sobota, 31 stycznia 2015

INNY MANKELL

ŻYCIE PO WALLANDERZE


Okładka: Henning Mankell - "Wspomnienia brudnego anioła"
Tytuł: Wspomnienia brudnego anioła
Tytuł oryginału: Minnet av en smutsig ängel
Autor: Hennig Mankell
Tłumaczenie: Ewa Wojciechowska
Wydawca: W.A.B
Data wydania: 2014-10-22
Liczba stron: 352
ISBN: 978-83-280-1423-7

Dobrze, od razu się przyznam. Książkę tę kupiłam przez pomyłkę. Widząc na okładce nazwisko Mankell sprawdziłam tylko imię autora. Zgadzało się – Henning. Niewiele myśląc wrzuciłam książkę do koszyka nie zadając sobie nawet trudu przeczytania tekstu umieszczonego na ostatniej stronie, zwanego coraz częściej z angielska blurbem.
Przygotowana mentalnie na spotkanie z kolejnym skandynawskim kryminałem raźnie zabrałam się do lektury. Czytam, czytam, czytam, a im bardziej czytam, tym bardzie żadnego kryminału tam nie ma. Tak, moi drodzy, „Wspomnienia brudnego anioła” nie są kryminałem, nie są sensacją, ba!, nie mają nawet najwątlejszego wątku kryminalnego (nie wiem czemu, ale określenie „wątły wątek” wydaje mi się wielce ucieszne, toteż nie mam zamiaru z niego rezygnować, nawet jeśli oburzy to miłośników pięknego stylu).
Jeśli nie kryminał, to co? Czym są „Wspomnienia brudnego anioła”? Ku memu zdziwieniu książka okazała się powieścią obyczajową, umiejscowioną w początkach XX wieku. Opowiada o kilku latach z życia młodej Szwedki, którą los rzucił do miasta  Lourenço Marques położonego w portugalskiej kolonii w Afryce. Dziwnym splotem okoliczności nasza bohaterka zostaje właścicielką świetnie prosperującego burdelu. Swoją drogą autor zda się napawać słowem „burdel” i utyka je w tekście wszędzie tam, gdzie tylko się da – czy ma to sens, czy nie ma. Nie powiem, żeby mnie to jakoś szczególnie zbulwersowało czy zgorszyło. Nic z tych rzeczy – raczej rozbawiło. Jakbym widziała małego chłopca (w końcu w każdym z nas, aż do śmierci tkwi ukryte małe dziecko) z lubością powtarzającego „brzydkie słowo”, którego właśnie nauczył się od starszych kolegów na podwórku.
O czym mówią „Wspomnienia brudnego anioła”? Najprościej byłoby powiedzieć „o niczym”, w tym znaczeniu, że nie ma tam żadnej zagadki do rozwiązania, żadnej intrygi, żadnej historii przewodniej. Autor przedstawia nam przygotowaną z ogromnym rozmachem panoramę przełomu XIX i XX w. Wycieczkę rozpoczynamy w ubogiej szwedzkiej wsi, wraz z bohaterką trafiamy do domu bogatego kupca, odbywamy podróż statkiem handlowym by w końcu znaleźć się u wybrzeży Afryki, gdzie zatrzymamy się na dłużej. Konkretnie do końca powieści.
„Wspomnienia brudnego anioła” trudno nazwać rzeczą wciągającą. Sądzę, że niejeden czytelnik może nerwowo przewracać kartki mrucząc pod nosem „kiedy w końcu zacznie coś się dziać?”. Dla takich osób mam złą wiadomość – „dziać” nie zacznie się nic aż do ostatniej kropki. Bo nie o „dzianie się” w tej książce chodzi. Opowieść toczy się nieśpiesznie, niby leniwie rozwijana nić. W tekście nie znajdziemy wyraźnej głównej linii fabularnej, żadnej historii, na której niczym na kręgosłupie osadzone byłyby poszczególne sceny. Dostajemy jedynie obrazki z kolejnych dni z życia burdelmamy, będące tylko pretekstem do niezwykle realistycznego przedstawienia realiów kolonializmu w jego największym rozkwicie.
Nasza bohaterka nie bardzo potrafi odnaleźć swe miejsce, rozdarta między dwoma światami – zbuntowana przeciwko okrucieństwu białych, obca dla czarnych. Buntuje się przeciw temu co ją otacza, jest to jednak bunt tyleż rozpaczliwy, co nieskuteczny, nie przynoszący nikomu nic dobrego.
Powieść Mankella urzeka przede wszystkim specyficznym, skandynawskim klimatem. Zabawne to, wszak rzecz dzieje się na Czarnym Lądzie. I tylko szkoda, że momentami zaangażowanie polityczne bierze górę na jakością literacką. Niestety, tu i ówdzie zgrzyta nie pasująca do realistycznej powieści idealizacja, tak jakby pisarz chciał pokazać świat nie takim jakim go widzi, lecz takim jakim by go widzieć pragnął. Być może wynika to z silnego, osobistego związku Mankella z Afryką. Autor wielokrotnie podróżował na Czarny Ląd, by w końcu na stałe związać się z teatrem Avenida w stolicy Mozambiku - Maputo. Ale to już całkiem inna historia.

czwartek, 22 stycznia 2015

PO PROSTU SOŃKA

Rewelacja! 


Okładka: Ignacy Karpowicz - "Sońka"
Tytuł: Sońka
Autor: Ignacy Karpowicz
WydawcaWydawnictwo Dolnośląskie
Data wydania2014-05-22 
Liczba stron: 208
ISBN:  978-83-0805-353-9

O książce tej chciałam napisać już kilka miesięcy temu, gdy tylko ją przeczytałam. Niestety, w tym samym czasie wybuchła afera, w wyniku której autor trafił na łamy brukowców i na plotkarskie portale. Postanowiłam poczekać, aż gwar ucichnie, emocje ostygną, a o "Sońce" można będzie pisać jak o każdej innej powieści, bez narażania się na podejrzenia, że chcę sobie zwiększyć liczbę czytelników bloga "podpinając" się pod głośny skandal. Prawdę mówiąc, nie dla takich czytelników stukam w klawisze.
Tyle tytułem wstępu. A teraz kilka słów powieści Karpowicza. Powiem wprost - jestem zaszokowana, oczarowana, wbita w glebę. 


Mała, aczkolwiek pięknie wydana, książka. Powiedzmy szczerze "cieniutka" - 208 stron to jak na dzisiejsze czasy  doprawdy niewiele, szczególnie, że i czcionka duża, i interlinia podwójna (jeśli nie większa), i marginesy takie, że ho! ho!  Gdyby uczciwie policzyć znaki pewnie wyszłoby nam, że "Sońka" to właściwie nieco takie dłuższe opowiadanie.


Autor zabiera nas w podróż do świata, który umiera. Właściwie już go nie ma - do wsi na Podlasiu, gdzie niczym relikt dawnej epoki żyje stara Sońka. U schyłku życia Sońka spotyka Igora - młodego reżysera z Warszawy. Wraz z Igorem słuchamy słodko-gorzkiej opowieści o życiu, które czasem było dobre, czasem złe, w którym wiele było smutku, ale trafiały się i drobne radości. Opowieść to rzewna, wzruszająca, wciągająca, ale nie przekraczająca subtelnej granicy oddzielającej prawdziwe, głębokie wzruszenie od taniego sentymentalizmu. Tu i ówdzie, niczym perełki poblaskują okruchy bardzo inteligentnego humoru. Takiego, co to może i nie wywoła salwy śmiechu, ale sprawi, że na twarzy na chwilę pojawi się uśmiech.



Sońka i Igor reprezentują dwa różne światy. Ona - ten odchodzący, powolny, pełen starych, dobrze znanych zasad i prostych wartości, on - nowy, zmienny, wypełniony walką o karierę. Sońka przyjmuje życie takim jakie jest, Igor ze wszystkiego pragnie wyciągać korzyści. Nawet słuchając swoistej spowiedzi starej kobiety widzi nie obraz samotności i smutku lecz potencjalny materiał na kolejny głośny spektakl.

Urzeka także forma powieści. W dzisiejszych czasach, gdzie plagą jest nadmierne przegadanie i ,,lanie wody" jest ,,Sońka" chwalebnym wyjątkiem. Tu każde zdanie, co ja mówię!, każde słowo jest potrzebne. Rzecz zarówno pod względem formalnym jak i fabularnym wyważona znakomicie - nie ma nic zbędnego, a jednocześnie niczego nie brakuje. To po prostu trzeba przeczytać! Dawno lektura nie sprawiła mi takiej przyjemności. Dwa wieczory spędzone z ,,Sońką" należą do najbardziej udanych chwil w moim czytelniczym życiu. 

środa, 21 stycznia 2015

NA TROPACH PLAGIATU

JESTEM WKURZONA, BARDZO WKURZONA


Niektóre osoby odwiedzające ten blog, być może wiedzą, że od czasu do czasu, napadowo, oddaję się niewinnemu hobby - robótkom ręcznym. Konkretnie robię na drutach. Zaczęłam nawet prowadzić blog Oczkomania.
Ostatnimi czasy pozazdrościłam szydełkującym koleżankom i postanowiłam nauczyć się robić serwety. Na drutach, oczywiście. W internecie jest sporo wzorów, ale jako tradycjonalistkach postanowiłam nabyć drogą kupna stare, dobre, papierowe książki. Pogrzebałam w internetowym antykwariacie, poszperałam wśród ofert wymiany i znalazłam kilka ciekawych pozycji. Kosztowały grosze (właściwie miała miejsce wymiana barterowa) - najdroższa w całej zabawie przesyłka, dlatego też kupiłam od razu kilka pozycji. 
Gdy książki dotarły byłam bardzo zadowolona. Przynajmniej do czasu. Dokładnie do momentu, gdy odkryłam, że książka Danuty Krajewskiej "Serwety" (Wydawnictwo "Wektor", Bydgoszcz 1991) jest stuprocentowym plagiatem. Wszystkie, podkreślam, wszystkie wzory, zostały żywcem skopiowane z klasyki gatunku - świetnej książki pani Wery Tuszyńskiej "Serwety wykonane na drutach". Nawet wstęp jest przepisany! Te dwie książki nie różnią się nawet jednym przecinkiem. Zrezygnowano jedynie z kilku zdjęć, tych gdzie pokazane są nie tylko serwety, ale całe aranżacje (nakryty stół, zdjęcie stojące na serwecie, itp.
Kto od kogo ściągał nietrudno odkryć. Książka pani Tuszyńskiej została wydana w roku 1958 (i jest to wydanie drugie), książka Krajewskiej ponad trzydzieści lat później.
Niby nie poniosłam wielkiej straty (w sumie tyle co znaczek i koperta), ale i tak jestem wkurzona - nie lubię, gdy mnie ktoś robi w konia. 
Nie mam pretensji do osoby, która się ze mną wymieniała. Jestem pewna, że nie zdawała sobie sprawy z tego, że oferuje mi książkę będącą plagiatem. Jestem zła na wydawnictwo "Wektor". Oby właściciel smażył się w piekle! Oby przez całą wieczność dręczył go Urząd Skarbowy.
Żeby nie być gołosłowną zamieszczam przykładowe fotografie pochodzące z obu książek. Z lewej strony ilustracja pochodząca z książki wydawnictwa "Wektor", z prawej - z książki Wery Tuszyńskiej.



Gdyby jakaś dobra dusza miała jeszcze wątpliwości, że to może przypadek, że może skopiowano serwetę z babcinego kuferka, że może to pojedynczy, zapożyczony wzór, to śpieszę rozwiać wszelkie wątpliwości - tak jest ze wszystkimi wzorami i na dowód zamieszczam jeszcze jedno porównanie. Ponownie, z lewej strony ilustracja pochodząca z książki wydawnictwa "Wektor", z prawej - z książki Wery Tuszyńskiej. 


Myślę, że teraz już nie ma żadnych wątpliwości. Wzorów jest dwadzieścia sześć. Dla każdego z nich mogłabym zrobić podobne porównanie. Tylko po co?

Od czasu wydania książki przez "Wektor" minęło ponad piętnaście lat, pewnie nie ma już kogo ścigać za ten przekręt, ale to nie powód żeby takich zachowań nie piętnować, chociażby po to, aby wydawcy wiedzieli, że prawda prędzej czy później wyjdzie na jaw!

PS. Przychodzi mi do głowy jeszcze jedna myśl. Być może "Wektor" nabył prawa do książki Tuszyńskiej i "sprytnie" zmienił tytuł oraz autora, aby miłośniczkom robótek wepchnąć jeszcze raz coś, co już pewnie mają. Nie zmienia to faktu, że i tak mamy do czynienia z oszustwem. Tak więc ponawiam klątwę (właśnie czytam po raz kolejny "Nocny patrol" - kto zna książkę, ten wie, o co chodzi, kto nie zna - powinien to szybciutko nadrobić).

niedziela, 18 stycznia 2015

JEDWABNIK

PORA UMIERAĆ? 


Tytuł:Jedwabnik
Tytuł oryginału The Silkworm 
Autor: Robert Galbraith
Tłumacz: Anna Gralak
WydawcaWydawnictwo Dolnośląskie
Data wydania2014-09-24 
Liczba stron: 480
ISBN:  978-83-2715-212-1

Ta książka (potencjalnie) ma wszystko, co dobra powieść mieć powinna. Ma niebanalną zagadkę, w miarę (choć bez przesady) wartką akcję, ma bohaterów - takich których czytelnik polubi i takich, których raczej nie obdarzy sympatią, ma dobry język, niezłe dialogi. Zda się ideał. Niby tak, ale...

Zajmijmy się owym "ale". Ale najpierw dygresja. zauważyłam, że ostatnimi czasy słowo "ale" stało się moim ulubionym. Używam go bez opamiętania. Chyba pora coś z tym zrobić. Koniec dygresji. Wracam do meritum. 

Skąd wzięło się owo "ale". Rzecz w tym, że choć książkę czytałam bez przykrości, a nawet momentami z niejaką przyjemnością, to jednak bez żadnym oporów przerywałam lekturę, gdy trzeba było zrobić coś innego albo zwyczajnie iść spać. Żaden wewnętrzny głos nie szeptał mi, żeby przeczytać jeszcze chociaż stroniczkę. Gdy trzeba było przerwać w pół zdania i odłożyć książkę bez oporu (nawet tego wewnętrznego) to robiłam. Ba! Myślę, że gdyby ktoś mi odebrał "Jedwabnika" nim dotarłam do końca, też bym z rozpaczy szat nie rwała. Przyznam się nawet po cichu, że chwilami nerwowo sprawdzałam, czy jeszcze daleko do końca, bo stosik czekających na przeczytanie książek wydawał się znacznie bardziej kuszący. Podsumowując: "Jedwabnik" nie obraził może mojej inteligencji, ale i nie wciągnął. Długo myślałam dlaczego. I chyba już wiem.

Po pierwsze, podejrzewam, że gdyby autorka (bądźmy poważni i nie udawajmy, że sięgnęłabym po tę pozycję, gdyby autorem rzeczywiście był nieznany nikomu Robert Galbraith) najwyraźniej postanowiła napisać dzieło poważne, wielowątkowe. Prosty kryminał z jakiś powodów (ambicja? poszukiwania twórcze?) jej nie zadowalał. W efekcie powieść składa się z trzech, mniej więcej równoważnych wątków. I tak mamy: zagadkę kryminalną, wątek romansowy (Robin) i wątek psychologiczny (relacje Cormorana i jego byłej). Pech chciał, że dwa z trzech wątków były mi obojętne w sposób absolutnie doskonały. Tym samym dwie trzecie książki było dla mnie zwyczajnie nudne. Wystąpiło tu to samo zjawisko co onegdaj w Harrym Potterze - czytelnicy chcieli magicznych przygód, a autorka serwowała im opowieść o miłosnych rozterkach nastolatków i dylematy kto się z kim całował. Teoretycznie przyznaję rację argumentom pisarki, że w pewnym wieku problemy męsko-damskie za sprawą szalejących hormonów dominują życie człowieka. Teoretycznie rozumiem i popieram. Za to w praktyce tego typu wstawki mnie nudzą. Podobnie rzecz ma się w przypadku "Jedwabnika". Teoretycznie wiem, że bohaterowie nie żyją w próżni, że mają życie osobiste, i tak dalej, i tak dalej... Tym niemniej proszę albo pokazać mi to w sposób interesujący, albo pominąć. Wątki miłosne (co zostało już udowodnione na przykładzie Harrego P.) autorce nie wychodzą. Są schematyczne, płytkie i okraszone tanim dydaktyzmem. W tym momencie doszliśmy do drugiej wady książki.

