piątek, 17 lutego 2017

WOJNA WINSTONA

WOJNA TO NIE TYLKO BITWY



Tytuł: Wojna Winstona
Tytuł oryginału: Winston's War
Autor: Michael Dobbs 
Tłumacz: Anna Gralak
Wydawca: Znak Literanova 
Data wydania: 2017-02-01
ISBN978-83-2403-732-2
Stron: 560


„Wojna Winstona” trafiła do mojej  biblioteczki już jakiś czas temu, jednak chwilkę to trwało zanim w końcu zabrałam się za pisanie opinii. Dlaczego? Bo książkę trzeba najpierw przeczytać (choć wiem, że trafiają się tacy recenzenci od siedmiu boleści, którzy wcale nie uważają tego etapu za konieczny), a powieść Dobbsa nie jest pozycją lekką. Ponad 500 stron (dość drobnym drukiem)  tekstu ciekawego, ale zdecydowanie ciężkiego. Tej książki  nie da się czytać szybko, należy jej poświecić sporo czasu, ale, na szczęście, nie jest to czas stracony.
Akcja „Wojny Winstona”  toczy się między  1 października 1938 a 10 maja 1940. Główną linię fabularną osnuto wokół konfliktu i walki o przywództwo między premierem Nevillem Chamberlainem a Winstonem Churchillem.  Z mojego, subiektywnego, punktu widzenia trudno o ciekawszy temat. W historii zawsze dużo bardziej od działań militarnych interesowało mnie to, co je poprzedzało – konflikty, negocjacje, traktaty. Od tego co się stało znacznie ciekawsze wydaje mi się dlaczego stało się tak  a nie inaczej. Zdecydowanie bardziej od przebiegu bitwy interesuje mnie, dlaczego do niej w ogóle doszło. A czy myśleliście kiedyś o bitwach, które się nie odbyły,  albo o wojnach, które nie wybuchły? „Wojna Winstona” o tym właśnie opowiada. O wielkiej dyplomacji i jej kulisach, o negocjacjach i przepychankach, o układach i zależnościach z pozoru drobnych, a jednak wpływających na losy całych narodów, o tym, że w polityce czyjś sukces zawsze jest jednocześnie czyjąś klęską. Takie ukryte rozgrywki  zawsze mnie intrygowały. Nic więc dziwnego, że książka Dobbsa wciągnęła mnie od samego początku.
„Wojna Winstona” to kawał rzetelnej, dobrze osadzonej w realiach historycznych prozy. Autor oparł się na ogólnie znanych faktach i zweryfikowanych informacjach. Nie szczędzi nam przy tym licznych, mocno rozbudowanych detali,  co z pewnością jest dużą zaletą z punktu widzenia poznawczego.  Oczywiście, powieść to nie podręcznik, ale dobrze jest gdy zawiera rzetelną wiedzę.  Pod tym względem Dobbs spisał się świetnie, aż chce się powiedzieć, że za dobrze, bo trochę brakowało mi anegdot i ploteczek. Niechby nawet troszkę naciąganych – wszak literatura piękna ma służyć nie tylko nauce, ale i rozrywce.
I tak oto dochodzimy do małego kłopociku, z którym borykają się autorzy powieści historycznych. Trudno jest zaskoczyć czymś czytelnika i jednocześnie zachować wierność faktom. Szczególnie gdy pisze się o ludziach i wydarzeniach powszechnie znanych. Czym niby miał mnie Dobbs zadziwić? Z góry wiedziałam, że Hitler zajmie Czechosłowację. Atak na Polskę też mnie nie zaskoczył. Ani wojna zimowa. Nawet pociąg Churchilla do alkoholu nie wzbudził mojego zdumienia J
Cóż ma począć biedny pisarz w takiej sytuacji? Albo złożyć ofiarę z prawdy na ołtarzu atrakcyjności, albo wprowadzić postaci fikcyjne. Dobbs poszedł tą drugą drogą. Zgrabnie żongluje fikcją i faktami. Wydarzenia historyczne przeplatają się z opowieścią stworzoną w wyobraźni autora.  Co ciekawe, proporcje zmieniają się. Raz przeważa fantazja, raz prawda. Ma to istotny wpływ na tempo akcji. Tam, gdzie autor i jego kreatywność  mają  wolną rękę wydarzenia  toczą się wartko, tam gdzie na scenę wkracza prawdziwa historia tempo wyraźnie spada.  Rezultatem  tego  zabiegu jest przyjemna mieszanka. Powstała historia wielowątkowa. Opowieść o ludziach i wydarzeniach pozornie ze sobą nie powiązanych , których historie jednak w końcu ładnie się łączą. 
A jaki jest główny bohater? Jaki jest Churchill? Właściwie trudno powiedzieć, bo choć niewątpliwie jest postacią centralną, to – paradoksalnie – dość rzadko pojawia się na kartach książki. Znacznie częściej spotykamy Chamberlaina, Burgessa, czy liczni bohaterowi drugoplanowi. Winston jest tym, o którym wszyscy mówią (lub piszą) lecz sam dość oszczędnie pojawia się na scenie. Trochę mi go brakuje. Szczerze mówiąc  wolałabym więcej Churchilla w Churchillu.
Chociaż może tak jest lepiej? Mam wrażenie, że postaci historyczne wyszły Dobbsowi słabiej niż fikcyjne. Zarówno Chamberlain jak i Churchill są nieco schematyczni. Być może autor bał się zaryzykować i wyjść poza utarte schematy, a może po prostu sympatie polityczne przeważyły nad duchem twórczym? Tak czy siak, choć książka traktuje o Churchillu moją ulubioną postacią stał się  bohater drugoplanowy (aczkolwiek ważny), Mac – fryzjer męski.  Ciekawe, kogo polubią inni czytelnicy!


czwartek, 9 lutego 2017

URODZONY W TYBECIE

MARCEPANOWY TYBET


Tytuł: „Urodzony w Tybecie”
Autor: Chögyam Trungpa Rinpocze
Tłumacz: Joanna Grabiak-Pasiok i Anna Zdziemborska
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 304

Od kilku lat, mniej lub bardziej systematycznie (w zależności od humoru i czynników obiektywnych), spisuję swoje wrażenia po lekturze. Uparcie odmawiam nazywania tych tekstów recenzjami i trwam przy określeniu „opinie”. Upierałam się przy tym, upieram i upierać się będę. Dlaczego? A dlatego, że recenzja – przyzwoita, profesjonalna recenzja – powinna być przede wszystkim bezstronna, oparta na uczciwej analizie literackiej i obiektywnej (na ile to możliwe) ocenie wartości artystycznych oraz  poznawczych danego dzieła. Tymczasem opinia ma prawo być subiektywna, może bazować na słynnych „misiach” – podobało/nie podobało mi się. Powiedzmy szczerze – każdemu nie raz i nie dwa zdarzało się przeczytać książkę, o której na poziomie intelektualnym wiedział, że jest dobra, ba!, być może nawet świetna, ale na poziomie emocjonalnym nie zachwyciła. Bywa, że – choć wstyd się przyznać – momentami znudziła. Pisząc recenzję, musiałabym taką książkę,  częściowo wbrew sobie, pochwalić. Pisząc opinię, mogę sobie ponarzekać.
Co bardziej domyślny czytelnik pewnie już zgadł, że książka „Urodzony w Tybecie” mnie nie porwała. Doceniam walory poznawcze i wymiar filozoficzno-etyczny tej pozycji, ale czytało mi się średnio. Być może moja zachodnia wrażliwość (a właściwie jej brak) połączona z wrodzonym cynizmem nie pozwoliły mi otworzyć się na przesłanie ze Wschodu.
Tym przydługim wstępem nie chcę nikogo zniechęcić. Wręcz przeciwnie – ostrzegam, że część narzekań jest niezwykle subiektywna. A teraz do rzeczy.
„Urodzony w Tybecie” to historia  Chögyam Trungpa Rinpocze, ręką jego własną spisana.  Poznajemy niemalże całego życie autora – od wypełnionych zgłębianiem filozofii, nauk Buddy i treningiem medytacyjnym dzieciństwa oraz młodości, poprzez dramatyczną ucieczkę z opanowanego przez Chińczyków Tybetu, aż po ostatnie lata poświęcone krzewieniu dharmy na Zachodzie.  Historia z potencjałem, bez dwóch zdań ciekawa, tym bardziej że opowiedziana przez naocznego świadka, jednak sposób narracji sprawia, że ciężko jest się przejąć opisywanymi wydarzeniami.
Przedstawiony świat jest słodki, wręcz cukierkowy. Sądzę, że częściowo wynika to z typowej dla każdego człowieka tendencji do idealizowania własnych wspomnień. Zadziałała też niewątpliwie bariera kulturowa, niepozwalająca mi dostrzec subtelności przekazu.
Z książki niewiele dowiemy się o historii i konfliktach wstrząsających regionem. Autor co najwyżej poinformuje nas, że z tego czy innego miejsca „docierały niepokojące wieści”. Mało emocjonująca informacja, musicie przyznać. Dopiero gdy pod te słowa podłożymy wiadomości  zdobyte samodzielnie z innych źródeł, zdamy sobie sprawę, o czym tak naprawdę czytamy: palenie klasztorów, mordowanie mnichów, zastraszanie miejscowej ludności. Tyle tylko, że w „Urodzonym w Tybecie” tej wiedzy jest jak na lekarstwo. Autor – człowiek Wschodu i wyznawca buddyzmu – koncentruje się na aspekcie duchowym. „Prawa karmy nie da się zmienić; każdy musi się zmierzyć ze swoim przeznaczeniem; każdy musi kierować się własnym sumieniem”. Ten cytat najlepiej oddaje zarówno ducha, jak i treść książki. Odniosłam wręcz wrażenie, że dobór faktów podporządkowano tej nadrzędnej  tezie, nie raz  ze szkodą dla spójności opowieści.  A jest to dobór zaiste dziwny. Oto przykład. Opisując pobyt w Stanach Zjednoczonych, Chögyam Trungpa wspomina: „ W tym okresie Diana wróciła do Anglii, żeby przywieźć do USA mojego ośmioletniego, tybetańskiego syna […]”. Niby nic dziwnego, gdyby nie to, że przedtem ani razu nie wspomniał o takim „drobiazgu” jak syn. Że o matce owego syna nie wspomnę. Znacznie ważniejsze jest napisanie wiersza. Ot, osobliwe są ścieżki, którymi podążają myśli buddyjskiego mnicha.
I tu dochodzimy do paradoksu. Dziwne (miejscami wręcz pokrętne jak na mój gust) postrzeganie świata jest tym, co mnie w „Urodzonym w Tybecie” wciągnęło najbardziej. Próba choć częściowego zrozumienia, przestawienia umysłu na zgoła mi obcy sposób myślenia, okazała się nie lada wyzwaniem intelektualnym. Prezentacja duchowości i filozofii Wschodu, zaproszenie czytelnika na wycieczkę w świat duchowości, jest najmocniejszym atutem „Urodzonego w Tybecie”.  I o to chyba w tej książce chodzi. Nie o historię lecz o aspekt duchowy.

niedziela, 29 stycznia 2017

ŻONA OFICERA

GDY NIEBO SIĘ WALI


Tytuł: „Żona oficera”
Autor: Philippa Gregory
Tłumacz:Urszula Gardner
Wydawca: Książnica 2014
Stron: 504
ISBN:  978-83-24581-44-3

