niedziela, 22 lutego 2015

POWRÓT SF


POMYSŁOWY DOBROMIR W KOSMOSIE


Okładka Andy Weir - Marsjanin
Tytuł: Marsjanin
Autor: Andy Weir
Tytuł oryginału: The Martian
Tłumaczenie:  Marcin Ring
Data wydania: 19-11-2014
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 384
ISBN: 978-83-7758-817-8


„Marsjanin”  to taka dziwna książka, którą czyta się albo w jeden wieczór, albo bardzo, bardzo długo. W obu przypadkach można mieć z lektury sporo satysfakcji. Dajcie mi chwilę, a wytłumaczę się z tej nieco pokrętnej wypowiedzi.
Debiutancka powieść Andego Weira opowiada historię kosmicznego rozbitka - Marka Watney’a.  Nieszczęśliwy zbieg okoliczności sprawia, że astronauta zostaje zupełnie sam na odległej plancie. Nietrudno się domyśleć, że planetą tą jest Mars. :) Co dalej? Nie zdradzę żadnej tajemnicy, jeśli napiszę, że Mark robi co w jego mocy (a nawet trochę więcej), by przeżyć we wrogim środowisku. To wszystko. Właściwie streściłam 90% akcji. Jeśli ktoś liczy na spotkanie z Obcymi czy chociażby odkrycie śladów wymarłej, pradawnej cywilizacji, to od razu uprzedzam – nic z tych rzeczy! Marsjan nie będzie. Co w takim razie będzie? Ano szczegółowy opis walki Watney’a z wrogim środowiskiem, z pechem i niefortunnymi zrządzeniami losu. A radzi sobie z nimi niczym Pomysłowy Dobromir. No dobrze, dla tych którzy Dobromira nie pamiętają – radzi sobie niczym MacGyver, co to z gumy do żucia, taśmy klejącej i pudełka zapałek potrafił zrobić rakietę balistyczną. 
Tak, tak dobrze mnie zrozumieliście! Lwia część książki to opisy co i z czego zmajstrował nasz bohater. I tu dochodzę to momentu, gdy mogę się wytłumaczyć z pierwszego zdania. Opisy technicznych dokonań Marka Watney'a można albo szybciutko przelecieć wzrokiem przyjmując jedynie do wiadomości  „ok, wziął dwie rurki i drucik i zrobił regenerator tlenu” – wtedy czytamy bardzo szybko, ale można też przyjąć wręcz odwrotną strategię i wgryzać się słowo po słowie w kolejne dziwaczne konstrukcje i próbować zrozumieć jak to działa (albo przynajmniej jak to miało działać w zamyśle autora) – wtedy czytanie zajmie naprawdę sporo czasu. Oczywiście, do wielu pomysłów można się przyczepić, jednakże z satysfakcją stwierdzam, że jakiś nomen-omen kosmicznych bzdur nie znalazłam.  Owszem, małe bzdurki i naginanie rzeczywistości co i rusz się Weirowi przytrafiają, ale wszystko to można wybaczyć tłumacząc „licentia poetica”. W końcu „Marsjanin” to powieść rozrywkowa, a nie podręcznik mechaniki i termodynamiki dla początkujących.
Pomijając zawiłości techniczne, książkę czyta się płynnie za sprawą prostego, potocznego języka. Języka wręcz luzackiego. Tu muszę się przyznać, że w pewnej chwili ów luz zaczął mnie męczyć. Wyobraźcie sobie kilkugodzinną podróż w towarzystwie bardzo dowcipnego towarzysza, takiego, co to ani jednego zdania bez dowcipu powiedzieć nie da rady. Każdy przynajmniej raz w życiu miał do czynienia z kimś takim – na początku jest fajnie, ale po pewnym czasie chce się krzyknąć „Ej, koleś, przestań nawijać jak gimnazjalista po trzecim piwie!”
Pod względem formalnym „Marsjanin” jest rzeczą bardzo prostą.  Uwaga: nie uważam słowa „prosty” za określenie pejoratywne. Pejoratywne byłoby „prostacki”. „Prosty” jest w moim odczuciu słowem neutralnym. Jest nawet takie przysłowie „prostota jest siostrą geniuszu. Dlaczego tak twierdzę? A dlatego, że cała fabuła opiera się na prostym założeniu – uda się naszemu bohaterowi czy nie uda. Nie ma żadnej zagadki do rozwikłania, żadnej ukrytej tajemnicy, nie ma też głębszej analizy psychologicznej, ani socjologicznej. Co prawda oprócz historii Marka Watney’a mamy jeszcze dwa równoległe wątki: jeden dotyczy działań NASA, drugi poczynań załogi „Hermesa” – macierzystego statku Watney’a. Zostały one jednak potraktowane przez autora instrumentalnie – są rozwinięte tylko na tyle, na ile jest to absolutnie niezbędne do poprowadzenia głównej historii. Jest wszak rzeczą oczywistą, że nasz bohater, mimo niewątpliwego sprytu i inteligencji, sam, na piechotę nie da rady wrócić na Ziemię. Czy uzyska pomoc z zewnątrz? Czy przeżyje? Nie powiem. Nie będę psuć przyjemności.
Przez cały czas zastanawiałam się jak podsumować moje spotkanie z „Marsjaninem”? Cóż, mimo pewnych mankamentów lekturę uważam za satysfakcjonującą. Po rozdętych do bólu sagach, pełnych elfów, krasnoludów i innych smoków, spotkanie ze starą, dobrą SF jest doświadczeniem bardzo ożywczym i bez wątpienia przyjemnym. Polecam wszystkim miłośnikom fantastyki, a szczególnie tym, którzy wychowali się na fantastyce „Złotego wieku”.

poniedziałek, 16 lutego 2015

PROSTO SPOD IGŁY

SZÓSTY PATROL


Tytuł: Шестой Дозор (Szósty Patrol)
Autor: Siergiej Łukjanienko
Tłumacz: Brak wydania polskiego
ISBN: 978-5-17-087844-4
Ilość stron: 266
Data wydania: grudzień 2014

Jakoś tak jesienią ubiegłego roku wydawnictwo MAG wznowiło serię "Patroli" Siergieja Łukjanienko. Zwieńczeniem tego przedsięwzięcia była publikacja piątej części cyklu - "Nowy patrol". Tym niemniej nie o nim chciałam pisać lecz o absolutnej nowości "prosto spod igły", a właściwie "prosto spod klawiatury".  Jako, że dziwne literki nie przerażają mnie, a wręcz je lubię, skorzystałam skwapliwie z tego, że w dobie e-booków i internetu mogłam najnowsze dzieło Łukjanienki kupić (jak najbardziej zgodnie z prawem) już w dniu premiery. I to za 7,90 zł. Już dawno zwróciłam uwagę na bardzo atrakcyjne ceny e-booków na wschodzie. I rzecz nie tylko w kursie rubla (choć nie jest on całkiem bez znaczenia) lecz w strategii wydawców - większość książek elektronicznych jest w Rosji po prostu znacznie tańsza od wydań papierowych. I już.
Nieco dziś utonęłam w dygresjach, tym niemniej pozwolę sobie na jeszcze jedną. Chciałabym w kilku słowach podsumować "Patrole" wydane przez MAG-a. Co różni je od wydania KiW? 
Po pierwsze, tłumacz: tym razem wszystkie tłumaczenia wyszły spod pióra Ewy Skórskiej.  Może to i lepiej, bo choć przekład Zbigniewa Landowskiego bardzo mi się podobał, to jednak przy czytaniu kolejnych tomów tłumaczonych przez panią Skórską czuło się wyraźną różnicę pióra.
Po drugie, wizualna strona wydania: na plus trzeba zaliczyć MAGowi przygotowanie dwóch wersji okładek: nowej nawiązującej do stylistyki KiW (niektórzy bibliofile cenią sobie jednorodność serii) i nowej. Aczkolwiek co do wartości artystycznej okładki uczucia mam "zmieszane". Jak dla mnie zarówno stary, jak i nowy projekt są paskudne. Ponadto bardzo żałuję, że chociażby niewielka część nakładu nie została wydana w twardych okładkach. Z pewnością taką bym kupiła, aczkolwiek...
Po trzecie, czyli "aczkolwiek": jakość tego co mamy w środku. Auuuu! Boli! Auuuu! Takiej ilości literówek nie widziałam od czasu słynnych "klubówek". Moja technika czytania sprawia, że większość drobnych błędów pisowni zwyczajnie nie zauważam. (Z przykrością muszę się przyznać, że nie dostrzegam ich także we własnych tekstach).  Nie widzę i już - tak  jak osoby pozbawione słuchu muzycznego nie słyszą fałszywej nuty. Jeśli więc nawet JA zauważyłam, że jest ich mnóstwo, to musi być źle. Naprawdę źle. Niektóre, są doprawdy irytujące, np. "powiedziałam" zamiast "powiedziałem" sprawia, że czytelnik przez chwilę czuje się zagubiony.
A teraz nadszedł czas, by przejść do sedna. Już sam tytuł "Szósty Patrol" sprawił, że się uśmiechnęłam. Autor niejako wychodzi na przeciw prześmiewcom, zarzucającym mu ciągnięcie opowieści w nieskończoność. Puszcza oko do czytelników - tak, tak moi drodzy, to już szósty patrol. Inna sprawa, że potem w tekście wznosi karkołomną konstrukcję, by wytłumaczyć dlaczego "szósty patrol" a nie "patrol sześciu". Ma jednak na tyle sprawne pióro, że z próby wychodzi zwycięsko. 
Sama powieść, jak na szóstą część cyklu, jest nadspodziewanie udana. Oczywiście, podczas lektury nie ma tego uczucia świeżości i zaskoczenia, co podczas spotkania z "Nocnym Patrolem". Tamta powieść była czymś nowym, innym, zaskakującym. W "Szóstym Patrolu" może zaskakiwać (albo i nie - zależy na ile ktoś jest domyślny) rozwiązanie konkretnej zagadki, ale wykreowany przez Łukjanienkę świat jest nam już znany i wręcz oswojony. To nie zarzut, raczej stwierdzenie oczywistej oczywistości.
Także postaci, które spotykamy w "Szóstym Patrolu" są nam w większości znane: Anton Gorodecki, Swietłana, Heser, Zawulon oraz plejada postaci drugoplanowych wraz z moim ukochanym Łasem (przy najbliższej okazji planuję poprosić Łukjanienkę o zwiększenie zawartości procentowej Łasa w tekście).
Akcja, jak to u Łukjanienki zwykle bywa, toczy się wartko, by od czasu do czasu niemal stanąć. Zauważyliście, że autor lubi zrobić tu i ówdzie przerwę na rozważania o naturze życia i świata? To bardzo charakterystyczne dla Rosjan w ogóle. Nie raz widziałam taką scenę: zabawa trwa w najlepsze, tańce, śpiewy (Rosjanie kochają śpiewać), śmiechy i nagle ni stąd ni zowąd towarzystwo dopada zbiorowy atak filozofii. Pogadają przez chwilę o sensie życia, o bycie i niebycie, o dylematach moralnych inteligenta pracującego, by po chwili jakby nigdy nic wrócić do zabawy. Taka właśnie, bardzo rosyjska, jest narracja Łukjanienki. Mnie osobiście bardzo odpowiada, ale rozumiem, że niektórych  czytelników, zwłaszcza młodszych - wychowanych na reklamach i teledyskach, przyzwyczajonych do szybkiego tempa przetwarzania informacji, może nieco irytować. Sprawa gustu.
Fabuła. W moich omówieniach przeczytanych książek staram się unikać streszczania fabuły. Nie o to przecież chodzi. Pozwolę sobie tylko na uwagę ogólną, dotyczącą całej serii. Z tomu na tom, powoli, ale bardzo konsekwentnie zmienia się rozłożenie akcentów. Początkowo autor koncentrował się głównie na spiskach i intrygach - zarówno tych wewnętrznych, jak i na walce na linii Zawulon-Heser. W kolejnych tomach intryg stopniowo staje się coraz mniej, a ich miejsce znajdują coraz liczniejsze elementy sensacyjne: pogonie, walki, otwarte ataki i bezpośrednie starcia. Mniej jest polityki, mniej knucia. Trochę szkoda, bo knujstwa wszelakie to jest to, co najbardziej lubię. Oczywiście, tylko w literaturze  i filmie - broń Boże  nie w życiu.
Ewolucji podlega także struktura kolejnych części. Od pierwszej książki cyklu autor konsekwentnie dzieli tekst na trzy opowieści. W "Nocnym Patrolu" były to niemal oddzielne opowiadania, dość luźno ze sobą powiązane, dopiero na końcu splatające się w całość. Skądinąd bardzo udatnie się splatające. Z każdym tomem ten podział jest coraz bardziej umowny, by w "Szóstym Patrolu" stać się wyłącznie zabiegiem formalnym zapewniającym spójność całości.
Czy polecam "Szósty Patrol"? Myślę, że to pytanie nie ma większego sensu. Komu podobały się poprzednie części, z pewnością przeczyta powieść z przyjemnością. Kogo poprzednie tomy nie przekonały do świata wykreowanego przez Łukjanienkę, tego i szósty tom nie przekona.
Czytając "Patrole" po rosyjsku, miałam cały czas wrażenie, że język oryginału jest znacznie bardziej potoczny niż język tłumaczenia. W wydaniu polskim, tekst jest bardziej "literacki". W przekonaniu o tym, że mam rację utwierdziła mnie taka oto ciekawostka. Na stronie wydawcy znalazłam następujące dane statystyczne:

Aktywny zasób leksykalny: średni (2837 unikatowych słów na 10000 słowa tekstu)
Średnia długość zdania: 47 znaków - znacznie poniżej średniej (82)
Procentowy udział dialogów w tekście: 47% - znacznie powyżej średniej (36%)

Jako że nie każdy z odwiedzających mój blog ma możliwość (lub ochotę) przebrnąć przez blurba w oryginale, na koniec pozwolę sobie przytoczyć tekst z ostatniej strony okładki.

 "Na przestrzeni całej historii ludzkości Inni - Jasni i Ciemni - przeciwstawiają się sobie na wzajem, utrzymując równowagę sił Światła i Ciemności. Magowie, wiedźmy, wilkołaki i pozostali Inni żyją obok ludzi, którzy nawet nie podejrzewają ich istnienia. [...]
Nadciąga Apokalipsa. Inni są zmuszeni stworzyć nowy - Szósty Patrol, zdolny obronić przed niemalże nieuchronną zgubą wszystko co żywe na Ziemi."

PS. Do cyklu "Patrole"  formalnie należą także następujące pozycje

  •  "Oblicze Czarnej Palmiry" (Лик чёрной Пальмиры) Władimir Wasiliew 
  •  "Мелкий дозор" (opowiadanie - brak wydania polskiego) Siergiej Łukjanienko
  •  "Новогодний Дозор"  (opowiadanie - brak wydania polskiego) Siergiej Łukjanienko
  •  "Время инверсий" (brak wydania polskiego)  Władimir Wasiliew
  •  "Печать Сумрака" (brak wydania polskiego)  Siergiej Łukjanienko, Iwan Kuzniecow
  •  "Дозоры 3:Участковый" (brak wydania polskiego) Siergiej Łukjanienko, Aleks de Klemiesze

poniedziałek, 9 lutego 2015

MONTOWANIA W POWSZECHNYM

SPOTKANIE Z TEATREM MONTOWNIA



Montownia - Quo Vadis; plakat
Teatr Powszechny
Tytuł: Quo Vadis
ReżyseriaRafał Rutkowski
Występują : 
Adam Krwaczyk
Marcin Perchuć
Rafał Rutkowski
Maciej Wierzbicki
Scenografia i kostiumy: Małgorzata Szydłowska
Teksty piosenek: Adam Krawczuk, Marcin Perchuć, Rafał Rutkowski


Dawno nie było żadnego nowego wpisu na karcie "Teatralia".  Jakoś tak się składało, że na spektakle, na które chciałam iść nie było biletów, a na te, na które bilety były, ja nie miałam ochoty. Jednakże, co się odwlecze, to nie uciecze. W sobotnie popołudnie dotarłam na spektakl Teatru Montownia - "Quo Vadis". Powiem szczerze, był to bardziej przypadek, niż  świadoma decyzja, ale przypadek wielce fortunny. Cóż, czasem tak bywa.

Zacznę od kilku słów o "Montowni". Ci, którzy znają ten zespół mogą od razu przejść do kolejnego akapitu. Teatr Montownia to niezwykle ciekawy projekt. Grupa absolwentów Warszawskiej Akademii Teatralnej skrzyknęła się i założyła niezależną trupę, nie posiadającą własnej siedziby, administracji itp. Aktorzy tułają się po różnych scenach. Występowali w Studio Buffo,  Polonii, Och-Teatrze. Tym razem trafili na deski Powszechnego. Stałymi członkami grupy, są Adam Krwaczyk, Marcin Perchuć, Rafał Rutkowski oraz Maciej Wierzbicki. Ta własnie czwórka wystąpiła w spektaklu "Quo Vadis".

Tym razem czterej panowie wzięli na warsztat klasykę literatury - Quo Vadis Henryka Sienkiewicza. Przedstawienie trudno nazwać "interpretacją", czy chociażby "spektaklem opartym o". Najbliższe prawdy będzie tu chyba  określenie "kabaret na motywach". Bo "Quo Vadis" Montowni niewątpliwie bliżej jest do kabaretonu niż do klasycznego spektaklu. Przedstawienie to nic innego jak ciąg gagów, dowcipów, piosenek i parodii. 

Zgodnie z opisem na stronie Teatru Powszechnego spektakl trwa 75 minut, lecz z jakiś powodów ten, który ja widziałam zmieścił się w jednej godzinie. 60 minut z zegarkiem w ręku. I chyba dobrze, bo propozycji Montowni starcza potencjału na tyle mniej więcej czasu. Dlaczego? Ano dlatego, że pewne rzeczy, na przykład mężczyzna przebrany za kobietę, bawią przez chwilę, a potem powszednieją. Przez godzinę jest śmiesznie, dłużej byłoby tylko męcząco. Chwała artystom za to, że wiedzieli kiedy skończyć.

"Quo vadis" jest spektaklem prześmiewczym. Zaznaczę od razu, że choć w spektaklu śmiechu jest dużo, nie ma w nim żadnej złośliwości. Każdy kolejny żart można by określić jako przyjacielski kuksaniec i przekomarzankę, a nie jako chłostę pod pręgierzem. Z kogo śmieje się Montowania? Literacki pierwowzór oferuje nam starożytnych Rzymian, ale jak by na to nie patrzeć, na wyśmiewanie Rzymian jest jakieś półtora tysiąca lat za późno (a i to, jeśli uwzględnimy Cesarstwo Bizantyjskie). Nie jest jednak za późno na wyśmiewanie przywar, które wraz z nimi nie odeszły do historii: żądzy władzy, lizusostwa, karierowiczostwa, zamiłowania do patosu, egzaltacji przechodzącej w cukierkowatość, zakłamania. Oczywiście, nie obeszło się też bez kilku mniej lub bardziej oczywistych nawiązań do współczesności (niektóre były wręcz łopatogiczne, co nie zmienia faktu, że autentycznie rozśmieszyły publiczność). Mówiąc krótko, "Quo Vadis" wyszydza to, co wielokrotnie już było i wielokrotnie będzie obiektem drwin. 

Tak więc, jeśli chodzi o treść, nie jest "Quo Vadis" ani szczególnie odkrywcze, ani specjalnie głębokie. Jest jednak coś, co sprawia, że przedstawienie to mimo wszystko jest spektaklem bardzo dobrym. Być może nie wybitnym, ale z pewnością bardzo dobrym. Tym czymś jest warsztat aktorski. To, co panowie z Montowni robią z mimiką, intonacją, ruchem, to klasa sama w sobie. Każda scenka to aktorska perełka. W minimalistycznej scenografii, bez zbędnych ozdobników i efektów specjalnych, samą tylko grą tworzą pałac Nerona, willę Petroniusza, płonący Rzym, arenę cyrku - co tylko chcecie.

Jeśli do mistrzowskiego aktorstwa dodamy wartką akcję, zabawne piosenki i świetny kontakt z widzami, dostaniemy godzinę rzetelnej, inteligentnej rozrywki. A to jest coś, czego ostatnio bardzo brakuje w polskim teatrze rozdartym między błahymi farsami, a przeintelektualizowanymi spektaklami dla snobów. Tak trzymać, panowie!