Tak więc, po drugie. "Jedwabnik" pełen jest dydaktyzmu niczym dziewiętnastowieczna, umoralniająca powiastka dla dzieci. Bardzo cenię sobie twórczość zaangażowaną, mam wielkie uznanie dla pisarzy, którzy nie ograniczają się do fabuły lecz starają się także przekazać pewne idee czy poglądy. Wszystko to jak najbardziej, pod warunkiem, że jest podane subtelnie. W przypadku Roberta Galbritha (a co mi tam, niech będzie Robert!) warstwa ideologiczna subtelna jest niczym siekiera w rękach pijanego drwala. Otóż czytelnik dowiaduje się, że pieniądze szczęścia nie dają (co za odkrycie!), że lepiej jest mieć pracę ciekawą niż nudną (no kto by pomyślał?!), a zdrada i kłamstwo nie są najlepszą podstawą do budowania dobrych związków (No, no, doprawdy?). Do tego cały czas dowiadujemy się, że ludzie dzielą się na dobrych (czytaj biednych) i złych (czytaj bogatych). Trąci to mocno hipokryzją, szczególnie gdy weźmie się pod uwagę fakt, że pani Rowling jest właścicielką dziewiętnastowiecznej posiadłości Killechassie House i wartego ponad 4,5 miliona funtów (nawet wolę nie myśleć ile to będzie po przeliczeniu na złotówki)  domu w prestiżowej Londyńskiej dzielnicy Kensington. Kupiła, nie ukradła - więc ma do nich pełne prawo, ale jeśli bogactwo to takie zło, to czemuż nabywa horrendalnie drogie nieruchomości zamiast kupić sobie kawalerkę na przedmieściach a resztę oddać biedny? Nienawidzę hipokryzji. Grrrr...

Biało-czarny jest nie tylko świat "Jedwabnika", ale i zapełniający go ludzie - bohaterowie powieści. Postaci są do bólu jednoznaczne. Albo dobre (Cormoran, Robin), albo złe ("była" Cormorana - Charlotte, czy narzeczony Robin).  I tak oto doszliśmy do "po trzecie". Po trzecie, jednoznaczne postaci są mało wiarygodne. A może to ja jestem za stara na takich bohaterów? Prawdą jest, że w młodości widzimy wszystko wyraźniej, ostrzej. Białe jest białe, czarne jest czarne. Jednak im więcej lat, tym więcej odcieni szarości dostrzegamy. Z czasem, gdy do czytania trzeba już wkładać okulary, a pogoń za autobusem niezawodnie kończy się zadyszką, dochodzimy do wniosku, że nic nie jest ani białe, ani czarne. Wszystko jest szare, co najwyżej trochę jaśniejsze lub trochę ciemniejsze - trochę mniej, albo trochę bardziej ubrudzone. Tak samo jest z ludźmi. Nie ma ani osób stuprocentowo dobrych, ani kompletnie złych. Jest tylko kwestia proporcji. Utalentowany pisarz potrafi takie subtelne odcienie pokazać. W "Jedwabniku" takich niuansów nie ma. 

A jeśli już o postaciach mowach, to dochodzimy do "po czwarte". Po czwarte, aż boli niewykorzystany potencjał głównego bohatera. Były żołnierz, inwalida wojenny borykający się z trudnościami powrotu do codziennego życia. Toż to materiał na kilka powieści o traumatyzacji umysłów młodych ludzi, którym dane było uczestniczyć w wojnie. Tymczasem dowiadujemy się, że nasz bohater boi się szybkiej jazdy samochodem, a życie z protezą zamiast nogi jest uciążliwe. Sorry, ale to samo mogłoby byś udziałem uczestnika wypadku samochodowego. Znowu analiza psychologiczna płytka niczym kałuża w upalny dzień.

I na koniec, po piąte. Wątek kryminalny. Udziwniony do granic możliwości. O ile wymyślna zbrodnia jest w kryminale jak najbardziej ok, o tyle rozwiązanie powinno być wiarygodne. Zaskakujące, ale wiarygodne. Rozwiązanie zaproponowane w "Jedwabniku" wiarygodne nie jest. Literatura dostarcza mnóstwa przykładów, że takie połączenie jest nie tylko możliwe, lecz bywa wręcz niezwykle smakowite. Nie trzeba przy tym szukać daleko. Ot, chociażby nasz, polski Miłoszewski. W jego książkach morderstwa są wręcz absurdalnie dziwnie, jednak zakończenie zawsze jest wiarygodne. Czasem autor zbliża się niebezpiecznie do granicy przekombinowania, ale nigdy jej nie przekracza. Niestety, w "Jedwabniku" granicę tę przekroczono i to bardzo znacznie. Szczegółów, oczywiście, nie zdradzę, wystarczy jednak jeśli powiem, że zimnokrwisty, wyrachowany morderca nie niszczy głównego dowodu zbrodni, bo mu sumienie nie pozwala... Aż się nie chce komentować - ręce opadają.