Nie mogę pojąć co przyświeca wydawnictwu „Książnica” gdy w sposób wołający o pomstę do nieba zmienia tytuły książek Philippy Gregory. Dziwi to tym bardziej, że wszystkie pozycje tłumaczone są bardzo dobrze, a korekta i  redakcja przeprowadzane naprawdę staranne. Żeby chociaż zmieniali na coś intrygującego, ale gdzie tam! Za co tak gorzki los spotkał „Fallen Skies” zamienione na „Żonę oficera”?  Jeśli dodać do tego naturalistyczną okładkę (taka maniera) skojarzenie jest jedno – jak nic, jakieś podrzędne romansidło. Do tego grubaśne. Tymczasem „Żona oficera” to bardzo dobra powieść, poruszająca bolesny i niełatwy problem traumatyzacji psychiki całego pokolenia ludzi, które los rzucił na fronty I Wojny Światowej.
Choć główną bohaterką – tytułową żoną oficera – jest była śpiewaczka Lily Valance, to w istocie jej historia jest jedynie pretekstem do opowieści o nieszczęśliwym losie jej męża  Stephana Wintersa. Jest on doprawdy postacią tragiczną. Choć udało mu przetrwać, choć wrócił do domu, to w pewnym sensie wojna dla  niego nie skończyła się i nigdy się nie skończy. Jest symbolem całego pokolenia mężczyzn, którzy walczyli na frontach Wielkiej Wojny. Jak w soczewce skupia obraz cierpień tych, którzy jakoby szczęśliwie wrócili do domu.
Temat niezwykle niebezpieczny dla pisarza – łatwo jest popaść tani sentymentalizm, podświadomie zastosować schematy, uprościć motywacje bohaterów. Jednak Gregory nie wpadła w tę pułapkę. Jej postaci są wielowymiarowe, ich motywacje niejednoznaczne. Jaka część problemu Stephena tkwi w przeżyciach wojennych, a jaka w zadawnionych ranach gryzących duszę jeszcze w dzieciństwie? 
Walka Stephena z najgorszym wrogiem, z samym sobą, rzuca się cieniem nie tylko na jego życie, lecz także na życie wszystkich jego bliskich. Walka tyleż rozpaczliwa, co z góry skazana na przegraną. Być może w innych czasach, w innym społeczeństwie Stephen miałby szanse na szczęście. A może nie?
Akcja powieści rzucona jest na szerokie, pięknie odmalowane tło obyczajowe. Gregory po mistrzowsku buduje obraz brytyjskiej wyższej klasy średniej.  Sztywne zasady, zakłamanie, doprowadzona do absurdu podległość żony mężowi  - to nie jest obraz starej, dobrej Anglii z popołudniową herbatka, ciasteczkami i pnącymi różami na ganku. To obraz świata, w którym niełatwo jest żyć i niełatwo  jest umrzeć. Świat, który młodej, naiwnej Lily jawił się jako kraina marzeń, lecz gdy wreszcie tam dotarła okazał się więzieniem. Bez krat, bez strażników, ale i bez drogi ucieczki.
„Żona oficera” to intrygująca, dająca do myślenia powieść, którą z pewnością warto przeczytać.

niedziela, 22 stycznia 2017

GRA POZORÓW

HISTORIA STRACONEGO CZASU (I PIENIĘDZY)



Tytuł: „Gra pozorów”
Autor: Carolyn G. Hart
Tłumacz: Emilia Skowrońska.
Wydawca:  Edipresse Książki 2016
Stron: 288


„Gra pozorów” to pierwszy tom „tasiemcowego”, bo liczącego sobie aż 26 tomów, cyklu „Morderstwo na życzenie” autorstwa Carolyn G. Hart. Bądźmy szczerzy, po takiej masowej produkcji nie należy oczekiwać zbyt wiele. Do lektury przystąpiłam wiec bez większych oczekiwań. Wszystko na co liczyłam to lekkie czytadło, odpowiednie na wieczór po męczącym dniu, gdy na nic ambitniejszego nie ma się siły.Niestety, nawet te, doprawdy skromne, wymagania okazały się przesadne. Muszę powiedzieć wprost – książka nie dała rady. Jest po prostu niesamowicie nudna. Ale po kolei…Na początku rzecz  zapowiadała się nieźle. Mała księgarnia specjalizująca się w sprzedaży kryminałów, miła główna bohaterka, dyskretny wątek romansowy i to, co miłośnicy klasycznych historii detektywistycznych lubią najbardziej – zagadka zamkniętego pokoju. Brzmi zachęcająco, nieprawdaż?

Jednak, jak mówi przysłowie (a przysłowia nie na darmo nazywane są mądrością narodów), miłe złego początki. „Im dalej w las, tym gorzej” – że pozwolę sobie sparafrazować kolejne porzekadło. Akcja jest wątła niczym nowo narodzone pisklę. Mimo że „Gra pozorów” jest kryminałem, to jej najsłabszym punktem jest… śledztwo. Zupełnie nie wciąga, a do tego przedstawione jest w sposób nieporadny. Ot, po kolei dowiadujemy się jaki powód do zabójstwa mogły mieć kolejne osoby, a na koniec główna bohaterka w jakiś, dla niej tylko wiadomy, sposób odkrywa kto jest mordercą. Żadnych zwrotów akcji, żadnych  niespodzianek, żadnych zaskoczeń.

