czwartek, 29 maja 2014

SAMA NIE WIEM CO POWIEDZIEĆ


EMANCYPANTKA CZY WŚCIBSKIE BABSKO?


Czarna bendera niesie śmierć - okładka
Tytuł: Czarna bandera niesie śmierć
Tytuł oryginału: Black ship
Autor: Carola Dunn
Tłumacz: Agnieszka Jagodzińska
Wydawnictwo: Edipresse
Data wydania: 2014-03-16
ISBN: 978-83-7769-946-1
Liczba stron: 383

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Trochę gorzej uczyć się na własnych. A najgorzej, nie uczyć się wcale. Nie raz, i nie dwa przekonałam się w przeszłości, że jeśli książka ma na okładce (nie ważne, na pierwszej czy na ostatniej stronie) napis „kryminał w stylu Agaty Christie", oznacza to jedno – książkę lepiej omijać dużym kołem.
Nadeszła pora na drobną, lecz bardzo istotną dygresję. Nie mam nic przeciwko Agacie Christie. Kocham Agatę Christie. Jestem bezkrytycznym wyznawcą Agaty Christie. Mam na półce większość książek Agaty Christie. Przeczytałam wszystkie książki Agaty Christie (te których nie mam wypożyczyłam z biblioteki.) I właśnie dlatego krew mnie zalewa, gdy książkę określa się mianem „w stylu Agaty Christie” tylko dlatego, że jest to kryminał retro. A gdzie zagadka? Gdzie kultowe postaci? Gdzie lekkość formy? Przy okazji – kryminały Christie wcale nie były „retro”. Był jak najbardziej współczesne względem czasów, w których powstawały. Jednym słowem slogan "w stylu Agaty Christie" to w 99% przypadków próba sprzedaży czerstwej buły podpisanej jako pyszne ciasteczko. Tak jest, niestety, i tym razem.
Jedyne co łączy cykl „Kryminalne przypadki Daisy D.” z dziełami Pierwszej Damy Kryminału (a i to tylko z wczesnymi) to czas i miejsce akcji. Anglia, lata 20. ubiegłego wieku.
Tytułowa Daisy D., czyli wielmożna pani Daisy Dalrymple początkowo wydawała mi się osobą sympatyczną. Było to dawno, siedemnaście tomów temu. Tak, tak, siedemnaście, bo „Czarna bandera niesie śmierć” to już siedemnasta książka z cyklu. Wracając do meritum. Daisy wydawała się postacią obiecującą – panienka z dobrego domu, która postanawia podjąć pracę i żyć na własny koszt. Tylko wszystko to jakieś takie powierzchowne. Cały czas odnoszę wrażenie, że cały ten „bunt” w istocie jest tylko zabawą, kolejną fanaberią, niczym więcej.
No dobrze, może ktoś powiedzieć, ale kryminał to nie powieść psychologiczna. Liczy się zagadka, a właściwie nie tyle zagadka, co jej rozwiązywanie. Jak w starej piosence, nie chodzi o to by złapać króliczka, ale by gonić go.
I w tym tkwi największa słabość książki. Daisy nie rozwiązuje zagadek. Ona po prostu wtyka nos gdzie nie trzeba. Robi to w sposób wielce irytujący. Taka „słodka idiotka”, czyli typ, którego organicznie nie trawię. Żeby chociaż dochodziła do prawdy dzięki błyskotliwym pomysłom, albo niesztampowemu myśleniu. Gdzież tam. Rozwiązanie tajemnicy pojawia się na koniec niczym królik wyciągnięty z kapelusza, jak to mawiano w czasach mego dzieciństwa "ni z gruszki, ni z pietruszki".  I to mnie w cyklu „Kryminalne przypadki Daisy D.” irytuje najbardziej.
Dlaczego więc dobrnęłam do siedemnastego tomu (włącznie), zamiast rzucić  w kąt drugim albo trzecim tomem? Odpowiedź jest dość prozaiczna – seria spełnia zadanie, które kiedyś pełniły czasopisma. Dobrze czyta się tam, gdzie nie ma warunków, by skupić się nad poważniejszą lekturą: u fryzjera (ach, te huczące suszarki), w poczekalni u lekarza (nawijające bez wytchnienia staruszki), w autobusie (ludzie z komórkami opowiadający historię swojego życia), na dworcu kolejowym albo na lotnisku (cały czas jednym uchem słucham co z moim pociągiem/samolotem). W takich sytuacjach po prostu żal marnować dobrą książkę. I wtedy dobrze jest sięgnąć po literaturę wagonową w cenie 10 zł za blisko czterysta stron.

Opinia zgłoszona do wyzwania: Klucznik
Opinia zgłoszona do wyzwania: Czytamy literaturę amerykańską

poniedziałek, 26 maja 2014

NIEJAKI NADMIAR SZCZĘŚCIA



INWSTYGATORA KRÓLEWSKIEGO PRZYGÓD CIĄG DALSZY


Tytuł: Kacper Ryx i król przeklęty
Autor: Mariusz Wollny
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 2012-02-29
ISBN: 978-83-7515-233-3
Liczba stron: 658

Pierwszy tom cyklu Mariusza Wollnego o przygodach Kacpra Ryxa, zatytułowany po prostu „Kacper Ryx”, mimo pewnych wad wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie. (Pisałam na ten temat tutaj). Nic więc dziwnego, że z radością i nadzieją sięgnęłam po tom drugi – „Kacper Ryx i król przeklęty”. Nawiązanie do słynnego cyklu Druona nie jest przypadkowe. Akcja dzieje się za czasów Henryka Walezego, władcy pochodzącego z rodu królów przeklętych do trzynastego pokolenia przez Wielkiego Mistrza Templariuszy.
Mam pewien kłopot z czytaniem cykli. Gdy kolejne części są do siebie zbyt podobne, zaczyna wiać nudą, ale gdy zbytnio różnią się od siebie, też narzekam, bo nie tego wszak się spodziewałam. „Kacper Ryx i król przeklęty” to przypadek drugi. Książka nie jest zła, ale niezupełnie tego oczekiwałam. Odmienność drugiego tomu można dostrzec na wielu płaszczyznach – tych mniej i bardziej oczywistych.
Pierwsze, co rzuca się w oczy, to znacznie większa objętość. Dodatkowe sto stron to nie w kij dmuchał. Choć ta akurat różnica jest powierzchowna i niezbyt istotna. Ani to zmiana na plus, ani na minus.
Rzecz druga, znacznie poważniejsza, to zmiana w psychice bohatera. Trochę nam się Ryx przez te kilka lat zestarzał, zmądrzał, wydoroślał i do tego zakochał  nieszczęśliwie. Wiem, że istnieją czytelnicy alergicznie reagujący na wątki miłosne w książkach przygodowych. Nie mam aż tak ekstremalnych poglądów, ba!, czasami nawet czytuję romanse (ze szczególnym uwzględnieniem mojej ukochane Jane Austen). Rozumiem też, że z upływem czasu bohater musi się rozwijać (nawet wieczny chłopiec James Bond jakoś nam ostatnimi czasy wydoroślał), ale zakochanego Ryxa nie kupiłam. Wolałam szaławiłę z pierwszego tomu. Zmiana na lekki minus.
Rzecz trzecia, tło historyczne. Tu uczucia mam najbardziej ambiwalentne. W tomie pierwszym urzekły mnie wtrącane tu i tam, niejako od niechcenia, anegdotki historyczne (często bardzo luźno, albo i wcale nie związane z treścią). W tomie drugim tło historyczne bardziej zrosło się z akcją. Autor roztacza przed nami szeroką panoramę życia w ówczesnej Polsce. O ile ciekawostki z tomu pierwszego w większości znałam (ale i tak z przyjemnością je sobie przypomniałam), o tyle z tomu drugiego dowiedziałam się kilku nowych rzeczy, szczególnie na temat życia w Akademii Krakowskiej. Niestety, odniosłam wrażenie, że chwilami autora zbyt ponosił entuzjazm i niejeden fragment książki zamiast pełną lekkości opowieścią jest przyciężkawym wykładem. I tak, zmianę oceniam na plus za wartości poznawcze i na minus za mniej atrakcyjną formę.
Punkt czwarty. Fabuła. O ile tom pierwszy opierał się w znacznej mierze na rozwiązywaniu zagadki (czyli na tym, co lubię najbardziej), o tyle tom drugi zdryfował w stronę powieści awanturniczo-sensacyjnej. Mniej tu pracy detektywa, więcej biegania i bijatyki. W zależności od indywidualnych preferencji czytelnika może to być zmiana albo na plus, albo na minus.
Jeśli już o fabule mowa. Jeden fragment zniesmaczył mnie okrutnie. Odniosłam wrażenie, że został niemal żywcem przepisany z „Szatana z siódmej klasy”. Faktem jest, że to nie Makuszyński wymyślił legendę o mędrcu z Buchary i jego ośle, trudno więc mówić o plagiacie, ale uważam, że takie zapożyczenie było zupełnie niepotrzebne. Zgrzytnęło mi niczym skorupa od orzecha w cieście z bakaliami. Da się z tym żyć, ale niesmak pozostaje.
A jeśli już o zgrzytaniu mowa... Nie wiem, czy to przeoczenie redakcji, czy tylko mi sie trafił egzemplarz z błędem składu, ale dostrzegłam rzecz zabawną. Kolejne części noszą tytuły - daty.  Coś w rodzaju "Kwiecień 1573". Rozwiązanie dość popularne, ułatwiające czytelnikowi umiejscowić kolejne wydarzania w czasie. Tylko że zgodnie z tytułami, Boże Narodzenie wypadło jakoś na przełomie marca i kwietnia. Wiem, że kalendarz liturgiczny zmieniał się na przestrzeni lat, ale nie sądzę, by aż tak.  
Tradycyjnie czas na podsumowanie. "Kacper Ryx" ustawił poprzeczkę bardzo wysoko. "Kacper Ryx i król przeklęty” podobał mi się nieco mniej niż część poprzednia (ale tylko ociupinkę), głównie ze względu na brak lekkości, która tak mnie urzekła w pierwszym tomie. Tym niemniej wciąż jest książką niezłą, a ja z pewnością za czas jakiś przeczytam tom trzeci.