A jednak "Jedwabnik" zbiera w sieci bardzo pochlebne recenzje - zarówno w Polsce jak i za granicą. Może więc to ja nie zrozumiałam, albo nie doceniałam tej książki? A może mentalnie (przynajmniej jako czytelnik) utknęłam w ubiegłym wieku i nie chcę przyjąć do wiadomości, że tak jak lubię już nikt nie pisze? Może pora umierać?

PS: Odpierając zawczasu zarzuty. Tak, wiem że "Jedwabnik' to druga część cyklu o Cormoranie. Tak, czytałam "Wołanie kukułki". Nie rzuciło na kolana, ale dało radę przeczytać. Po "Jedwabnika" sięgnęłam w nadziei, że autor(ka) się rozkręci i będzie lepiej. Niestety, jest gorzej. I to dużo gorzej.

piątek, 16 stycznia 2015

NIESTRUDZONY POPULARYZATOR HISTORII

NIEZWYKŁA OPOWIEŚĆ O NIEZWYKŁYCH KOBIETACH


Kamil Janicki "Damy Złotego Wieku" - okładka
Tytuł: Damy Złotego Wieku
Autor:Kamil Janicki
Seria:Prawdziwe historie
Wydawca:Znak
Data wydania:2014-11-06 
Liczba stron: 400
ISBN978-83-240-3030-9 


Swego czasu pisałam o książce Kamila Janickiego "Updałe damy II Rzeczpospolitej". Tytuł ten na tyle przypadł mi do gustu (a wcale nie tak łatwo mnie zadowolić), że bez wahania sięgnęłam po kolejną pozycję pióra tegoż autora - "Damy złotego wieku". I nie zawiodłam się.


Kamil Janicki po raz kolejny udowadnia, że historia może być nie tylko ciekawa, lecz wręcz fascynująca. Z ogromnym, gawędziarskim talentem opowiada historię dam Złotego Wieku [Rzeczpospolitej]: Królowej Bony, Barbary Radziwiłłówny i Anny Jagiellonki.

Jaki jest przepis Janickiego na ciekawą książkę historyczną? Przede wszystkim zrozumienie, że historia to nie tylko daty i fakt, lecz także, a właściwie przede wszystkim ludzie. To oni tworzą fakty i sprawiają, że daty stają się ważne. Poznając ludzi, ich motywacje i emocje jesteśmy w stanie pojąć i polubić historię.

Przyznam się, że sięgając po ,,Damy Złotego Wieku" nieco obawiałam się banału. Historia Bony została przez literaturę i film dość mocno wyeksploatowana. Z Barbarą Radzwiłłówną jest pod tym względem jeszcze gorzej! A jednak autorowi udało się zgromadzić mnóstwo faktów i ciekawostek, które nie są powszechnie znane. Główną opowieść uatrakcyjniają liczne, czasami wielopiętrowe dygresje. Aczkolwiek te ostatnie początkowo nieco zakłócały mi płynność lektury. Z czasem jednak nie tylko do nich przywykłam, lecz wręcz polubiłam.

Podsumowując. ,,Damy Złotego Wieku" to pozycja, na którą powinni zwrócić uwagę wszyscy miłośnicy historii Polski. I to zarówno ci początkujący, jak i zaawansowani.

Dzisiejszy wpis jest niezbyt długi, ale właściwie mógłby być jeszcze krótszy - wystarczyłyby dwa słowa "gorąco polecam".

środa, 7 stycznia 2015

KIEPSKI POCZĄTEK CZYTELNICZEGO ROKU

CZERSTWA BUŁA BEZ MASŁA

Tytuł: Zbrodnia niedoskonała
Autor: Katarzyna Bonda, Bogdan Lach
Wydawca: Videograf
Data wydania: 2013-03-01 (dodruk: grudzień 2014) 
Liczba stron: 244
ISBN:  978-83-7835-182-5

Pamiętam jak pani od matematyki opadały ręce, gdy kolejny uczeń opowiadał o „dwóch nierównych połowach”. Albowiem, jak wszystkim wiadomo, połowy z definicji są równe. Nierówne mogą być co najwyżej części. Przypomniało mi się to, gdyż rozważania o książce Katarzyny Bondy i Bogdana Lacha „Zbrodnia niedoskonała” chciałam zacząć od stwierdzenia, że dzieli się ona na dwie nierówne połowy. I nie chodzi mi bynajmniej o nierówność w sensie arytmetyczno-geometrycznym. Nie chodzi ani o wielkość liczoną w stronach czy znakach, ani tym bardziej o nierówność jakiegoś wymiaru: długości, szerokości czy wysokości. Chodzi mi o nierówność  sensie artystycznym.

