środa, 20 maja 2015

PRZYGÓD KOMISARZA PRZYGODNEGO CZEŚĆ PIERWSZA

GDZIE MÓL I RDZA 


Tytuł: Gdzie mól i rdza
Autor: Paweł Pollak
Wydawca: Oficynka
Data wydania: 2012-01-27
Liczba stron: 653
ISBN: 978-83-62465-35-4

Dygresja, czyli odejście od głównego wątku opowieści, niejako z definicji powinna pojawić się nie na początku lecz dopiero wtedy, gdy ówże główny wątek zaistnieje. Teraz, gdy już pochwaliłam się, że wiem, co i jak, mogę nie obawiając się posądzenia o ignorancję zacząć od dygresji.
Do twórczości Pollaka podchodziłam niczym pies do jeża, kierowana pokrętną logiką. Otóż pan Pollak znany był mi przede wszystkim jako tłumacz literatury skandynawskiej, reprezentowanej ostatnimi czasy na naszym rynku głównie przez kryminały. A kryminałów szwedzkich nie lubię. Nawet od słynnego „Millenium” odbiłam się niczym piłeczka do squasha od betonowej ściany. Nie dałam rady. Powiem wprost: jeśli chcę przeczytać szczegółowy opis mebli z Ikei, udam się do sklepu po ulotki lub wyklikam odpowiednią stronę w Internecie. Jeśli będę chciała poczytać o zaletach procesorów dwurdzeniowych, takoż skorzystam z Interntu. Jeśli poczuję nagłą potrzebę rozkoszowania się tekstem o zaawansowanych technikach programowania, to sama sobie taki tekst napiszę. Po „Millenium” dałam szansę jeszcze jednej skandynawskiej książce, ale gdy autor uraczył mnie opisem wyprawy bohaterki do toalety i poinformował, że dziewczę: wstało z łóżka, założyło kapcie, idąc w stronę rzeczonego przybytku otwarło drzwi do toalety (tak jakby ludzie zazwyczaj przenikali przez ściany), zamknęło za sobą drzwi w owym przybytku dumania, a potem, uwaga!, uwaga!, zdjęło majtki (jak wiadomo, większość populacji z wrodzonej skromności majtek nie zdejmuje nigdy, nawet w ubikacji), wysikało się i podciągnęło majtki ponownie (wszak mogło wrócić z nogami spętanymi desusami), wymiękłam. Nie pomnę już, czy uraczono mnie opisem użycia papieru toaletowego, czy nie – moja podświadomość wyparła tę wiedzę. Po tym traumatycznym doświadczeniu powiedziałam sobie: „nigdy więcej, kobito, bo na prozac nie urobisz!”.
Koniec dygresji. Wróćmy do twórczości Pawła Pollaka. Wrodzona podejrzliwość podsunęła mi myśl, że skoro Paweł Pollak tłumaczy skandynawskie kryminały, to z pewnością sam też tak pisze, z czego już prosta droga do wniosku, że nie jestem grupą docelową twórczości autora.
Z postanowieniami jest tak, że rzadko komu udaje się ich dotrzymać. Ileż to razy przyrzekałam sobie, że schudnę, że zacznę chodzić na siłownię, że nie będę wyjadać po nocach z lodówki, że… Co tu dużo gadać. Konsekwencja nie jest moją mocną stroną.
I tak, niepomna na wcześniejsze obietnice, sięgnęłam po powieść Pollaka „Gdzie mól i rdza”.
Opis na stronie autora „kryminał, cykl o komisarzu Przygodnym” jasno dawał do zrozumienia, że chodzi o powieść detektywistyczną (w zasadzie lubię, poza skandynawskimi), a nazwisko głównego bohatera dawało nadzieję, że rzecz się dzieje w Polsce. Oczywiście, Przygodny mógł okazać się emigrantem (i to w trzecim pokoleniu) służącym w szwedzkiej/norweskiej/duńskiej (niepotrzebne skreślić) policji, ale cóż. Jest ryzyko, jest zabawa. Postanowiłam zaryzykować.
Rzadko kiedy niekonsekwencja w działaniu i nie do końca przemyślane ryzyko dają tak miłe rezultaty, jak to się stało tym razem. Godziny spędzone nad lekturą minęły jak z bicza trzasnął. Anim się obejrzała, a już dotarłam do ostatniej strony. Do przeczytania została tylko stopka redakcyjna. Tak oto, niepostrzeżenie, doszliśmy do pierwszej zalety powieści. „Gdzie mól i rdza” to bez dwóch zdań ciekawa opowieść. Brzmi to banalnie, ale doprawdy, gdyby choć o połowie tego, co obecnie proponują nam wydawcy, można było to powiedzieć! Być może jestem wybredna, ale w moim prywatnym, subiektywnym i zupełnie nieprofesjonalnym odczuciu na określenia „ciekawa”, „wciągająca” czy „interesująca” zasługuje nie więcej niż dziesięć procent publikacji zaliczanych do szeroko pojętej literatury pięknej (od książki kucharskiej lub poradnika hafciarki nie oczekuję porywającej fabuły, a jeno porządnej treści merytorycznej). Książka Pawła Pollaka na wszystkie te określenia zasługuje. To jedna z tych opowieści, które czytamy czekając niecierpliwie, co będzie dalej. Wydarzania następują dość szybko jedno po drugim (trafiło się co prawda kilka dłużyzn, ale o tym nieco dalej), są zaskakujące, czasami na granicy tego, w co dojrzały czytelnik jest w stanie uwierzyć. Chwilami autor niebezpiecznie zbliża się do granicy przekombinowania, ale szczęśliwie jej nie przekracza. Chwała mu za to i ogromny plus.
