czwartek, 14 września 2017

WYMAZANE

Witkowski jak zwykle w formie


Tytuł: „Wymazane”
Autor: Michał Witkowski
Wydawca: Znak Literanova 2017
Stron: 304
ISBN: ‎978-83-240-4663-8

O Michale Witkowskim słyszeli nawet ci, którzy niespecjalnie interesują się literaturą. Na czym polega fenomen tego pisarza?  

Cóż, w dobie Internetu, gdy problemem jest nie tyle brak informacji, co jej nadmiar, trzeba umieć się sprzedać, wyróżnić z tłumu i, co najtrudniejsze, utrzymać zainteresowanie. A to Witkowski umie jak mało kto. Potrafi inteligentnie prowokować, intrygować, przyciągać uwagę. Media go pokochały. Nic więc dziwnego, że każda jego nowa książka jest wydarzeniem budzącym emocje na długo przed premierą. Krytycy i czytelnicy z niecierpliwością czekają na kolejne dzieło kontrowersyjnego pisarza. I oto mamy gorącą powieść  – „Wymazane”.  

Tym razem autor wziął pod lupę życie polskiej prowincji, ze wszystkimi jej wadami, śmiesznostkami i dziwnościami. W zapyziałym miasteczku, gdzieś za Suwałkami, trwa smutne, szare życie, rządzące się własnymi prawami. Na przekór modzie na prowincjonalizm, wykreowanej przez popularne  seriale, takie jak „Ranczo” czy „Plebania”, Witkowski nie podążą tropem sielankowej wizji pogodnego, przyjaznego, małego miasteczka, którego mieszkańcy żyją spokojnym, cukierkowym życiem. Prowincja Witkowskiego to apatia  i degrengolada, to dziwaczna mieszanka zarozumialstwa, marazmu, mix żałosnych marzeń i równie żałosnych aspiracji. „Polska Z” – jak określa ją sam autor. Obraz, jak to u Witkowskiego, mocno przerysowany, ale wciągający i przemawiający do wyobraźni.

Witkowski to baczny obserwator.  Tyleż wnikliwy co bezwzględny – nie ma litości dla nikogo, kpina dosięga każdego. Dostaje się wszystkim: starym i młodym, bogatym i biednym, tym z aspiracjami  i tym pogrążonym w bezczynności. Dostaje się nawet jemu samemu. Tak, tak! W kilku epizodach pojawia się nie kto inny, jak właśnie pisarz Michał Witkowski we własnej osobie.

„Wymazane” to – przynajmniej pod względem formy - pozycja bardzo typowa dla Witkowskiego: pełna czarnego humoru i ironii zahaczającej o absurd. Jak to z groteską bywa - na powierzchni jest śmieszna, ale wystarczy tylko na chwilę przystanąć, zastanowić się i zaczyna być zupełnie nie do śmiechu. To, co przed chwilą wydawało się zabawne i niemożliwe, w rzeczy samej okazuje się smutne i przytłaczające swą prawdziwością, Autor tego nie wymyślił. Tak naprawdę jest. Taki naprawdę jest otaczający nas świat. W takiej rzeczywistości żyjemy.

„Wymazane” napisane jest charakterystycznym językiem, który znamy już z „Drwala” czy „Fynf und cfancyś”. Autor nie tylko zbliża się do granicy wulgarności, ale wielokrotnie ją przekracza i to przekracza zdecydowanie zapędzając się w rejony mocno kontrowersyjne. Jest to z pewnością uzasadnione i wynika ze starannie przemyślanej koncepcji artystycznej, ale czy nie nazbyt ryzykowne? Na to pytanie trudno odpowiedzieć, bo każdy czytelnik, czy mówiąc ogólnie, każdy odbiorca sztuki, ma inną, osobistą granicę akceptacji. Jak w tym starym dowcipie kończącym się słowami „to nie jest pornol, to ambitne kino europejskie”.

„Wymazane” udowadnia, że Witkowski jest nadal w świetnej formie. Miłośnicy jego prozy z pewnością nie będą rozczarowani – dostaną dokładnie to, czego mogli się spodziewać. Ci, którzy pisarza nie lubią, raczej nie zmienią zdania. A co z tymi, którzy Witkowskiego nie znają? Nie bardzo wierzę, że tacy istnieją, ale zróbmy na chwilkę takie założenie robocze. Dla takich osób „Wymazane” to pozycja wręcz wymarzona, aby zapoznać się z twórczością pisarza, bo Witkowskiego można lubić lub nie, ale z pewnością warto poznać jego twórczość, a decyzję czytać czy nie czytać podjąć świadomie. 

piątek, 8 września 2017

GRÓB MOJEJ SIOSTRY

W POSZUKIWANIU KRYMINAŁU DOSKONAŁEGO


Tytuł: „Grób mojej siostry”
Autor: Robert Dugoni
Tłumacz:  Lech Z. Żołędziwoski
Wydawca: Albatros 2017
Stron: 398
ISBN: ‎978-83-7985-947-4


Wiek dojrzały zaczyna się wtedy, gdy po raz pierwszy powie się z całkowitą powagą „No cóż, za moich czasów…”. Granicę tę przekroczyłam czas jakiś temu. Myślę, że punktem zwrotnym był moment gdy zaczęłam narzekać, że nikt już nie pisze kryminałów tak, jak za moich czasów. Nie ograniczam się jednak do marudzenia i, jako człowiek czynu, cały czas nie ustaję w wysiłkach próbując znaleźć kryminał doskonały. Podczas tych poszukiwań natknęłam się na „Grób mojej siostry” pióra Roberta Dugoniego. Nie jest to może perfekcyjny kryminał, ale zasługuje co najmniej na miano dobrego, a nawet więcej niż dobrego. Książka zapewniała mi kilka wieczorów przedniej rozrywki, a o to przecież chodzi w literaturze popularnej.
W tym miejscu muszę chyba coś doprecyzować. „Grób mojej siostry” nie jest kryminałem w czystej postaci, takim jak pisywali klasycy gatunku. W niczym nie przypomina dzieł Christie, Gardnera czy rodzimego Edigeya. To powieść stricte współczesna, stanowiąca bardzo udany mariaż powieści detektywistycznej, kryminału sądowego i sensacji, zaprawiony tu i ówdzie delikatnym wątkiem erotycznym (nie odważyłabym się go nazwać romansowym). Ciekawe, że autor nie starał się utrzymać stałych proporcji między gatunkami. Wręcz przeciwnie, bawi się nimi, łączy, miesza i żongluje niczym wytrawny kuglarz.
Pierwsza część, jest wyraźnie bardziej klasyczna, powolniejsza, bardziej przypominająca prozę detektywistyczną. W części drugiej tempo zdecydowanie wzrasta, akcja staje się bardziej wartka, zwiększa się także udział sensacji: więcej tu gonitwy, ucieczek i przygód, mniej żmudnego śledztwa. To bardzo dobrze przemyślana kompozycja. Dugoni stopniowo buduje napięcie, podkręca akcję, zagęszcza mroczną atmosferę. Rzecz początkowo powolna, konsekwentnie nabiera prędkości, by na koniec zacząć gnać niczym dobrze rozpędzona lokomotywa. I z siłą pędzącej lokomotywa uderza czytelnika zupełnie zaskakującym finałem. Niektórzy mogą być może stwierdzić, że jest to finał lekko naciągany, ale w moim odczuciu, mieści się w granicach wyznaczonych przez gatunek. Wszak sensacja i kryminał opierają się na suspensie. Opowieści z życia wzięte to zupełnie inna kategoria.
Intryga powieści osnuta jest wokół zbrodni z przeszłości. Śledcza, Tracy Crosswhite, od dwudziestu lat usiłuje ustalić co tak naprawdę spotkało jej siostrę, Sarę. Nie wierzy w wyniki śledztwa sprzed lat, nie satysfakcjonuje jej wyrok, który wtedy zapadł.
Akcja toczy się równolegle w dwóch planach czasowych: wydarzenia z przeszłości przeplatają się ze chwilą obecną. Czytelnik na przemian, to obserwuje toczące się współcześnie śledztwo, to staje się świadkiem wydarzeń sprzed dwóch dekad. Autor bardzo umiejętnie i uporczywie wciąga nas w mroczny świat zbrodni. Z każdą kolejną stroną coraz pełniej uczestniczymy w rozwoju wypadków. Niezauważalnie z biernych świadków zmieniając się w zaangażowanych uczestników wydarzeń. I choć nie możemy bezpośrednio włączyć się do akcji, to emocjonalnie przenosimy się do świata literackich bohaterów.
Retrospekcje mają na celu nie tylko wprowadzenie nas w sprawę. Służą także, a może przede wszystkim, budowaniu postaci. Obserwując Tracy w dwóch planach czasowych – „teraz” i „wtedy” – możemy znacznie lepiej zrozumieć jej postępowanie, rozgryźć motywacje i, po prostu, polubić. Dugoni wie, że bez dobrego bohatera nie ma dobrej powieści. Na nic najciekawsze przygody, na nic najwymyślniejsze intrygi, na nic czające się zewsząd niebezpieczeństwa, jeśli los bohatera jest nam obojętny. Wie, i konsekwentnie tworzy wyraziste, ciekawe postaci, których losem naprawdę jesteśmy w stanie się przejąć. Dotyczy to nie tylko głównej bohaterki, lecz także postaci drugo-, a nawet trzecioplanowych.
W warstwie językowej książkę czyta się dobrze. Język i styl – nie za proste, ale i nie nadmiernie skomplikowane -  zostały dobrze dopasowane do zrywkowego charakteru powieści. Liczne dialogi dodają tekstowi dynamizmu, a opisy są w sam raz: na tyle długie by pobudzić wyobraźnię i na tyle krótkie, by nie znużyć.
Z notki wydawcy wynika, że „Grób mojej siostry” to pierwsza część cyklu o przygodach detektyw Tracy Crosswhite. To cieszy, bo z prawdziwą przyjemnością sięgnę po kolejne tomy. Obym nie musiała czekać na nie zbyt długo!




