czwartek, 29 maja 2014

SAMA NIE WIEM CO POWIEDZIEĆ


EMANCYPANTKA CZY WŚCIBSKIE BABSKO?


Czarna bendera niesie śmierć - okładka
Tytuł: Czarna bandera niesie śmierć
Tytuł oryginału: Black ship
Autor: Carola Dunn
Tłumacz: Agnieszka Jagodzińska
Wydawnictwo: Edipresse
Data wydania: 2014-03-16
ISBN: 978-83-7769-946-1
Liczba stron: 383

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Trochę gorzej uczyć się na własnych. A najgorzej, nie uczyć się wcale. Nie raz, i nie dwa przekonałam się w przeszłości, że jeśli książka ma na okładce (nie ważne, na pierwszej czy na ostatniej stronie) napis „kryminał w stylu Agaty Christie", oznacza to jedno – książkę lepiej omijać dużym kołem.
Nadeszła pora na drobną, lecz bardzo istotną dygresję. Nie mam nic przeciwko Agacie Christie. Kocham Agatę Christie. Jestem bezkrytycznym wyznawcą Agaty Christie. Mam na półce większość książek Agaty Christie. Przeczytałam wszystkie książki Agaty Christie (te których nie mam wypożyczyłam z biblioteki.) I właśnie dlatego krew mnie zalewa, gdy książkę określa się mianem „w stylu Agaty Christie” tylko dlatego, że jest to kryminał retro. A gdzie zagadka? Gdzie kultowe postaci? Gdzie lekkość formy? Przy okazji – kryminały Christie wcale nie były „retro”. Był jak najbardziej współczesne względem czasów, w których powstawały. Jednym słowem slogan "w stylu Agaty Christie" to w 99% przypadków próba sprzedaży czerstwej buły podpisanej jako pyszne ciasteczko. Tak jest, niestety, i tym razem.
Jedyne co łączy cykl „Kryminalne przypadki Daisy D.” z dziełami Pierwszej Damy Kryminału (a i to tylko z wczesnymi) to czas i miejsce akcji. Anglia, lata 20. ubiegłego wieku.
Tytułowa Daisy D., czyli wielmożna pani Daisy Dalrymple początkowo wydawała mi się osobą sympatyczną. Było to dawno, siedemnaście tomów temu. Tak, tak, siedemnaście, bo „Czarna bandera niesie śmierć” to już siedemnasta książka z cyklu. Wracając do meritum. Daisy wydawała się postacią obiecującą – panienka z dobrego domu, która postanawia podjąć pracę i żyć na własny koszt. Tylko wszystko to jakieś takie powierzchowne. Cały czas odnoszę wrażenie, że cały ten „bunt” w istocie jest tylko zabawą, kolejną fanaberią, niczym więcej.
No dobrze, może ktoś powiedzieć, ale kryminał to nie powieść psychologiczna. Liczy się zagadka, a właściwie nie tyle zagadka, co jej rozwiązywanie. Jak w starej piosence, nie chodzi o to by złapać króliczka, ale by gonić go.
I w tym tkwi największa słabość książki. Daisy nie rozwiązuje zagadek. Ona po prostu wtyka nos gdzie nie trzeba. Robi to w sposób wielce irytujący. Taka „słodka idiotka”, czyli typ, którego organicznie nie trawię. Żeby chociaż dochodziła do prawdy dzięki błyskotliwym pomysłom, albo niesztampowemu myśleniu. Gdzież tam. Rozwiązanie tajemnicy pojawia się na koniec niczym królik wyciągnięty z kapelusza, jak to mawiano w czasach mego dzieciństwa "ni z gruszki, ni z pietruszki".  I to mnie w cyklu „Kryminalne przypadki Daisy D.” irytuje najbardziej.
Dlaczego więc dobrnęłam do siedemnastego tomu (włącznie), zamiast rzucić  w kąt drugim albo trzecim tomem? Odpowiedź jest dość prozaiczna – seria spełnia zadanie, które kiedyś pełniły czasopisma. Dobrze czyta się tam, gdzie nie ma warunków, by skupić się nad poważniejszą lekturą: u fryzjera (ach, te huczące suszarki), w poczekalni u lekarza (nawijające bez wytchnienia staruszki), w autobusie (ludzie z komórkami opowiadający historię swojego życia), na dworcu kolejowym albo na lotnisku (cały czas jednym uchem słucham co z moim pociągiem/samolotem). W takich sytuacjach po prostu żal marnować dobrą książkę. I wtedy dobrze jest sięgnąć po literaturę wagonową w cenie 10 zł za blisko czterysta stron.

Opinia zgłoszona do wyzwania: Klucznik
Opinia zgłoszona do wyzwania: Czytamy literaturę amerykańską

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz