czwartek, 23 marca 2017

NEFRYTOWY RÓŻANIEC

SPOTKANIE Z FANDORINEM


Tytuł: Nefrytowy różaniec
Autor: Borys Akunin
Tłumaczenie: Ewa Rojewska-Olejarczuk
Wydawnictwo: Świat Książki 2009   
Stron: 656
ISBN: 978-832-47-1463-6


Kolejna książka opowiadająca o przygodach Erasta Fandorina. Zbiór opowiadań i mikropowieści o tym, co robił i gdzie bywał Fandorin w przerwach między sprawami opisanymi w  poprzednich książkach cyklu. Dzięki temu uzupełnionych i wyjaśnionych zostaje wiele luk w życiorysie bohatera. I tak, dowiadujemy się, na przykład, skąd wziął się nefrytowym różaniec, z którym Fandorin nigdy się nie rozstaje, dlaczego na znanym portrecie nasz bohater przedstawiony jest w uniformie studenta Instytutu Transportu Kolejowego, jak nawiązał znajomość z Andżeliką Kraszeninnikową oraz dlaczego nadano mu dziwne imię Erast?
„Nefrytowy różaniec” jest swego rodzaju żartem literackim, a jednocześnie hołdem oddanym mistrzom gatunku. Każde z opowiadań nawiązuje – zarówno treścią jak i delikatną stylizacją - do twórczości jednego z wybitnych twórców literatury: Sanyutei Encho (Jigumo), Edgara Allana Poe (Table-talk 1882), Georga Simenona (Z życia wiórów), Roberata van Gulika (Nefrytowy różaniec), Artura Conan Doyle’a (Skarpeja Baskakowów), Patrycji Highsmith (Jedna dziesiąta procenta), Agaty Chistie (Herbatka w Bristolu), Washingtona Irvinga (Dolina marzeń), Umberto Eco (Przed końcem świata),  Maurice’a Leblanca (Uwięziona w wieży, czyli krótka, lecz piękna droga trzech mądrych).
Można się spodziewać, że taka rozmaitość  inspiracji musiała zaowocować wielobarwnością treści. I w rzeczy samej, opowiadania wchodzące w skład zbioru są bardzo zróżnicowane. Od zabawnej historii z Dzikiego Zachodu (Dolina marzeń) po mroczną, przygnębiającą opowieść z syberyjskiej głuszy (Przed końcem świata). Od kameralnej opowieści (Table-talk 1882) po egzotyczną historię z Jokohamy (Jigumo). Od kłopotów brytyjskiej arystokratki (Herbatka w Bristolu) po swojskie przesądy mieszkańców prowincjonalnej Baskakowki (Skarpeja Baskakowów). Od realistycznej historii z życia XIX wiecznej Moskwy (Z życia wiórów) po żart literacki (Jedna dziesiąta procenta). A na koniec żart piętrowy - pojedynek Erasta Fandorina z samym Sherlockiem Holmesem. W ironicznej opowieści detektywistycznej „Uwięziona w wieży, czyli krótka, lecz piękna droga trzech mądrych” Fandorin i Masa muszą stawić czoła samemu Arsenowi Lupin rywalizując jednocześnie ze znamienitym duetem Sherolck Holmes i dr Watson.
„Nefytowy różaniec” to bardzo udana książka. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Gdybym miała wskazać jeden tekst, który zrobił na mnie największe wrażenie, byłaby to bez wątpienia mikropowieść „Przed końcem świata”. Mroczna przygnębiająca lecz jednocześnie intrygująca i pobudzająca do myślenia historia. Na Syberii, wśród staroobrzędowców dochodzi do szeregu rytualnych samobójczych zgonów. Fabuła w której Fandorin musi wykryć inspiratora tragicznych wydarzeń i zapobiec ogromnej katastrofie jest jedynie pretekstem do rozważań o pysze ukrytej pod płaszczykiem pokory, fanatyzmie i płynących z nich zagrożeniach.
Znakomita, wciągająca lektura. Polecam!

środa, 15 marca 2017

IKONY

TROCHĘ TAK, TROCHĘ NIE


Tytuł: „Ikony”
Autor: Stefan Türschmid
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 400

Każdy ma swoje ukryte lęki – ja  boję się fanatyków. Fanatyków wszelkiej maści, nawet takich, z którymi ideologicznie mi po drodze. Fanatyzm przeraża, ale i fascynuje. Jak to się dzieje, że jakaś idea potrafi owładnąć człowiekiem, wyprzeć wszystkie inne motywacje? Co sprawia, że ktoś w imię większego dobra rzuca na szalę życie swoje i innych? Od fanatyzmu do terroryzmu tylko jeden krok. I o nich właśnie, o ludziach, którzy ten krok zrobili, opowiada najnowsza książka Stefana Türschmida „Ikony”,  poświęconą rosyjskim terrorystom działającym na przełomie XIX i XX w.
„Ikony” to zbiór bardzo luźno powiązanych ze sobą opowiadań, traktujących o  tak słynnych postaciach jak Wiera Zasulicz („Żegnaj, Wieroczka!”), Siergiej Diegajew („Mały wesoły Pell”), Borys Sawinkow („Trzecia Rosja”) oraz Maria Spiridonowa („Pięć kopiejek”). Ponadto w siedmiu miniaturkach połączony wspólnym tytułem „Siedem” poznajemy historię zamachów na cara Aleksandra II.
Książkę czyta się bardzo dobrze. Język Türschmida jest płynny, akcja toczy się wartko, wciąga, a autor uatrakcyjnia ją, dodatkowo wrzucając od czasu do  ciekawostkę lub anegdotkę mniej lub bardziej związaną z fabułą. Jestem przekonana, że lektura „Ikon” zainteresuje niejedną osobę i być może skłoni do dalszego, samodzielnego pogłębiania wiedzy.
Największą zaletą książki są wnikliwe portrety psychologiczne bohaterów. Türschmid stara się zrozumieć pobudki, którymi kierowały się opisane przez niego postacie, pokazuje ich psychiczną i moralną ewolucję. Aby uprawdopodobnić tekst, zgrabnie żongluje narracją pierwszo- i trzecioosobową. „Ikony” są więc w pewnym sensie także powieścią psychologiczną. Wyraźnie widać, że ten aspekt opowiadanej historii najbardziej fascynował autora.
Im dalej zagłębiałam się w lekturę, tym bardziej upewniałam się w przekonaniu, że głównym źródłem inspiracji były dla autora powieści – od „Biesów” po „Archipelag GUŁAG”. Książki to zacne, nie ma więc nic zdrożnego w takiej fascynacji. Gorzej, że trochę zabrakło czasu na poszukiwania w tekstach naukowych.  Pół biedy, że w żadnym z opowiadań autor nie wychodzi poza powszechnie znane fakty – w końcu „Ikony” to pozycja beletrystyczna, a nie naukowa. Gorzej, że czasami mija się z prawdą. Żeby nie być gołosłowna podaję pierwszy z brzegu przykład.
Punktem kulminacyjnym opowieści o Wierze Zasulicz jest zamach na Trepowa, proces i emigracja. Oto co pisze autor (str. 76):
Wiera wyjeżdża do Szwajcarii.  Bardzo długo nie może wrócić do Rosji, bo zostałaby natychmiast aresztowana. Wraca dopiero po latach, po ogłoszeniu przez cara amnestii”.
Tymczasem  zamach na Trepowa i proces miały miejsce w roku 1878. Po ogłoszeniu wyroku Zasulicz rzeczywiście za namową przyjaciół wyjechała do Szwajcarii, ale wróciła już 1879 r.! Trudno to nazwać powrotem po latach. Fakt, że nie zabawiła w kraju zbyt długo i w 1880 roku ponownie wybrała emigrację. Tym razem naprawdę długą, bo trwającą do roku 1898. Niby więc przekłamanie niewielkie, ale jednak zgrzyta. Takich drobiazgów jest w książce więcej.
A jeśli już o drobiazgach mowa, to i redakcja to i owo przepuściła. Odwołam się znowu do opowiadania „Żegnaj Wieroczka!”. Ostatni podrozdział nosi tytuł „Moskwa, piętnaście lat później, lipiec 1919 roku”.  Prosta matematyka wskazuje, że poprzedniej wydarzenia powinny  mieć miejsce w  roku 1904. Nijak się to nie zgadza z datą wyjazdu na emigrację. Ani pierwszą, ani drugą.  Nie pasuje też data powrotu z emigracji (1898). Właściwie nic nie pasuje.
A skoro już o redakcji mowa. Przepraszam, ale nie mogę się powstrzymać. Taki mój prywatny bzik, czyli niekonsekwencja w tłumaczeniu rosyjskich nazw. I tak na stronie 9. mamy „okna Aleksiejewskiego bastionu” (a więc szyk zdecydowanie obcy polszczyźnie, żywcem przeniesiony z rosyjskiego), a nieco dalej, na stronie 14 mamy już Prospekt Angielski (czyli szyk zmieniono na polski, bo po rosyjsku jest Anglijskij Praspekt). Dla większości czytelników nie ma to znaczenia, ale zawsze trafi się jakaś maruda, taka jak ja.
Czy polecam tę książkę? Trochę tak, a trochę nie. Wszystko zależy od tego, czego oczekuje potencjalny czytelnik. Jeśli ktoś szuka dobrej powieści historycznej, z pewnością „Ikony” go nie zawiodą. Jeśli jednak wiesz już co nieco na temat historii Rosji przełomu wieków, i chcesz pogłębić wiedzę, poszukaj czegoś innego. „Ikony” nie dostarczą ci zbyt wielu informacji, a miejscami mogą nawet zwieść na manowce.

czwartek, 2 marca 2017

FURIA LUDZI PÓŁNOCY

ŁAGODNA FURIA


Tytuł: „Furia ludzi Północy”
Autor: Philip Parker
Tłumacz: Norbert Radomski
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 488

Powiedzmy to szczerze – wikingowie są na topie. W końcu mają swoje pięć minut! Gdzie się człowiek nie obejrzy, tam natknie się na jakiś ich ślad. A to nordyccy bogowie spoglądają na nas z kart komiksów Marvela i z plakatów filmu „Thor” , a to Kanadyjczycy do spółki z Irlandczykami serwują nam serial Michaela Hirsta  „Wikingowie”, a to Bernard Cornwell wyda cykl „Wojny wikingów”. Wikingomania dopadła także rodzimych autorów, że wspomnę chociażby o bardzo chwalonym cyklu Artura Szrejtera „Wojny wikingów i Słowian”. Prawdę mówiąc, ta akurat moda jakoś mnie ominęła.   Postanowiłam w końcu zbadać „o co z tymi wikingami chodzi”, bo muszę przyznać, że z moją bezbrzeżną ignorancją zaczynałam coraz częściej się czuć wyobcowana z grona znajomych bardziej biegłych w tym temacie.
Dodatkowym bodźcem do uzupełnienia braków w erudycji okazało się polskie wydanie książki pióra Philipa Parkera „Furia ludzi Północy”. Pozycja ukazała się w mojej ukochanej (i wielokrotnie przeze mnie chwalonej) rebisowskiej serii „Historia”. I tym razem także się nie zawiodłam. Pięknie wydana książka (elegancka okładka, solidne wykonanie, ciekawe ilustracje – to cechy charakterystyczne serii) ma równie satysfakcjonującą zawartość.
Autor zdobył się na odważny krok.  Nie podążył utartą ścieżką, wyrwał się poza obowiązujący schemat wikinga – krwiożerczej bestii i łupieżcy, który z pianą na ustach, w bitewnym szale bezlitośnie szatkuje przeciwników. Oczywiście, wikingowie Parkera to nadal wojownicy, ale autor pokazał też inne aspekty kultury ludów Północy: poznajemy zaradnych osadników, utalentowanych artystów i polityków.
„Furia ludzi Północy” pomyślana została i zrealizowana z ogromnym rozmachem. Parker portretuje wikingów wielopłaszczyznowo. Najazdy, podboje, sztuka walki, technika wojskowa i szkutnicza to tylko drobny ułamek tego, co znalazło się w książce. Autor wyjaśnia jak funkcjonowało społeczeństwo wikingów, jakie obowiązywało w nim prawo,  prezentuje ich poezję, religię i architekturę. Nagromadzenie informacji aż przyprawia o zawrót głowy. A wszystko to okraszone mitami, legendami i ciekawostkami.
Jak już wspominałam, nie jestem znawcą tematu, trudno jest mi więc ocenić książkę pod względem merytorycznym. Tym niemniej odniosłam wrażenie, że „Furia ludzi Północy” to pozycja przygotowana bardzo starannie.  Świadczy o tym chociażby obszerna bibliografia, szczegółowy indeks czy liczne przypisy. Przez cały czas czuć, że autor podszedł do tematu bardzo poważnie. Rzekłabym wręcz, że chwilami  za poważnie. Momentami zdarza mu się zbaczać z kursu literatury popularnonaukowej i ostro dryfować w kierunku publikacji akademickiej. Tekst niewątpliwie nabiera przez to powagi, ale za to trochę trąci podręcznikiem. Jest to szczególnie wyczuwalne w warstwie językowej.  Nie ma w nim obiecanej w tytule furii, jest jedynie bardzo rzetelna wiedza. Czytając o wikingach, chciałoby się oczyma wyobraźni zobaczyć starego woja opowiadającego nordycką sagę, tymczasem z kart książki spogląda na nas profesor w tweedowym garniturze.
Podsumowując. „Furia ludzi Północy” to z pewnością pozycja bardzo wartościowa, bogate kompendium wiedzy o dziejach wikingów od czasów legendarnych aż po ich wpływ na współczesność.  Lektura wymaga jednak sporego skupienia. To nie jest książka do poczytania w pociągu.