piątek, 10 października 2014

CO ZA DUŻO, TO NIEZDROWO

TRZY GRZYBY W BARSZCZ, CZYLI JAK POPSUĆ DOBRY POMYSŁ

Alex Scarrow "Anioł śmierci" - okładka

Tytuł: Anioł śmierci
Tytuł oryginału: October Skies
Autor: Alex Scarrow
Tłumaczenie: Robert P. Lipski
Data wydania: 2010-06-02
Wydawca: Burda Książki
ISBN: 978-83-62343-01-0
Stron: 504


„Anioł śmierci” na początku zapowiadał się smakowicie. Uwielbiam opowieści
o rozwiązywaniu zagadek z przeszłości - nieważne czy będzie to książka czy film. Do tego autor, Alex Scarrow (mam nadzieję, że autor nie jest kobietą, chociaż z anglosaskimi imionami nigdy nic nie wiadomo), zastosował rozwiązanie, które bardzo lubię: część akcji umieścił w teraźniejszość (rok 2008), część w przeszłości (rok 1856). Dzięki temu możemy nie tylko śledzić zmagania bohatera z tajemnicą lecz jednocześnie, niemalże równolegle, podglądać jak to było naprawdę. A i sama tajemnica jest w najlepszym gatunku. XIX wiek. Grupa osadników wyrusza na zachód. Nim dotrą do celu, muszą pokonać Sierra Nevada. Wczesna zima zaskakuje ich po złej stronie gór. Nie mają innego wyjścia jak tylko rozbić obóz i za wszelką cenę doczekać wiosny.  Niestety, nie dali rady. Wszelki słuch o taborze zaginął. Dopiero odnaleziony współcześnie pamiętnik budzi nadzieję na rozwiązanie zagadki. Co stało się z osadnikami? Dlaczego nie zdołali przetrwać? Czy stali się ofiarami bezwzględnej przyrody, szaleńca, czy może sił nadprzyrodzonych?
Trzeba przyznać autorowi, że wątek mistyczny poprowadził po mistrzowsku. Niby wszystkie wydarzenia można logicznie wyjaśnić, niby nic nie trzeba tłumaczyć interwencją z zaświatów, a jednak cały czas czytelnik ma wątpliwości. A może jednak wszystko nie jest aż tak proste?... A może nic nie jest tym, czym się być wydaje?... Bez krwiożerczych zombie, bez wilkołaków czy wyjących duchów, Scarrow buduje atmosferę napięcia i tajemnicy.  Racjonalna część umysłu burzy się, stawia opór, szuka przyziemnych rozwiązań, a jednocześnie czujemy bliskość, niemalże dotknięcie, nieznanego. Podobnie jest z zakończeniem – niby jest, a jakoby go nie było. Jeszcze długo po zamknięciu książki czytelnika dręczy   pytanie „czy aby na pewno tak było?”. Mniam!
Po tych zachwytach muszę jednak, ku memu ogromnemu żalowi, dodać łyżkę dziegciu, do tej beczki miodu. Otóż jednym, nie do końca przemyślanym posunięciem, autorowi udało się bardzo skutecznie popsuć to, co tak pracowicie budował: atmosferę i nastrój. Z jakiegoś powodu Scarrow (nadal trzymajmy się tego, że jest/był mężczyzną) uznał, że dwa wątki to za mało. Postanowił ulepszyć powieść dodając jeszcze jeden element, pasujący do całości niczym kwiatek do kożucha. Cóż nam proponuje? Trzeci wątek z gatunku "ucieczki, pościgi, strzelanina".  Na drodze naszego bohatera stawia diabolicznego, złego polityka. Wprowadzony w ten sposób element sensacyjny, jest równie wiarygodny jak obietnice wyborcze, delikatny jak słoń w składzie porcelany i prawdopodobny jak śnieg w sierpniu. Najgorsze jednak jest to, że zamienia subtelną grę aluzji i niedopowiedzeń w komiksową opowieść o bohaterze, co to nadludzkim wysiłkiem potrafi wybrnąć z każdej opresji ratując przy okazji towarzysząca mu, słabą kobietę. To tak, jakby ktoś do koronkowej sukni założył gumofilce. A że objętościowo każdemu z wątków poświęcono w powieści mniej więcej tyle samo miejsca, wniosek jest prosty – jedna trzecia tekstu nie nadaje się do czytania. A co jeśli ktoś lubi tanią, toporną sensację (albo gumofilce?). Cóż, w takim przypadku wniosek jest jeszcze bardziej przygnębiający. Osoba taka, najprawdopodobniej uzna dwie trzecie książki za nudne.
I tak oto konkluzja nasuwa się sama: literacki barszcz zniesie dwa grzyby, ale trzy to już stanowczo za wiele. Co za dużo, to niezdrowo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz