środa, 29 października 2014

BARDZO PRZYZWOITA KONTYNUACJA

LISA PRZYGÓD CIĄG DALSZY


Tytuł: Antykiler 2
Tytuł oryginału: Антикиллер 2
Autor: Danił Korecki
Tłumacz: Danuta Blank
Wydawca: Feeria
Data wydania: 2014-09-25 
Liczba stron: 504
ISBN:  978-83-7229-417-3 

Zachęcona pozytywnym wrażeniem, jakie zrobiła na mnie  powieść „Antykiler” Daniła Koreckiego (o książce pisałam tutaj), po część drugą sięgnęłam natychmiast gdy tylko ukazała się na polskim rynku. Jak to zwykle bywa z kontynuacjami, podchodziłam do niej z całą masą obaw. Czy aby autor nie ciągnie opowieści na siłę? Czy aby nie popsuję sobie dobrego wrażenia, jakie pozostawił tom pierwszy? Czy książka trzyma poziom? I tak dalej, i tak dalej… Ciekawość i chęć poznania dalszych losów bohatera przeważyły jednak nad wątpliwościami i raźno przystąpiłam do czytania. Teraz, gdy lektura już za mną, pora nad podsumowanie.
Pierwsze wrażenie: autor najwyraźniej doszedł do wniosku, że nie ma co ulepszać rzeczy dobrej. Konstrukcja Antykilera 2 jest dokładnie taka sama jak w tomie pierwszym: kilka prowadzonych równolegle wątków, które to splatają się to rozchodzą, te same barwne opisy świata przestępczego Rosji lat 90. ubiegłego wieku, ta sama świetna znajomość realiów, to samo miejsce akcji – Tichodońsk (dla dociekliwych – pierwowzorem miasta jest Rostów na Donem), ten sam główny bohater podpułkownik milicji, Korieniew, zwany Lisem. Mamy tylko jedną nowinkę, za to wielce smakowitą - przedstawione w retrospekcjach sceny z życia obywateli byłych republik wschodnich. Z jednej strony trochę szkoda, że Korecki wpadł w pewien schemat, z drugiej – dobrze, że nic nie zepsuł „ulepszając” na siłę.
Dość zdawkowo wspomniałam o bohaterze, a przecież to on jest siłą napędową książki. Żadne hasła, żadna propaganda, nie powiedzą nam tyle o narodzie, co wykreowany w literaturze obraz obrońcy prawa. To nie przypadek, że angielski detektyw to przede wszystkim znawca ludzkiej natury (taki jest Sherlock Holmes, taki jest Hercules Poirot, taka jest panna Marple), w Skandynawii królują detektywi z problemami, najczęściej na granicy alkoholizmu (albo tacy, którzy tą granicę dawno przekroczyli), Dziki Zachód stworzył samotnego szeryfa, obrońcę wdów i sierot, a Rosja… Korieniewa. Takiego co to chodzi własnymi drogami, nagina prawo, interpretuje je po swojemu, a do przełożonych stosunek ma, powiedzmy, ambiwalentny. Przede wszystkim jednak nienawidzi systemu, trochę przy tym tęskni za dawnymi czasami. Nie, nie za „dyktaturą proletariatu” i nie za „realnym socjalizmem”, ale za czasami, gdy przestępca nie miał więcej praw niż uczciwy człowiek. Oczywiście, jest w tej nostalgii trochę tęsknoty za utraconą władzą, za dniami gdy policjanta (oooops, przepraszam – milicjanta) poważano i bano się, ale… Gdy przypominam sobie paradoksy naszego systemu prawnego, gdzie bohatersko aresztuje się i sprawnie skazuje za kradzież batonika, a milionowe afery ciągną się latami, gdy policja dziarsko łapie się emeryta za przepaloną żarówkę w rozklekotanym maluchu, ale dresa w BMW gnającego jak wariat przez miasto nasi dzielni funkcjonariusze na wszelki wypadek nie zauważają, to zgadzam się z Korieniewem – zdecydowanie coś jest nie tak z naszymi stróżami porządku. I od razu bardziej lubię Lisa –  człowieka, któremu żyć przyszło najpierw w jednym, obłąkanym systemie, a potem w drugim - równie szalonym. Jego niechęć do przemian postrzegam nie jako marzenia kryptokomucha czekającego na powrót starej władzy lecz jako tęsknotę za normalnością.
Wracając jednakowoż do meritum. Antykiler 2 nie był takim objawieniem jak część pierwsza. Nie ma się co dziwić – „jedynka” była odświeżającą nowością po zalewie amerykańskiej sensacji, „dwójka” jest jedynie (albo „aż”) bardzo przyzwoitą kontynuacją. Na tyle przyzwoitą, że nie wytrzymałam i kolejne części (trzecią i czwartą) kupiłam w oryginale. To chyba najlepsze podsumowanie. 

niedziela, 26 października 2014

MOJA PRZYGODA Z WAMPRAMI

WAMPIR W MOSKWIE


Tytuł: Empire V
Tytuł orygianłu:  Ампир „В”
Autor: Wiktor Pielewin
Tłumaczernie: Ewa Rojewska-Olejarczuk
Wydawca: WAB
Data wydania: 2008
Liczba stron: 346
ISBN: 978-837414-395-0

Szybciej bym się spodziewała… Właściwie wszystkiego bym się szybciej spodziewała niż tego, że z własnej woli sięgnę po książkę o wampirach! Gdyby do tego ktoś jeszcze powiedział, że książka ta mi się spodoba, co najwyżej popukałabym się w głowę. A jednak nie na darmo James Bond mawiał „nigdy nie mów nigdy”. Jak do tego doszło? Ano któregoś dnia uświadomiłam sobie, że jednym z wiodących rosyjskich autorów jest Wiktor Pielewin, a ja nie czytałam ani jednej jego książki. „Empire V” wybrałam w sumie przypadkowo. O stopniu mojej niewiedzy niech świadczy fakt, że zawarte w tytule „V” potraktowałam jako piątkę rzymską. Dopiero tytuł oryginału „Ампир «В»” uświadomił mi, z czym mam do czynienia. W szczególności, że „V” to aluzja do vampire. Gdy to odkryłam, jakoś ochota na lekturę mi sklęsła, ale jak mawiają Rosjanie „kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana”. Zaryzykowałam więc. I nie żałuję.
Powieść Pielewina uwiodła mnie niemalże od pierwszej strony. Spędziłam nad nią kilka kolejnych wieczorów, bo, uwaga!, „Empire V” nie można czytać szybko. To znaczy, technicznie, oczywiście można, ale byłoby to bluźnierstwo na miarę wypicia jednym haustem lampki koniaku. „Empire V” należy smakować, słowo po słowie, zdanie po zdaniu.
Fabuła powieści jest dość prosta. Nieudczanik Roman Aleksandrowicz Sztorkin (dla przyjaciół Roma) pewnego dnia zostaje wampirem. Dostaje nowe życie i nowe imię – Rama. Powoli poznaje nowy świat, z nowej perspektywy spogląda na ludzi, na ich życie i obyczaje. Oczywiście, jest i piękna, młoda wampirzyca i intrygi, jest zaskakujące zakończenie, ale wszystko to tylko pretekst. I tak oto dochodzimy do sedna. Dla Pielewina fabuła (dość zresztą mizernie rozwinięta) jest tylko pretekstem do rozważań nad kondycją współczesnego społeczeństwa. Z niesamowitym, przewrotnym, poczuciem humoru wytyka wszystkie wady współczesnego człowieka, wskazuje bezsens naszych zachowań, wyśmiewa fałszywe wartości. Prawdziwa uczta dla miłośników humoru abstrakcyjnego. Całość okraszano mnóstwem półsłowek, nawiązań i podtekstów. Momentami prawie słychać chichot Pielewina - erudyty. Zapowiedzią takiej zabawy z czytelnikiem jest bardzo czytelna aluzja (przynajmniej dla osób w wieku średnim i starszych) zawarta w podtytule „Opowieść o prawdziwym nadczłowieku”. Mniej obytym z literaturą radziecką już wyjaśniam  o co chodzi, a pozostałych przepraszam, jeśli piszę oczywistości. Rzeczony podtytuł nawiązuje do znanej, jak byśmy dzisiaj powiedzieli „kultowej” powieści radzieckiej „Opowieść o prawdziwym człowieku” autorstwa Borysa Polewoja, wydanej po raz pierwszy bodajże w roku 1946. Kto czytał ten wie, kto nie czytał – czytać nie musi, szczegóły z pewnością znajdzie na Wikipedii.
Muszę jednak lojalnie uprzedzić, że powieść Pielewina nie jest pozycją stricte rozrywkową. Przesłanie, choć podane w żartobliwej formie, jest dość przygnębiające. „Empire V” bywa też momentami nużące. Kolejne strony, zapełnione rozbudowanymi rozważaniami potrafią zmęczyć. Lektura była satysfakcjonująca, ale po jej zakończeniu, oprócz dużego, czytelniczego zadowolenia pozostała mi także chęć na coś zdecydowanie lżejszego. Tak więc kończę pisać i idę popatrzeć cóż tam nowego czeka na mnie na półeczce „literatura rozrywkowa”.

środa, 22 października 2014

OMIJAĆ SZEROKIM ŁUKIEM

MOCNY KANDYDAT DO TYTUŁU NAJNUDNIEJSZA LEKTURA ROKU


Tytuł: W otchłani Imatry
Tytuł oryginału: Под волнами Иматры
Autor: Aleksander Ławrow
Tłumaczenie: Agnieszka Papaj
Data wydania: 2012-12-02
Wydawca: Dobre Historie
ISBN: 978-83-63667-99-5
Stron: 254


Książka „W otchłani Imatry” od samego początku dostała u mnie taryfę ulgową. Zdawałam sobie sprawę, że sięgam po pozycję niemalże stuletnią, że powieść pochodzi z kraju wielkiej literatury (naprawdę wielkiej), ale niekoniecznie z tradycjami w dziedzinie popularnych powieści detektywistycznych.
Mam też świadomość, że u zarania gatunku nawet ci, którzy dziś uważani są za klasyków kryminału, pisali w sposób dość prosty – próżno by w ich dziełach szukać jakiejś specjalnie głębokiej analizy psychologicznej (jakaś tam czasem była, ale raczej płytka), porywających opisów, czy mnogości wątków. Ważna była zagadka i sposób jej rozwiązania.
Nie liczyłam więc ani na literacką ucztę, ani na spotkanie z arcydziełem. Czego w takim oczekiwałam?  No cóż, niewiele – linearnej opowieści z zaskakującym zakończeniem i odrobiny nastroju, wynikającego z wieku tekstu. Wiecie o co mi chodzi: te lekko trącące myszką słowa – niby w pełni zrozumiałe, ale zupełnie już nie używane, te nie do końca współczesne konstrukcje zdań, ta czasami lekko odmienna pisownia. Niestety, nic z tych rzeczy nie dostałam. Ani fabuła, ani język, ani rozwiązanie zagadki nie uzasadniają straty czasu na lekturę. Szczęście w nieszczęściu, że mamy do czynienia z pozycją niewielką, w sam raz na jeden wieczór.
Fabuła i rozwiązanie są przewidywalne do bólu. A to dla kryminału grzech śmiertelny. Wiele można wybaczyć, ale tego nie. Mniej więcej w okolicy dwudziestej strony widziałam już kto, jak i dlaczego zabił. Bynajmniej nie dlatego, że jestem taka bystra. Wręcz przeciwnie, w większości przypadków mam kłopot z odgadnięciem zakończenia nawet wtedy, gdy większość recenzji twierdzi, że rozwiązanie było oczywiste.  Jeśli więc nawet ja domyśliłam się wszystkiego w jednej czwartej powieści, to rozwiązanie musiało naprawdę walić czytelnika młotkiem po głowie i krzyczeć „A kuku! Tu jestem.” Na dokładkę mamy kilka wątków urwanych jakby je ktoś siekierą odciął. Ot, chociażby sprawa tajemniczego pierścienia, rozdęta do nieproporcjonalnych rozmiarów, więdnie z czasem niczym lotos na pustyni. O co chodziło? Tylko Autor wie. Co prawda „W otchłani Imatry” to pierwsza część cyklu – zamknięta, ale jednak pierwsza część. Być może, owe nieszczęsne wątki znalazły kontynuację w kolejnym tomie. Nie wiem, i pewnie się nie dowiem, bo nic nie wskazuje na to, by wydawnictwo miało zamiar rozpieścić nas kontynuacją.  Swoją drogą, biorąc pod uwagę objętość tekstu, można było obie części wydać spokojnie jako jedną książkę. Jak na współczesne standardy i tak nie byłaby gruba. Co najwyżej średnia, ze wskazaniem na cienka.
Nie ratuje „Otchłani Imatry” także język. No sorry, ale jeśli w książce napisanej na początku XIX pojawiają się słowa typu „nastolatka”, to ja wysiadam i jadę innym pociągiem. Podejrzewam tutaj niezbyt szczęśliwy zabieg tłumacza i/lub redaktora. Ktoś wpadł na pomysł uwspółcześnienia, „przybliżenia” dzieła współczesnemu czytelnikowi. Koncepcja tyleż popularna i równie mądra jak malowanie na kolorowo starych, czarno-białych filmów. Dla mnie – porażka.
Komu mogę polecić „W otchłani Imatry” Aleksandra Ławrowa?  Tylko zagorzałym badaczom historii kryminału (pewne rzeczy warto wiedzieć i znać nawet jeśli się nimi nie zachwycamy) oraz osobom zainteresowanym historią literatury rosyjskiej, szczególnie XIX-wiecznej. Choć ci ostatni pewnie przeczytają sobie w oryginale.

czwartek, 16 października 2014

JESTEM ROZDARTA

LEKKA SCHIZOFRENIA RECENZENTA
Tytuł: Piąta fala
Autor: Rick Yancey
Tłumaczenie: Marcin Wróbel
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 2013-08-14
ISBN: 978-83-7515-090-2
Stron: 512

Swego czasu, nieodżałowany Zygmunt Kałużyński, wielki znawca i popularyzator kina, gęsto tłumaczył się dlaczego recenzent musi, a przynajmniej powinien, niekiedy skrytykować film, który publiczności przypadł do gustu. Sprawa jest prosta: jako zawodowiec ocenia film pod względem artystycznym. Na ile dzieło jest odkrywcze, nowatorskie, poruszające ważkie problemy, i tak dalej, i tak dalej. Krytyk, o ile nie jest bucem, może wraz z resztą widzów zaśmiewać się, gdy główny bohater potyka się na skórce od banana, albo walczy ze spodniami spadającymi w najmniej odpowiednim momencie. Ale gdy wróci do domu i siądzie do pisania, cóż… musi napisać, że w dziele króluje przaśny humor, rozwiązania fabularne są stukrotnie wykorzystaną kliszą, gra aktorska przeszarżowana, a muzyka rodem z ostatniej fazy wesela. I tak oto powstaje swoista schizofrenia. Kałużyński - widz, który dobrze bawił się przez półtorej godziny versus Kałużyński – krytyk dostrzegający wszystkie mankamenty filmu.
Dlaczego o tym wspominam? Bo teraz, gdy mam pisać o „Piątej fali” czuję podobne, wewnętrzne rozdarcie. Lektura sprawiła mi niewątpliwą przyjemność. Książka miała wszystko to, czego wymagam od literatury rozrywkowej: dobry, potoczysty język, wyraziste, ciekawie zarysowane postaci, wartką akcję, kilka zaskakujących „twistów”. Powieść przeszła pozytywnie podstawowy test, zwany przeze mnie „sprawdzianem co dalej”. Jeśli czytając chcę wiedzieć co było dalej, jest to dla mnie niezawodny symptom dobrze zaplanowanej i poprowadzonej fabuły. „Piątą falę” łyknęłam w dwa wieczory i muszę przyznać, że od pierwszej do ostatniej strony trzymała w napięciu.
Trochę gorzej było z postaciami – nie do końca potrafiłam się z nimi identyfikować. Ale w sumie nie ma w tym nic dziwnego. Trudno wczuć się w kogoś, kto jest znacznie młodszy niż mój własny syn (o mnie samej nie wspominając). Tym niemniej bohaterowie książki są na tyle różnorodni i wyraziści, że czytelnik nie tak (excusez le mot) spierniczały jak pisząca te słowa, z pewnością znajdzie swego faworyta.
Skąd więc, wspomniane na początku poczucie rozdwojenia? Rzecz w tym, że lekturę można podsumować w czterech słowach „wszystko to już było”. To co dostajemy do ręki jest wypadkową „Igrzysk śmierci”, „Gry Endera”, „Wojny światów” i kliku innych dzieł tegoż kalibru.
Nie, nie twierdzę bynajmniej, że „Piąta fala” jest kompilacją, ani tym bardziej plagiatem. Nie o to chodzi. Rzecz w tym, że nie ma w niej świeżego pomysłu. Bo co mamy? Świat zniszczony przez obcych – było. Niedobitki ludzkości walczące o przetrwanie – było. Obcy jako pasożyty w ludzkich ciałach (nie spoleruję, koncept ten pojawia się od razu na pierwszej stronie) – było. Armia stworzona z dzieci – było.
W „Piątej fali” nie ma nic, co zmusiło by mnie do okrzyku „ależ odlotowy pomysł!”. Z drugiej strony, wiele całkiem przyjemnych książek i filmów też nie odznacza się super oryginalnością, a przecież mimo to świetnie spełniają swoją rolę – dostarczają kilku godzin godziwej rozrywki.
I tak, ponarzekawszy sobie trochę, kończę by zabrać się za lekturę drugiego tomu. Już się cieszę na dobrą zabawę, choć nie oczekuję uczty intelektualnej, bo nie o to, w tej akurat pozycji chodzi.

piątek, 10 października 2014

CO ZA DUŻO, TO NIEZDROWO

TRZY GRZYBY W BARSZCZ, CZYLI JAK POPSUĆ DOBRY POMYSŁ

Alex Scarrow "Anioł śmierci" - okładka

Tytuł: Anioł śmierci
Tytuł oryginału: October Skies
Autor: Alex Scarrow
Tłumaczenie: Robert P. Lipski
Data wydania: 2010-06-02
Wydawca: Burda Książki
ISBN: 978-83-62343-01-0
Stron: 504


„Anioł śmierci” na początku zapowiadał się smakowicie. Uwielbiam opowieści
o rozwiązywaniu zagadek z przeszłości - nieważne czy będzie to książka czy film. Do tego autor, Alex Scarrow (mam nadzieję, że autor nie jest kobietą, chociaż z anglosaskimi imionami nigdy nic nie wiadomo), zastosował rozwiązanie, które bardzo lubię: część akcji umieścił w teraźniejszość (rok 2008), część w przeszłości (rok 1856). Dzięki temu możemy nie tylko śledzić zmagania bohatera z tajemnicą lecz jednocześnie, niemalże równolegle, podglądać jak to było naprawdę. A i sama tajemnica jest w najlepszym gatunku. XIX wiek. Grupa osadników wyrusza na zachód. Nim dotrą do celu, muszą pokonać Sierra Nevada. Wczesna zima zaskakuje ich po złej stronie gór. Nie mają innego wyjścia jak tylko rozbić obóz i za wszelką cenę doczekać wiosny.  Niestety, nie dali rady. Wszelki słuch o taborze zaginął. Dopiero odnaleziony współcześnie pamiętnik budzi nadzieję na rozwiązanie zagadki. Co stało się z osadnikami? Dlaczego nie zdołali przetrwać? Czy stali się ofiarami bezwzględnej przyrody, szaleńca, czy może sił nadprzyrodzonych?
Trzeba przyznać autorowi, że wątek mistyczny poprowadził po mistrzowsku. Niby wszystkie wydarzenia można logicznie wyjaśnić, niby nic nie trzeba tłumaczyć interwencją z zaświatów, a jednak cały czas czytelnik ma wątpliwości. A może jednak wszystko nie jest aż tak proste?... A może nic nie jest tym, czym się być wydaje?... Bez krwiożerczych zombie, bez wilkołaków czy wyjących duchów, Scarrow buduje atmosferę napięcia i tajemnicy.  Racjonalna część umysłu burzy się, stawia opór, szuka przyziemnych rozwiązań, a jednocześnie czujemy bliskość, niemalże dotknięcie, nieznanego. Podobnie jest z zakończeniem – niby jest, a jakoby go nie było. Jeszcze długo po zamknięciu książki czytelnika dręczy   pytanie „czy aby na pewno tak było?”. Mniam!
Po tych zachwytach muszę jednak, ku memu ogromnemu żalowi, dodać łyżkę dziegciu, do tej beczki miodu. Otóż jednym, nie do końca przemyślanym posunięciem, autorowi udało się bardzo skutecznie popsuć to, co tak pracowicie budował: atmosferę i nastrój. Z jakiegoś powodu Scarrow (nadal trzymajmy się tego, że jest/był mężczyzną) uznał, że dwa wątki to za mało. Postanowił ulepszyć powieść dodając jeszcze jeden element, pasujący do całości niczym kwiatek do kożucha. Cóż nam proponuje? Trzeci wątek z gatunku "ucieczki, pościgi, strzelanina".  Na drodze naszego bohatera stawia diabolicznego, złego polityka. Wprowadzony w ten sposób element sensacyjny, jest równie wiarygodny jak obietnice wyborcze, delikatny jak słoń w składzie porcelany i prawdopodobny jak śnieg w sierpniu. Najgorsze jednak jest to, że zamienia subtelną grę aluzji i niedopowiedzeń w komiksową opowieść o bohaterze, co to nadludzkim wysiłkiem potrafi wybrnąć z każdej opresji ratując przy okazji towarzysząca mu, słabą kobietę. To tak, jakby ktoś do koronkowej sukni założył gumofilce. A że objętościowo każdemu z wątków poświęcono w powieści mniej więcej tyle samo miejsca, wniosek jest prosty – jedna trzecia tekstu nie nadaje się do czytania. A co jeśli ktoś lubi tanią, toporną sensację (albo gumofilce?). Cóż, w takim przypadku wniosek jest jeszcze bardziej przygnębiający. Osoba taka, najprawdopodobniej uzna dwie trzecie książki za nudne.
I tak oto konkluzja nasuwa się sama: literacki barszcz zniesie dwa grzyby, ale trzy to już stanowczo za wiele. Co za dużo, to niezdrowo.

sobota, 4 października 2014

POWRÓT PO DŁUŻSZEJ NIEOBECNOŚCI

ŚREDNIOWIECZE Z PARKU DISNEYA

Tytuł: Sekrety kobiet złotnika
Autor: Jeanne Bourin
Tłumaczenie: Anna Michalska
Data wydania: 2014-06-20
Wydawca: Noir Sur Blanc
ISBN:  978-83-7392-433-8
Stron: 478

Lubię książki historyczne. Praktycznie wszystkie, bez względu na podgatunek: romanse, przygodowe, kryminalne. Przy czym, jak już wielokrotnie wspominałam, historia kończy się dla mnie gdzieś w okolicach bitwy pod Azaincourt, dalej zaczyna się nudna współczesność. Jedyny wyjątek robię dla Henryka VIII i jego licznych żon. Gdy więc w oko wpadł mi opis zaczynający się od słów „Jest rok 1246…” zaczęłam węszyć niczym pies na polowaniu. Gdy do tego dowiedziałam się, że autorka jest z wykształcenia historykiem, a z pod jej pióra (a może klawiatury?) wyszła pokaźna liczba powieści osadzonych w realiach średniowiecza,
zaśliniłam się niczym pies Pawłowa. „Muszę to mieć!” – pomyślałam, nieświadomie cytując wyświechtany slogan reklamowy. Zdobyłam, zobaczyłam, zwyciężyłam. Tak, zwyciężyłam, bo fakt, żem nie rzuciła książki w kąt, jenom dobrnęła do końca, uważam za małe, osobiste zwycięstwo.
Teraz, wspominając czas spędzony z „Sekretami kobiet złotnika” francuskiej pisarki Jeanne Bourin, widzę, że mogłabym go podzielić na kilka etapów. Pierwszy – nadzieja i radość towarzyszące oczekiwaniu na fajną opowieść. Drugi – „ło matko, co to jest!”. Trzeci – „może się jeszcze rozkręci”. Czwarty – „w końcu daje radę”. Piąty – „skończyłam, nie żałuję, ale tęsknić nie będę”.
Przejdźmy do szczegółów. Tym, co od samego początku uderzyło mnie (in minus) to drewniany język, szczególnie zgrzytający w dialogach. Nie znam, niestety, języka Moliera, trudno mi więc orzec, czy to wina oryginału, czy tłumaczenia. Gramatycznie i ortograficznie wszystko w porządku. Ale styl! „Nic mi nie wiadomo o tym fakcie” – tymi słowy świeżo poślubiony małżonek reaguje na wiadomość, że bandyci próbowali porwać i zgwałcić jego żonę. Trudno nazwać tę wypowiedź spontaniczną. Albo emocjonalną.
A jeśli już o gwałceniu mowa. Cała książka kręci się wyłącznie wokół spraw męsko-damskich. Nie, nie! Nie jest to średniowieczny odpowiednik „50 twarzy Greya”. Nie w tym rzecz. Na kartach „Sekretów kobiet złotnika" nie znajdziecie pikantnych opisów. To i owo owszem, pokazano, ale dyskretnie i z umiarem. Kłopot w tym, że wszystkie postaci – kobiety i mężczyźni, starzy i młodzi – mają tylko jedną motywację. Co nią jest? Tak, zgadliście! Seks, ewentualnie jego brak. Rozumiem, że jest to bardzo ważny element życia, ale, na Boga!, nie jedyny. Na poczekaniu przychodzi mi do głowy kilka innych: żądza władzy, chciwość, fanatyzm, czy z bardziej pozytywnych: patriotyzm, poczucie honoru, ambicja. Świat nie kończy się na łóżku!
Popatrzmy jednak na ówże świat, świat stworzony przez pisarkę-historyka. Dziwny jest, bardzo dziwny. Z jednej strony daje się wyczuć dogłębna znajomość obyczajów. Widać ją w opisach strojów, obchodów świąt czy serwowanych potraw, ale z drugiej strony tak średniowiecze mógłby sobie wyobrazić scenarzysta w studiu Disneya. Wszyscy są czyściutcy, doprasowani, pachnący niczym w reklamie proszku do pranie. Jeśli nawet gdzieś trafi się błoto, to tylko po to, by bohaterka z gracją mogła je ominąć. Ech… nawet w XXI nie jesteśmy aż tak sterylni. Zapomniałam dodać, że świat powieści zamieszkują głównie piękni i bogaci (jedna sierota wiosny nie czyni), aczkolwiek nie zawsze młodzi i nie zawsze szczęśliwi.
Po tych wszystkich narzekaniach rodzi się pytanie: po co w takim razie czytałam do końca, po co brnęłam w znoju przez ponad czterysta pięćdziesiąt stron?
Początkowo, głównie z braku alternatywnej lektury (zaczęłam czytać podczas wyjazdu), a potem… potem polubiłam postaci, pogodziłam się z cukierkową konwencją i nawet się nie obejrzałam jak zaczęłam mnie dręczyć odwieczne „co dalej”. A gdy przewróciłam ostatnią kartkę, cóż – nie żałowałam czasu poświęconego „Sekretem kobiet złotnika”, ale wiem, że wracać do tej pozycji raczej nie będę. Jak dla mnie rzecz raczej jednorazowa. Chociaż kto wie? Nigdy nie mów nigdy!