środa, 25 czerwca 2014

KACPRA RYXA PRZYGÓD CIĄG DALSZY


 POŻEGNANIE Z RYXEM

Tytuł: Kacper Ryx i tyran nienawistny
Autor: Mariusz Wollny
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 2012
ISBN:
978-83-63-1623-82
Liczba stron: 488

Trzeci tom przygód Kacpra Ryxa. Już sam fakt, że po przeczytaniu dwóch części sięgnęłam po kolejną o czymś świadczy. Konkretnie, o tym, że powieść Mariusza Wollnego przypadła mi do gustu.  Swego czasu pisałam o pewnych różnicach w kompozycji tomu pierwszego (Kacper Ryx) i drugiego (Kacper Ryx i król przeklęty). „Kacper Ryx i tyran nienawistny” ewoluuje w kierunku wyznaczonym przez tom drugi. Coraz mniej mamy historii detektywistycznej, a więcej elementów przygodowych i sensacyjnych. Akcja obfituje w pościgi, bitwy, walki, ucieczki i pogonie. Najwyraźniej taka koncepcja lepiej się sprawdziła, a autor postanowił nie ulepszać tego, co jest dobre. I słusznie. Nie od dziś wiadomo, że lepsze jest wrogiem dobrego. Od chwili zakończenia przygód opisanych w tomie drugim  minęło kilka lat. Na tronie zasiada Stefan Batory. Mniej zorientowanym zdradzę, że  to właśnie ten władca, jakże wychwalany przez nauczycieli na lekcjach historii, jest owym, tytułowym tyranem nienawistnym. Dlaczego? A tego już nie powiem. Nie będę psuć przyjemności. 
Kacper postrzał się, ale nie na tyle, by sprawy sercowe zupełnie wywietrzały mu z głowy. Wręcz przeciwnie, jego uczucie do Janki przybiera znamiona obsesji. By zdobyć serce wybranki porzuca nasz bohater na czas jakiś Karków, by wraz z królem i jego wojskiem walczyć z Moskalami o Inflanty. Jak to na wojnie musi znosić wszelkie niewygody, pokonywać niebezpieczeństwa, stawać twarzą w twarz z okrucieństwem.  Przemierza przy tym kawał świata, a my wraz z nim. Autor po raz kolejny zabiera nas na wyprawę do XVI wiecznej Rzeczpospolitej, wspaniale pokazuje czasy i obyczaje, jak z rękawa sypie ciekawostkami.
Nad zaletami książki mogłabym się jeszcze długo rozwodzić, ale byłby to nudne powtórzenia. Wszystko dobre (i złe) co powiedziałam o dwóch poprzednich częściach odnosi się też do tomu trzeciego. Muszę jednak przyznać, że tom trzeci podobał mi się najmniej. Odniosłam wrażenie pewnego chaosu i mniej wyraźnej niż dotychczas linii przewodniej. Aczkolwiek, po chwili namysłu muszę dodać małe zastrzeżenie: moje niezadowolenie może (choć wcale nie musi) wynikać z tego, że znaczną część powieści „Kacper Ryx i tyran nienawistny” stanowią opisy bitew wszelakich, a nie są one tym, co lubię najbardziej. W zasadzie toleruję, ale bez scen bitewnych mogłabym się spokojnie obejść.

Tytuł: Kacper Ryx i król alchemików
Autor: Mariusz Wollny
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 2012
ISBN: 978-83-75-15199-2
Liczba stron: 560

Na szczęście, po tomie trzecim następuje tom czwarty, znacznie bardziej dopracowany i staranniej przemyślany. Autor nie miał zresztą innego wyjścia „Kacper Ryx i król alchemików” to ostatnia, zamykająca część cyklu. Trzeba rozwiązać wszystkie zagadki, pozamykać watki, dopowiedzieć to, co do tej pory pozostawało niedopowiedziane. I znowu pojawiło się to, co lubię – zagadki, tajemnice, śledztwo, knucie i intrygi. Mniej jest pościgów i bijatyki, chociażby ze względu na podeszły wiek i szwankujące coraz bardziej zdrowie naszego bohatera. Kacper Ryx nie jest już młodzieńcem, który może całymi dniami obywać się bez snu, jedzenia i wypoczynku. Jest nobliwym panem, którego tu strzyka a tam boli. Zachował jednak przenikliwy umysł i umiejętność docierania do sedna najbardziej zagmatwanych spraw. 
Kończąc cykl o Ryxsie, Mariusz Wollny przygotował dla czytelników jeszcze jedną niespodziankę. Dopuścił do głosu postacie stanowiące dotychczas tylko tło – na przykład Jankę i Kacpra junior. Na scenę powróci też kilku starych wrogów Kacpra.
Dla tych, którzy tak jak ja polubili pisarstwo Wollnego mam dobrą wiadomość. Autor przygotował ciąg dalszy cyklu, opowiadający o przygodach Kacpra Juniora. Ale o tym w następnym odcinku. Zapraszam do lektury bloga!

Opinia zgłoszona do wyzwania: Z literą w tle
Opinia zgłoszona do wyzwania: Klucznik

poniedziałek, 16 czerwca 2014

TEATR NIEKOMERCYJNY

KRAKOWSKA NOC TEATRÓW


Teatr Bez Rzędów
Tytuł: Umarł Król, niech żyje knur!
Reżyseria: Lech Walicki
Występują :
Dominika Zielińska
Michał Dylowski
dam Godlewski
Jakub Sochacki
Łukasz Pracki
Lech Walicki
Scenografia: Kamila Grzybowska-Sosnowska
Muzyka: Joaquin Rodrigo

„Teatr Bez Rzędów” to scena niezwykła. W roku 2008 Lech Walicki, na co dzień aktor krakowskiej „Groteski”, stanął przed dylematem co robić podczas przerwy wakacyjnej. Będąc artystą z powołania, czas spędzony poza sceną uważał za stracony. Postanowił coś z tym zrobić. Pomyślał, pokombinował i założył nieformalną grupę, do której zaprosił młodych, profesjonalnych aktorów. Razem stworzyli teatr.
Sami sobie są sterem, żeglarzem, okrętem, mogą więc grać co chcą i jak chcą. Co prawda nic za darmo. Ceną za niezależność są spartańskie warunki – teatr działa w starej kamienicy, w przystosowanym za pieniądze samych artystów niewielkim mieszkaniu. Stan techniczny budynku pozostawiani nieco do życzenia, ale ciepła atmosfera wynagradza gościom drobne niedogodności. Przed spektaklem w foyer (no, dobrze, w przerobionym przedpokoju) czeka na gości samowar z herbatą, po spektaklu można wypić kolejną filiżankę i pogwarzyć z aktorami, reżyserem lub innymi widzami.
No dobrze, herbata herbatą, ale co ze spektaklami? Wszak herbatę można wypić w domu, albo w kawiarni. Do teatru chodzimy obcować ze sztuką! (Kiedyś chodziło się też zaprezentować nową suknię, ale te czasy minęły bezpowrotnie).
Walicki – spirytus movens całego przedsięwzięcia, ma określoną wizję artystyczną. Wie, że nie przebije teatrów państwowych i komercyjnych, ani rozmachem, ani znanymi nazwiskami, stawia więc na co innego: profesjonalizm, świeże spojrzenie i ciekawą interpretację.
„Umarł Król, niech żyje knur” to spektakl inspirowany farsą „Król  Mięsopust” J.M. Rymkiewicza. Proszę zwrócić uwagę na słowo „inspirowany”. Nie pierwszy raz Walicki bierze znany test i przetwarza go po swojemu dopasowując do możliwości i profilu teatru. Podobnie potraktował teksty Fredry czy Woody Allena. Trzeba przyznać, że robi to świetnie. Dzięki temu zabiegowi znane sztuki otrzymują nowe życie. Reżyser nie zmienia znaczenia sztuki, nie odczytuje jej na nowo lecz robi coś znacznie ciekawszego – uwypukla elementy ważne lecz bagatelizowane przez dotychczasowe interpretacje. I tak, na przykład, sztuka Rymkiewicza, prezentowana zazwyczaj jako opowieść o dwoistości ludzkiej natury,   o szukaniu siebie i swego miejsca na ziemi, staje się u Walickiego historią człowieka zdemoralizowanego przez władzę, która niejako przypadkiem wpadła mu w ręce.
Ciekawym zabiegiem inscenizacyjnym jest połączenie żywych aktorów i pacynek. Nawiązanie do jarmarcznego teatru sprawia, że stylizowany na „klasykę” tekst i rubaszny chwilami dowcip Rymkiewicza nie razi. Forma i treść stanowią spójną, idealnie dopracowaną całość.
Bardzo dobrze poprowadzono też przejście od farsy do tragedii. Wybuchy śmiechu rozbrzmiewające na widowni przez znaczną część spektaklu, pod koniec cichną, ustępując miejsca refleksji. Reżyserowi udało się to, co szczególnie sobie cenię w spektaklach. Po wyjściu z teatru widz nadal myśli o przedstawieniu, a im więcej myśli, tym więcej niuansów wyłania się z pamięci, tym więcej problemów porusza sumienie.
Zarówno krakowiaków jak i gości Grodu Kraka gorąco zachęcam do odwiedzenia „Teatru Bez Rzędów”.

środa, 11 czerwca 2014

BLASKI I CIENIE LITERATURY KOBIECEJ

KSIĄŻKA NA LATO


Zielone kalosze Wanda Szymanowska - okładka
Autor: Wanda Szymanowska
Tytuł: Zielone kalosze
Wydawca: Novae Res
Data wydania: 2014-04-02
Liczba stron: 192
ISBN: 978-83-7942-131-2

Od kilku lat słowo „kobiecy” nabiera coraz bardziej pejoratywnego znaczenia, szczególnie gdy mowa o szeroko pojętej kulturze. „Prasa kobieca” czy „literatura kobieca” staje się synonimem naiwności,  niskiej jakości, ograniczonych horyzontów, wręcz głupoty. Do czytania rzeczy „kobiecych” wstyd się przyznać. Co ciekawe, odwrotnie rzecz się ma ze słowem „męski” – to określenie jak najbardziej pozytywne. „Mocna męska rzecz” – tak można pochwalić książkę, film, a nawet muzykę. Podjęłam kiedyś próbę przeczytania „mocnej męskiej powieści”. Nie powiem, bawiłam się przednio, a lekturze towarzyszyły niepowstrzymane wybuchy śmiechu, aczkolwiek głowę dam, że aspekt humorystyczny wyszedł autorowi nieintencjonalnie. Myślę, że tak jak reagował każdy, kto miał do czynienia z bronią bardziej zaawansowaną niż packa na muchy. Tym niemniej, czytać lub oglądać  „męskie rzeczy” uchodzi, a „kobiece” wstyd. Jeśli już, to w tajemnicy i tylko po to, żeby skrytykować jakie to beznadziejne.
Szczęśliwie wywodzę się z pokolenia, gdy „kobieca” była intuicja, „kobiecy” był urok, czar, wdzięk, a więc pojęcia jak najbardziej pozytywne. Literatura co najwyżej mogła być obyczajowa albo przygodowa, dobra albo zła. Nie było poprawności politycznej, ale, o dziwo!, nie było też wstępnej segregacji płciowej czytelników. Dzięki temu nie widzę niczego wstydliwego w sięgnięciu po książkę obyczajową, czy jak kto woli kobiecą. Co więcej, nie zakładam a priori, że powieść obyczajową należy skrytykować.
Po co ten wstęp? Otóż „Zielone kalosze” to powieść obyczajowa (czy jak kto woli „kobieca’). Na kartach książki nie znajdzie czytelnik ani mrożących krew w żyłach pościgów, ani strzelaniny, ani kosmitów, ani zagadki kryminalnej, ani nawet elfów czy krasnoludów. Smoka też nie ma. Jest za to niewielka wieś gdzieś w Polsce, są jej mieszkańcy i główna bohaterka – pani lekko po pięćdziesiątce, próbująca zacząć życie od nowa. To też pewien ewenement w dzisiejszej popkulturze opanowanej kultem młodości. Autorka dostrzega, że osoby określane przez producentów kosmetyków eufemistycznie jako „dojrzałe” żyją, mają swoje problemy, marzenia, dążenia, smutki i radości. Pokolenie 50+ to nie tylko moherowe babcie, a społeczeństwo nie składa się wyłącznie ze zbuntowanych nastolatek i seksownych dwudziesto- oraz  trzydziestolatków. Już chociażby dlatego warto po „Zielone kalosze” sięgnąć.