piątek, 25 sierpnia 2017

DŻENTELMEN W MOSKWIE

PRZYPADKI HRABIEGO ROSTOWA


Tytuł: Dżentelmen w Moskwie
Autor: Amor Towles
Tłumacz: Anna Gralak
Wydawca: Znak literanova 2017
Stron: 560
ISBN: 978-83-240-3753-7

Gdybym  miała jednym słowem określić książkę Amora Towlesa „Dżentelmen w Moskwie” bez wahania użyłabym słowa „urocza”. Gdyby pozwolono mi myśl rozwinąć, dodałabym „wyśmienita”, „świetnie napisana”, „niezwykle inteligentna”,  „wciągająca”. To mocny kandydat do miana najciekawszej książki roku (oczywiście, w moim, prywatnym rankingu).

„Dżentelmen w Moskwie” jest jak ogr (a ogry, jak wiadomo, są jak cebula) – ma warstwy. Pierwsza warstwa jest cieniutka, delikatna i błyszcząca. To bezpretensjonalna opowieść o ekscentrycznym, rosyjskim, arystokracie uwięzionym przez dziesięciolecia w moskiewskim hotelu „Metropol”.  Drobne historie, wydarzenia  dnia powszedniego, opowiedziane lekko i z wdziękiem. Idealnie wyważone połączenie subtelnego humoru z lekką nutką nostalgicznego smuteczku. Nic na pozór nieznaczące epizody, które w dłuższej perspektywie okazują się momentami przełomowymi i wydarzenia wstrząsające, które, wbrew obawom lub oczekiwaniom, nic nie zmieniają. Zdarzenia brzemienne w skutki i takie, które na nic nie wpłynęły. Historie zazębiaj się, przeplatają, jak to w życiu. Niby nie ma wyraźnej linii fabularnej, nie ma zagadki, nie ma intrygi, a jednak nie sposób się od książki oderwać.

Warstwa druga, głębsza, to próba ukazania przemian zachodzących w porewolucyjnej Rosji. Temat teoretyczni powszechnie znany, wyeksploatowany do bólu w literaturze, teatrze i filmie, a jednak przedstawiony w sposób inny niż zwykle. Bez zadęcia, bez patosu, bez nadmiernego ideologizowania. Zazwyczaj, gdy pisarz bierze na warsztat historię Rosji to albo uderza w tragiczne tony (skądinąd nie bez powodu), albo decyduje się na ostrą satyrę, często niebezpiecznie zbliżoną do farsy. Towles podszedł do tematu zupełnie inaczej – pokazał moskiewską rzeczywistość z perspektywy szeregowego obywatela, zwykłego człowieka – jednego z tysięcy. No dobrze, może nie do końca zwykłego. Główny bohater, tak jak wielu z nas, żyje w świecie gwałtownych przemian, widzi zdarzenia zmieniające świat, ale jednak stoi nieco z boku. Tak właśnie jest w prawdziwym życiu. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że coś, co dla nas jest tylko codziennością, kolejnym drobnym wydarzeniami w paśmie normalnych, szarych dni, za kilka lat trafi do podręczników historii.

Warstwa trzecia, najgłębsza, ale i najsmakowitsza, to opowieść o ludzkiej kondycji, o życiu w zgodzie z samym sobą i o odwadze dnia codziennego. Odwadze stawiania czoła niedogodnościom, przeszkodom, i rozczarowaniom. Odwadze pozostania sobą bez względu na okoliczności. Opowieść o umiejętności przetrwania i dostosowania się bez zdradzania ideałów. W trudnych czasach trzeba się niekiedy ugiąć, ale ważne by przy tym nie dać się złamać. Bohater zamknięty w ograniczonej przestrzeni, straciwszy wszystko co stanowiło treść jego życia: majątek, rodzinę, tradycję, nie poddaje się. Rozumie, że to co najważniejsze nie znajduje się na zewnątrz lecz w nas samych. Jak długo pozostaniemy wierni samym sobie, jak długo będziemy postępować zgodnie z zasadami, w które wierzymy, tak długo życie ma sens. Każde ludzkie istnienie ma jakiś nadrzędny cel – trzeba go tylko umieć znaleźć.

Jedną rzecz trzeba powiedzieć jasno: „Dżentelmen w Moskwie” to książka przeznaczona dla miłośników literatury refleksyjnej, pełnej subtelnego humor i ukrytych znaczeń.  Poszukiwacze sensacji, szybkiego tempa, pościgów, nagłych zwrotów akcji i rubasznych dowcipów raczej nie będą zachwyceni. To nie jest zarzut, a jedynie stwierdzenie faktu. Każda powieść jest skierowana do określonej grupy osób – nie da się dogodzić wszystkim.

A teraz, gdy się już nazachwyacałam do oporu, muszę wspomnieć o pewnym małym zgrzycie, zaburzającym obraz książki idealnej. Chodzi o tłumaczenie rosyjskiego nazewnictwa. Mam wrażenie, graniczące z pewnością, że przy tłumaczeniu z angielskiego  liczba transformacji (rosyjski -> angielski -> polski) zmieniała nieszczęsne nazwy nie do poznania. O ile terminy historyczne jako-tako się wybroniły, o tyle nazwy miejsc: ulic, rzek, placów, itd. zostały zniekształcone w sposób z lekka groteskowy. Młodszemu czytelnikowi, któremu bliżej do kultury amerykańskiej niż rosyjskiej,  nie będzie to być może zbytnio przeszkadzać, ale osoby znające Moskwę lub lepiej zorientowane w rosyjskiej kulturze mogą nie być zachwycone. A przecież to akurat można było dość łatwo zweryfikować.


poniedziałek, 21 sierpnia 2017

JAK ZRUJNOWAĆ KRÓLOWĄ

FAKTY CIEKAWSZE OD FIKCJI


Tytuł: Jak zrujnować królową
Autor: Jonathan Beckman
Tłumacz: Anna Gralak
Wydawca: Znak literanova 2017
Stron: 416
ISBN: 978-83-240-3554-0

Diamentowy naszyjnik wart fortunę, Maria Antonina, kardynał Rohan i spowity mrokiem tajemnicy Józef Balsamo vel Cagliostro. Miłośnicy powieści awanturniczej z pewnością od razu pomyśleli o „Naszyjniku królowej” pióra Aleksandra Duma (ojca).  Ci, którzy nie czytali tej powieści mogą, oczywiście nadrobić braki, ale nie jest to konieczne. Nieznajomość tej konkretnej  pozycji nie stanowi szczególnie poważnej luki w wykształceniu i erudycji. Mam lepszą propozycję – zamiast fikcji poznajcie prawdę, wydarzenia historyczne, które nie tylko stały się kanwą dla jednej z najbardziej znanych powieści, ale przede wszystkim zmieniły bieg historii. Zachęcam do sięgnięcia po książkę Jonathana Beckamana, o nieco przydługim, barokowym tytule „Jak zrujnować królową. Maria Antonina, skradzione diamenty i skandal, który zachwiał tronem Francji”.

W przypadku książki popularno-naukowej autor staje przed niełatwym zadaniem – musi tak dobrać treść, tak zakomponować całość, by mniej obeznany z historią czytelnik nie poczuł się zagubiony, a jednocześnie tak, by nie znudzić osób dobrze znających epokę. Z tym problemem musiał uporać się także Beckman. Nie wiedząc z jakiego pułapu wiedzy startuje potencjalny czytelnik, postanowił w miarę szybko wprowadzić go w sytuację. W skondensowanej formie szkicuje skomplikowaną sytuację polityczną i społeczną w XVIII wiecznej Europie.  Stąd dwa pierwsze rozdziały nie są specjalnie porywające. Próba upchnięcia w jak najmniejszej ilości tekstu jak największej ilości informacji zaowocowała suchym, podręcznikowym stylem, a osoba znająca i lubiąca epokę nie znajdzie zbyt wielu nowych informacji. Ale nie zniechęcajcie się! Warto przez ten początek przebrnąć, bo dalej jest lepiej, znacznie lepiej, a wręcz wyśmienicie. Język robi się o wiele bardziej przystępny, mniej suchy, postaci nabierają życia, treść (a właściwie akcja, choć w przypadku literatury faktu nie uchodzi używać tego słowa) wciąga – mówiąc krótko całość zyskuje rumieńce. Ani się czytelnik obejrzy, jak książka go porywa niczym najwytrawniejszy kryminał.

W „Podziękowaniach” autor wspomina, że praca nad tekstem trwała blisko sześć lat. To widać. „Jak zrujnować królową” to, poza wszystkim innym, kawał rzetelnej literatury historycznej. Widać, że Beckman wykonał ogromna pracę zbierając i weryfikując informacje. Sama bibliografia to piętnaście stron drobnym maczkiem, przy czym znaczną część stanowią teksty z epoki. Kolejne czterdzieści stron to bardzo szczegółowe przypisy. Brzmi strasznie? Nie ma się czego bać! Beckman reprezentuje bowiem starą, dobrą szkołę literatury popularno-naukowej, która mówi, że autor ma obowiązek przekopać się przez nudne dokumenty, opracowania i rozprawy, przetrawić to wszystko, a potem podać czytelnikowi w atrakcyjnej i przystępnej formie. W efekcie otrzymujemy lekką, przyjemną, a jednocześnie pouczającą lekturę. Ech, gdyby tak pisano podręczniki przyswajanie wiedzy byłoby znacznie milsze.

Backman nie ogranicza się do suchych faktów. Snuje własne teorie, formułuje przeróżne przypuszczenia – czasami całkiem daleko idące. Zawsze jednak wyraźnie zaznacza, co jest rzeczą udowodnioną, a co jedynie domniemaniem. Jakże wielu dziełom brakuje takiego klarownego rozgraniczenia. I tak oto autor zarobił u mnie kolejny plus.

A jeśli już o autorze mowa. Każde dzieło mówi nam wiele o swoim twórcy. Co widzimy tym razem? Z kart książki wyłania się obraz Beckmana-erudyty. Gawędziarza o rozległej wiedzy i zainteresowaniach, uwielbiającego wszelkiego rodzaju dygresje i poboczne wątki. Zwiększa to niewątpliwie atrakcyjność pozycji, ale z drugiej strony sprawia, że dość łatwo jest się pogubić w wątkach i meandrach tekstu. Taka kompozycja wymaga od czytelnika dużej dozy skupienia, dlatego „Jak zrujnować królową” to, przynajmniej w moim odczuciu, lektura nadająca się bardziej na jesienny wieczór przy kominku, niż na gorącą plażę. A że w chwili gdy piszę te słowa, lato właśnie chyli się ku końcowi, a jesień nadciąga wielkimi krokami, jest teraz najlepszy moment by sięgnąć po książkę Beckmana. Warto!




piątek, 11 sierpnia 2017

TETSUYA HONDA „PRZECZUCIE”

JAK ZOSTAŁAM ROJALISTKĄ


Tytuł: Przeczucie
Autor: Tetsuya Honda
Tłumacz: Rafał Śmietana
Wydawca: Znak literanova 2017
Stron: 350
ISBN: 978-83-240-3792-6



Moje czytelnicze życie było ostatnimi laty bardzo trudne. Pasjami uwielbiam kryminały, ale, poza nielicznymi wyjątkami, nie lubię kryminałów szwedzkich, a te, jak nietrudno zauważyć, niepodzielnie zdominowały rynek księgarski. Co gorsza, pisarze innych nacji, w tym także Polacy, poddali się temu trendowi i zaczęli masowo  naśladować Skandynawów. Pozostała mi tylko klasyka, ale tu zasoby zaczęły się niepokojąco szybko wyczerpywać. Gdy więc weszłam w posiadanie japońskiego kryminału rzuciłam się nań z optymizmem, śliniąc się przy tym z podniecenia niczym pies Pawłowa. Miałam ogromna nadzieję, że w końcu znalazłam coś dla siebie. I nie zawiodłam się.
Kryminał jako gatunek rozrósł się nam niepomiernie w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Dojrzał, „wydoroślał”. Z króciutkich, płytkich historyjek z pointą, przeznaczonych dla pospólstwa wyewoluował do pełnoprawnego gatunku literackiego. Dorobił się nawet własnej, wewnętrznej klasyfikacji. Mamy więc, między innymi: powieść detektywistyczną, dramat policyjny, kryminał retro, kryminał milicyjny. Pewnie jeszcze kilka podgatunków by się znalazło.
„Przeczuciu” najbliżej do dramatu policyjnego.  W powieści Tetsuya Hondy jest wszystko, czego można oczekiwać od dobrego, współczesnego kryminału. Mamy zagadkę, mamy wartką akcję, mamy ciekawe postacie, a jako bonus arcyinteresujące tło obyczajowe. To powieść ze wszech miar współczesna, czerpiąca jednak to, co najlepsze z klasyki gatunku.
Dla kogo jest ta książka? Myślę, że krąg potencjalnych, zadowolonych czytelników jest naprawdę szeroki.
Dla miłośników kryminałów. Rzecz wcale nie taka oczywista, bo to grupa bardzo wymagająca i „rozpuszczona” bogatą ofertą. Nie mam jednak wątpliwości, że „Przeczucie” znajdzie swoich fanów. Nie chcę za dużo powiedzieć, żeby nie zepsuć przyjemności z lektury, zaznaczę więc jedynie oryginalne podejście do sposobu rozwiązania zagadki. Zazwyczaj, w kryminale (przynajmniej klasycznym) do ostatniej strony nie wiadomo, kto jest mordercą. Wszelkie pojawiające się wcześnie domysły detektywa, okazują się mylnymi tropami. Na dłuższą metę bywa to nudne, bo czytelnik wie, że rozwiązanie musi być błędne jeśli do końca książki pozostało jeszcze kilkadziesiąt stron. U Hondy jest inaczej – tajemnica rozwikływana jest nie tyle w jednorazowym przebłysku  geniuszu, co po kolei, stopniowo. Znajdujemy odpowiedź na jedno pytanie po to tylko, by pojawiło się kilka kolejnych. Chociaż, oczywiście, nie brak błędnych ścieżek i nieoczekiwanych przebłysków natchnienia u detektywów – bez tego nie może się obejść żaden porządny kryminał.
Dla miłośników powieści obyczajowej (nie mylić z romansem). Autor buduje ciekawe, niebanalne postacie oraz skomplikowane, niejednoznaczne relacje między nimi. Na pierwszy plan wysuwa się, oczywiście, główna bohaterka. Nie tylko śledzimy jej poczynania jako policjantki, lecz także – a może przede wszystkim – poznajemy jako człowieka. Im więcej wiemy o jej przeszłości, o dręczących ją demonach i o bieżących problemach, tym lepiej rozumiemy jej motywacje i postępki. I tym bardziej ją lubimy. Równie fascynujące jak rozwiązywanie zagadki jest obserwowanie zmagań Reiko o zdobycie pozycji i szacunku w świecie zdominowanym przez mężczyzn, w świecie, który nie rozumiem, że bycie żoną i matką - choć ważne - to nie wszystko i że na pewne ustępstwa względem samej siebie nie należy się godzić.
To, że Reiko jest postacią pierwszoplanową nie znaczy, to bohaterowie drugiego planu wypadają blado. Wręcz przeciwnie. To galeria bardzo ciekawych  i niebanalnych osób. Są wśród nich takie, które od razu lubimy, są i niesympatyczne, a wręcz irytujące. Jak w życiu.
Dla miłośników Japonii i osób ciekawych świata. „Przeczucie” to powieść napisana przez Japończyka dla Japończyków. Nie znajdziemy więc tu długich wywodów na temat kultury Kraju Kwitnącej Wiśni, wedle zasady, że „koń jaki jest, każdy widzi”. Dostajemy za to co innego, w moim odczuciu znacznie cenniejszego. Drobne uwagi i scenki rodzajowe, niczym perełki rozsiane po całym tekście. A to policjanci kłaniają się po zakończeniu narady, a to wspomniane zostaje mimochodem japońskie święto. Pojedyncze zdania, z których niejako przy okazji czerpiemy ogromną wiedzę. Oto losowo wybrany przykład ilustrujący, co mam na myśli. Podczas przepytywania osób mieszkających w pobliżu miejsca zbrodni okazuje się, że starszy pan nic nie widział, bo codziennie jeździ autobusem do ośrodka opieki dziennej. Niby nic, a ile to nam mówi o opiece nad seniorami i o stosunku do starszych osób. Takiej ukrytej wiedzy jest w „Przeczuciu” mnóstwo.
Bardzo japońskie jest też samo rozwiązanie zagadki. Krwawe i balansujące na granicy wiarygodności. Powiem wprost – gdyby miejsce akcji było inne, nazwałbym finał przekombinowanym. W każdym innym kraju taka historia byłaby niewiarygodna, ale w Japonii… Przecież Japończycy są „inni”, tam się to mogło przydarzyć naprawdę. Wiem, że w tym momencie ulegam stereotypom, ale nie umniejsza to satysfakcji jaką dała mi lektura.
Na okładce polskiego wydania „Przeczucia” widnieje napis „CESARZ JAPOŃSKIEGO KRYMINAŁU”. Jeśli to prawda, to ja, zagorzała demokratka, właśnie zostałam rojalistką. Niech żyje cesarz!


niedziela, 23 lipca 2017

SIEDEM SIÓSTR

(NIE)SZCZĘŚLIWA SIÓDEMKA



Tytuł: „Siedem sióstr”
Autor: Lucinda Riley
Tłumacz:  Marzenna Rączkowska i Maria Pstrągowska
Wydawca: Albatros 2017
Stron: 544
ISBN: 978-83-7985-943-6

Zdanie rozpoczynające tekst jest niezwykle ważne. Jest niczym pierwsze wrażenie podczas zawierania nowej znajomości. Często decyduje o tym, czy ktoś zada sobie trud przeczytania zdania drugiego, a potem trzeciego. I kolejnych.
Ok. Udało mi się dotrzeć do miejsca, którego z pewnością nie można nazwać nie tylko pierwszym zdaniem, ale nawet pierwszym akapitem. Mogę więc już spokojnie napisać tego koszmarka. Książka autorstwa Lucindy Riley „Siedem sióstr” to pierwsza część siedmiotomowego cyklu „Siedem sióstr”. Ufff… Mam to już za sobą. A teraz do rzeczy.
Cykl ten, to saga opowiadająca o losach sióstr poszukujących swych korzeni. Wbrew tytułowi, sióstr jest tak naprawdę sześć, a do tego nie są właściwie siostrami. To dziewczynki pochodzące z różnych stron świata, które przygarnął i adoptował tajemniczy milioner – Pa Salt. Okoliczności jego nagłej, owianej mrokiem tajemnicy śmierci są osią łączącą poszczególne części cyklu. Wątek ten potraktowano jednak (przynajmniej w pierwszym tomie) nieco po macoszemu. Ot, kilkanaście stron na początku i kilka stron na końcu. Jest on niczym kolorowa fuga łączącą ozdobne kafelki – pełni głównie funkcję dekoracyjną, ale jak na razie za wiele nie wnosi. A szkoda, bo zagadka Pa Sala bardzo mnie zaintrygowała. Pozostaje mieć nadzieję, że w kolejnych tomach dowiemy się czegoś więcej. Cóż, w końcu mamy do czynienia z sagą, a saga, z definicji, powinna być długa. Albo bardzo długa. Przed nami jeszcze sporo czytania, pewnie i dla Pa Salta znajdzie się w końcu miejsce.
Saga rodzinna to bardzo pojemny termin. Może się pod nim kryć wszystko: powieść obyczajowa, historyczna, społeczna, a nawet kryminalna. Dlatego też biorąc do ręki „Siedem sióstr” nie wiedziałam na dobrą sprawę, z czym mam do czynienia. Teraz, gdy lekturę mam już za sobą mogę z całą pewnością stwierdzić, że chodzi o romans. A właściwie dwa romanse w jednym, bo akcja toczy się w dwóch płaszczyznach czasowych. Wraz z losami Mai – najstarszej z siedmiu sióstr, śledzimy równolegle historię jej prababki Izabeli.
Gdy piszę, że książka jest romansem, nie jest to zarzut, a jedynie stwierdzenie faktu. Od dawna bronię romansu, konsekwentnie walczę z pogardliwym traktowaniem tego gatunku i pracowicie dowodzę, że romans, jak każda inna książka – sensacyjna, obyczajowa, fantastyczna, kryminalna – może być albo dobra albo zła. Wszystko zależy od pomysłu oraz warsztatu i  talentu pisarza.
Czy „Siedem sióstr” to romans dobry? Powieść Lucindy Riley to z pewnością książka nie dla każdego. Jest to pozycja bardzo klasyczna, przypadnie więc do gustu tym, którzy akceptują reguły i ograniczenia rządzące gatunkiem. Co się za tym, dość  ogólnym, stwierdzeniem kryje?
Po pierwsze, specyficzne podejście do opisywanych wydarzeń i emocji. Emocje mają być pozytywne Nawet gdy dzieje się coś smutnego czy wręcz tragicznego. Jak to możliwe? Już śpieszę z wyjaśnieniami. Wyobraźcie sobie film, bardzo smutny film, w którym umiera nasza ulubiona bohaterka. Jeśli po wyjściu z kina skomentujemy „jakaż smutna/tragiczna/dołująca była jej śmierć!” znaczy to, że oglądaliśmy dramat. Jeśli jednak, ze łzą w oku wychlipiemy „jakżeż pięknie ona umierała!” to znaczy, że trafiliśmy na melodramat. Łapiecie różnicę?  Tak właśnie jest w „Siedmiu siostrach”. Choć wiele opisanych wydarzeń jest (teoretycznie) smutne, to przedstawiono je tak, że na myśl nasuwa się raczej określenie „rzewne” niż „tragiczne”.  Jakby bohaterowie poruszali się w świecie utkanym z waty cukrowej – wszystko wokół ma słodkawy smak. Nawet cierpienie.
Po drugie, prostota i przewidywalność. Romans nie jest od tego żeby zadziwiać niespotykanymi pomysłami, bo od tego mamy fantastykę. Romans nie jest od tego żeby trzymać w napięciu ani  zaskakiwać nagłymi zwrotami akcji, bo od tego mamy sensację. Romans nie jest od tego by dostarczać nam wyrafinowanych zagadek, bo od tego mamy kryminał. Romans ma wzruszać. Kropka. Jeśli masz dość pogoni, ucieczek, strzelanin i intryg, jeśli masz ochotę na odrobinę nieco staromodnych nostalgicznych wzruszeń, to „Siedem sióstr” jest dla ciebie.
Piękny romans potrzebuje pięknej oprawy niczym obraz ramy. Autorka zadbała więc o to, by akcja toczyła się w ciekawych, malowniczych i przemawiających do wyobraźni miejscach. Zabiera nas do tchnącej spokojem Szwajcarii, egzotycznej Brazylii i tętniącego życiem, XIX wiecznego Paryża. Odbywając wraz z Lucindą Riley podróż w czasie i przestrzeni nie tylko poznajemy losy stworzonych przez nią bohaterów lecz także stajemy się świadkami jednego z najbardziej fascynujących przedsięwzięć artystycznych – tworzenia posągu Cristo, czyli słynnej, górującej nad Rio  de Janeiro figury Chrystusa Odkupiciela.
Gdybym miała wskazać jedną, wyraźną wadę książki, bez wahania wybrałabym język. Jest to język co prawda poprawny, ale w bardzo specyficzny, szkolny sposób. Owszem, nie znajdziemy tam ani rażących błędów gramatycznych czy stylistycznych, ani tym bardziej ortograficznych. Zadania są okrągłe, wypolerowane, ale takie jakieś… nijakie. Jest to język jakim posługuje się na maturze pracowita prymuska, która brak polotu nadrabia pracowitością i dokładnością. O ile jeszcze w komentarzu odautorskim taki styl jakoś się broni, o tyle w dialogach jest naprawdę ciężkostrawny. Żadnego zróżnicowania językowego, żadnych emocji, jakby bohaterowie odczytywali swe kwestie z kartki.
W pierwszym odruchu chciałam skrytykować tłumaczki, ale coś mnie tknęło i zerknęłam do oryginału, a właściwie tylko do drobnego fragmentu udostępnionego bezpłatnie w formie „przynęty”. Wygląda na to (o ile mogę osądzać na podstawie niewielkiego urywka tekstu), że praca  translatorska została wykonana poprawnie. Po prostu autorka ma taki styl.
Dodam jeszcze, że choć mamy do czynienia z książką otwierającą cykl, to jest ona w zasadzie zamkniętą całością. Jeśli ktoś waha się – czytać czy nie czytać, uważam, że może zaryzykować. Jeżeli powieść nie go porwie, może spokojnie zakończyć przygodę po pierwszym tomie. A jeśli historia zainteresuje go, to cóż – nie pozostanie nic innego jak cierpliwie czekać na kolejne tomy.

czwartek, 29 czerwca 2017

OSTATNI Z ŻYWYCH

GARŚĆ ANEGDOT

Tytuł: „Ostatni z żywych. Opowieści z Fabryki Snów”
Autor: Roger Moore
Tłumacz: Maciej Szymański
Wydawca: Rebis 2015
Stron: 304




Jakoś tak jest, że śmierć przypomina nam o ludziach lekko już za życia zapomnianych. Dotyczy to zarówno celebrytów (pamiętacie internetową histerię po śmierci Carrie Fisher?), jak i dalszych członków każdej rodziny. Nagle, gdy jest już za późno, zaczynamy żałować, że przez ostatnie dziesięć lat nie znaleźliśmy czasu, żeby odwiedzić ukochaną ciotuchnę. Co jest tego przyczyną – nie wiem. Tak jest i już.
Niedawno do Wielkiej Montażowni (jak zwykł był mawiać Tony Curtis) odszedł kolejny człowiek legenda: Roger Moore. Idol mojego dzieciństwa. Niezapomniany „Święty”, czarujący lord Berett Sinclair, i oczywiście Bond. James Bond. Na ironię, a wręcz na czarny humor, zakrawa fakt, że pożegnalna książka sir Rogera nosi tytuł „Ostatni z żywych”. Informacja o śmierci aktora przypomniała mi o przystojniaku, w który podkochiwałam się, podlotkiem będąc (O, niestałości uczuć kobiecych!), i zachęciła do sięgnięcia po książkę. Jak było?
Największą przyjemność sprawiła mi nie zawartość pisana, lecz dopełniające ją obrazy. „Ostatni z żywych” to pozycja bogato ilustrowana. Choć część z prezentowanych zdjęć jest powszechnie znana, to jednak sporo z nich widziałam po raz pierwszy. Przyłapałam się na tym, że traktuję książkę bardziej jak album niż literaturę – pomijam treść i z wielką lubością (oraz łezką w oku) przeglądam fotografie. Ależ się przy tym wzruszyłam!
A co z treścią? Podtytuł „Opowieści z Fabryki Snów” najlepiej oddaje zawartość książki. To zbiór luźno ze sobą powiązanych anegdot ze świata filmu. Niektóre są rzeczywiście zabawne, inne nie bardzo. Aczkolwiek trudno o coś bardziej subiektywnego niż poczucie humoru. To, co jednego czytelnika rozbawi do łez, u innego wywoła jedynie grymas niesmaku lub znudzone ziewnięcie. De gustibus… i tak dalej. Tym bardziej że anegdoty są mocno zróżnicowane: od niepoddających się tłumaczeniu żartów językowych, poprzez specyficzny angielski humor, aż po dość przaśne historyjki.
Z pewną przykrością muszę przyznać, że Roger Moore był znacznie lepszym aktorem niż pisarzem. Książka napisana jest niezwykle chaotycznie, bez żadnej myśli przewodniej. Ot, garść luźno powiązanych opowieści, posortowanych wedle raczej przypadkowego klucza. Do tego historie przekazane są dość drętwo. Autor traktuje osoby, o których opowiada, z ogromną dozą życzliwości, nawet wtedy, gdy treść historii zupełnie takiej życzliwości nie usprawiedliwia. Dystans, który urzekał na ekranie, w wersji pisanej nie sprawdza się. Powstał tekst sztywny i nienaturalny. Być może zabrakło niepowtarzalnych gestów, mimiki, uśmiechu, które na ekranie nadawały niepowtarzalny urok nawet najprostszym opowieściom.
Wartość poznawcza „Ostatniego z żywych” jest mocno problematyczna. Moore, który przecież przemysł filmowy znał od podszewki i z pewnością niejedną ciekawą historię mógłby opowiedzieć, ślizga się po powierzchni. Nie wychodzi poza obręb płytkich towarzyskich ploteczek. Z książki nie dowiadujemy się nic ani o kulisach przemysłu filmowego, ani o blaskach i cieniach życia gwiazd. Całość przywodzi na myśl kompilację krótkich artykułów z kolorowej prasy. A szkoda.
Pozycja głównie dla miłośników kina poszukujących anegdotek, którymi będą mogli zabawiać towarzystwo podczas spotkania przy piwie albo podczas rodzinnego grilla.