Drugi, równie ogromny plus należy się książce za kompozycję. I znowu, to co napiszę, może się wydać banalne (a może to ja mam banalne wymagania?), ale dużą frajdę sprawiał mi stary, dobry układ opowieści – „wstęp, rozwinięcie, zakończenie”. Żadnych udziwnień, żadnych eksperymentów formalnych (brrrrr…), klasyczne podejście w najlepszym wydaniu. Jak za dawnych dobrych czasów, to pisarz wykonuje pracę intelektualną, to on dba o przetworzenie historii w zrozumiały tekst i nie przerzuca obowiązku żmudnego dociekania „co autor miał na myśli” na czytelnika, co niestety ma coraz częściej miejsce we współczesnej prozie. Nie powiem, lubię szarady i rebusy, ale gdy mam chęć na tego rodzaju rozrywkę, kupuję w kiosku „Miesięcznik szaradzisty”. Od powieści oczekuję dobrze opowiedzianej historii. Tylko tyle i aż tyle. Pollak daje radę!
W starym dobrym stylu jest także język powieści. Płynny, potoczysty, bogaty. Już dla samej przyjemności czytania pięknej, poprawnej polszczyzny warto sięgnąć po „Gdzie mól i rdza”. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego, gdyż nie od dziś wiadomo, że Pollak broni czystości języka niczym Kmicic Częstochowy, piętnując bezlitośnie wszystkie grafomańskie nowotwory i uwłaczające polszczyźnie publikacje pseudowydawnictw. Chwała mu za to! Ale… Zawsze jest jakieś „ale”. Momentami miałam wrażenie, że tu i ówdzie perfekcjonizm zadziałał na niekorzyść autora. Dopieszczony, wypolerowany język sprawia, że pod względem językowym postacie są mało zróżnicowane. Nie żyjemy w idealny świecie, gdzie każdy w codziennych rozmowach używa zadań potrójnie podrzędnie złożonych. (Wiem, wiem, trochę przesadzam). Gdy już bohater Pollaka zrobi błąd składniowy, autor czuje się w obowiązku szybciutko się z tego przed Czytelnikiem wytłumaczyć, jakby się bał posądzenia, że niechcący strzelił babola.
A skoro już o postaciach mowa… Te także nieźle się Pollakowi udały. Są dobrze zarysowane, mają swoje wady i zalety i, co najważniejsze, budzą emocje. Jak to z bohaterami bywa – jednych lubimy, kibicujemy im, życzymy sukcesu, innych raczej nie darzymy sympatią. Mówiąc krótko - w książce jak w życiu, mamy swoje sympatie i antypatie. Autor kreśląc sylwetki bohaterów sprawnie manipuluje (w pozytywnym sensie tego słowa) emocjami odbiorcy.
Żeby nie było jednak zbyt cukierkowo, a także by być w zgodzie z własnym sumieniem, muszę uczciwie przyznać, że podczas czytania natknęłam się na kilka urywków, które z pewną irytacją (znudzeniem?) przekartkowałam pobieżnie, a to niechybny znak, iż przez chwilę powiało nudą. Chodzi mi o fragmenty, gdzie autor przelewa na papier dylematy moralne bohatera. Sam w sobie taki zabieg nie jest zły, bo jakże by inaczej miał autor zbudować wiarygodną, wielowymiarową postać? Kłopot w tym, że gdy już postać zacznie myśleć, to myśli, i myśli, i myśli. Mnie skręca z ciekawości, co tam się dzieje ze śledztwem, a nasz dzielny detektyw dalej myśli. Takie dłużyzny nieco naruszają płynność opowieści. W moim odczuciu byłoby znacznie lepiej, gdyby pociąć te rozważania na krótsze kawałki i rozrzuć je po książce. Jest gdzie. Powieść liczy sobie coś około sześciuset pięćdziesięciu stron (czytałam wersję elektroniczną). Na szczęście, jest tych fragmentów na tyle mało, że nie psują ogólnie pozytywnego wrażania z lektury. Wrażenia na tyle dobrego, że z pewnością już niedługo sięgnę po kolejny tom przygód komisarza Przygodnego, a z czasem także po inne pozycje, które wyszły spod pióra lub raczej klawiatury Pawła Pollaka.