Muszę przyznać, że opis na ostatniej stronie okładki nie zachęcił mnie specjalnie. Historia kobiety po przejściach, która ucieka z miasta i na prowincji znajduje szczęście, zdawała się trącić banałem. Jednak ku memu, jakże pozytywnemu zaskoczeniu, okazało się, że autorka nie popadła w sztampę. „Zielone kalosze” nie są ckliwym romansidłem. Owszem, mamy wątek miłosny, ale nie przesadnie rozbudowany. Jest go na tyle dużo, by zadowolić spragnione romantyzmu czytelniczki (lub czytelników), ale na tyle mało, by starczyło miejsca na inne, mniej radosne zagadnienia: kłopoty z dorastającymi dziećmi, czy problemy jakim musi stawić czoło rodzina alkoholika. Jednak najważniejszym, wiodącym zagadnieniem jest próba pokonania wewnętrznych ograniczeń, tych, które sami sobie narzucamy. Trzeba dużo wewnętrznej siły i desperacji, by wyrwać się z zaklętego kręgu tego co „trzeba”, „wypada”, „bo zawsze tak było”. Ale jeśli się uda, życie stanie się lepsze. Z pewnością nie idealne, ale na pewno lepsze.
Tym, co urzekło mnie w „Zielonych kaloszach” jest ogromna dawka optymizmu, wręcz promieniującego ze stron powieści. W każdym zdaniu, każdym słowie autorka przekonuje nas, że nigdy nie jest za późno. Oczywiście, takie podejście trąci nieco naiwnością. I tak oto, płynnie przeszliśmy do wad książki. Największą z nich jest, w moim odczuciu, nadmierny optymizm. Bohaterom wszystko się udaje, czasem z lekkim zgrzytem, ale jednak. Dobrzy ludzie są bezwarunkowo dobrzy, a ze złymi można sobie bez trudu poradzić. Chociaż, czy aby na pewno to wada? A może tego właśnie potrzebujemy? Solidnego zastrzyku optymizmu i lekcji radości życia? Jeśli tak spojrzeć na „Zielone kalosze” wada staje się zaletą.
I tradycyjne podsumowanie. „Zielone kalosze” nie są powieścią skłaniającą do głębokich refleksji, książka być może nie zapadnie jakoś szczególnie w pamięć, ale bez wątpienia dostarczy bezpretensjonalnej rozrywki. Pozycja w sam raz do plecaka, do poczytania w leniwy letni dzień na plaży, albo pod namiotem w deszczowe popołudnie, gdy potrzebna jest prosta opowieść, a nie rozważania nad istotą bytu.

sobota, 7 czerwca 2014

MNIEJ UDANE DZIEŁO KLASYKA GATUNKU

MEANDRY PRAWA (AMERYKAŃSKIEGO)


Okładka John Grisham  "Kancelaria"
Autor:John Grisham
Tytuł: Kancelaria
Tytuł oryginału: The Litigators
Tłumacz: Krzysztof Obłucki
Wydawca: Albatros
Data wydania: 09-05-2012
Stron: 510
ISBN:  78-83-7659-632-7

Czy można napisać trzysta stron książki praktycznie bez akcji? Oczywiście, że można. Czy można napisać to tak, by czytelnik nie rzucił powieścią w kąt? Można, ale do tego trzeba być Johnem Grishamem.
Opowieść o książce „Kancelaria” nie bez przyczyny rozpoczęłam od pytań. I nie są, wbrew pozorom, pytania retoryczne. Taka jest właśnie najnowsza powieść mistrza thrillera prawniczego. Początkowe trzy czwarte "Kancelarii" w zasadzie pozbawione jest akcji. Autor sięga do swego ulubionego motywu, który tyle razy się sprawdził – mała, nic nieznacząca kancelaria prawnicza wytacza proces gigantycznemu, bezdusznemu koncernowi. Znacie? Znamy! To posłuchajcie. Tym razem jednak Grisham wprowadza ciekawą modyfikację – nie mamy ofiary, której praw dzielnie broni nasz bohater. Co więc mamy? Z jednej strony nieludzki koncern farmaceutyczny nastawiony na maksymalizację zysków i związanych z nim, bajecznie opłacanych prawników, z drugiej strony adwokatów-nieudczaników, cynicznie wykorzystujących absurdy amerykańskiego prawa. Nie ma w nich nic z Robin Hooda. Są takimi samymi hienami żerującymi na ludzkim nieszczęściu, tyle tylko, że natura dała im nieco mniej ostro zęby, przez co odgryzają mniejsze kąski. Jednym słowem obserwujemy starcie dwóch równie obrzydliwych stworów miotających się w labiryncie odrażających kruczków prawnych: naciąganych zeznań, przekupnych ekspertów, gry na emocjach przysięgłych. Z czasem gra robi się wciągająca. W zasadzie obu stronom życzymy przegranej, stąd i ciekawość jak to się wszystko skończy.
Ostatnim sprawiedliwym w tym kłębowisku żmij jest David Zinc, absolwent Harvardu. Pewnego dnia przeżywa załamanie nerwowe, rzuca pracę w prestiżowej kancelarii i zaczyna nowe życie. Jak rozumiem, czytelnik powinien polubić Davida. I pewnie niejeden rzeczywiście polubi. Ja, niestety, tej postaci nie kupiłam. O ile początkowo nawet wzbudził moją sympatię, a tyle z czasem stał się zwyczajnie nieznośny – przesłodzony i altruistyczny niczym z czytanki dla pierwszoklasistów.
Gdzieś w trzech czwartych książki, gdy czytelnik powoli zaczyna mieć dość – ile w końcu można czytać o amerykańskich procedurach sądowych – pojawia się akcja. Niestety, rachityczna niczym drzewko na pustyni i przewidywalna niczym obietnice wyborcze. A już finał, w którym David, wzorem obrońców wdów i sierot, oooops… - w tym przypadku wdowy i sieroty zastąpili niewydarzeni prawnicy, wykazuje się altruizmem rodem z opowiastek umoralniających plus mocno nachalny happy end spowodowały u mnie lekki opad szczęki. Mistrzu, dlaczego Mistrz mi to zrobił?
Przy wszystkich swych wadach, ma „Kancelaria” także szereg niezaprzeczalnych zalet. Płynny, wartki język, dzięki któremu nawet przydługie opisy, jakoś tak niepostrzeżenie „same wchodzą”, a stron ubywa w zadziwiającym tempie. Styl Grishama – przynajmniej w tej książce – nie jest wyszukany, ale w tym przypadku prostota formy wychodzi całości na dobre. Pasuje dobrze do dość prostej historii. Wysublimowany język byłby tu nie na miejscu, wręcz raziłby śmiesznością. Dobrze, że autor nie wpadł w tę pułapkę. Lekturę uprzyjemnia dodatkowo spora doza humoru rozsianego równomiernie na kartach powieści. Jest go akurat tyle ile trzeba – wystarczająco dużo, by ożywić opowieść, lecz na tyle mało, by nie zamienić jej w farsę.
Podsumowując. „Kancelaria” z pewnością nie zalicza się do najwybitniejszych dzieł Grishama. Można ją bez większego bólu przeczytać, ale i bez większego żalu pominąć.

Opinia zgłoszona do wyzwania: Czytamy literaturę amerykańską
Opinia zgłoszona do wyzwania: Klucznik

czwartek, 5 czerwca 2014

TRZECI TOM NADAL TRZYMA POZIOM

RUDOWŁOSY DETEKTYW

Rhys Bowen "Do grobowej deski" - okładka
Autor: Rhys Bowen
Tytuł: Do grobowej deski
Tytuł oryginału: For the Love of Mike
Tłumacz: Joanna Orłoś-Supeł
Wydawca: Noir sur Blanc
Data wydania: 24-04-2014
Liczba stron: 392
ISBN:978-83-7392-472-7

Nie tak dawno narzekałam sobie na kryminał „ Czarna bandera niesie śmierć”. Dlaczego o tym wspominam? Ano dlatego, że właśnie skończyłam czytać powieść opartą na podobnych założeniach. Początek XX w., samodzielna, energiczna kobieta rozwiązuje zagadki kryminalne. Tym razem mamy jednak do czynienia z książką znacznie lepszą. I to lepszą pod każdym względem.
„Do grobowej deski” to już trzeci tom przygód Molly Murphy, zadziornej Irlandki, którą nieszczęśliwy zbieg okoliczności wygnał z domu i rzucił na amerykańską ziemię. Po serii początkowych niepowodzeń dziewczyna zaczyna sobie radzić w nowym środowisku. Jak byśmy dziś powiedzieli „znajduje pomysł na siebie”. Zostaje prywatnym detektywem.
Molly Murphy bardzo się autorce udała. Jest postacią ciekawą, czasami nieco irytującą, lecz w sumie budzącą sympatię. Jej poczynania i motywacje, choć bywają niekiedy szalone, są wiarygodne. Oczywiście, nie obywa się bez drobnej „ochrony scenariuszowej”, ale mieści się ona w akceptowalnych granicach.
Co ważne, autorka uniknęła pułapki, w którą często wpadają pisarki o zacięciu feministycznym. Jej bohaterka nie jest obdarzonym wszelkimi umiejętnościami ideałem, który wszystko może i potrafi (koniecznie lepiej od mężczyzn). Nie. Molly Murphy nie wszystko się udaje. Czasami pada ofiarą własnej niefrasobliwości, czasem musi ugiąć się pod naporem ograniczeń jakie kobietom narzuciła jej epoka. Co więcej, czasem nawet musi korzystać z pomocy osobników płci brzydkiej! Dzięki takim słabostkom i ograniczeniom powstała postać autentyczna, z krwi i kości, niedoskonała lecz i nietuzinkowa.
Autorka zadbała też o to, by akcja nie toczyła się w próżni. Roztacza przed naszymi oczami ciekawy obraz życia w Ameryce początku ubiegłego wieku – od dzielnic nędzy po świat bohemy. Znakomicie wyczuwa przy tym proporcje – opisów jest dokładnie tyle, by zaciekawić i nie znudzić. Nie bójcie się, nie trzeba będzie nerwowo przerzucać kartek.
Jeśli do tego dodać wciągającą intrygę, dobrą zagadkę i ciekawe tło obyczajowe (a wszystkie te elementy znajdziemy w książce Rhys Bowen) powstanie całkiem udatny kryminał.
Polecając książkę Rhys Bowen muszę jednak zrobić jedno, ważne zastrzeżenie. Jest to pozycja przeznaczona dla osób szukających kryminału w starym stylu, charakteryzującego się linearną fabułą, dość prostą konstrukcją i pozbawionego głębokiej analizy psychologicznej. Nie jest to rzecz dla  lubujących się w grzebaniu w duszy miłośników powieści skandynawskich. Jeśli szukasz "mhrocznej" opowieści historia Molly Murphy raczej cię nie usatysfakcjonuje.

Opinia zgłoszona do wyzwania: Czytamy literaturę amerykańską

poniedziałek, 2 czerwca 2014

PARA W RUCH

CZTERDZIESTA JUŻ OPOWIEŚĆ ZE ŚWIATA DYSKU


Terry Pratchett "Para w ruch" - okładka
Autor: Terry Pratchett
Tytuł oryginału:Raising Steam
Tłumacz: Piotr W. Cholewa
Wydawca: Prószyński i S-ka
Stron: 336
Data wydania: 29-04-2013
ISBN: 978-83-7839-751-9
Nie tak dawno, gdy dzieliłam się wrażeniami z lektury "Spryciarza z Londynu" pisałam o tym, jak zagorzałym jestem fanem Pratchetta. Nic więc dziwnego, że na kolejną powieść ze Świata Dysku czekałam z niecierpliwością od dawna. Niestety, nie wiem, czy to ja się zestarzałam i coraz trudniej mnie zaskoczyć i zadziwić (no cóż, z wiekiem coraz częściej przekonujemy się, że „wszystko już było” i to nie raz), czy też Autorowi przybywa lat a ubywa finezji, ale od pewnego czasu czytając kolejne opowieści z tego uniwersum zauważam, wyraźniejszą z każdym tomem, tendencję spadkową. A może po prostu czterdzieści części (tak, tak, „Para w ruch” to już czterdziesta opowieść ze świata dysku) to za dużo nawet dla geniusza. Może mistrz się wypalił, a pomysł zużył?
Żeby było jasne – Pratchett jest mistrzem tej klasy, że nawet schodząc w dół, długo jeszcze będzie znacznie powyżej średniej, szczególnie, że w literaturze fantastycznej średnia ostatnimi czasy boleśnie się zaniża. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie ma książek dobrych. Oczywiście, że są. Ba! Trafiają się nawet pozycje wybitne, ale jednocześnie boleśnie rośnie ilość chłamu, a przecież wiadomo jak działa średnia.
Oj, jak zwykle dałam się ponieść dygresji. Wróćmy do Pratchetta i jego najnowszej powieści „Para w ruch”. Nie będę owijać w bawełnę i zacznę od odpowiedzi na proste pytanie: dlaczego najnowsze dzieło Mistrza rozczarowało mnie. 
Tym, co mnie onegdaj urzekło w twórczości Pratchetta, była niesamowita lekkość, ironia, poczucie humoru i mistrzowskiego opanowanie sztuki niedopowiedzenia. Autor w cudowny sposób zacierał różnice między tym co realne, a tym co baśniowe. Pełen magii świat dysku był subtelną alegorią otaczającej nas rzeczywistości. Niestety, do Ankh-Morpork dotarła rewolucja techniczna, miasto wkroczyło w wiek pary, przeganiając magię. Co gorsza, magia wyparowała też ze stron powieści – może jeszcze nie całkiem, może jeszcze tu i tam się pojawia, ale są to już ostatnie bastiony, które lada chwila padną pod naporem racjonalizmu. Kiedyś magia rządziła Światem Dysku, a nauka i technika tylko nieśmiało wyglądały zza węgła, teraz dzieje się dokładnie odwrotnie. Opisywany świat jest do bólu dosłowny i toporny.
Jedźmy dalej. Humor. Kolejna broń Pratchetta. Z każdym tomem jest go coraz mniej. Nie wiem, ile razy uśmiechnęłam się podczas lektury „Pary w ruch”. Dwa, może trzy? Nie chodzi mi tutaj o śmiech typu „boki zrywać” – tego nigdy nie było, ale o uśmiech spontanicznie pojawiający się na twarzy po odkryciu kolejnej perełki: żartu słownego, aluzji, zabawy słowem, ironii, czy zawoalowanego szyderstwa. Humoru jest w nowej powieści jak na lekarstwo, a do tego jest on niczym lekarstwo gorzki.
Nie ratują sytuacji postaci. Choć na kartach „Pary w ruch” spotykamy dobrze znanych bohaterów: jest Vimes, jest Vetinari, jest Moist, są Colon i Nobby, ale w przeciwieństwie do poprzednich tomów stracili to „coś”, pazur, który czynił ich niepowtarzalnymi. Lubimy ich, ale głównie dlatego, że już wcześniej zaskarbili sobie naszą sympatię. W końcu trzydzieści dziewięć części to dość, by się z postaciami zaprzyjaźnić. Niestety, czytelnik, który zacznie przygodę ze „Światem Dysku” od „Pary w ruch” takiego handicapu bohaterom nie da.
Ogromną wartością dodaną książek Pratchetta, było zawsze przesłanie. Pod płaszczykiem uciesznej opowiastki autor opowiadał o tolerancji, akceptacji, polityce, miłości, honorze, uczciwości, lojalności, oddaniu sprawie. Tym razem też tak jest, ale… zabrakło owego „płaszczyka”. Przez zbytnią dosłowność rzecz wali dydaktyzmem niczym obuchem po głowie.
I tak, z żalem konstatuję, że "Para w ruch" nie jest dziełem wybitnym. Miłośnicy Pratchetta mogą spokojnie po nią sięgnąć, ale zaczynać przygody ze Światem Dysku od tej akurat pozycji nie radzę.


Opinia zgłoszona do wyzwania: Klucznik