piątek, 23 maja 2014

INWESTYGATOR JEGO KRÓLEWSKIEJ MOŚCI

PRZYGODY KRÓLEWSKIEGO INWESTYGATORA


Okładka - Kacper Ryx
Tytuł: Kacper Ryx
Autor: Mariusz Wollny
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 2007
ISBN: 978-83-75-15014-8
Liczba stron: 584

Książkę Mariusza Wollengo „Kacper Ryx” polecono mi jako kryminał historyczny. Teraz, gdy już powieść przeczytałam, odnoszę wrażenie, że było to określenie mocno nieprecyzyjne. Jest bowiem „Kacper Ryx” przede wszystkim powieścią historyczną z mocno rozbudowanym wątkiem kryminalnym. Mam na myśli głównie proporcje i rozłożenie akcentów, ale nie tylko.
Dlaczego sprzeciwiam się nazwaniu książki „kryminałem”? Po pierwsze, ze względu na kompozycję. W klasycznym kryminale wszystko kręci się wokół jednej, głównej zagadki. „Kto zabił” dowiadujemy się na ostatniej stronie, no, może przedostatniej. Struktura powieści Wollnego jest inna, bardziej przypominająca prawdziwe życie. Mamy do czynienia z kilkoma nakładającymi się na siebie w czasie zagadkami – jedne zostaną rozwiązane dość szybko, inne wymagają czasu. Sprawy czasem łączą się ze sobą czasem przeplatają, a czasem każda biegnie własnym torem. Jak w życiu, które za nic ma sobie zasady kompozycji. 
Teraz czas na "po drugie". Być może najważniejsze. Zagadka i śledztwo są w „Kacprze Ryxie” jedynie szkieletem, na którym osadzono to co w powieści najsmakowitsze – „mięseczko”, jak mawiała moja nieodżałowana polonistka. U Wollnego „mięseczkiem” jest literacka wyprawa w czasie.
Autor wielce udatnie zabiera czytelnika na wycieczkę po Polsce Zygmunta Augusta. Z wdziękiem oprowadza nas po Krakowie, pozwala podglądać staropolskie obyczaje i życie codzienne, sypie anegdotami historycznymi, jednym słowem „bawiąc uczy”. Całość bogato przeplata łacińskimi sentencjami (jakże by inaczej, wszak akcja dzieje się w XVI wieku!) i perełkami poezji staropolskiej
Niestety, Wollnemu nie udało się ustrzec grzechu typowego dla znacznej części powieści historycznych. Jeśli autor umieszcza akcję w przeszłości, to nieszczęsny bohater musi (no po prostu musi!) spotkać wszystkie znane osoby danej epoki. Tak jest i z Ryxem. Na kartach książki pozna Zygmunta Augusta, Jana Kochanowskiego, Łukasza Górnickiego, Mikołaja Sępa Szarzyńskiego, Jana Zamoyskiego, Jana Drohojowskiego, Erazma Czeczotkę i kilku biskupów na dokładkę. Co prawda Wollny dość dobrze „podprowadza” akcję uzasadniając taki, a nie inny rozwój wydarzeń, ale i tak trochę to naciągane.
Wielcy tego świata są oczywiście ważni, ale co z tytułowym bohaterem? Ten autorowi bardzo się udał. Sprytny, obrotny, nieznający swych rodziców podrzutek, wychowanek przytułku, a w czasie gdy rozgrywa się akcja powieści - żak Akademii Krakowskiej, wzbudził we mnie niekłamaną sympatię, bo choć wad ma bez liku, chociażby takich jak pociąg do trunków i swawolnych przedstawicielek płci pięknej, to i zalet mu nie brakuje. Jest lojalny, inteligentny, uczciwy i niewątpliwie ma dobre serce. Co tu dużo gadać – polubiłam hultaja i z pewnością niedługo sięgnę po drugi tom jego przygód. A potem po trzeci. I po czwarty.

czwartek, 22 maja 2014

NOMINACJE DO NIKE 2014

SĄ NOMINACJE!

22 maja 2014 r., pierwszego dnia Warszawskich Targów Książki ogłoszono nominacje do Nagrody Nike

Książki nominowane do Nagrody Nike

Powieści
  • Justyna Bargielska „Małe lisy” (Czarne, Wołowiec)
  • Brygida Helbig „Niebko” (W.A.B., Warszawa)
  • Ignacy Karpowicz „ości” (Wydawnictwo Literackie, Kraków)
  • Wiesław Myśliwski „Ostatnie rozdanie” (Znak, Kraków) (Tutaj pisałam o tej książce.)
  • Łukasz Orbitowski „Szczęśliwa ziemia” (Sine Qua Non, Kraków)
  • Jerzy Pilch „Wiele demonów” (Wielka Litera, Warszawa)
  • Paweł Potoroczyn „Ludzka rzecz” (W.A.B, Warszawa)
  • Patrycja Pustkowiak „Nocne zwierzęta” (W.A.B., Warszawa)

Poezja
 
  • Wojciech Bonowicz „Echa” (Biuro Literackie, Wrocław)
  • Darek Foks „Rozmowy z głuchym psem” (Dom Literatury w Łodzi, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi)
  • Szymon Słomczyński „Nadjeżdża” (Biuro Literackie, Wrocław)
  • Xawery Stańczyk „Skarb piratów” (Lampa i Iskra Boża, Warszawa)
  • Marcin Świetlicki „Jeden” (EMG, Kraków)

Reportaż
  • Wacław Radziwinowicz „Gogol w czasach Google’a” (Agora, Warszawa)
  • Małgorzata Rejmer „Bukareszt. Kurz i krew” (Czarne, Wołowiec)
  • Ziemowit Szczerek „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian” (Korporacja Ha!art, Kraków)


Esej
  • Andrzej Stasiuk „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach” (Czarne, Wołowiec)
  • Piotr Szarota „Wiedeń 1913” (słowo/obraz terytoria, Gdańsk)

Autobiografia
  • Karol Modzelewski „Zajedźmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca” (Iskry, Warszawa)

Dziennik
  • Jerzy Pilch „Drugi dziennik” (Wydawnictwo Literackie, Kraków)

Lista 7 finalistów zostanie ogłoszona na początku września, a ostatecznego zwycięzcę poznamy w pierwszą niedzielę października.
Zwycięzca otrzyma 100 tys. zł i statuetkę.

DO POSŁUCHANIA

PODKAST NA PODSTAWIE TEKSTU Z MOJEGO BLOGA


Właśnie dowiedziałam się, że powstał podkast na podstwie tekstu z mojego bloga.
Czyta Patrycja Szemis.
Zapraszam do słuchania!


niedziela, 18 maja 2014

PRZYGODY DZIARSKIEGO STARUSZKA

SZWEDZKI MUNCHAUSEN

Okładka - Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął
Tytuł: Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął
Autor: Jonas Jonasson
Tłumacz: Joanna Myszkowska-Mangold
Wydawnictwo: Świat Książki
Data wydania: 2012-01-25
ISBN: 978-83-7799-061-2
Liczba stron: 332

"Tacy, co to ino prawdę godoją, toż to ni warto ich słuchać"

To zdanie, umieszczone na samym początku powieści, najlepiej oddaje ducha „Stulatka, który wyskoczył przez okno i zniknął”. Książki nie długiej, nie krótkiej lecz w sam raz by zabawić czytelnika, zachęcić do refleksji, ale nie znużyć.
W powieści znajdziemy wszystkie odmiany poczucia humoru: satyrę, ironię pure nonsens, czarny humor i dowcip ludyczny. Tak szerokie spektrum jest jednocześnie największą zaletą i największą wadą „Stulatka, który wyskoczył przez okno i zniknął”. Brzmi nielogicznie? Już tłumaczę o co chodzi. O ile rzeczy smutne, wyciskające łzy z oczu są uniwersalne, a o tyle żarty to materia znacznie subtelniejsza – to, co jednego ubawi, drugiego zniesmaczy. Wystarczy uśmiercić szczeniaczka/kociaka/dziecko (niepotrzebne skreślić), a już czytelnik siąpi nosem. Wystarczy rozdzielić rodzinę, niesłusznie prześladować niewinnego, zesłać na bohaterów nieuleczalną chorobę lub inną plagę i już chusteczki idą w ruch. A co z dowcipem? Potknął się nasz bohater o własne nogi – ktoś się roześmieje, ktoś prychnie, że to płytkie. Puści bąka – ktoś się ubawi po pachy, ktoś inny skrzywi z niesmakiem. Wstawi autor do tekstu żart polityczny – znowu, ktoś się roześmieje, a kto inny ciśnie książką o podłogę. I tak dalej, i tak dalej…
Podobnie jest z powieścią Jonasa Jonassona. Nie każdego ubawi wdepnięcie w kupę słonia, nie każdy uzna za zabawne ścielące się gęsto zastępy trupów, ktoś może powiedzieć, że obozy pracy czy zamachy terrorystyczne to rzeczy zbyt poważne, by sobie z nich kpić.
Szczęśliwy układ genów sprawił, że obdarzona zostałam dość eklektycznym poczuciem humoru. Uważam, że śmiać się można ze wszystkich i ze wszystkiego, pod warunkiem, że jest to śmiech przyjazny, ciepły i radosny, a nie złośliwy czy drwiący. Co więcej, uważam, że śmiech (ten dobry) pozwala oswoić to co nieznane i przerażające. Jeśli z czegoś się śmiejemy, to przestajemy się bać.
A taki właśnie – ciepły i przyjazny jest śmiech w powieści Szweda.
Allana Karlssona - tytułowego stulatka poznajemy w dniu jego urodzin, gdy ucieka przez okno z domu spokojnej starości, przerażony wizją napuszonych obchodów jubileuszu. Ten desperacki krok nie tylko kończy się sukcesem lecz staje się też początkiem wielu, zupełnie nieprawdopodobnych przygód. Opowieść o tym co „tu i teraz” przerywana jest szeregiem retrospekcji. Poznajemy życiorys stulatka (który przecież nie zawsze był staruszkiem) od dzieciństwa, poprzez młodość, wiek dojrzały, aż do starości, gdy to wylądował (bardzo niechętnie) w domu starców. A jest to życiorys niezwykły. Allan uczestniczy we wszystkich najważniejszych wydarzeniach historycznych XX wieku, spotyka i przyjaźni się z przywódcami wielkich mocarstw, zawsze trafia w sam środek wydarzeń, które za czas jakiś trafią na karty podręczników.
Jak widać, wiarygodność wydarzeń nie jest tym, czego należy szukać w powieści  Jonassona. To plus  pełen ironii język sprawia, że wielu recenzentów nazywa „Stulatka…” szwedzkim odpowiednikiem  Forresta Gumpa. W moim odczuciu porównanie to nie jest do końca trafione. Forrest rzeczywiście postrzegał świat w prosty, wręcz infantylny sposób, podczas gdy nasz stulatek bynajmniej naiwny nie jest. Pozorna naiwność jest tylko bardzo wyszukaną formą ironii opowiadającego.
Nie chciałabym jednak, aby po przeczytaniu mych wywnętrzeń ktoś pomyślał, że „Stulatek…” to błaha, absurdalna historyjka. O nie! Powieść jest szalona, ale „w tym szaleństwie jest metoda”. Jonasson stosuje lekką formą, by zwrócić uwagę na problemy poważne, w istocie swej zupełnie nie śmieszne. Jakie? O tym najlepiej przekonać się samemu. Wszak nie jest moim celem analizowanie "co autor miał na myśli", chcę jedynie wskazać interesującą książkę. I gorąco ją polecić.

