środa, 23 marca 2016

KOLEJNA WYPRAWA DO ANGLII TUDORÓW

MAŁY ZGRZYT



Tytuł: Lady Jane. Niewinna zdrajczyni
Tytuł oryginału: Innocent Traitor: A Novel of Lady Jane Grey
Autor: Alison Weir
Tłumacz: Adam Tuz
Wydawca: Astra (Kraków)
Data wydania: 2013-10-23
Liczba stron: 404
ISBN: 978-83-89981-63-7

Osoby zaglądające do mojego bloga z pewnością zauważyły, że mam słabość do powieści historycznych, a szczególnie do tych, które osadzone są w realiach tudorowskiej Anglii.  Jednocześnie, nieco paradoksalnie, nie lubię, a wręcz nie znoszę opowieści militarnych. Swego czasu zasłynęłam z tego, że czytając „Wojnę i pokój” pominęłam cały opis bitwy pod Borodino co , oczywiście, zostało przez nauczyciela bez trudu wykryte i „nagrodzone” adekwatną oceną.  Jeśli więc nie wojna, to co pociąga mnie w powieściach historycznych? Z pewnością tło obyczajowe, lecz nade wszystko wielka polityka. Wszelkie intrygi, spiski, knowania, to rzeczy, o których czytam z wypiekami na twarzy. Być może dlatego, że sama spiskować nie potrafię. Bynajmniej nie z powodu nadmiernie rozbuchanej moralności, a z braku sprytu. Spiskowiec ze mnie jak z koziego ogona patefon.

Lady Jane. Niewinna zdrajczyni” pióra Alison Weir to powieść o polityce. A nawet o Polityce – takiej przez duże „P”.  Główna bohaterka, Lady Jane Grey, córka wiecznie intrygującego ojca i dążącej bezwzględnie do celu matki, od chwili narodzin (a właściwie jeszcze w łonie rodzicielki) była bezwolnym pionkiem w rozgrywkach możnych tego świata. Owszem, zdarzały się chwile, gdy próbowała się buntować, tyleż desperacko, co nieskutecznie.

Losy „dziewięciodniowej królowej” – bo Jane zasiadała na tronie zaledwie dziewięć dni, choć fascynujące i tragiczne zarazem, są nieco mniej znanym epizodem z jakże burzliwych dziejów Anglii Tudorów. Cóż, zarówno w literaturze, jak i filmie czy teatrze, przyćmiły je inne, spektakularne wydarzenia: liczne małżeństwa Henryka VIII i słynny  konflikt między Elżbietą I a Marią Stuart.  Z jednej strony szkoda, a z drugiej nieco mnie to cieszy, gdyż temat jako mniej wyeksploatowany budzi większe zainteresowanie.

Powieść „Lady Jane. Niewinna zdrajczyni” ma narrację wielogłosową. Historię opowiadają na przemian rodzice naszej bohaterki, jej ukochana niania, królowa Katarzyna Parr, lord Dudley i, oczywiście, sama Jane. Zabieg ten uważam za wyśmienity. W przypadku tak skomplikowanej sieci intryg, wzajemnych powiązań i zależności bardzo interesujące jest spoglądanie na przebieg wydarzeń z różnych punktów widzenia. Sprzeczne interesy, odmienne motywacje, zróżnicowane przekonania, tworzą wielowymiarowy, niejednoznaczny obraz ludzi i epoki. Obraz wielce ciekawy

Tak jak wspominałam, opowieść snuje na przemian kilka osób. Aby zwiększyć dramatyzm sytuacji i nadać wypowiedziom poszczególnych osób bardziej emocjonalny charakter, autorka stosuje wyłącznie czas teraźniejszy.  Tutaj jednak pojawia się mały zgrzyt – w moim odczuciu kompletnie rozkładający postać głównej bohaterki. Jane w wydaniu Alison Weir jest kompletnie niewiarygodna. Autorka nie poradziła sobie z kreacją  postaci dziecka, nie wspominając już o tym, że Jane powinna jakoś ewoluować intelektualnie, winien  też jakoś ewoluować jej język. Rozumiem, że Jane Gray mogła być dzieckiem nad wiek rozwiniętym, nad wiek poważnym, nad wiek dojrzałym, ale mimo wszystko była dzieckiem. Na początku bardzo małym dzieckiem. Znaczna część powieści rozgrywa się w okresie gdy Jane ma pięć-sześć lat. Czytając fragmenty pisane w imieniu Jane musiałam kilkakrotnie cofać się, by sprawdzić który to mamy rok, bo zarówno język i jak i treść wypowiedzi sugerowały osobę dorosłą, a nie kilkulatkę. Gdyby autorka zdecydowała się na czas przeszły zgrzytu by nie było. Zabieg ten można było bez trudu wprowadzić, tym bardziej, że cały historia zaczyna się prologiem – rozważaniami uwięzionej, dorosłej Jane. Gdyby zamiast czasu teraźniejszego użyć czasu przeszłego, traktując fragmenty przedstawiane przez Jane nie jako relację „tu i teraz” lecz jako retrospekcję, opowieść młodej kobiety stojącej u progu śmierci,  tego zgrzytu by nie było.

Właściwie jest to jedyne zastrzeżenie jakie mam do tej książki.  Poza tym drobnym zgrzytem wrażenia z lektury mam jak najbardziej pozytywne. Co więcej planuję dalszą przygodę z twórczością Alison Weir – następna książka już czeka  na swoją kolej, a to chyba najlepsza rekomendacja.

poniedziałek, 14 marca 2016

KRÓLOWA NIEMIECKIEGO KRYMINAŁU

SPOTKANIE DRUGIE


Tytuł: Drugie dziecko
Tytuł oryginału: Das andere Kind
Autor: Charlotte Link
Tłumacz: Dariusz Guzik
Wydawca: Sonia Draga
Data wydania: 19-10-2011
Liczba stron: 520
ISBN: 978-83-7508-383-5 

Dziwny zbieg okoliczności sprawił, że „Drugie dziecko” Charlotte Link to moje drugie spotkanie z twórczością tej autorki.  Taka niezamierzona i niezbyt wyszukana gra słów. Od razu powiem, że spotkanie tak samo satysfakcjonujące jak pierwsze. Chwilę trwało nim się do lektury zabrałam wystraszona nieco wieloma niepochlebnymi ocenami, na które natknęłam się w sieci. Z drugiej strony, było też sporo opinii pozytywnych, a nawet entuzjastycznych. Skąd taka różnorodność odczuć (poza oczywistą różnorodnością gustów)? Myślę, że wiem.

Książki Charlotte Link umieszczono w  szufladce „kryminał”. Można więc założyć, że w pierwszej kolejności sięgają po nie miłośnicy powieści detektywistycznej i sensacyjnej. Tymczasem w „Drugim dziecku” autorka potraktowała wątek kryminalny raczej pretekstowo, koncentrując się na aspekcie obyczajowym.
  
Na książkę Link składają się dwie, przedstawiane naprzemiennie historie – toczące się współcześnie śledztwo i  opowieść  sprzed wielu lat. Historie, początkowo pozornie niezależnie, z czasem coraz mocniej się splatają, by w końcu połączyć się w nierozerwalną całość.  Bohaterowie, a wraz z nimi czytelnik, przekonują się, że nie ma ucieczki od własnej przeszłości, że dawne niegodziwości potrafią kłaść się długim, złowieszczym cieniem na nasze życie, niszcząc zarówno winnych, jak i ich najbliższych.

Autorkę, bardziej niż zagadka kryminalna, interesuje budowanie postaci, opisywanie relacji między nimi, analiza wzajemnych powiązań  i uzależnień.  Z zegarmistrzowską precyzją pokazuje, jak tłumione przez lata emocje niszczą ludzi prowadząc do nieszczęścia. 

Na kartach książki nie znajdziemy supermana. Postaci, które poznajemy podczas lektury „Drugiego dziecka”  są zwykłymi ludźmi, choć niektórym z nich przyszło stawić czoła niezwykłym okolicznościom. Tyle tylko, że wcale nie okazali się bohaterami. W godzinie próby wyszło z nich to co najgorsze: tchórzostwo, egoizm, konformizm, zakłamanie. Dlatego dość trudno ich polubić, choć niewątpliwie budzą litość. Nie są wszak ludźmi z gruntu złymi, po prostu poddano ich zbyt trudnej próbie,  której nie podołali.

Prowadząca śledztwo ambitna i mocno zdesperowana komisarz Valerie Almond także nie jest ani geniuszem, ani herosem. Więcej w niej uporu i determinacji niż przemyślności. Nie licz więc, czytelniku, ani na błyskotliwe śledztwo, ani na mrożące krew żyłach sensacyjne przygody.

Jeśli dodać do tego charakterystyczne dla prozy Charlotte Link, nieśpieszne, wręcz rozwleczone tempo, nietrudno odgadnąć skąd zawód wśród części czytelników (a tym samym i niskie oceny). To po prostu kolejna pozycja, która trafiła nie do tych adresatów, do których powinna. „Drugie dziecko” to powieść, która z pewnością spodoba się miłośnikom ciężkiej, mrocznej, socjologicznej prozy. Osobom szukającym tego rodzaju książek serdecznie „Drugie dziecko” polecam.


niedziela, 6 marca 2016

PRZYJEMNE ZASKOCZENIE

DOM JEDWABNY


Tytuł: Dom jedwabny 
Tytuł oryginału: The House of Silk
Autor: Anthony Horowitz
Tłumaczenie: Maciej Szymański
Wydawca:  Rebis
Data wydania: 2011-11-02
Stron: 304

ISBN: 978-83-7510-815-6

Od czasu do czasu ktoś podejmuje próby dopisania ciągu dalszego znanych książek sprzed lat. Ofiarami tego procederu padły dzieła różnego kalibru od opowieści o Poirocie, poprzez „Przeminęło z wiatrem”  po sienkiewiczowską Trylogię. Na ogół wyniki tych działań były, mówiąc oględnie, dość mierne. Udało się chyba tylko w przypadku Conana, ale to zupełnie inna historia. Nauczona przykrym doświadczeniem  nie oczekiwałam zbyt wiele po nowych przygodach Sherlocka Holmesa które wyszły spod pióra Anthonego Horowitza. Być może właśnie ten brak oczekiwań sprawił, że książka mile mnie zaskoczyła. Być może nie jest to najlepsza powieść jaką czytałam życiu. Być może nie jest to nawet książka roku, ale nie wspominam jej źle. Ot, takie przyjemne czytadło, które zapewniło mi kilka godzin niezbyt wyczerpującego intelektualnie acz godziwego odpoczynku. 

Jaki jest ten nowy Sherlock Holmes? Myślę, że najważniejszym słowem jest tu właśnie „nowy”. Bo choć Horowitz chwali się, że poświęcił osiem lat na analizę dzieł Conan Doyle’a, to jednak nie naśladuje go ślepo. Owszem, nawiązuje, ale nie kopiuje. W sumie różnic jest znacznie więcej niż podobieństw.  „Dom jedwabny”  to pod względem formy powieść w pełni współczesna. 

Główną różnicą, a przynajmniej taką, która mnie rzuciła się od razu w oczy, jest znacznie szerzej zarysowane tło. Cóż, Conan Doyle, pisał opowieści dziejące się tu i teraz, nie miał więc potrzeby opisywania rzeczywistości. „Koń jaki jest każdy widzi”. Do tego, jak mniemam, przynajmniej w przypadku opowiadań musiał liczyć się z pewnymi ograniczeniami miejsca. Horowitz mógł pozwolić sobie pod tym względem na większy rozmach. Właściwie nawet musiał. To, co dla współczesnych Sherlocka Holmesa było oczywiste, dziś wymaga objaśnienia, a przynajmniej przypomnienia.

Od czasów Conan Doyle’a minęło już stulecie (trochę mniej albo trochę więcej – w zależności od tego, czy za punkt wyjścia weźmiemy pierwsze, czy ostatnie publikacje). Truizmem jest stwierdzenie, że w tym okresie zaszły ogromne przemiany obyczajowo-społeczne, zmieniła  się też wrażliwość społeczna, zarówno pisarza, jak i czytelników. Horowitza, pisarza nam współczesnego, oburzają zjawiska, które dla Conan Doyle były oczywistą częścią otaczającego świata - wszechobecna bieda, nierówność społeczna, okrutne traktowanie dzieci. Autor daje temu wyraz subtelnie, aczkolwiek dobitnie.

Tyle o tym co powieści różni. A co łączy? Przede wszystkim postaci. Ten sam błyskotliwy, nieco irytujący i oddany sprawie Sherlock Holmes, ten sam wierny, trochę naiwny Watson, ta sama przemykająca się w tle pani Hudson. I tylko inspektor Lestarde jakby nieco mniej ciapowaty.

Na koniec zagadka i śledztwo, czyli to, co w przygodach Wielkiego Detektywa najważniejsze. Pod tym względem „Dom jedwabny” w pełni mnie usatysfakcjonował. Sherlock Holmes prowadzi śledztwo jak zawsze: jest spostrzegawczy, inteligentny, nie stroni od przebieranek i podstępów, chętnie korzysta z pomocy londyńskich uliczników, a gdy trzeba nie waha się rzucić w brawurową pogoń za złoczyńcą.

Podsumowując. „Dom jedwabny” nie jest, bo i  nie miał być, kopią dzieł Artura Conan Doyle. To pewnie byłoby nieznośne i wtórne. Jest za to przyjemnym nawiązaniem do klasyki kryminału. I choć spotkałam się z opiniami krytycznymi, mi osobiście całkiem przypadł do gustu.

piątek, 4 marca 2016

ZAPOMNIANA BIBLIOTEKA O MNIE

WYWIADU CZĘŚĆ DRUGA




Jakiś czas temu chwaliłam się, że na blogu Zapomniana biblioteka pojawił się wywiad ze mną. Dziś pojawiała się część druga. Zainteresowani znajdą cały tekst tutaj. Zaprasza do lektury.