niedziela, 11 maja 2014

ŻYWOT PSA PRACUJĄCEGO


 FAKTY BEZ SENTYMENTALIZMU


Kometa i ja. Steven D. Wolf, Lynette Padwa - okładka
Tytuł: Kometa i ja. Jak przygarnięty pies uratował mi życie
Tytuł oryginału: Comet's Tale. How the dog I rescued saved my life.
Autor: Steven D. Wolf, Lynette Padwa
Tłumacz: Tomasz Illg
Wydawca: Między słowami
Data wydania: 2014-03-17
Liczba stron: 352
ISBN: 978-83-240-2505-3


Nie wiem, co przyświecało pracownikowi księgarni, który ustawił książkę „Kometa i ja” na półce z powieściami obyczajowymi. Jeśli dodać do tego podtytuł „Jak przygarnięty pies uratował mi życie” można by się spodziewać ckliwej powiastki, takiej w jakich lubują się Amerykanie -  w sam raz do zekranizowania na potrzeby kina familijnego. Nawet ja, znana z tego, że kupię każdy produkt opatrzony psią mordką – od skarpetek po żyrandol (nawet torbę na notebooka mam ozdobioną wizerunkiem mopsa), brałam ten tomik do ręki z dużą dozą sceptycyzmu.
Tymczasem „Kometa i ja” nie ma z powieścią wiele wspólnego. Właściwie nic. Trudną tę książkę jednoznacznie zakwalifikować. Należy się jej miejsce gdzieś w pół drogi między wspomnieniami a publicystyką.
Trudno jest jednoznacznie ocenić efekt pracy Stevena D. Wolfa i Lynette Padwy. Jako dokument „Kometa i ja” jest rzeczą niewątpliwie ciekawą, inspirującą, a momentami wręcz wstrząsającą. Literacko natomiast… Hmmm… Jak by to grzecznie powiedzieć… Nie jest dobrze. Jest źle. Bardzo źle.
Zacznijmy od tego co dobre, czyli od treści. „Kometa i ja” to zapis walki autora z chorobą. Chorobą na tyle poważną, że zrujnowała mu zarówno życie zawodowe, jak i prywatne. Nie jest to jednak, na szczęście!, ckliwa opowieść o tym, jak siła woli, wiara, etc., pozwala pokonać wszelkie przeciwności. Autor nie domaga się litości, nie oczekuje współczucia. Wręcz przeciwnie, bezwzględnie punktuje wszystkie własne błędy i słabości. To dość nietypowy sposób przedstawiania własnej osoby. Co prawda, mam pewne podejrzenia, że w powstaniu książki maczał palce psychoterapeuta stąd taki niemal analityczny „rozbiór” własnej postawy (dość często psycholodzy zalecają pacjentom pisanie jako formę terapii), nie zmienia to jednak faktu, że główny bohater przedstawiony jest wiarygodnie, a czytelnik szczerze przejmuje się jego losem.
Drugim bohaterem jest Kometa – adoptowany chart. Jest to niewątpliwie bohater pozytywny, jedyny, wobec którego autor traci obiektywizm. Poznajemy skomplikowaną (a może wręcz przeciwnie – bardzo prostą) relację psa i właściciela.
Postaci Komety pełni w książce dodatkową rolę – jest pretekstem do poruszenia problemu nieludzkiego traktowania chartów w Stanach Zjednoczonych. Psy, hodowane na potrzeby wyścigów, są traktowane jak przedmioty. Po osiągnięciu wieku, w  którym nie mogą się już więcej ścigać, są masowo zabijane. A kariera psa wyścigowego jest niezwykle krótka – trwa trzy, cztery lata (odpowiednik ludzkiego wieku ok. dwudziestu pięciu lat).
Trzecim, przewijającym się na kartach książki problemem jest rozpad rodzinny nie potrafiącej stawić czoła narastającym problemom oraz opis prób naprawienia wzajemnych relacji.
Jednak, mimo ciekawej i bogatej tematyki, książkę „Kometa i ja” czyta się po prostu źle. Dlaczego? Głównie ze względu na okropną kompozycję, a właściwie jej brak. Podczas lektury odniosłam wrażenie, że początkowo napisano dwie oddzielne pozycje – wspomnienia z czasu choroby i broszurkę propagandową Stowarzyszenia Miłośników Chartów. Następnie obie prace pocięto na fragmenty i pomieszano nie podejmując próby wygładzenia tekstu tak, by stanowił w spójną całość. Potem ktoś uznał widocznie, że książka potrzebuje elementów bardziej osobistych, dodano więc kilka bardzo płytkich akapitów o stosunkach rodzinnych. Poszczególne fragmenty dobrano subtelnie niczym elementy garderoby stracha na wróble.
Z pewnością nie żałuję czasu spędzonego na poznawaniu losów Komety i jej pana, głównie ze względów poznawczych. W tej niewielkiej książeczce znalazłam wiele, naprawdę ciekawych informacji,  ale lekturę trudno zaliczyć do kategorii udanych przeżyć artystycznych.

Moja ocena: 3,5/10

Książka zgłoszona do wyzwania: Czytamy litraturę amerykańską

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz