czwartek, 8 maja 2014

POWIEŚĆ HISTORYCZNA W WYDANIU PRATCHETTA

TYM RAZEM BEZ ŚWIATA DYSKU

Okładka Spryciarz z Londynu - Terry Pratchett
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Spryciarz z Londynu
Tytuł oryginału:Dodger
Tłumaczenie: Maciej Szymański
Wydawca: Rebis
Data wydania: 16-04-2013
Stron: 416
ISBN: 978-83-7510-980-1

Jestem zagorzałym fanem Sir Terence’a Davida Johna Pratchetta, znanego powszechnie jako Terry. Gdy tylko na rynku ukazuje się nowa powieść Anglika, natychmiast trafia na moją półkę (albo na czytnik – zależy od cyklu). „Spryciarz z Londynu” nie był wyjątkiem. Książkę kupiłam w dniu premiery (to już rok, ależ ten czas leci!), ale jak to czasem bywa, odłożyłam „na chwilę”. Dalszego ciągu łatwo się domyśleć. „Spryciarz…” utknął gdzieś na dnie stosiku, przywalony „nowszymi nowościami” i stertą literatury fachowej, takiej do przeczytania na już. I pewnie leżałby tam sobie jeszcze długo, gdyby nie zapowiedź nowego, czterdziestego już (sic!) tomu z cyklu świata Dysku. Najpierw ze smutkiem skonstatowałam, że muszę czekać jeszcze ponad dwa tygodnie, a potem z radością przypomniałam sobie, że czeka na mnie jeden nieprzeczytany Pratchett. Hura!
„Spryciarz z Londynu” to Pratchett nietypowy. Nie ma w nim ani czarów, ani magii, ani metaforycznych światów. Jest za to stary, dobry (no dobrze, nie taki znowu dobry) dickensowski Londyn, ze wszystkimi  swymi atrybutami: mgłą, biedą i sprytnymi łobuziakami. Autor nie ukrywa inspiracji twórczością Dickensa, wręcz przeciwnie, co i raz je podkreśla, mrugając do czytelnika mniej lub bardziej wyraźną aluzją. A gdyby ktoś był na aluzje wyjątkowo odporny, wprowadza na karty książki… samego Karola Dickensa. Bardziej dobitnej wskazówki nie sposób wymyślić. Jeśli już o aluzjach mowa – urzekł mnie stary znajomy jednego z bohaterów, niejaki Karol, utrzymujący, że ludzie wyzyskują się nawzajem.
I tak oto stało się jasne, czym jest „Spryciarz z Londynu”. To owoc starcia Pratchetta z powieścią historyczną. Taką, w której trzeba stawić czoła realiom i nie można w magiczny sposób wyciągnąć bohatera z opresji. Jak autor poradził sobie z zadaniem?
Terry Pratchett nigdy nie był gigantem fabuły. W "Spryciarzu z Londynu"  widać to wyjątkowo wyraźnie. Akcja jest prosta jak kij od miotły, przewidywalna niczym kolejna porażka polskich piłkarzy i naiwna jakoby panna z dobrego domu. Ale nic to! Wszak nie o fabułę, w książkach Mistrza chodzi. Przynajmniej w większości z nich. Do wyjątków można zaliczyć cykl rozpoczęty „Długą ziemią” i może jeszcze kilka innych pozycji. Tym, za co kochamy Pratchetta jest przede wszystkim specyficzne, niepodrabialne poczucie humoru, cięta, ale nie złośliwa satyra, umiejętność dostrzegania magii tam, gdzie nikt jej nie widzi, skrzące się inteligencją nawiązania i aluzje oraz skrywane pod pozorem żartu refleksje. Niestety, w „Spryciarzu z Londynu” nieco mi tego brakowało. Oczywiście, autor nie zmienił całkowicie stylu. Dał czytelnikom to, do czego przyzwyczaił ich latami: humor, ironię i celne obserwacje obyczajowe. Jednak jak dla mnie, było tego za mało. Trawestując klasykę „za mało Pratchetta w Pratchettcie”. Jeśli dodać do tego bardzo prostą, wręcz naiwną fabułę, po lekturze pozostaje uczucie lekkiego rozczarowania.
Lekkiego, gdyż książce nie można odmówić wielu zalet. Przede wszystkim mamy fajnych, oryginalnych bohaterów, a wśród nich wiele postaci  historycznych. Poza wspomnianym już Dickensem, wspomnę chociażby o Robercie Peelu czy Banjaminie Disraelim. Niektóre osoby od razu polubimy, innym będziemy życzyć wszystkiego co najgorsze (tych jest na szczęście niewiele), ale żadna nie będzie nam obojętna.
Po drugie, mamy wspaniałą panoramę XIX-wiecznego Londynu. Nie ma w niej za dużo pałaców i sal balowych, są za to kanały, spelunki i podejrzane dzielnice. Trzeba przyznać, że w tej materii autor świetnie odrobił lekcje.
Mamy też, oczywiście, barwny, bogaty, potoczysty język. Tutaj ogromny ukłon w stronę tłumacza. Maciej Szymański dał radę, mimo że musiał zmierzyć się z legendą. Nie ma wątpliwości, że efekt jego pracy porównywany będzie z dokonaniami Piotra W. Cholewy. Szymański wyzwanie podjął i udźwignął.
Oj, jakoś mętnie mi dziś wyszło. Piszę i piszę, a wciąż nie wiadomo: podobał mi się „Spryciarz z Londynu” czy nie podobał? Migam się nieco od odpowiedzi, bo chyba sama do końca nie wiem. W sumie nie było źle, książkę przeczytałam z przyjemnością, ale zdecydowanie wolę świat Dysku.  "Spryciarz z Londynu" to książka skierowana raczej do młodego czytelnika, a ja z tej kategorii, niestety, dawno już wyrosłam. A żal.
 Ufff… chyba wybrnęłam z opresji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz