niedziela, 22 maja 2016

KRIVOKLAT

FORMA IDEALNIE DOPASOWANA DO TREŚCI


Tytuł: „Krivoklat”
Autor: Jacek Dehnel
Wydawca: Znak literanova
Data wydania: 18-05-2016
Stron: 240 
ISBN:978-83-2403-628-8

Moje spotkanie z „Krivoklatem”  pióra Jacka Dehnela można podzielić na kilka etapów: zaciekawienie, zauroczenie, zdumienie, fascynację, znużenie (nie mylić ze znudzeniem), powrót i smuteczek. A było to tak.
Zaciekawienie. Postać Jacka Dehnela  nie jest mi obca.  Wielokrotnie czytałam o nim zarówno w tradycyjnej prasie – tej staromodnie drukowanej na papierze (należę do skazanego na wyginiecie  gatunku, polującego na ten coraz rzadszy pokarm duchowym) jak i w Internecie. Pisarz, poeta, tłumacz, wielokrotnie nagradzany,  nominowany, podziwiany, tłumaczony na wiele języków.  Posługując się terminologią współczesnych mediów  Dehnel to gorące nazwisko.  A jednak, choć staram się nadążać  za tym, co w trawie piszczy, jakoś tak się złożyło, że dotychczas nie czytałam żadnego tekstu, który wyszedł spod jego pióra. Nic więc dziwnego, że gdy na półkach księgarń pojawił się „Krivoklat” poczułam zaciekawienie. „O co z tym Dehnelem chodzi” - pomyślałam i zrozumiałam, że oto nadarza się wspaniała okazja by poznać odpowiedź na to, dość w sumie naturalne, pytanie.  A co może być lepszym bodźcem do działania niż ciekawość? I tak oto „Krivoklat” znalazł się na mojej czytelniczej półce.
Zauroczenie. Mówią, że nie należy oceniać książki po okładce. Może i nie należy, ale natury nie oszukasz. Starannie wydana pozycja przyciąga wzrok i zachęca do zakupu. I choć w powieści  liczy się przede wszystkich treść, to jednak prawdziwy miłośnik książek odczuwa fizyczną wręcz przyjemność dotykając pięknej okładki, oglądając ją, gładząc, ba!, są nawet tacy, którzy książki wąchają by poczuć zapach papieru i świeżej farby drukarskiej. W „Krivoklacie” zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Urzekł mnie starannością wydania i fascynującą okładką: wysublimowaną, niestandardową, realistyczną a jednocześnie pozbawianą płytkiej dosłowności.
Zdumienie. Okładka okładką, ale mimo wszystko najważniejsze jest to, co w środku. A w środku niespodzianką. Przynajmniej pod względem formy jest „Krivoklat” powieścią nieszablonową. Zazwyczaj niechętnym okiem patrzę na wszelkie eksperymenty formalne, ale w „Krivoklacie” rezygnacja z ogólnie przyjętych rozwiązań nie jest, przynajmniej w moim odczuciu, żadnym eksperymentem, a dobrze przemyślanym, wręcz perfekcyjnym, dostosowaniem formy do treści. Autor stosuje przemyślny zabieg: całkowicie rezygnuje z użycia akapitów, tworzy niezwykle długie, rozbudowane zdania, ciągnące się czasami przez kilka stron, pełne wtrąceń dygresji, i powtórzeń. Trzeba chwili by do takiego tekstu przywyknąć, ale gdy już przestawimy się  na inny odbiór, „kupimy” zaproponowane rozwiązanie, odkrywamy, że jest idealne. Dlaczego? Główny bohater, tytułowy Krivoklat, jest wszak szaleńcem (przynajmniej w kategoriach społeczeństwa, w którym przyszło mu żyć), a powieść jest owego szaleńca monologiem. Wyrzucanym szybko, chaotycznie, na jednym oddechu. Jest to jednak szaleństwo z metodą. W naszym świecie tylko szaleniec, nieskrępowany ciasnym gorsetem norm, może szczerze mówić o tym co najważniejsze – o sztuce i o miłości. Monolog Krivoklata jest tylko pozornie bezładny.
Fascynacja. Gdy już zanurzymy się  w świat wykreowany przez Dehnela zauważymy, że każdego słowo jest tam starannie przemyślane, że z pozornego chaosu niczym z barwnych plamek na obrazie Renoira (nota bene znienawidzonego przez Krivoklata :) )  wyłania się spójny wizerunek świata.  Autor snuje opowieść niezwykle konsekwentnie, a jednocześnie cały czas nie przestaje nas zadziwiać. Zdania skrzą się inteligencją i dowcipem. Przy czym jest to żart najwyższej próby: delikatny, nienachlany, mądry, ironiczny ale nie złośliwy, z elementami uwielbianego  przeze mnie czarnego humoru. Bo „Krivoklat” to przede wszystkim powieść prześmiewcza, oparta na wielopiętrowej ironii – czasem trudno się zorientować z kogo tak naprawdę się śmiejemy: z wyśmiewanego czy z prześmiewcy? Przepyszna rozrywka intelektualna.
Znużenie. Muszę teraz szczerz się przyznać, że mimo świetnej zabawy, jakiej dostarczył mi „Krivoklat”, nadeszła w końcu chwila, gdy poczułam się lekko znużona lekturą. Zwyczajnie, fizycznie, zmęczona.  Wspomniana już wcześniej przeze mnie forma – długie, wielowarstwowe, zdania, dygresje, brak akapitów – sprawiają, że czytanie wymaga sporego skupienia. Jest jak gra w szachy – dostarcza niezapomnianych emocji, ale jednak męczy. Jest też aspekt czysto praktyczny. Książki nie da się czytać „z doskoku” – w metrze, w autobusie czy w poczekalni do lekarza. Trzeba wygospodarować sporo czasu poświęconego wyłącznie obcowaniu z powieścią. I nie chodzi mi nawet o koncentrację, bo znam osoby, które potrafią skupić się w każdych warunkach. Mam na myśli aspekt czysto praktyczny. Głupio jest odłożyć książkę  w połowie zdania. A w przypadku „Krivoklata” doczytanie do kropki może oznaczać dobry kwadrans. Oczywiście, znam książki jeszcze bardziej „nieprzyjazne” pod tym względem, chociażby słynne „Bramy raju” Andrzejewskiego składająca się z jednego tylko zdania (słusznie zwrócono mi uwagę, że formalnie z dwóch zdań, aczkolwiek drugie jest bardzo krótkie), ale nie zmienia to faktu, że nie jest to forma wygodna.  Mówiąc krótko – poczułam przesyt i postanowiłam odpocząć.
Powrót. Porzucony „Krivoklat” leżał sobie kilka dni na półce, podczas gdy ja pozwalałam odetchnąć mózgowi robiąc skarpetki na drutach (niezwykle odstresowujące zajęcie – polecam wszystkim zagonionym i zabieganym). Nie trwało to jednak długo. Dość szybko poczułam wewnętrzną potrzebę zanurzenia się ponownie w wykreowany przez Dehnela świat. W każdym związku, czy jest to małżeństwo, przyjaźń, czy relacja czytelnik-książka, czasami potrzebny jest chwila oddechu. Krótkie rozstanie dobrze nam zrobiło. Po przerwie „Krivoklat” wciągnął mnie jeszcze bardziej. Nawet nie zauważyłam kiedy dotarłam do końca.
Smuteczek. Potem był już tylko smuteczek. Żal, że to już koniec, że pora rozstać się z „Krivoklatem” i jego światem. Na otarcie łez pozostała mi tylko nadzieja, że Dehnel, będąc wszak pisarzem młodym, w pełni sił twórczych, nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i za czas jakiś znowu nas czymś zaskoczy.

piątek, 20 maja 2016

KOŚCI ZMARŁYCH

KRÓLIK Z KAPELUSZA


Tytuł: „Kości zmarłych”
Tytuł oryginału: "Dead Men`s Bones"
Autor: James Oswald
Tłumacz: Zuzanna Byczek
Wydawca: Jaguar
Data wydania: 2016
Stron: 360
ISBN978-83-7684-448-8

Opinia opublikowana pierwotnie na portalu Fahrenheit.
Po przeczytaniu „Kości zmarłych” pióra Jamesa Oswalda mam dla potencjalnego czytelnika dwie wiadomości: dobrą i złą. Dobra wiadomość jest taka, że mamy do czynienia z całkiem niezłą, interesującą powieścią. A teraz pora na wiadomość złą – książka mogłaby być znacznie, znacznie lepsza.
Jako że plusów jest więcej niż minusów, zacznę od pochwał. Muszę przyznać, że książka Oswalda wciągnęła mnie od samego początku. Wciągnęła na tyle, że zarwałam pół nocy, aby doczytać do końca. Wiem, że dla wielu czytelników jest to zachowanie zupełnie normalne, ale ci, którzy mnie znają wiedzą, że w moim przypadku takie poświęcenie o czymś świadczy. Odkąd skończyłam ekhm… ekhm… lat, zasypiam przed północą niczym porządnie nakarmione niemowlę.
Kości zmarłych” to powieść, która ma wszystko to, co mieć powinna.
Po pierwsze: akcja. Na tyle wartka, by przykuć uwagę czytelnika i utrzymać napięcie, a jednocześnie nie aż tak szybka, by można było zarzucić autorowi opisywanie zdarzeń po łebkach. Gdzie trzeba, przyśpiesza, gdzie trzeba, zwalnia. Gdzie trzeba, mamy opis – nie za długi, nie za krótki, lecz w sam raz, gdzie trzeba – dialog. Dawno już nie trafiłam na tekst z tak dobrze wyważonym tempem.
Po drugie: postacie. Krwiste, wiarygodne, wielowymiarowe, dobrze zarysowane, takie, których losem naprawdę się przejmujemy. Podczas lektury szczerze kibicowałam głównemu bohaterowi, inspektorowi McLeanowi, martwiłam się losem jego partnerki, a demonicznej przeciwniczce, pani Saifre, życzyłam jak najgorzej. Czegóż chcieć więcej?
Po trzecie: zagadka. Bez zagadki nie ma kryminału. W „Kościach zmarłych” zagadka jest jak się patrzy, a jej rozwiązanie jest niebanalne.  Na tyle niebanalne, że się go nie domyśliłam. Oczywiście istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, żem jest osobą mało błyskotliwą. Jest taka możliwość, jednakże wolę skłonić się ku twierdzeniu, że to autor dobrze skonstruował intrygę. I tego się będę trzymać.
Kości zmarłych” czytało mi się na tyle dobrze, że chwilami przymykałam oko na liczne niedoróbki.  I tak oto nadszedł czas, by wspomnieć o minusach książki.
Zacznijmy od języka. Polskiego. Już na wstępie pewne obawy wzbudził we mnie fakt braku w stopce redakcyjnej informacji o korekcie. Redaktor jest, a korektora nie ma.  Czyli jak nic redaktor pełnił rolę „dwa w jednym”, co nie mogło dobrze wpłynąć na jakość pracy. I to, niestety, widać i czuć. Tekst najeżony jest licznymi paskudztwami.  Nic nie usprawiedliwia zdania „Przypisujesz mu niezasłużone czyny” (s. 108),  a  „McLean zaczynał z krzepkim mężczyzną imieniem Steve, ale dostał pracę przy szkockiej drużynie rugby i zostawił McLeana pod czułą opieką Esmeraldy”  (s. 45) po prostu woła o pomstę do nieba. Takich kwiatków jest niestety więcej. Nie przypadły mi też do gustu poprawne, acz toporne słowa typu „gentryfikacja” (s. 215 ) czy „kolacjonowanie” (s. 121). Niby są prawidłowe, ale brzmią niczym czkawka w potoczystej, prowadzonej bardzo prostym językiem narracji. Nie są błędne, ale jakoś niemiło zgrzytają i naruszają płynność czytania – taki literacki odpowiednik spowalniającego garbu na osiedlowej uliczce. Może nawet jest potrzebny, ale wkurza.
No cóż, o ile na język polskiego wydania autor nie miał wpływu, o tyle linia fabularna jest jego i tylko jego dziełem. Z niejakim smutkiem muszę przyznać, że mimo wcześniejszych zachwytów mam do niej dwa bardzo poważne zastrzeżenia.
Kości zmarłych” to kryminał z elementami nadprzyrodzonymi. Bardzo lubię takie historie, gdy to, co realne, przeplata się z tym, co metafizyczne. Lubię, gdy zaciera się granica między dwoma światami.  Kłopot w tym, że przez znaczną część książki jedyną podpowiedzią, a i to bardzo mglistą, wskazującą na interwencję sił nieczystych są… historie opisane w poprzednich tomach. Jeśli w trzech częściach rozwiązanie zagadki miało wymiar metafizyczny, to niby dlaczego coś miałoby się zmienić w czwartym? Musicie przyznać, że to trochę mało. Zamiast delikatnie podprowadzić czytelnika, rzucić tu i ówdzie aluzję czy wskazówkę,  autor ni z tego ni z owego dopiero pod sam koniec wyciąga wątek fantastyczny niczym magik królika z kapelusza. W rezultacie dla miłośników klasycznego kryminału tekst może być w końcowej części za bardzo odjechany, a dla miłośników horroru przez większą część zbyt normalny.
A jeśli już o końcówce mowa – jest nieco rozczarowująca. Zbyt wiele rzeczy zostało albo niedopowiedziane, albo wręcz pominięte. Odniosłam wrażenie, że autor dużą wiarę pokłada w dobrej woli czytelnika, który sam sobie dopowie to, czego w  książce zabrakło.
I jeszcze jedna uwaga na koniec. Tym razem neutralna. Jak już wspominałam, „Kości zmarłych” to czwarty tom cyklu. W zasadzie jest to tekst zamknięty fabularnie, teoretycznie można go więc przeczytać bez znajomości poprzednich części, ale – mówiąc szczerze – nie jest to najlepszy pomysł. Zbyt wiele jest w książce aluzji i odwołań do poprzednich przygód McLeana, by można je było bez szkody dla odbioru powieści pominąć. Najlepiej przeczytać wszystkie cztery tomy po kolei, do czego, mimo całego mojego marudzenia, gorąco zachęcam.

środa, 18 maja 2016

KONKURS DLA STUDENTÓW

KONKURS

Stwórz recenzję książki Wydawnictwa Znak Literanova w formie pisemnej, graficznej lub filmowej i zdobądź możliwość odbycia płatnego stażu w Wydawnictwie!
Nagrody:
  1. Pakiet dziesięciu wybranych książek Wydawnictwa Znak Literanova oraz możliwość odbycia miesięcznego płatnego stażu w wydawnictwie we wrześniu 2016 roku.
  2. Czytnik e-booków Kindle Paperwhite 3.
  3. Pakiet książek z serii Proza PL oraz pięć wybranych książek Wydawnictwa Znak Literanova.

SZCZEGÓŁY ZNAJDZIESZ TUTAJ: >> KLIK <<


poniedziałek, 16 maja 2016

ZNIECZULENIE

POWTÓRKA Z ROZRYWKI


Tytuł: „Znieczulenie”
Tytuł oryginału: "Host"
Autor: Robin Cook
Tłumacz: Maciej Szymański
Wydawca: Rebis
Data wydania: 2016
Stron: 454
ISBN: 978-83-7818-747-9

Opinia opublikowana pierwotnie na portalu Fahrenheit.

Być może stwierdzenie, że jestem wielbicielką twórczości Robina Cooka, jest nieco przesadzone, ale prawdą jest, że lubię jego pisarstwo. Co więcej, choć niespecjalnie przepadam za thrillerami i horrorami, to thrillery medyczne czytuję w miarę często i z przyjemnością. Dlaczego? Myślę, że odpowiedź jest prosta. O ile na co dzień nie mam styczności z superszpiegami i spiskami międzynarodowych korporacji, o ile nikt nie biega za mną z piłą łańcuchową (namolny sprzedawca w Leroy Merlin się nie liczy), nie atakują mnie zastępy zombi, nie prześladują złośliwe duchy, nie napadają wilkołaki ani wampiry, ba!, nawet komputer jakoś specjalnie nie czyha na moje życie (co najwyżej czasem tylko wkurzy), o tyle ze służbą zdrowia miewam od czasu do czasu do czynienia. Powiedziałabym nawet, że ostatnio za często jak na mój gust.  Świadomość, że powierzam swoje zdrowie, a może nawet i życie, zupełnie obcemu człowiekowi, jest mocno niepokojąca. Jest więc thriller medyczny opowieścią o czymś, co znam, opowieścią odwołująca się do moich prawdziwych lęków. Gatunek ten, w przeciwieństwie do klasycznego horroru, potrafi mnie naprawdę przestraszyć. Jeśli dodać do tego sprawne pióro i niewątpliwy talent literacki Robina Cooka, „Znieczulenie” zapowiadało się doprawdy smakowicie. Niestety, gotowy produkt nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań.
Zacznijmy od akcji. Rozumiem, że „Znieczulenie” to trzydziesta piąta powieść Cooka. Rozumiem, że w końcu nawet najpłodniejszemu umysłowi mogą skończyć się pomysły, rozumiem, że autor z czasem powiela pewne sprawdzone wzorce i rozwiązania, ale tym razem posunął się w moim odczucia za daleko. Książka powinna nosić tytuł „Coma – wydanie poprawione i rozszerzone”. Gdzieś w okolicach czterdziestej strony byłabym w stanie bez dalszego czytania dopowiedzieć ciąg dalszy.
Mamy więc niezbyt oryginalny zarys głównej linii fabularnej. A co z detalami? Z przykrością stwierdzam, że też nie jest najlepiej. Całość jest bardzo, ale to bardzo naciągana. Nie będę zdradzać szczegółów – wszak nie o streszczenie powieści chodzi. Powiem krótko: dwójka studentów ostatniego roku, podejrzewając błąd w sztuce medycznej lub zaniedbanie, rozpoczyna prywatne śledztwo. Bez większych trudności uzyskują dostęp do pilnie strzeżonych tajemnic, mafia mordująca z zimną krwią każdego, kto jej stanie na drodze, nie daje rady ich powstrzymać, a rosyjski programista okazuje się idiotą i naiwniakiem, którego można przekupić parą słuchawek i kompletem „empetrójek”. I na dodatek słynny efekt kawalerii nadciągającej dwie sekundy przed katastrofą.  O tym, że student czwartego (ostatniego) roku medycyny łamiący świadomie zalecania HIPAA (akt prawny zapewniający prawną ochronę dokumentacji medycznej pacjenta), a tym samym ryzykujący wydalenie z uczelni na kilka tygodni przed uzyskaniem dyplomu w imię jakiegoś mglistego podejrzenia, jest równie prawdopodobny jak śnieg w sierpniu, naprawdę nawet wspominać nie warto.
