czwartek, 27 lutego 2014

PHILIPPA GREGORY "ZIEMSKIE RADOŚCI"

GREGORY ZASKAKUJE


Tytuł: Ziemskie radości
Tytuł oryginału:  Eathly Joys
Autor: Philippa Gregory
Tłumacz: Ewa Teresa Witecka
Wydawca: Prószyński i S-ka
Data wydania: 2004
Liczba stron: 560
ISBN: 83-7337-869-3 

Philippa Gregory kojarzy się przede wszystkim z książkami historycznymi, a w szczególności z opowiadanymi w pierwszej osobie losami kobiet z różnych epok (najbardziej popularne są jej powieści z okresu rządów Tudorów i Wojny Dwóch Róż). Jeśli jednak trochę poszukać, można w jej twórczości znaleźć rzeczy zaskakująco odmienne.
Powieść „Ziemskie radości” opowiada o mężczyźnie. Bohaterem jest John Tradescant, angielski ogrodnik. Ale ogrodnik nie byle jaki – artysta i mistrz w swoim fachu. Służąc największym i najbogatszym ludziom Anglii przemierza Europę w szerz i wzdłuż w poszukiwaniu rzadkich roślin. Towarzyszy też swym pracodawcom w misjach decydujących o lasach kraju, a nieraz i całego kontynentu.
Świat Tradescanta jest prosty i uporządkowany. Każdy ma w nim swoje miejsce. Mężczyzna ma władzę nad żoną i dziećmi, mężczyzną rządzi jego pan, panem – król, a królem tylko Bóg. Hierarchia ta jest podstawą stabilności świata – gdy któreś ogniowo pęknie równowaga zostania zachwiana. W świecie Tradescanta lojalność i wierność raz danemu słowu są wartościami absolutnymi, nie podlegającymi dyskusji. Niestety, przyszło mu żyć w czasach wielkich zmian, gdy nic nie jest stałe ani pewne. Degeneracja arystokracji sięga zenitu. Młodzi (i nie tylko oni) chcą myśleć i działać po swojemu. Z oddali kusi śmiałków Nowy Świat. I chyba już tylko jeden Tradescant trwa, wbrew wszystkiemu, przy starych wartościach, nie bacząc na to, że krzywdzi tym i siebie, i rodzinę. Ten upór o mały włos nie doprowadza go do śmierci.
Zagubiony w otaczającej go rzeczywistości, nie przystosowany do nadchodzących czasów, jest nasz bohater postacią tragiczną. Nie rozumie (a może po prostu nie chce zrozumieć?)  otaczającego go świata, z fanatycznym wręcz uporem odrzuca prośby i rady najbliższych.
A co to właściwie za czasy? Okres dobrze znany czytelnikom „Trzech muszkieterów”. Panowanie Jakuba I Stuarta i jego syna, Karola I. To także czas świetności diuka Buckinghama. Jeszcze raz oglądamy znane epizody historii: romans Anny Austriaczki, oblężenie La Rochelle, zamach Feltona. Tyle tylko, że tym razem spoglądamy z drugiej strony Kanału.
Snując dywagacje na temat książki "Ziemskie radości” nie sposób pominąć bardzo istotnego dla fabuły wątku miłości homoseksualnej. W moim odczuci Philippa Gregory świetnie poradziła sobie z tą delikatną materią. Sama nie ocenia, nie moralizuje. Opisuje historię tak jak widzi ją bohater. Nie boi się odważnych scen nie przekracza jednak granic dobrego smaku. Ani na chwilę nie popada w charakterystyczną dla wielu współczesnych powieści gejowskich wulgarność. Nie próbuje na siłę szokować – pisze tylko o tym, co jest fabularnie uzasadnione i potrzebne.
„Ziemskie radości” to książka dobra,  a wręcz bardzo dobra. Żal tylko, że na język polski nie przetłumaczono jej kontynuacji (tytuł oryginału „Virgin Earth”). A może przetłumaczono, tylko mnie nie udało się książki znaleźć? Będę wdzięczna za informacje.


 Moja ocena: 7,5/10

środa, 26 lutego 2014

L'ARPEGIATA W FILHARMONII NARODOWEJ


MÓJ KANDYDAT NA MIANO KONCERTU ROKU


Filharmonia Narodowa
25-02-2014

L’Arpeggiata
Christina Pluhar  Teorba
Nuria Rial Sopran
Vincenzo Capezzuto Alt
Doron Sherwin Cynk
Veronika Skuplik Skrzypce barokowe
Eero Palviainen  Arcylutnia i gitara barokowa
David Mayoral Perkusja
Francesco Turrisi Klawesyn
Boris Schmidt Kontrabas
Haru Kitamika Pozytyw

Nie od dziś wiadomo, że rzeczy niedopowiedziane poruszają bardziej niż wszelka dosłowność. Uruchamiają wyobraźnię, sięgają do najgłębszych pokładów świadomości, wydobywając z nich mniej lub bardziej oczywiste skojarzenia i wspomnienia. A co może być bardziej niedopowiedzianego niż muzyka – sztuka pozbawiona słów i obrazów, odwołująca się wyłącznie do wrażliwości i fantazji odbiorcy? Czy też tak macie, że słysząc kastaniety czujecie zapach wina i pomarańczy, a dźwięk siedmiostrunowej gitary sprawia, że zaczynacie szukacie ciepłego swetra? Dobry koncert potrafi przenieść nas wszędzie: do słonecznej Italii, albo do mroźnej Rosjii, na sawanny Afryki, albo zatłoczone ulice Nowego Jorku. Tym razem zespół L’Arpeggiata zaproponował nam wycieczkę w przeszłość. Za sprawą takich kompozytorów jak Claudio Monteverdi, Barbara Strozzi, Maurizio Cazzati, Benedetto Ferrari, Pandolfo Mealli i Giovanni Felice Sances, przenieśliśmy się do świata baroku.
Wiele osób nie przepada za muzyką dawną. Stosunkowo ograniczony materiał muzyczny i spore sformalizowanie kompozycji sprawia, że koncerty bywają monotonne – trzeba prawdziwego znawcy, by dostrzec i docenić subtelne różnice interpretacji kolejnych utworów. Takiego zarzutu nie można postawić koncertowi zespołu L’Arpeggiata. Wczorajszy wieczór to półtorej godziny przedniej rozrywki z najwyższej półki. Repertuar dobrano tak, by pokazać różne oblicza muzyki dawnej: utwory sakralne, dworskie, taneczne, ludowe. Od rzewnych hiszpańskich pieśni po tryskające życiem piosenki neapolitańskie. Artyści w niesamowity sposób manipulują nastrojem publiczności: w jednej chwili cała widownia pogrążona jest w zadumie, by za chwilę przejść w stan radosnego uniesienia. A całość przeplatana wspaniałymi żartami muzycznymi. Chyba po raz pierwszy słuchając utworu instrumentalnego popłakałam się ze śmiechu.
Do tego trzeba dodać ogromną wirtuozerię zarówno śpiewaków jak i instrumentalistów. Aż trudno uwierzyć, że można porwać publiczność wykonując pięciominutowy utwór na tamburynie – instrumencie, wydawałby się, o mocno ograniczonych możliwościach. A jednak się udało!
Nic więc dziwnego, że koncert zakończyły burzliwe owacje na stojąco, a artyści dwukrotnie bisowali. Dopiero koniec lutego, a ja już mam poważnego kandydata na koncert roku.

poniedziałek, 24 lutego 2014

ARNALDUR INDRIDASON "GŁOS"

DRUGIE SPOTKANIE Z ISLANDZKIM KRYMINAŁEM




Tytuł: Głos
Tytuł oryginału: Roddin
Autor: Arnaldur Indridason
Tłumacz: Jacek Godek
Wydawca: WAB
Data wydania: 2011
Liczba stron: 340
ISBN: 978-83-7747-527-0

„Głos” to druga książka Arnaldura Indridasona jaką przyszło mi przeczytać. Tym razem autorowi udało się uniknąć większości grzechów popełnionych w „Grobowej ciszy” (http://polekturze.blogspot.com/2014/02/arnaldur-indridason-grobowa-cisza.html). Książka jest spójna, kompozycja dojrzała, zagadka nie jest oczywista, a wszelkie błędne tropy, wiodące głównego bohatera (i czytelnika) na manowce dobrze przemyślano.
W Reykjaviku, w samym środku zimy – tuż przed świętami Bożego Narodzenia, w dużym hotelu zamordowany zostaje Święty Mikołaj. Oczywiście, nie prawdziwy Mikołaj, lecz mający odegrać jego rolę portier (a właściwie "złota rączka"). Sceneria zbrodni wskazuje, że w tle leży historia „tylko dla dorosłych”. Prowadzącemu śledztwo komisarzowi Erlendurowi początkowo trudno jest popchnąć sprawę do przodu. Śledztwo zdaje się stać w miejscu. Nie oznacza to jednak, że w książce nic się nie dzieje. Wręcz przeciwnie, akcja jest nadspodziewanie wartka i wciągająca.
Arnaldur Indridason nie popadł też, na szczęście, w irytującą manierę pisarzy skandynawskich, nakazującą szczegółowo opisać każdy mebel z Ikei stojący w domu bohatera i dołączyć do powieści pełną specyfikację techniczną lodówki, z której to detektyw wyjął mleko (2,3% tłuszczu) i dwa jaja (z chowu ściółkowego). Wręcz przeciwnie, styl Indridasona jest zwięzły, a liczba szczegółów sprowadzona do niezbędnego minimum, co w rezultacie daje książkę niezbyt obszerną jak na współczesne standardy.
Autor nie byłby Skandynawem, gdyby w jego prozie nie dominowały problemy socjologiczne. Wykreowany w „Głosie” obraz współczesnego społeczeństwa islandzkiego jest mocno przygnębiający. Nie byłam nigdy ani w Reykjaviku, ani nawet w jego okolicach, ale jakoś trudno mi uwierzyć w istnienie społeczeństwa składającego się wyłącznie z prostytutek, narkomanów, alkoholików, homoseksualistów i dilerów. Aha, są jeszcze rozwiedzeni, zdołowani policjanci (z córkami narkomankami) i pracownicy opieki społecznej (z lekka nieudolni). Z pewnością nie jest to miejsce, gdzie chciałabym zamieszkać chociażby na krótko.
Podsumowując. „Głos” Arnaldura Indridasona to kawał dobrego, klasycznego kryminału.

Moja ocena: 7/10


niedziela, 23 lutego 2014

"OŻENEK" GOGOLA W REŻYSERII IWANA WYRYPAJEWA

ROSYJSKA SZTUKA W ROSYJSKIEJ INTERPRETACJI


Teatr Studio, (Duża Scena)
Tytuł: Ożenek (Женитьба)
Autor: Mikołaj Gogol
Przekład: Julian Tuwim
Reżyseria: Iwan Wyrypajew
Scenografia: Anna Met
Kostiumy: Katarzyna Lewińska
Występują: Agata Buzek-Mazan, Karolina Gruszka, Monika Pikuła, Marcin Bosak, Łukasz Lewandowski, Wojciech Solarz, Mirosław Zbrojewicz
Modest Ruciński, Jakub Kamieński, Julia Sobiesiak


Wybierając się na spektakl nie wiedziałam, czego się spodziewać. Bo z jednej strony Gogol – trudno sobie wyobrazić bardziej „klasyczną klasykę”, z drugiej strony Wyrypajew – twórca mocno specyficzny. Co taki reżyser może zrobić z XIX-wieczną satyrą? Szczególnie na deskach teatru „Studio”, które niejeden eksperyment już widziały? To właśnie w tym teatrze, wiele lat temu zostałam na spektaklu Szajny polana przez aktora wodą, to tam, mój kolega, który nieopatrznie kupił bilety w pierwszym rzędzie, został z premedytacją opluty (nie pomnę już, co za awangardowe dzieło to było). Ale nic to! Jest ryzyko, jest zabawa! Ruszyłam, z silnym postanowieniem, że nie zadziwi mnie nic – nawet przeniesienie akcji na stację kosmiczną.
A jednak reżyserowi udało się wprowadzić mnie w osłupienie już na samym początku. Spektakl Wyrypajewa jest klasyczny do granic absurdu. Potrzebowałam dobrych kilku minut, zanim zorientowałam się o co chodzi. Otóż aktorzy nie grają „tak po prostu”. Oni "grają że grają". Klasyczna recytacja, momentami na granicy śpiewu jest w pierwszej chwili trudna do zaakceptowania dla współczesnego widza. Nienaturalność tego co się dzieje na scenie podkreśla także dobór aktorów i ich charakteryzacja. Widzimy demonstracyjnie  przyklejone gumowe nosy, sztuczne łysiny na głowach młodych mężczyzn i równie młodą aktorkę ostentacyjnie zgarbioną i podpierającą się laską. Na szczęście dość szybko „kupiłam” reżyserką koncepcję i nic nie przeszkadzało mi w dalszym odbiorze spektaklu.
Paradoksalnie, dzięki takiej hiper-teatralizacji sztuka zyskuje uniwersalny wymiar. Wyrypajew wysyła do widza jednoznaczny komunikat "To nie jest sztuka o Podlesinie, Agafii Tichonownie, Koczariewie i innych. To opowieść o postawach, które te postaci reprezentują". Reżyser pokazuje jak niewiele ludzka psychika zmienia się na przestrzeni wieku. To nie jest spektakl ani o obyczajowości carskiej Rosji, ani o dylematach współczesności.  „Ożenek” w reżyserii Wyrypajewa to opowieść uniwersalna, o ludziach uwikłanych w odwieczny  wewnętrzny konflikt między tym czego chcemy (lub wręcz przeciwnie – nie chcemy), a tym co uważamy, że powinniśmy chcieć. Właśnie „chcieć”.  Opowieść o tym, jak często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że nasze dążenia nie mają nic wspólnego z osobistymi aspiracjami i marzeniem, że są jeno projekcją obiegowych prawd, w które dawno nikt już nie wierzy.  I o tym, jak różnie radzimy sobie z tęsknotą za miłością i bliskością: jedni gotowi są wejść w każdy związek byleby tylko uciec samotności, inni wręcz przeciwnie, ze strachu przed niepowodzeniem uciekają w alienację tak, jak Podlesin rejterujący w ostatniej chwili przez okno.
Kontrapunktem dla karykaturalnej akcji są intermezza – prawosławne chorały śpiewane na żywo przez grupę wokalną (Sopiłka, Bikont, Winiarska, Szymański, Czerwińska). Podkreślają ogromny dysonans między mistycznym wymiarem małżeństwa w kulturze prawosławia, a groteskową rzeczywistością.
Z pewnością zaprezentowany w Studio spektakl nie jest przeznaczona dla miłośników klastycznego teatru. Ktoś przyzwyczajony do lekkich, wręcz niefrasobliwych, inscenizacji „Ożenku”, jakie przeważają od dziesięcioleci na deskach polskich teatrów, może poczuć się lekko zagubiony. Jednak dla większości teatromanów „Ożenek” Wyrypajewa będzie wspaniałą przygodą. W końcu większość miłośników dosłowności już dawno przeniosła się do sal kinowych. Najlepiej z 3D.


PS. W teatrze Studio nadal nie należy siadać w pierwszym rzędzie. Co prawda nikt nie pluje, ani nie polewa wodą (przynajmniej na „Ożenku”), ale scenę wysunięto tak blisko widza (czyżby to swoista forma burzenia „czwartej ściany”?), że podziwiać można co najwyżej zelówki aktorów.

piątek, 21 lutego 2014

ARNALDUR INDRIDASON "GROBOWA CISZA"

JAK ZROBIĆ KRZYWDĘ NIEZŁEJ KSIĄŻCE



Tytuł: Grobowa cisza
Tytuł oryginału: Grafarpogn
Autor: Arnaldur Indridason
Tłumacz: Jacek Godek
Wydawca: WAB
Data wydania: 2011
Liczba stron: 324
ISBN: 978-83-7747-592-8


Arnaldur Indridason został skrzywdzony. „Grobowa cisza” – książka jego autorstwa została skrzywdzona. Czytelnik został skrzywdzony. A wszystko przez stereotypy i okrutne prawa marketingu.
Indridason pochodzi z Islandii. Tam się urodził, tam mieszka i tam pisze swoje książki. Jak by więc na sprawę nie patrzeć  jest pisarzem skandynawskim. A jeśli pisarz skandynawski, to co? To, oczywiście, kryminał! Pisarz skandynawski nie może napisać powieści historycznej. Ani obyczajowej. Ani fantastycznej. Ma być kryminał i basta!
Pisząc „Grobową ciszę” Indridason miał pomysł na dobrą powieść obyczajową. Może nie wybitną, ale z pewnością dobrą. Na powieść „o czymś”. O patologii w rodzinie, o tym jak zło, którego doświadczamy wpływa na nas i na naszych bliskich, o tym jak trudno wyrwać się z zaklętego kręgu przemocy. Na powieść o mrocznej stronie islandzkiej duszy. Na powieść o historii kraju tak nam mało znanego. Niestety, uparł się (a może nie on tylko wydawca?), że ma być kryminał. Co otrzymaliśmy w rezultacie?
Po pierwsze zagadkę, która nie jest zagadką. Nawet najbardziej naiwny czytelnik domyśli się rozwiązania najpóźniej po przeczytaniu jednej trzeciej powieści. Przyznam się, że w skrytości ducha do końca liczyłam na zaskoczenie. Miałam nadzieję, że autor tylko podpuszcza czytelnika i oszołomi  go czymś w ostatnim rozdziale. Nic z tego.
Po drugie, błędne tropy subtelne niczym łata no łokciu wieczorowej sukni.  I rzecz nawet nie w tym, że „zmyłki” są grubymi nićmi szyte. Problem w kompozycji. Czytelnik wyraźnie czuje, że wstawiono je na siłę, próbując zagmatwać zagadkę. Przemknęła mi nawet przez głowę myśl, że fragmenty te dopisano po ukończeniu książki, na wyraźnie żądanie redakcji. Ale to tylko moje, niczym nie poparte podejrzenia.
Po trzecie, pasujący jak pięść do nosa happy end. Co prawda teraz, gdy piszę te słowa, wiem, że był on potrzebny z punktu widzenia fabuły kolejnego tomu (czytam, czytam, a jak przeczytam natychmiast napiszę), ale podczas lektury „Grobowej ciszy” czułam się, jakby mnie ktoś pięścią w głowę zdzielił.
A przecież „Grobowa cisza” nie jest książką złą. Jest napisana przyjemnym językiem (duży plus dla tłumacza), akcja toczy się w dobrym tempie – nie za wolno i nie za szybko. Postaci są ciekawe i wiarygodne. Dodatkowym „bonusem” jest możliwość poznania realiów islandzkiego życia i obyczajowości – tej obecnej i tej sprzed lat (książka toczy się równolegle w dwóch liniach czasowych: współcześnie i pod koniec II wojny światowej). Podsumowując, można przeczytać, nie będzie to czas stracony, ale szału nie ma.


Moja ocena: 6/10

wtorek, 18 lutego 2014

HAMISH MACBETH I ŚMIERĆ MILUSIŃSKIEJ

RUDY SZKOT ZNOWU W AKCJI


Tytuł:Hamish Macbeth i śmierć milusińskiej
Tytuł oryginału: Death of a Gentle Lady, A Hamish Macbeth Murder Mystery
Autor: M.C. Beaton
Tłumacz: Monika Zapała
Wydawca: Edipresse Polska S.A.
Data wydania: 2013
Liczba stron: 288
ISBN: 978-83-7769-925-6


Dlaczego ja to jeszcze czytam? – zapytał mój mąż sięgając po 23 (!) tom serii o przygodach Hamisha Macbetha. Takie samo pytanie mogłabym zadać i ja. Książki o szkockim detektywie z pewnością nie są dziełami wybitnymi: mają nieskomplikowaną fabułę, proste postacie, niezbyt wyrafinowane zagadki. Coś w nich jednak musi być, bo mimo dość niepochlebnej opinii jaką wystawiłam tomowi 1 (http://polekturze.blogspot.com/2013/05/szkocki-detektyw-jednak-rozczarowanie.html) twardo czytam kolejne części.
Myślę, że o sukcesie książek o Hamishu decydują – paradoksalnie – ich wady. Jest to lektura zupełnie nie obciążająca mózgu, niemęcząca, w sam raz na wieczór po męczącym dniu, gdy człowiek z trudem przypomina sobie własne imię.  Książka z gatunku tych, co to spływają po czytelniku jak woda po kaczce. Dwa dni po zakończeniu lektury z trudem przypominam sobie kto zabił.
Książce nie pomaga też z pewnością tłumaczenie i redakcja. Nie jestem wybitnym językoznawcą, ale przetłumaczenie „Gentle Lady” jako „milusińska” woła o pomstę do nieba. Na wszelki wypadek sprawdziłam w dwóch niezależnych słownikach, aby się upewnić. Niestety, wychodzi na to, że mam rację – milusiński to dzieciak, a nie miły staruszek. W związku z tym tytuł kompletnie nie ma sensu, gdyż żaden milusiński (ani milusińska) tam nie giną. Nie żebym była żądna krwi niewiniątek, ale gdy biorę do ręki książkę „Przygody krokodyla” mam prawo spodziewać się opowieści o krokodylu, ewentualnie o kimś noszącym imię bądź przezwisko „krokodyl”. Ale nie o wielbłądzie. Takich „kwiatków” jest niestety więcej.


Moja ocena: 4/10

sobota, 15 lutego 2014

OBY JEDNAK NIE OSTATNIE

POWIEŚĆ, KTÓRA UZALEŻNIA


Tytuł: Ostatnie rozdanie
Autor: Wiesław Myśliwski
Wydawca: Znak
Data wydania: 09-09-2013
Liczba stron: 448
ISBN: 978-83-240-2780-4


Sama nie wiem, jak się zabrać do opisywania tej książki. Kłopot miał zresztą chyba sam wydawca, bo opis „powieść filozoficzna i wielowymiarowa, której tematem jest człowiek i ludzki los zawieszony między przypadkiem a koniecznością” pasuje jak ulał do większości książek ambitniejszych nieco niż opowieść o rzygających zombie.
„Ostatnie rozdanie” Wiesława Myśliwskiego, jest dziełem nietuzinkowym. Fabuła jest w znacznej mierze pretekstowa: narrator (książkę napisano w pierwszej osobie) przegląda kartki starego, rozsypującego się notesu. Zapiski sprzed lat przywołują wspomnienia ludzi i miejsc, które w jakiś sposób wpłynęły na życie bohatera, określiły jego los i zdeterminowały postrzeganie świata. Uważny, czytelnik, znający wcześniejszą twórczość Myśliwskiego, znajdzie szereg aluzji do wcześniejszych dzieł. Ot, chociażby krótki akapit opisujący spotkanie z hrabią i jego służącym, które stało się osnową dramatu „Klucznik”. Więcej smaczków nie zdradzę, aby nie psuć zabawy.
„Ostatnie rozdanie” nie należy do książek czytanych jednym tchem – przynajmniej mnie lektura zajęła kilka tygodni. Powolna narracja, pełna odwołań i dygresji męczy, ale – choć to bez wątpienia zabrzmi dziwnie - jednocześnie wciąga. Jest w odbiorze tego działa jakiś paradoks, którego nie potrafię wytłumaczyć. Znużona lekturą kilkakrotnie odkładałam książkę na bok po to tylko, by po chwili znowu po nią sięgnąć i wrócić do nostalgicznego świat powieści.
Nasuwa mi się mało poetycka i mocno ograna analogia z bolącym zębem: niby nie musisz, a jednak ciągle trącasz go językiem. Tak samo było z „Ostatnim rozdaniem” – niby nikt mnie nie zmuszał do czytania, a jednak nie potrafiłam tak po prostu odstawić tomu na półkę i zapomnieć. Musiałam czytać dalej. Dlaczego – nie mam pojęcia. Na pewno nie dlatego, żeby dowiedzieć się co będzie dalej.
Czy polecam tę książkę? Myślę, że tak, aczkolwiek z jednym zastrzeżeniem. „Ostatnie rozdanie” nie jest skierowane do osób, szukających wartkiej akcji i intrygujących tajemnic. Ani do tych, którzy chcą odpocząć po znojnym dniu. Lektura męczy, ale jest to zmęczenie dobre, jak wyczerpanie po całodniowej pieszej wycieczce.
Czekam na kolejne rozdanie.


piątek, 14 lutego 2014

REMANENTÓW CIĄG DALSZY

JAK ONEGDAJ KOMIKSY REKLAMOWANO



Grzebania w archiwach domowych ciąg dalszy.
Zapowiedź komiksu "Misja króla demonów". Autor grafiki Piotr Łukaszewski. Rok 1990.

czwartek, 13 lutego 2014

REMANENTY

ZNALEZIONE W DOMOWYM ARCHIWUM


Projekt planszy do komiksu "Misja króla demonów". Autor grafiki Piotr Łukaszewski.

wtorek, 11 lutego 2014

SZALONE LATA DWUDZIESTE (I TRZYDZIESTE)

ZNACZNIE WIĘCEJ NIŻ OPIS SKANDALI


Tytuł: Upadłe damy II Rzeczpospolitej
Autor:Kamil Janicki
Seria:Prawdziwe historie
Wydawca:Znak
Data wydania:2013
Liczba stron: 353 (z przypisami i bibliografią 392)
ISBN: 978-83-240-2792-7

„Upadłe damy II Rzeczpospolitej” Kamila Janickiego wpadły w moje ręce właściwie przypadkiem. Początkowo nie do końca byłam pewna, czy aby na pewno chcę poświęcić czas na lekturę tej akurat pozycji. Spoglądające z okładki oczy wampa sugerowały coś pomiędzy pitavalem a „Pudelkiem” w stylu retro. Tymczasem okazało się, że leży przede mną niezwykle ciekawa i wciągająca książka. W dużej mierze jest to zasługa płynnej, potoczystej narracji i przyjemnego języka, choć muszę przyznać, że trochę razi mnie nadużywanie kolokwializmów w komentarzach odautorskich. Sporadyczne użycie słów typu „wparowała” ożywia język i nadaje mu posmak naturalności, lecz nadużyte stwarza wrażenie wysilonego luzu. Są to jednak wpadki drobne, nie zakłócające ogólnie pozytywnego odbioru stylu autora.
Janicki wybiera sprawy, którymi żyła ówczesna opinia publiczna, sprawy które przyćmiły na moment burzliwe życie polityczne owego okresu, w tym „krzykliwego niemieckiego kanclerza”. Zbrodnie są różne: morderstwa, szantaż, korupcja. Łączy je jedno – zostały popełnione przez kobiety. Autor unika pułapki, w którą często wpadają biografowie – nie podchodzi emocjonalnie do swych postaci. Ani ich nie wybiela, ani nie demonizuje. Szuka jedynie przyczyn, które pchnęły nieszczęsne niewiasty na drogę zbrodni. Analizuje ich pochodzenie, sytuację materialną, uwarunkowania społeczne i zmienne koleje losu.
Na szczególną uwagę zasługuje wierność realiom. Janicki wykonał ogromną pracę gromadząc bardzo bogate materiały, co przecież wcale nie było takie proste, jeśli weźmie się pod uwagę jak wiele akt i dokumentów zaginęło w czasie pożogi wojennej. Posiłkuje się zarówno materiałami z epoki – głównie ocalałymi gazetami i czasopismami (ach, ten nieodżałowany „Tajny detektyw”!), jak i współczesnymi opracowaniami.
Myli się jednak ten, kto sądzi, że siłą książki jest zagadka. Wręcz przeciwnie w większości przypadków od początku wiemy, kto jest winien. „Upadłe damy II Rzeczpospolitej” to przede wszystkim wspaniały obraz obyczajowości Polski okresu międzywojennego. Już sam dobór tematu sprawia, że zobaczymy pełny przekrój społeczeństwa: od księżniczki, przez żonę znanego polityka, po kobiety z warstwy średniej i żydowską sklepikarkę. Obserwujemy nie tyle dochodzenie (choć oczywiście ono też jest opisane) ile reakcje społeczeństwa. Widzimy jak prasa „nakręca” sensację, jak nagina fakty do z góry założonej tezy, jak opcja polityczna reprezentowana przez dany tytuł wpływa na ocenę faktów, obserwujemy  „zamiatanie pod dywan” spraw niewygodnych, sztuczne kreowanie bohaterek masowej wyobraźni (dziś nazwalibyśmy je celebrytkami), poznajemy początki kariery (nie)sławnych ludzi, chociażby „czerwonego prokuratora”, który kilkanaście lat po opisywanych wydarzeniach zostanie ulubieńcem samego Bolesława Bieruta. A już opisy „obyczajów” prasy II Rzeczpospolitej, niewybrednych ataków na konkurencję, przybierających czasami postać „wojenek na pióra” to prawdziwa wisienka na torcie.
I szkoda tylko, że  gdy już przeczytamy ostatnią stronę rodzi się smutna refleksja, jak niewiele się od tego czasu zmieniło.


Moja ocena: 9/10

niedziela, 9 lutego 2014

ZŁY

WARSZAWA LAT 50.



Tytuł: Zły
Autor: Leopold Tyrmand
Wydawca: Czytelnik
Data wydania: 1990
Liczba stron: 656



Chodził za mną ten „Zły” Tyrmanda, chodził i nijak nie chciał się odczepić. A tu jak na złość, stary, rozsypujący się od zaczytania egzemplarz zaginął gdzieś w trakcie jednej z niezliczonych przeprowadzek (nie bardzo już wiadomo której), w księgarni nie uświadczysz, w sklepach internetowych niby jest, ale po złożeniu zamówienia uprzejmy komunikat „Produkt chwilowo niedostępny” albo „Nakład wyczerpany” tylko jeszcze bardziej psuje humor. Ech, ciężkie jest życie czytelnika… Na odsiecz przyszła mi, niezawodna, jak zwykle, biblioteka. Zapisałam się w systemie „Mateusz” (kto nie zna, niech żałuje!) i po jakimś czasie nadszedł mail Książka  Leopold Tyrmand „Zły” została dla Pani zarezerwowana. Na odbiór pozycji ma Pani 7 dni. Hura!
I tak oto, z pewnym drżeniem (czy aby na pewno spodoba mi się tak samo jak ćwierć wieku temu?) przystąpiłam do lektury. Obawy okazały się płonne. Książkę wciągnęła mnie tak samo jak niegdyś, choć tym razem dostrzegłam zupełnie co innego. Ale po kolei.
Są książki, których rekomendować nie trzeba, bo to tak jakby turystom w Krakowie „rekomendować” Wawel, a recenzować nie uchodzi, gdyż byłoby to równie żenujące jak wyścig zwycięzcy igrzysk gminnych w Pikutkowie Dolnym z Usainem Boltem. Jeśli jakaś książka zasługuje na miano kultowej (choć słowo to mocno się przez ostatnie dziesięciolecia zdewaluowało), to jest to niewątpliwi „Zły” Tyrmanda, chociaż, żeby to zrozumieć musiałam nieco dorosnąć. Gdy po raz pierwszy czytałam „Złego” potraktowałam go jako powieść kryminalną. Parłam do przodu, żeby dowiedzieć się kim jest tytułowy Zły, czy śledztwo dziennikarskie redaktora Kolanko zakończy się sukcesem, czy Marta zaręczy się z Halskim, czy może wyjdzie za Zenka. Jednym słowem akcja gnała, a ja pędziłam za nią.
Dopiero teraz, po latach, gdy wiem już „co będzie dalej” przeczytałam „Złego” tak, jak go czytać należy: nieśpieszne, zagłębiając się barwny świat Warszawy lat pięćdziesiątych. Tej Warszawy, której już nie ma, a której słabe echa dotarły do czasów mojego dzieciństwa. W moim odczuciu, stolica lat 50. jest w w przebogatej galerii postaci "Złego" równoprawnym bohaterem .
Lektura obowiązkowa! Swoją drogą ciekawe, dlaczego książka nie weszła do kanonu szkolnego. Choć z drugiej strony może to i lepiej? Nic nie potrafi tak obrzydzić najlepszej książki, jak słynne „Co autor chciał przez to powiedzieć?”.


Moja ocena: 10/10
Książkę zgłaszam do wyzwania: Z literą w tle



środa, 5 lutego 2014

W ŚWIECIE ZWIERZĄT

DO POCZYTANIA PRZY KOMINKU


Tytuł: Moje ptaki, zwierzaki i krewni
Tytuł oryginału: Birds, Beasts and Relatives
Autor: Gerald Durrell
Tłumacz:  Anna Przedpełska-Trzeciakowska
Wydawca: Prószyński i S-ka
Data wydania: 1993-01-01
Liczba stron: 322
ISBN: 83-85661-63-8

„Moje ptaki, zwierzaki i krewni” to kontynuacja innej, znakomitej książki Durrella „Moja rodzina i inne zwierzęta”. Dziwnie się czasem układają czytelnicze losy: pierwszą część przeczytałam ponad ćwierć wieku temu, druga trafiła do moich rąk dopiero teraz. Z przyjemnością stwierdzam, że książka dobrze zniosła próbę czasu. Nadal zachwyca humorem, świeżością i autentyzmem. W długie, ciemne i mroźnie zimowe wieczory przenosi nas w pełen słońca, ciepła i radości świat Morza Śródziemnego.
„Moje zwierzaki i krewni” to historia bardzo młodego Anglika Geralda Durella (czyli samego autora), mieszkającego wraz z rodziną na greckiej wyspie Korfu. Naszego bohatera wyróżnia ogromne fascynacja przyrodą. Interesują go głównie zwierzęta: od niepozornych skorupiaków i owadów, po ogromne drapieżniki (udaje mu się nawet na chwilę zaprzyjaźnić z niedźwiedziem). Chłopiec jest bacznym obserwatorem, a swoimi odkryciami dzieli się z czytelnikiem w niezwykle interesujący sposób. Nawet ja – osoba zwykle omijająca wszelkie opisy przyrody – czytałam kolejne opowieści z niesłabnącym zainteresowaniem. „Opowieści”, gdyż książka nie ma wyraźnej linii fabularnej, jest raczej zbiorem urokliwych obrazków z życia słonecznej, spokojnej, greckiej wsi.
Bohater książki „Moje ptaki, zwierzaki i krewni” od początku wzbudził moją sympatię lecz chyba na jeszcze większą sympatię, a wręcz podziw, zasłużyła jego matka – za to, że zaakceptowała szaleństwa syna. Nie każda kobieta zniosłaby spokojnie w swoim domu trzy psy, niezliczone akwaria, terraria, sowę i sekcję zwłok żółwia morskiego na werandzie (no, tego akurat nawet tolerancyjna pani Durrell nie wytrzymała). Gorąco polecam czytelnikom w każdym wieku!

Moja ocena: 8/10


sobota, 1 lutego 2014

LEGALNA FANTASTYKA DO POBRANIA

TYLKO PIEŚŃ

Portal "Fantastyka Polska" publikuje teksty znanych i cenionych polskich pisarzy sf i fantasy. Wśród tak znakomitych twórców jak Łukasz Orbitowski, Wiktor Żwikiewicz, Robert M. Wagner czy Maciej Parowski (że wymienię tylko kilka spośród wielu znamienitych nazwisk), znalazło się też  opowiadanie "Tylko pieśń", którego jestem współautorką. Tekst do pobrania za darmo, w stu procentach legalnie! Zachęcam do lektury!
(Na zdjęciu okładka numeru "Science Fiction, Fantasy i Horror", w którym po raz pierwszy ukazało się opowiadanie).

Kliknij aby przejść do strony pobierania

(KRYPTO)REKLAMA

MOJA PIERWSZA POWIEŚĆ


Jeśli już prowadzę blog, to dlaczego bym się miała nie pochwalić moją pierwszą powieścią? Panie i Panowie! Przedstawiam Pana Whichera.

Ostatnie miesiące roku 1862. W Warszawie spokój – zostaje odwołany stan wojenny. Jednak obie strony – polscy spiskowcy i rosyjscy okupanci – wiedzą, że to cisza przed burzą. Służby carskie zrobią wszystko, by wyłapać przywódców polskiego podziemia. Na zlecenie cara do Warszawy zjeżdżają najlepsi angielscy policjanci. Jednym z nich jest słynny Jonathan „Jack” Whicher (postać i misja autentyczne), zwany „księciem detektywów”. Tymczasem w niewyjaśnionych okolicznościach znika krewna cara. Pan Whicher zostaje odwołany od spraw politycznych i skierowany do odnalezienia zaginionej… Chłodny umysł inspektora Scotland Yardu musi przeniknąć mroczną tajemnicę, nie tylko zniknięcie arystokratki. Okazuje się, że ktoś morduje i masakruje swoje ofiary, tak by nikt nie był w stanie ich rozpoznać. Śledztwo przenosi się z wytwornych salonów stolicy Królestwa do podłych zaułków Powiśla i straszliwych mordowni Pragi. Detektyw, by przeżyć, będzie musiał swój sprawny umysł wesprzeć pewnym okiem i ręką zbrojną w rewolwer.