, Zofia Uhrynowska-Hanasz, Paulina Braiter, Maciejka Mazan czy Paweł Lipszyc. Czyż trzeba coś jeszcze dodawać?
Za uczciwość i szczerość. Gdy młody pisarz tworzy teksty zaangażowane, nikogo to nie dziwi. Jednak gdy ktoś przez pół wieku pozostaje wierny swym przekonaniom, nie ulega pokusie „wpisania” się w modne w danej chwili tendencje, gdy pisze tak, jak mu nakazuje sumienie, to musi budzić szacunek. Nawet jeśli w jakimś punkcie poglądy pisarki i czytelnika nie są zbieżne.
Za konsekwencję. Truizmem jest stwierdzenie, że w literaturze, podobnie jak w innych dziedzinach życia, mody zmieniają się nieustannie. Jednak Ursula K. Le Guin zawsze pozostaje sobą. Nie poddaje się trendom. Nie znaczy to, broń Boże!, że jej twórczość jest monotonna. Wręcz przeciwnie i tematyka, i forma są niezwykle zróżnicowane. Jednak zróżnicowanie to wypływa nie z chęci podążania za nowinkami, nie z chęci przypodobania się nowym czytelnikom, nie z pragnienia schlebiania krytykom, a z naturalnego rozwoju twórcy.
Za to, że nie mogę spać. Proza Le Guin intryguje, wciąga, nie pozostawia obojętnym. Każdy tekst obracamy w umyśle długo po tym jak odłożymy książkę. Chwilami miałam ochotę przerwać, poczytać coś lżejszego, ale magia tekstów Le Guin była silniejsza. Sięgałam po kolejne opowiadanie choć wiedziałam, że znowu długo w nocy nie będę mogła usnąć. A teraz, gdy już doczytałam do końca czegoś mi brakuje. Efekt odstawieniowy, czy co?

piątek, 17 lutego 2017

WOJNA WINSTONA

WOJNA TO NIE TYLKO BITWY



Tytuł: Wojna Winstona
Tytuł oryginału: Winston's War
Autor: Michael Dobbs 
Tłumacz: Anna Gralak
Wydawca: Znak Literanova 
Data wydania: 2017-02-01
ISBN978-83-2403-732-2
Stron: 560


„Wojna Winstona” trafiła do mojej  biblioteczki już jakiś czas temu, jednak chwilkę to trwało zanim w końcu zabrałam się za pisanie opinii. Dlaczego? Bo książkę trzeba najpierw przeczytać (choć wiem, że trafiają się tacy recenzenci od siedmiu boleści, którzy wcale nie uważają tego etapu za konieczny), a powieść Dobbsa nie jest pozycją lekką. Ponad 500 stron (dość drobnym drukiem)  tekstu ciekawego, ale zdecydowanie ciężkiego. Tej książki  nie da się czytać szybko, należy jej poświecić sporo czasu, ale, na szczęście, nie jest to czas stracony.
Akcja „Wojny Winstona”  toczy się między  1 października 1938 a 10 maja 1940. Główną linię fabularną osnuto wokół konfliktu i walki o przywództwo między premierem Nevillem Chamberlainem a Winstonem Churchillem.  Z mojego, subiektywnego, punktu widzenia trudno o ciekawszy temat. W historii zawsze dużo bardziej od działań militarnych interesowało mnie to, co je poprzedzało – konflikty, negocjacje, traktaty. Od tego co się stało znacznie ciekawsze wydaje mi się dlaczego stało się tak  a nie inaczej. Zdecydowanie bardziej od przebiegu bitwy interesuje mnie, dlaczego do niej w ogóle doszło. A czy myśleliście kiedyś o bitwach, które się nie odbyły,  albo o wojnach, które nie wybuchły? „Wojna Winstona” o tym właśnie opowiada. O wielkiej dyplomacji i jej kulisach, o negocjacjach i przepychankach, o układach i zależnościach z pozoru drobnych, a jednak wpływających na losy całych narodów, o tym, że w polityce czyjś sukces zawsze jest jednocześnie czyjąś klęską. Takie ukryte rozgrywki  zawsze mnie intrygowały. Nic więc dziwnego, że książka Dobbsa wciągnęła mnie od samego początku.
„Wojna Winstona” to kawał rzetelnej, dobrze osadzonej w realiach historycznych prozy. Autor oparł się na ogólnie znanych faktach i zweryfikowanych informacjach. Nie szczędzi nam przy tym licznych, mocno rozbudowanych detali,  co z pewnością jest dużą zaletą z punktu widzenia poznawczego.  Oczywiście, powieść to nie podręcznik, ale dobrze jest gdy zawiera rzetelną wiedzę.  Pod tym względem Dobbs spisał się świetnie, aż chce się powiedzieć, że za dobrze, bo trochę brakowało mi anegdot i ploteczek. Niechby nawet troszkę naciąganych – wszak literatura piękna ma służyć nie tylko nauce, ale i rozrywce.
I tak oto dochodzimy do małego kłopociku, z którym borykają się autorzy powieści historycznych. Trudno jest zaskoczyć czymś czytelnika i jednocześnie zachować wierność faktom. Szczególnie gdy pisze się o ludziach i wydarzeniach powszechnie znanych. Czym niby miał mnie Dobbs zadziwić? Z góry wiedziałam, że Hitler zajmie Czechosłowację. Atak na Polskę też mnie nie zaskoczył. Ani wojna zimowa. Nawet pociąg Churchilla do alkoholu nie wzbudził mojego zdumienia J
Cóż ma począć biedny pisarz w takiej sytuacji? Albo złożyć ofiarę z prawdy na ołtarzu atrakcyjności, albo wprowadzić postaci fikcyjne. Dobbs poszedł tą drugą drogą. Zgrabnie żongluje fikcją i faktami. Wydarzenia historyczne przeplatają się z opowieścią stworzoną w wyobraźni autora.  Co ciekawe, proporcje zmieniają się. Raz przeważa fantazja, raz prawda. Ma to istotny wpływ na tempo akcji. Tam, gdzie autor i jego kreatywność  mają  wolną rękę wydarzenia  toczą się wartko, tam gdzie na scenę wkracza prawdziwa historia tempo wyraźnie spada.  Rezultatem  tego  zabiegu jest przyjemna mieszanka. Powstała historia wielowątkowa. Opowieść o ludziach i wydarzeniach pozornie ze sobą nie powiązanych , których historie jednak w końcu ładnie się łączą. 
A jaki jest główny bohater? Jaki jest Churchill? Właściwie trudno powiedzieć, bo choć niewątpliwie jest postacią centralną, to – paradoksalnie – dość rzadko pojawia się na kartach książki. Znacznie częściej spotykamy Chamberlaina, Burgessa, czy liczni bohaterowi drugoplanowi. Winston jest tym, o którym wszyscy mówią (lub piszą) lecz sam dość oszczędnie pojawia się na scenie. Trochę mi go brakuje. Szczerze mówiąc  wolałabym więcej Churchilla w Churchillu.
Chociaż może tak jest lepiej? Mam wrażenie, że postaci historyczne wyszły Dobbsowi słabiej niż fikcyjne. Zarówno Chamberlain jak i Churchill są nieco schematyczni. Być może autor bał się zaryzykować i wyjść poza utarte schematy, a może po prostu sympatie polityczne przeważyły nad duchem twórczym? Tak czy siak, choć książka traktuje o Churchillu moją ulubioną postacią stał się  bohater drugoplanowy (aczkolwiek ważny), Mac – fryzjer męski.  Ciekawe, kogo polubią inni czytelnicy!


czwartek, 9 lutego 2017

URODZONY W TYBECIE

MARCEPANOWY TYBET


Tytuł: „Urodzony w Tybecie”
Autor: Chögyam Trungpa Rinpocze
Tłumacz: Joanna Grabiak-Pasiok i Anna Zdziemborska
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 304

Od kilku lat, mniej lub bardziej systematycznie (w zależności od humoru i czynników obiektywnych), spisuję swoje wrażenia po lekturze. Uparcie odmawiam nazywania tych tekstów recenzjami i trwam przy określeniu „opinie”. Upierałam się przy tym, upieram i upierać się będę. Dlaczego? A dlatego, że recenzja – przyzwoita, profesjonalna recenzja – powinna być przede wszystkim bezstronna, oparta na uczciwej analizie literackiej i obiektywnej (na ile to możliwe) ocenie wartości artystycznych oraz  poznawczych danego dzieła. Tymczasem opinia ma prawo być subiektywna, może bazować na słynnych „misiach” – podobało/nie podobało mi się. Powiedzmy szczerze – każdemu nie raz i nie dwa zdarzało się przeczytać książkę, o której na poziomie intelektualnym wiedział, że jest dobra, ba!, być może nawet świetna, ale na poziomie emocjonalnym nie zachwyciła. Bywa, że – choć wstyd się przyznać – momentami znudziła. Pisząc recenzję, musiałabym taką książkę,  częściowo wbrew sobie, pochwalić. Pisząc opinię, mogę sobie ponarzekać.
Co bardziej domyślny czytelnik pewnie już zgadł, że książka „Urodzony w Tybecie” mnie nie porwała. Doceniam walory poznawcze i wymiar filozoficzno-etyczny tej pozycji, ale czytało mi się średnio. Być może moja zachodnia wrażliwość (a właściwie jej brak) połączona z wrodzonym cynizmem nie pozwoliły mi otworzyć się na przesłanie ze Wschodu.
Tym przydługim wstępem nie chcę nikogo zniechęcić. Wręcz przeciwnie – ostrzegam, że część narzekań jest niezwykle subiektywna. A teraz do rzeczy.
„Urodzony w Tybecie” to historia  Chögyam Trungpa Rinpocze, ręką jego własną spisana.  Poznajemy niemalże całego życie autora – od wypełnionych zgłębianiem filozofii, nauk Buddy i treningiem medytacyjnym dzieciństwa oraz młodości, poprzez dramatyczną ucieczkę z opanowanego przez Chińczyków Tybetu, aż po ostatnie lata poświęcone krzewieniu dharmy na Zachodzie.  Historia z potencjałem, bez dwóch zdań ciekawa, tym bardziej że opowiedziana przez naocznego świadka, jednak sposób narracji sprawia, że ciężko jest się przejąć opisywanymi wydarzeniami.
Przedstawiony świat jest słodki, wręcz cukierkowy. Sądzę, że częściowo wynika to z typowej dla każdego człowieka tendencji do idealizowania własnych wspomnień. Zadziałała też niewątpliwie bariera kulturowa, niepozwalająca mi dostrzec subtelności przekazu.
Z książki niewiele dowiemy się o historii i konfliktach wstrząsających regionem. Autor co najwyżej poinformuje nas, że z tego czy innego miejsca „docierały niepokojące wieści”. Mało emocjonująca informacja, musicie przyznać. Dopiero gdy pod te słowa podłożymy wiadomości  zdobyte samodzielnie z innych źródeł, zdamy sobie sprawę, o czym tak naprawdę czytamy: palenie klasztorów, mordowanie mnichów, zastraszanie miejscowej ludności. Tyle tylko, że w „Urodzonym w Tybecie” tej wiedzy jest jak na lekarstwo. Autor – człowiek Wschodu i wyznawca buddyzmu – koncentruje się na aspekcie duchowym. „Prawa karmy nie da się zmienić; każdy musi się zmierzyć ze swoim przeznaczeniem; każdy musi kierować się własnym sumieniem”. Ten cytat najlepiej oddaje zarówno ducha, jak i treść książki. Odniosłam wręcz wrażenie, że dobór faktów podporządkowano tej nadrzędnej  tezie, nie raz  ze szkodą dla spójności opowieści.  A jest to dobór zaiste dziwny. Oto przykład. Opisując pobyt w Stanach Zjednoczonych, Chögyam Trungpa wspomina: „ W tym okresie Diana wróciła do Anglii, żeby przywieźć do USA mojego ośmioletniego, tybetańskiego syna […]”. Niby nic dziwnego, gdyby nie to, że przedtem ani razu nie wspomniał o takim „drobiazgu” jak syn. Że o matce owego syna nie wspomnę. Znacznie ważniejsze jest napisanie wiersza. Ot, osobliwe są ścieżki, którymi podążają myśli buddyjskiego mnicha.
I tu dochodzimy do paradoksu. Dziwne (miejscami wręcz pokrętne jak na mój gust) postrzeganie świata jest tym, co mnie w „Urodzonym w Tybecie” wciągnęło najbardziej. Próba choć częściowego zrozumienia, przestawienia umysłu na zgoła mi obcy sposób myślenia, okazała się nie lada wyzwaniem intelektualnym. Prezentacja duchowości i filozofii Wschodu, zaproszenie czytelnika na wycieczkę w świat duchowości, jest najmocniejszym atutem „Urodzonego w Tybecie”.  I o to chyba w tej książce chodzi. Nie o historię lecz o aspekt duchowy.

niedziela, 29 stycznia 2017

ŻONA OFICERA

GDY NIEBO SIĘ WALI


Tytuł: „Żona oficera”
Autor: Philippa Gregory
Tłumacz:Urszula Gardner
Wydawca: Książnica 2014
Stron: 504
ISBN:  978-83-24581-44-3

Nie mogę pojąć co przyświeca wydawnictwu „Książnica” gdy w sposób wołający o pomstę do nieba zmienia tytuły książek Philippy Gregory. Dziwi to tym bardziej, że wszystkie pozycje tłumaczone są bardzo dobrze, a korekta i  redakcja przeprowadzane naprawdę staranne. Żeby chociaż zmieniali na coś intrygującego, ale gdzie tam! Za co tak gorzki los spotkał „Fallen Skies” zamienione na „Żonę oficera”?  Jeśli dodać do tego naturalistyczną okładkę (taka maniera) skojarzenie jest jedno – jak nic, jakieś podrzędne romansidło. Do tego grubaśne. Tymczasem „Żona oficera” to bardzo dobra powieść, poruszająca bolesny i niełatwy problem traumatyzacji psychiki całego pokolenia ludzi, które los rzucił na fronty I Wojny Światowej.
Choć główną bohaterką – tytułową żoną oficera – jest była śpiewaczka Lily Valance, to w istocie jej historia jest jedynie pretekstem do opowieści o nieszczęśliwym losie jej męża  Stephana Wintersa. Jest on doprawdy postacią tragiczną. Choć udało mu przetrwać, choć wrócił do domu, to w pewnym sensie wojna dla  niego nie skończyła się i nigdy się nie skończy. Jest symbolem całego pokolenia mężczyzn, którzy walczyli na frontach Wielkiej Wojny. Jak w soczewce skupia obraz cierpień tych, którzy jakoby szczęśliwie wrócili do domu.
Temat niezwykle niebezpieczny dla pisarza – łatwo jest popaść tani sentymentalizm, podświadomie zastosować schematy, uprościć motywacje bohaterów. Jednak Gregory nie wpadła w tę pułapkę. Jej postaci są wielowymiarowe, ich motywacje niejednoznaczne. Jaka część problemu Stephena tkwi w przeżyciach wojennych, a jaka w zadawnionych ranach gryzących duszę jeszcze w dzieciństwie? 
Walka Stephena z najgorszym wrogiem, z samym sobą, rzuca się cieniem nie tylko na jego życie, lecz także na życie wszystkich jego bliskich. Walka tyleż rozpaczliwa, co z góry skazana na przegraną. Być może w innych czasach, w innym społeczeństwie Stephen miałby szanse na szczęście. A może nie?
Akcja powieści rzucona jest na szerokie, pięknie odmalowane tło obyczajowe. Gregory po mistrzowsku buduje obraz brytyjskiej wyższej klasy średniej.  Sztywne zasady, zakłamanie, doprowadzona do absurdu podległość żony mężowi  - to nie jest obraz starej, dobrej Anglii z popołudniową herbatka, ciasteczkami i pnącymi różami na ganku. To obraz świata, w którym niełatwo jest żyć i niełatwo  jest umrzeć. Świat, który młodej, naiwnej Lily jawił się jako kraina marzeń, lecz gdy wreszcie tam dotarła okazał się więzieniem. Bez krat, bez strażników, ale i bez drogi ucieczki.
„Żona oficera” to intrygująca, dająca do myślenia powieść, którą z pewnością warto przeczytać.