Na domiar złego przez trzy czwarte książki akcja toczy się dość niemrawo, a przynajmniej znacznie wolniej niż to zwykle u Cooka bywa. Dzieje się tak głównie za sprawą niezliczonych powtórzeń. Rozumiem, że bohater musi sobie pewne rzeczy kilka razy przemyśleć, ale czytelnikowi wystarczy przedstawić takie rozważania tylko raz. Kolejną sesję rozmyślań wystarczyłoby jedynie zasygnalizować.
Najbardziej jednak zgniewało mnie zakończenie. Jakby czując na karku zbliżający się termin oddania rękopisu, autor nagle przyśpiesza akcję w najgorszy z możliwych sposobów – zaczyna opisywać wydarzenia po łebkach, byle jak, kwitując rozwiązanie kluczowych wątków jednym, dwoma zdaniami.
Niestety, całości nie ratują też postacie, które tym razem wyszły Cookowi raczej kiepsko. Mamy więc dwójkę bohaterów pozostających w tajemniczym  platonicznym związku. On – błyskotliwy, przystojny i czarny. O tym ostatnim szczególe autor nie pozwala nam zapomnieć. Co i rusz przypomina nam, że Michael jest czarny. Inteligentny i czarny. Przebojowy i czarny. Przystojny i czarny. O czym by akurat nie szła rzecz, i tak za chwilę będzie nam przypomniane, że Michael jest czarny. Czyżby autor podejrzewał czytelnika o mocno zaawansowaną sklerozę? A „najlepszy” w tym wszystkim jest fakt, że kolor skóry bohatera nie ma najmniejszego znaczenia. Nic by się nie zmieniło, gdyby nieszczęsny student był żółty, czerwony albo nawet fioletowy. Wiem, że bohater musi jakoś wyglądać, wiem, że trzeba go opisać, ba!, nawet takich opisów pożądam. Tym niemniej proszę o trochę wiary w pamięć czytelnika!
Teraz ona. Lynn Peirce, niezwykle uzdolniona studentka o krok od dyplomu, ale o mentalności siedmiolatki. Od osoby w jej wieku oczekiwałabym nieco więcej odpowiedzialności. Ktoś, kto kompletnie nie przejmuje się konsekwencjami swych działań, powinien pomyśleć o specjalności innej niż medycyna. Wyjątkowo irytująca osóbka.
Aha, czy pisałam już o drewnianych dialogach? Nie? No to właśnie piszę.
Żeby jednak być sprawiedliwą, muszę dodać, że „Znieczulenie” nie jest pozbawione plusów. Największym z nich jest płynny, potoczysty język, dzięki któremu ten dość miałki tekst dość dobrze „wchodzi”. Nawet długie fragmenty dość hermetycznych rozważań z zakresu anestezjologii, onkologii i farmakologii podano całkiem przyjemną polszczyzną i w sposób zrozumiały także dla laika.
Trzeba też przyznać Cookowi, że nie uległ panującej obecnej modzie na epatowanie dosłownością. Choć mamy w książce sceny brutalnych morderstw, pobicia czy gwałtów, to są one przedstawione bardzo umownie. Zamiast stosować literacki odpowiednik „keczupu na ekranie”, autor pozostawia pole do popisu wyobraźni czytelnika, a że na brak wyobraźni nie narzekam, takie rozwiązanie oddziaływuje na mnie znacznie silniej niż szczegółowy opis z detalami.
Pora przejść do konkluzji. „Znieczulenie” jest pozycją zdecydowanie wtórną. Nie jest być może książką bardzo złą, ale w najlepszym przypadku można ją określić jako pozycję dość przeciętną, taką, którą przeczytać można, ale niekoniecznie trzeba. Ot, takie czytadło, po które sięgamy w wolnej chwili. Raczej dla zagorzałych fanów Cooka i osób badających całokształt twórczości pisarza. Całej reszcie świata zdecydowanie bardziej polecam „Comę” z 1977 roku.

sobota, 7 maja 2016

WSZYSTKIE STWORZENIA DUŻE I MAŁE

O UROKACH PROSTEGO ŻYCIA


Tytuł: Jeśli tylko potrafiłby mówić
Tytuł oryginału: If Only They Could Talk
Autor: James Herriot
Tłumacz: Irena Doleżal-Nowick, Zbigniew A. Królicki
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: 2015
Liczba stron: 284
ISBN: 978-83-08-05493-2

Dziś kilka słów o klasyku gatunku, czyli książce „Jeśli tylko potrafiłby mówić” pióra Jamesa Herriota, książce która swą prostotą i bezpretensjonalnością urzekła mnie od pierwszego akapitu. Pozycja to niezbyt długa, nic więc dziwnego, że przeczytałam ją jednym tchem, z uśmiechem niczym banan przyklejonym do twarzy.
Jeśli tylko potrafiłby mówić” to zbiór opowiadań opisujących rok z życia młodego weterynarza na angielskiej prowincji  pod koniec lat 30. ubiegłego wieku.
Pierwszoosobowa narracja, poprowadzona bardzo prostym językiem sprawia, że nieskomplikowane historyjki nabierają dodatkowego realizmu. Podczas lektury czułam się jakby odwiedził mnie dawno niewidziany kuzyn  i zabawiał opowieściami  o życiu na wsi. Opowieściami nieco wyidealizowanymi – mamy w końcu  do czynienia z tekstem humorystycznym – ale bardzo zajmującymi. Dowcipy nie są może specjalnie wyszukane, trudno dopatrzeć się  w nich wyrafinowania czy subtelnej artystycznej kreacji, ale co z tego jeśli bawią i pozwalają na chwilę zapomnieć o codzienności.  Historia o brawurowej ucieczce świń, czy wyjątkowo wrednej kobyle są jakby żywcem wyjęte z lekkiej, niezobowiązującej pogawędki podczas niedzielnego obiadu.
Lektura opowiadań Herriota to podróż do świata, którego nie ma, do świata przypominającego  nieco serial familijny: wszystkie przygody kończą się dobrze, nawet źli bohaterowie nie są tak naprawdę źli – raczej zabawni, ludzie wokół są życzliwi, a przyroda piękna.
Mogłabym przyczepić się do tego czy owego, ale tego nie zrobię, bo „Jeśli tylko potrafiłby mówić” to już klasyk, którego po prostu trzeba znać. Na szczęście, w przeciwieństwie do wielu lektur obowiązkowych, ta ani przez chwilę nie nudzi!

czwartek, 5 maja 2016

PAN WHICHER W IŁAWIE

W IŁAWIE CZYTAJĄ PANA WHICHERA



Właśnie dowiedziałam się, że działający przy Miejskiej Bibliotece Publicznej w Iławie Dyskusyjny Klub Książki, wybrał sobie za temat jednego z kwietniowych spotkań właśnie "Pana Whichera w Warszawie". 

Oto jak na stronie Klubu opisano naszą powieść:

"Jeśli ktoś dawno nie czytał kryminału w stylu retro - to lektura "Pana Whichera w Warszawie" nie rozczaruje nawet wybrednego czytelnika..."


To miłe, że choć od premiery minęło już dobre kilka lat, książka nadal żyje i znajduje coraz to nowych czytelników.

Mam nadzieję, że Klubowiczom przygody pana Whichera przypadły do gustu.