W tekście można wydzielić dwa elementy. Dla uproszczenia nazwijmy je publicystycznym i wspomnieniowym. Choć przeplatają się nawzajem, są jednak bardzo wyraźnie wydzielone. Część „publicystyczna” napisana jest w formie narracji trzecioosobowej, część wspomnieniowa to opowieść w pierwszej osobie. Gdyby tego było mało dodano jeszcze rozróżnienie czcionki: publicystyka wydrukowana jest czcionką „zwykłą”, wspomnienia- kursywą.

Dlaczego o tym wspominam? Ano dlatego, że obie te części dzieli przepaść głęboka niczym Rów Mariański. Tak sobie myślę, że różne czcionki wprowadzono ku wygodzie czytelnika - dzięki temu rozwiązaniu dużo łatwiej jest wyłuskać w tekście to co ciekawe i pominąć to, co nieinteresujące.

Zacznijmy od wspomnień. Są to opowieści nadkomisarza Lacha. Dość zwięzłe, ale ciekawe, pokazujące to, co mnie w zagadce kryminalnej zawsze fascynowało najbardziej – sposób dochodzenia do prawdy. Lach nie opowiada o regułach i teoriach psychologicznych, a jedynie wskazuje co sprawiło, że w konkretnej sytuacji wyciągnął taki a nie inny wniosek lub podjął taką a nie inną decyzję. I choć historie są dość ascetyczne w formie, czyta się je przyjemnie, nawet z pewnym zainteresowaniem. Tę część można by potraktować jako zbiór krótkich artykułów (takich na jedną-dwie szpalty) do przeczytania przy kawie lub herbacie. Bez większych ambicji literackich, ale ciekawych.

Gorzej z częścią drugą (przypominam, że na potrzeby tej opinii nazwałam ją publicystyczną), która prezentuje czytelnikowi historię profilowania oraz podstawowe pojęcia z tej dziedziny. Powiedzmy szczerze – z kolejnych akapitów wieje nudą. Zabrakło jakiejś iskry Bożej, umiejętności podania wiedzy w sposób atrakcyjny. Miałam wrażenie, że czytam podręcznik „Wprowadzenie do profilowania dla gimnazjalistów”. Styl ten można by zaakceptować w pozycji omawiającej szczegółowo zagadnienia profilowania, ale nie w publikacji niezwykle powierzchownej. Do tego w tekście pojawia się okropna maniera – raz na jakiś czas (powiedzmy raz na trzy strony) autorka (albo autor, albo redaktor – co do tego nie mam pewności) przypomina sobie, że piszę książkę nie naukową (ba! nawet nie popularno-naukową) i postanawia dodać lekkości językowi doklejając jakiś kolokwializm pasujący do reszty tekstu jak wół do karety. Żeby było jasne: nie mam nic przeciwko kolokwializmom. Co więcej, uważam, że dość płytkie treści aż proszą się o lżejszy język. Nie podoba mi się zgrzyt kompozycyjny, który wprowadzają. Jakby autor zapomniał „literackiego” słowa i użył pierwszego, jakie mu się nawinęło na myśl. Niechlujstwo i tyle.

A propos niechlujstwa. Na koniec taki oto „kfiatek”(cytat pochodzi ze strony 241):

„Sprawcawykorzystałdozbrodnidużyrozdzielaczelektryczny.Prawdopodobnie nie przyniósł go ze sobą.”

Rozumiem, że można zgubić jedną spację, ale tyle! Korekto! Gdzie byłaś?

Na książkę „Zbrodnia niedoskonała” czekałam długo (nakład z 2013 roku był wyczerpany, swój egzemplarz zdobyłam dopiero gdy pod koniec roku 2014 pojawił się dodruk). Niestety, muszę ze smutkiem stwierdzić, że nie było warto. Spodziewałam się dobrego reportażu, a dostałam czerstwą bułę. I tak oto, pod względem czytelniczym rok 2015 zaczął się od megarozczarowania.