Odniosłam wrażenie, że autorka, w życiu nie przeczytała nawet jednego kryminału. Świadczy o tym zarówno kompletny brak umiejętności prowadzenia akcji,  jak i wołające o pomstę do nieba błędy merytoryczne. Ot, chociażby taki: pisze, że Amy (bohaterka) urządziła spotkanie podejrzanych na wzór tego, które zorganizował Poirot w „Godzinie Zero”.  Rzecz w ty, że słynny Belg w tej książce w ogóle nie występuje! Litości! Jak nie wiesz, to milcz.
Carolyn G. Hart miała pomysł na króciutkie opowiadanie, które na siłę rozdęła do rozmiarów książki. Leje wiec wodę niemiłosiernie, serwując co i rusz rozbudowane do absurdu opisy. Choć, w przeciwieństwie do większości czytelników, nie mam nic przeciwko opisom przyrody, to doprawdy, niekoniecznie muszę wiedzieć, jakie były tytuły wszystkich książek stojących na regale, ani jak wyglądał każdy chwast w przydrożnym rowie.

Czytając „Grę pozorów” co i rusz łapałam się na tym, że nie rozumiem co czytam. Aż zaczęłam się zastanawiać, czy nie wybrać się do lekarza (serio, serio), bo jeśli nie mogę pojąć banalnego kryminału, to może coś jest ze mną nie tak. Na szczęście rozwiązanie zagadki okazało się mniej dramatyczne. Rzecz jest tak nudna, że mój mózg niby na poziomie świadomości przetwarzał literki i składał je w słowa lecz jednocześnie pozwalał myślom błądzić w zupełnie innych rejonach, nie przyjmując w ogóle do wiadomości czytanych treści.

Na koniec powiem wprost: odradzam. Szkoda czasu.

PS. Pomyślałam, że może pierwszy tom jest niereprezentatywny, że może dalej cykl się rozkręci. Przeczyłam dwa kolejne tomy: „Morderstwo na zamówienie” i „Czarny scenariusz”. Są równie kiepskie. Po tom czwarty z pewnością nie sięgnę.

piątek, 20 stycznia 2017

CZERWIEŃ: MISJA "BRZASK"

PLUS DO PLUSA


Tytuł: „Czerwień: Misja Brzask”
Autor: Linda Nagata
Tłumacz: Mirosław P. Jabłoński
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 416


Kiedyś, dawno, dawno temu, kiedy jeszcze miałam mocniejszą głowę i mogłam wypić sporo piwa, gawędziłam sobie przy browarku z zaprzyjaźnionym ilustratorem. Nazwisko znajomego pominę, bo rozmowa była jak najbardziej prywatna, wspomnę natomiast o jednej rzeczy, którą mi uświadomiła. Otóż nie zdawałam sobie sprawy z oczywistej oczywistości – z tego, jak trudno jest zdecydować, którą scenę narysować. Z jednej strony ilustracja ma być dopełnieniem treści, ale z drugiej – nie może za wiele zdradzać. Mówiąc językiem współczesnym – nie może być spoilerem.  Dlaczego akurat teraz wygrzebałam to wspomnienie? A dlatego, że chyba ktoś z marketingu piszący tekst na czwartą stronę okładki nie znał tej prostej zasady. Notka zdradza tak ze 30% akcji. Drogi Przyszły Czytelniku, jeśli jeszcze nie zajrzałeś do blurba, to nie rób tego. Dobrze ci radzę!

Hmm… Tylko czy aby tym pierwszym akapitem sama sobie nie strzeliłam w stopę? Bo teraz wypadałoby napisać recenzję nie ujawniając przy tym treści. No cóż, podejmuję wyzwanie!
Muszę się przyznać, że zawsze miałam kłopoty z literaturą SF gdzie w roli głównej występuje sztuczna inteligencja. Być może dlatego, że nie jestem w stanie uwierzyć w zbrodniczy komputer. HAL9000 jest tu chlubnym wyjątkiem potwierdzającym regułę. Szybciej uwierzę w to, że zaatakuje mnie odkurzacz. Właściwie w przypadku odkurzacza jestem pewna jego zbrodniczych zamiarów – co tydzień mam wrażenie, że wredne ustrojstwo usiłuje spętać mi nogi kablem i udusić rurą. Co do komputerów, cóż… Lata spędzone na debugowaniu programów – własnych i cudzych – uczą, że program zawsze robi to, co mu kazaliśmy. Kłopot w tym, że zadziwiająco często to „kazaliśmy” zupełnie nie pokrywa się z tym, co mieliśmy na myśli.  Tymczasem Linda Nagata napisała historię o AI,  w którą jestem w stanie uwierzyć. Pierwszy plus.

Bliska przyszłość. Bardzo bliska. To, co prezentuje autorka „Czerwieni”, to nie rozbuchana wizja futurystyczna, ale nieco tylko „podrasowana”  teraźniejszość.  Zaprezentowane technologie wojskowe to coś, co rodzi się na naszych oczach. Być może już za kilka lat tak właśnie będzie uzbrojona każda armia? A może już dziś, gdzieś w tajnych laboratoriach, ktoś testuje taką broń? Kto wie?  Wizja Nagaty jest naprawdę przekonywująca. Drugi plus.
Nanopunk. Do takiego gatunku oficjalnie zaklasyfikowano „Czerwień”.  Brzmi strasznie, ale w rzeczywistości tekst  jest bardzo przystępny. Oszczędzono czytelnikowi nużącego technobełkotu.  Nanotechnologia, AI, cyberprzestrzeń w naturalny sposób wplatają się w tkankę powieści. Są integralną częścią świata, dekoracją, sztafażem, a nie celem samym sobie. Trzeci plus.

A jeśli są dekoracje, to musi być i opowieść. Wszak scenografia powstaje tylko po to, by rozegrał się w niej właściwy dramat.  Akcja „Czerwieni” jest dość powolna, nieśpiesznie toczy się własnym rytmem, ale wciąga. Nie ma ani dłużyzn, ani „wypychaczy robiących objętość”. Wszystkie epizody , i te dramatyczne, i te na pozór nieistotne, czemuś służą. Dobre proporcje między „naparzanką”, polityką i elementami romansu sprawiają, że lektura nie nuży.  Czwarty plus.

Mamy dekorację, dramat, a gdzie dramatis personæ? Przecież nie ma dobrej historii bez dobrego bohatera. Tu także należy się Nagacie pochwała.  Choć na kartach „Czerwieni” nie znajdziecie nabuzowanego testosteronem supermana (przynajmniej w pierwszym tomie go nie ma), to jednak zebrała się tam całkiem ciekawa i mocno zróżnicowana gromadka: mężczyźni i kobiety, biali, czarni, żółci, żołnierze, politycy, dziennikarze. Jeśli nawet autorka kierowała się zasadami poprawności politycznej (nigdy nie wiadomo, co drzemie w umyśle twórcy), to zupełnie tego nie czuć. Różnorodność rzeczywiście wydaje się czymś naturalnym. Do tego postaci nie są jednowymiarowe, popełniają błędy, mają wątpliwości – może nie na miarę Hamleta, ale całkiem wiarygodne. To już piaty plus.

I na koniec, no prawie na koniec, mały minusik. Podczas lektury mocno irytowała mnie maniera stosowania w narracji jedynie czasu teraźniejszego. W moim subiektywnym odczuciu sztuczka ta dobrze sprawdza się, gdy chcemy od czasu do czasu podkreślić dramatyzm wybranych epizodów, albo w kluczowym momencie podkręcić tempo akcji. Stosowana bez umiaru wprowadza zbędną nerwowość i zwyczajnie dewaluuje się.

„Czerwień” to kawał rzetelnej, rzemieślniczej roboty. Być może nie ubogaci czytelnika duchowo, ale z pewnością zapewni mu kawał solidnej rozrywki na niezłym poziomie.

czwartek, 12 stycznia 2017

TAJEMNICA DOMU HELCLÓW


WYPRAWA DO STAREGO KRAKOWA

Tytuł: Tajemnica domu Helclów
Autor: Maryla Szymiczkowa
Wydawca: Znak literanova 2015
Stron: 288

Panowie Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński, bo to oni kryją się pod pseudonimem Maryla Szymiczkowa, zafundowali czytelnikom smakowitą wycieczkę do XIX wiecznego Krakowa. Rok 1893 powoli zbliża się ku końcowi. Bardzo wścibska profesorowa Szczupaczyńska, jak na krakowską mieszczkę przystało, ma własną hierarchię wartość: dba o dom, dogląda służby, zaciekle rywalizuje z „przyjaciółkami”, których w głębi duszy szczerze nienawidzi. A jednak, gdy staje twarzą w twarz z prawdziwą zbrodnią, budzi się w niej żyłka detektywistyczna. Uzbrojona jedynie w kajecik, ołówek i własny spryt postanawia dociec prawdy, bo wynik działań policji ani trochę jej nie satysfakcjonuje.
Z powyższego można by wysnuć wniosek (w sumie błędny), że „Tajemnica domu Helclów” to kryminał retro. W przekonaniu tym (błędnym) utwierdza nas notka redakcyjna. Czas powiedzieć to szczerze: choć wątek kryminalny w książce występuje, nie on jest najważniejszy. Książka nie jest skierowana do miłośników krwawych scen, szybkim pościgów i niespodziewanych zwrotów akcji. Oczywiście, bez zbrodni i następującego po nim  śledztwa nie byłoby powieści. Intryga kryminalna jest tu jednak niczym tyczka podpierająca krzak chmielu. Bez podpory chmiel nie da rady, ale – jak wszyscy wiemy – nie o tyczkę chodzi. Co jest więc tym metaforycznym chmielem? O czym jest powieść?
„Tajemnica domu Helclów” to przede wszystkim opowieść o mieście i jego mieszkańcach. Pełna ciekawostek, anegdot i dygresji. To obraz Krakowa, którego już nie ma, a może nigdy nie było, bo
autorzy wspaniale żonglują stereotypami: mamy mieszczaństwo skrępowane przesądami, skąpych krakusów, sprytne żony i ich mężów-pantoflarzy. Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński malują Kraków takim, jakim chcielibyśmy go widzieć. Kraków ze starych filmów, z dawno przeczytanych książek, z naszych marzeń. Aczkolwiek, trzeba przyznać, że w tekście  nie brakuje też prawdziwych opowieści, takich jak choćby otwarcie Teatru Miejskiego na placu Św. Ducha czy pogrzeb mistrza Matejki. To na podstawie tych właśnie epizodów ustaliłam dokładną datę zdarzeń opisanych w powieści.
Ale to nie wszystko. W „Tajemnicy domu Helclów” mamy też wspaniałą zabawę z konwencją. Szymiczkowa (udawajmy, że wierzymy w jej istnienie) co i raz puszcza oko do czytelnika. Każdy, kto lubi książki, bez trudu dojrzy aluzje do Zapolskiej i Christie. A wszystko to opisane piękną, delikatnie stylizowaną polszczyzną  i okraszone specyficznym, subtelnym humorem.
I choć intryga nie porywa, choć zagadka nie spędza snu z powiek, choć akcja toczy się nieśpiesznie, to jednak lektura dostarcza wielu miłych wrażeń. Pozwala na kilka godzin zapomnieć o rzeczywistości i zanurzyć się w barwny niejednoznaczny świat starego Krakowa.

wtorek, 10 stycznia 2017

ZDOBYWCY

MORZA I OCEANY ŚWIATA

Tytuł: „Zdobywcy. Jak Portugalczycy zdobyli Ocean Indyjski i stworzyli pierwsze globalne imperium”
Autor: Roger Crowley
Tłumacz: Tomasz Hornowski
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 448

Gdy myślimy o epoce wielkich odkryć geograficznych, pierwszym, co przychodzi nam do głowy, jest oczywiście Krzysztof Kolumb. Po chwili z otchłani pamięci wyłania się jeszcze Ferdynand Magellan. A co z nie mniej zasłużonymi i ciekawymi postaciami, takimi jak Vasco da Gama,  Afonso de Albuquerque i jego brat Francisco? Co z Francisco de Almeidą? Co z Duarte Pacheco Pereirą? Co z Pedro Escobarem? Oni także tworzyli historię! Co z ich osiągnięciami? To dzięki nim niewielka Portugalia stała się na początku XVI wieku potężnym morskim mocarstwem. O tym właśnie, o niezwykłych czynach portugalskich konkwistadorów, opowiada Roger Crowley w swej książce „Zdobywcy. Jak Portugalczycy zdobyli Ocean Indyjski i stworzyli pierwsze globalne imperium.”.
Rzadko kto jest w stanie tak jak Crowley łączyć ogromną wiedzę z niekwestionowanym talentem literackim.  Choć opowieść pełna jest szczegółów, dygresji  i pobocznych wątków, choć nie jest pozycją beletrystyczną, to wcale nie nuży. Wręcz przeciwnie, czyta się ją z zapartym tchem  niczym najlepszą powieść przygodową. Autor potrafi nie tylko ciekawie przedstawić fakty, lecz także (a może przede wszystkim?) umie tchnąć życie w opisywane postaci. Dawno już żadna książka nie zafascynowała mnie tak jak „Zdobywcy”. Wciągnęła od pierwszej strony i trzymała w napięciu do ostatniej linijki. Tak bardzo żal mi było rozstawać się z lekturą, że przeczytałam nawet, ignorowane zazwyczaj, podziękowania. Ot, taki czytelniczy odpowiednik wylizywania pustego talerza.
„Zdobywcy” to opowieść, nad którą unosi się duch walki, przygody i wielkiej polityki widzianych jednak z innej niż to zazwyczaj bywa perspektywy. Wielkie odkrycia geograficzne zwykliśmy rozpatrywać z punktu widzenia ekonomii: poszukiwania nowych szlaków handlowych, podboju nowych ziem, budowania potęgi państwa. Tymczasem w książce Crowleya Portugalczycy są spadkobiercami uczestników wypraw krzyżowych. Ich działania, okupione licznymi wyrzeczeniami, cierpieniami i ofiarami, są kolejną krucjatą, walką z islamem. Tak, jakby po cichu marzyli o kolejnym oswobodzeniu Jerozolimy.  Są więc „Zdobywcy” także opowieścią o zderzeniu dwóch kultur – chrześcijańskiej i muzułmańskiej.  Muszę przyznać, że ten aspekt historii do tej pory mi umykał, dostrzegałam gównie wątek spotkania cywilizacji europejskiej z amerykańską.
A jeśli Portugalia, to oczywiście Lizbona. Crowley zaprasza nas na wycieczkę do prężnie rozwijającego się, tętniącego życiem miasta pełnego bohaterów i awanturników. Do miasta ludzi, którzy zmienili historię. Co takiego miała w sobie Lizbona, że szukali tu szczęścia żeglarze z całego ówczesnego świata?  Aż mi się w głowie taka myśl zalęgła: czy by tak czasem nie zacząć ciułać grosików na wakacje w Portugalii, czy by nie wyruszyć latem na poszukiwania śladów tamtych wydarzeń? A nuż coś się zachowało?
„Zdobywcy” Rogera Crowleya to kolejna już pozycja w wyśmienitej serii Rebisu „Historia”. Należące do niej książki niezmiennie wyróżnia ogromna dbałość edytorska. Począwszy od ciekawej  szaty graficznej, w tym urzekającej, stylowej (twardej!) okładki i obwoluty,  poprzez staranne tłumaczenie, redakcję językową i korektę (cóż, dożyliśmy czasów, gdy brak literówek nie jest normą a rzeczą wartą wzmianki!) aż po wnikliwą redakcję merytoryczną. Serce raduje się na myśl, że w czasach wszechogarniającej pulpy, gdy na półkach księgarń panoszą się byle jak wydane gnioty, gdy wyroby książkopodobne być może nie  rozsypują się po pierwszym czytaniu jak to onegdaj bywało, ale niewątpliwie gwałcą poczucie estetyki kiczowatością szaty graficznej, gdy wydawnictwa typu vanity zalewają nas makulaturą niegodną nawet miana książki, komuś wciąż chce się pięknie wydawać pozycje przeznaczone dla wymagającego odbiorcy. Książki, które być może nie zostaną bestsellerami, lecz z pewnością znajdą swoją niszę. Oby więcej takich inicjatyw. I tego właśnie sobie – i wszystkim miłośnikom książek – życzę w nowym roku!