wtorek, 13 maja 2014

DO CZYTANIA I DO OGLĄDNIA


POEZJA W ZDJĘCIACH UKRYTA

Na początku był negatyw - okładka
Tytuł: Na początku był negatyw
Autor: Agnieszka Osiecka
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 30-04-2014
Liczba stron: 256
ISBN: 978-83-7839-739-7
Jakoś tak się dziwnie ostatnio składa, że najciekawsze książki trafiają do mnie przypadkiem. Tak było z wygranym w konkursie internetowym "Antykilerem", tak było z kupionymi w promocji "Pierwszymi damami II Rzeczpospolitej", tak było i z najnowszym nabytkiem – „Na początku był negatyw” Agnieszki Osieckiej. Przez przypadek włączyłam radio, przez przypadek wybrałam taką a nie inną stację, przez przypadek trafiłam na konkurs, bez większej nadziei na zwycięstwo wysłałam maila, a tu taka niespodzianka – wygrałam! Książka jest moja. Hura!
Na początku był negatyw” to ostatnia przygotowana osobiście przez Agnieszkę Osiecką publikacja. Nigdy nie podejrzewałam, że Osiecka, znana mi przede wszystkim jako poetka, była także namiętną miłośniczką fotografii.
Na początku był negatyw” to rzecz niezwykła, inna niż wszystkie. Urzekająca i wciągająca. Taka, co to ją można czytać w dowolnej kolejności – od początku do końca, od końca do początku, albo otwierając w dowolnym miejscu. Można czytać,  można przeglądać, można wnikliwie studiować albo przerzucać kartki – jak kto woli, gdyż nie jest to ani powieść, ani podręcznik, lecz zbiór impresji na temat fotografii. Pogrupowano je co prawda tematycznie, ale co z tego!  Jeśli ktoś ma ochotę niech przegląda rozdziały w dowolnej kolejności. A mamy w czym wybierać. Jeden rozdział opowiada o fotografowaniu dzieci, inny o czapkach i nakryciach głowy, jeszcze inny o kolorze niebieskim w fotografii. Ba!, jest nawet fragment poświęcony poezji zdjęć rentgenowskich.
I tak oto doszliśmy do sedna. Odkryliśmy w czym tkwi urok książki. Agnieszka Osiecka nie opowiada o tym jak zrobić zdjęcie, jak dobierać parametry techniczne, ustawiać oświetlenie, czy przygotowywać modela. Nic z tych rzeczy! Robi rzecz znacznie ciekawszą, opowiada o poezji ukrytej w fotografiach – tych starych i tych nowych. I to nie tylko w tych „artystycznych” aspirujących do miana sztuki przez duże „S”, ale w tych „zwykłych”, pstrykanych dla upamiętnienia chwili lub miejsca. Proste, czasami wręcz pospolite zdjęcia stają się dla Osieckiej pretekstem do snucia opowieści lub wtrącenia zabawnej anegdotki – czasami wesołej, czasami nieco rzewnej, ale zawsze ciekawej.  
W tych rozważaniach talent poetycki Osieckiej widoczny jest nie mniej niż w jej tekstach. Bo przecież w tym tkwi istota poezji – w niecodziennym spojrzeniu na codzienne rzeczy.
Z książki Osieckiej nie nauczysz się robić zdjęć, ale dowiesz  się jak na nie patrzeć. Już nigdy fotografie nie będą takie jak przedtem.
Polecam!

niedziela, 11 maja 2014

ŻYWOT PSA PRACUJĄCEGO


 FAKTY BEZ SENTYMENTALIZMU


Kometa i ja. Steven D. Wolf, Lynette Padwa - okładka
Tytuł: Kometa i ja. Jak przygarnięty pies uratował mi życie
Tytuł oryginału: Comet's Tale. How the dog I rescued saved my life.
Autor: Steven D. Wolf, Lynette Padwa
Tłumacz: Tomasz Illg
Wydawca: Między słowami
Data wydania: 2014-03-17
Liczba stron: 352
ISBN: 978-83-240-2505-3


Nie wiem, co przyświecało pracownikowi księgarni, który ustawił książkę „Kometa i ja” na półce z powieściami obyczajowymi. Jeśli dodać do tego podtytuł „Jak przygarnięty pies uratował mi życie” można by się spodziewać ckliwej powiastki, takiej w jakich lubują się Amerykanie -  w sam raz do zekranizowania na potrzeby kina familijnego. Nawet ja, znana z tego, że kupię każdy produkt opatrzony psią mordką – od skarpetek po żyrandol (nawet torbę na notebooka mam ozdobioną wizerunkiem mopsa), brałam ten tomik do ręki z dużą dozą sceptycyzmu.
Tymczasem „Kometa i ja” nie ma z powieścią wiele wspólnego. Właściwie nic. Trudną tę książkę jednoznacznie zakwalifikować. Należy się jej miejsce gdzieś w pół drogi między wspomnieniami a publicystyką.
Trudno jest jednoznacznie ocenić efekt pracy Stevena D. Wolfa i Lynette Padwy. Jako dokument „Kometa i ja” jest rzeczą niewątpliwie ciekawą, inspirującą, a momentami wręcz wstrząsającą. Literacko natomiast… Hmmm… Jak by to grzecznie powiedzieć… Nie jest dobrze. Jest źle. Bardzo źle.
Zacznijmy od tego co dobre, czyli od treści. „Kometa i ja” to zapis walki autora z chorobą. Chorobą na tyle poważną, że zrujnowała mu zarówno życie zawodowe, jak i prywatne. Nie jest to jednak, na szczęście!, ckliwa opowieść o tym, jak siła woli, wiara, etc., pozwala pokonać wszelkie przeciwności. Autor nie domaga się litości, nie oczekuje współczucia. Wręcz przeciwnie, bezwzględnie punktuje wszystkie własne błędy i słabości. To dość nietypowy sposób przedstawiania własnej osoby. Co prawda, mam pewne podejrzenia, że w powstaniu książki maczał palce psychoterapeuta stąd taki niemal analityczny „rozbiór” własnej postawy (dość często psycholodzy zalecają pacjentom pisanie jako formę terapii), nie zmienia to jednak faktu, że główny bohater przedstawiony jest wiarygodnie, a czytelnik szczerze przejmuje się jego losem.
Drugim bohaterem jest Kometa – adoptowany chart. Jest to niewątpliwie bohater pozytywny, jedyny, wobec którego autor traci obiektywizm. Poznajemy skomplikowaną (a może wręcz przeciwnie – bardzo prostą) relację psa i właściciela.
Postaci Komety pełni w książce dodatkową rolę – jest pretekstem do poruszenia problemu nieludzkiego traktowania chartów w Stanach Zjednoczonych. Psy, hodowane na potrzeby wyścigów, są traktowane jak przedmioty. Po osiągnięciu wieku, w  którym nie mogą się już więcej ścigać, są masowo zabijane. A kariera psa wyścigowego jest niezwykle krótka – trwa trzy, cztery lata (odpowiednik ludzkiego wieku ok. dwudziestu pięciu lat).
Trzecim, przewijającym się na kartach książki problemem jest rozpad rodzinny nie potrafiącej stawić czoła narastającym problemom oraz opis prób naprawienia wzajemnych relacji.
Jednak, mimo ciekawej i bogatej tematyki, książkę „Kometa i ja” czyta się po prostu źle. Dlaczego? Głównie ze względu na okropną kompozycję, a właściwie jej brak. Podczas lektury odniosłam wrażenie, że początkowo napisano dwie oddzielne pozycje – wspomnienia z czasu choroby i broszurkę propagandową Stowarzyszenia Miłośników Chartów. Następnie obie prace pocięto na fragmenty i pomieszano nie podejmując próby wygładzenia tekstu tak, by stanowił w spójną całość. Potem ktoś uznał widocznie, że książka potrzebuje elementów bardziej osobistych, dodano więc kilka bardzo płytkich akapitów o stosunkach rodzinnych. Poszczególne fragmenty dobrano subtelnie niczym elementy garderoby stracha na wróble.
Z pewnością nie żałuję czasu spędzonego na poznawaniu losów Komety i jej pana, głównie ze względów poznawczych. W tej niewielkiej książeczce znalazłam wiele, naprawdę ciekawych informacji,  ale lekturę trudno zaliczyć do kategorii udanych przeżyć artystycznych.

Moja ocena: 3,5/10

Książka zgłoszona do wyzwania: Czytamy litraturę amerykańską

czwartek, 8 maja 2014

POWIEŚĆ HISTORYCZNA W WYDANIU PRATCHETTA

TYM RAZEM BEZ ŚWIATA DYSKU

Okładka Spryciarz z Londynu - Terry Pratchett
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Spryciarz z Londynu
Tytuł oryginału:Dodger
Tłumaczenie: Maciej Szymański
Wydawca: Rebis
Data wydania: 16-04-2013
Stron: 416
ISBN: 978-83-7510-980-1

Jestem zagorzałym fanem Sir Terence’a Davida Johna Pratchetta, znanego powszechnie jako Terry. Gdy tylko na rynku ukazuje się nowa powieść Anglika, natychmiast trafia na moją półkę (albo na czytnik – zależy od cyklu). „Spryciarz z Londynu” nie był wyjątkiem. Książkę kupiłam w dniu premiery (to już rok, ależ ten czas leci!), ale jak to czasem bywa, odłożyłam „na chwilę”. Dalszego ciągu łatwo się domyśleć. „Spryciarz…” utknął gdzieś na dnie stosiku, przywalony „nowszymi nowościami” i stertą literatury fachowej, takiej do przeczytania na już. I pewnie leżałby tam sobie jeszcze długo, gdyby nie zapowiedź nowego, czterdziestego już (sic!) tomu z cyklu świata Dysku. Najpierw ze smutkiem skonstatowałam, że muszę czekać jeszcze ponad dwa tygodnie, a potem z radością przypomniałam sobie, że czeka na mnie jeden nieprzeczytany Pratchett. Hura!
„Spryciarz z Londynu” to Pratchett nietypowy. Nie ma w nim ani czarów, ani magii, ani metaforycznych światów. Jest za to stary, dobry (no dobrze, nie taki znowu dobry) dickensowski Londyn, ze wszystkimi  swymi atrybutami: mgłą, biedą i sprytnymi łobuziakami. Autor nie ukrywa inspiracji twórczością Dickensa, wręcz przeciwnie, co i raz je podkreśla, mrugając do czytelnika mniej lub bardziej wyraźną aluzją. A gdyby ktoś był na aluzje wyjątkowo odporny, wprowadza na karty książki… samego Karola Dickensa. Bardziej dobitnej wskazówki nie sposób wymyślić. Jeśli już o aluzjach mowa – urzekł mnie stary znajomy jednego z bohaterów, niejaki Karol, utrzymujący, że ludzie wyzyskują się nawzajem.
I tak oto stało się jasne, czym jest „Spryciarz z Londynu”. To owoc starcia Pratchetta z powieścią historyczną. Taką, w której trzeba stawić czoła realiom i nie można w magiczny sposób wyciągnąć bohatera z opresji. Jak autor poradził sobie z zadaniem?
Terry Pratchett nigdy nie był gigantem fabuły. W "Spryciarzu z Londynu"  widać to wyjątkowo wyraźnie. Akcja jest prosta jak kij od miotły, przewidywalna niczym kolejna porażka polskich piłkarzy i naiwna jakoby panna z dobrego domu. Ale nic to! Wszak nie o fabułę, w książkach Mistrza chodzi. Przynajmniej w większości z nich. Do wyjątków można zaliczyć cykl rozpoczęty „Długą ziemią” i może jeszcze kilka innych pozycji. Tym, za co kochamy Pratchetta jest przede wszystkim specyficzne, niepodrabialne poczucie humoru, cięta, ale nie złośliwa satyra, umiejętność dostrzegania magii tam, gdzie nikt jej nie widzi, skrzące się inteligencją nawiązania i aluzje oraz skrywane pod pozorem żartu refleksje. Niestety, w „Spryciarzu z Londynu” nieco mi tego brakowało. Oczywiście, autor nie zmienił całkowicie stylu. Dał czytelnikom to, do czego przyzwyczaił ich latami: humor, ironię i celne obserwacje obyczajowe. Jednak jak dla mnie, było tego za mało. Trawestując klasykę „za mało Pratchetta w Pratchettcie”. Jeśli dodać do tego bardzo prostą, wręcz naiwną fabułę, po lekturze pozostaje uczucie lekkiego rozczarowania.
Lekkiego, gdyż książce nie można odmówić wielu zalet. Przede wszystkim mamy fajnych, oryginalnych bohaterów, a wśród nich wiele postaci  historycznych. Poza wspomnianym już Dickensem, wspomnę chociażby o Robercie Peelu czy Banjaminie Disraelim. Niektóre osoby od razu polubimy, innym będziemy życzyć wszystkiego co najgorsze (tych jest na szczęście niewiele), ale żadna nie będzie nam obojętna.
Po drugie, mamy wspaniałą panoramę XIX-wiecznego Londynu. Nie ma w niej za dużo pałaców i sal balowych, są za to kanały, spelunki i podejrzane dzielnice. Trzeba przyznać, że w tej materii autor świetnie odrobił lekcje.
Mamy też, oczywiście, barwny, bogaty, potoczysty język. Tutaj ogromny ukłon w stronę tłumacza. Maciej Szymański dał radę, mimo że musiał zmierzyć się z legendą. Nie ma wątpliwości, że efekt jego pracy porównywany będzie z dokonaniami Piotra W. Cholewy. Szymański wyzwanie podjął i udźwignął.
Oj, jakoś mętnie mi dziś wyszło. Piszę i piszę, a wciąż nie wiadomo: podobał mi się „Spryciarz z Londynu” czy nie podobał? Migam się nieco od odpowiedzi, bo chyba sama do końca nie wiem. W sumie nie było źle, książkę przeczytałam z przyjemnością, ale zdecydowanie wolę świat Dysku.  "Spryciarz z Londynu" to książka skierowana raczej do młodego czytelnika, a ja z tej kategorii, niestety, dawno już wyrosłam. A żal.
 Ufff… chyba wybrnęłam z opresji.

wtorek, 6 maja 2014

ROMANS Z POLITYKĄ W TLE (A MOŻE NA ODWRÓT?)


 WYPRAWA DO SŁONECZNEJ HISZPANII


Okładka. Christpher W. Gortner - Przysięga królowej
Tytuł: Przysięga Królowej. Historia Izabeli Kastylijskiej
Tytuł oryginału: Queen's Vow. A novel of Isabella of Castile
Autor: Christpher W. Gortner
Tłumacz: Dorota Malina
Wydawca: Między Słowami
Data wydania: 2014-04-30
Liczba stron: 512
ISBN:  978-83-240-2506-0 


Przysięga królowej, to nie pierwsza rzecz Christophera W. Gortnera, którą dane mi było przeczytać. Trochę szkoda, że porządek powstawania kolejnych książek nie pokrywa się z chronologią wydarzeń. Przy moim, dość pobieżnym rozeznaniu w historii Hiszpanii, sprowadzającym się do znajomości  jedynie najważniejszych faktów odwrócenie kolejności zdarzeń nieco zaburzyło mi odbiór powieści. (To smutne, ale obawiam się, że nie tylko ja mam ten problem). Najpierw poznałam losy Joanny Szalonej, a dopiero potem jej matki – Izabeli Kastylijskiej.
O władczyni tej słyszał każdy. Gdy pada jej imię pierwszym skojarzeniem jest Krzysztof Kolumb (i zastawione klejnoty), drugim – rekonkwista, trzecim – powołanie inkwizycji i Torquemada. Po chwili może jeszcze przypomnimy sobie wygnanie Żydów z Hiszpanii. Pamiętamy Izabelę jako potężną władczynię, wytrawnego polityka i wojowniczkę, niewiele natomiast wiemy o jej niełatwej, pełnej niebezpieczeństw drodze na tron. Znaczna część „Przysięgi królowej” skupia się na tym właśnie, mniej znanym okresie życia Izabeli. Taki dobór materiału to niewątpliwe duża zaleta powieści, po którą – muszę to przyznać – sięgałam z mieszanymi uczuciami, gdyż mój stosunek do twórczości Gortnera jest, delikatnie rzecz ujmując, ambiwalentny.
Za co lubię Gortnera? Po pierwsze, za to, że otworzył przede mną świat Hiszpanii XV i XVI wieku. Świat barwny, pasjonujący, budzący na przemian przerażenie i fascynację.
Po drugie, za bogate tło obyczajowe. Autorowi świetnie udaje się niełatwa sztuka drobiazgowej prezentacji epoki, przy jednoczesnym zachowaniu wartkiej akcji.
Za co nie lubię Gorntera? Przede wszystkim za jego dość luźny stosunek do historii. Pisarz przedkłada  atrakcyjność fabuły nad prawdę historyczną. I nie chodzi o swobodną interpretację faktów (to można byłoby wybaczyć), ale o przesuwanie wydarzeń historycznych o kilka lat tak, by lepiej pasowały do akcji, czy wręcz dopisywanie fikcyjnych epizodów, o których wiemy, że na pewno nie miały miejsca.
Ponadto drażni mnie to, że Gortner usiłuje przypisywać postaciom historycznym mentalność ludzi XXI wieku. Rozumiem, że zabieg ten ma na celu stworzenie bohaterów sympatycznych, z którymi czytelnik mógłby się identyfikować, ale w moim odczuciu jest to posunięcie nietrafione. Tolerancja religijna, poprawność polityczna i inne wartości (z którymi wielu współczesnych ma problem) nie pasują do tamtej epoki. A próba narzucenia na siłę bohaterom "słusznych poglądów" odbiera im autentyczność.
Wszystkie plusy i minusy, znane z poprzednich książek Gortnera,  objawiły się w całej krasie także w „Przysiędze królowej”.

Czas jakiś temu pisałam o innej pozycji tegoż autora „Wyznania Katarzyny Medycejskiej” (http://polekturze.blogspot.com/2014/01/romans-historyczny.html). Z satysfakcją mogę skonstatować, że „Przysięga królowej” jest książką znacznie lepszą.

Moja ocena: 5/10