środa, 30 kwietnia 2014

MUSICIE TO PRZECZYTAĆ

ŚWIAT WEDŁUG CHOMIKA

Dziennik Edwarda Chomika 1990-1990 - okładka
Tytuł: Dziennik Edwarda Chomika 1990-1990
Tytuł oryginału: The Diary of Edward The Hamster
Autor: Miriam Elia, Ezra Elia
Tłumaczenie: Maria Zalasa
Wydawca: Feeria
Data wydania: 2014
Liczba stron: 96
ISBN: 978-83-7229-373-2



Każdemu zdarza się czasem takie piętnaście-dwadzieścia minut, z którymi nie wiadomo co począć. Za mało czasu, żeby zrobić coś sensownego, a za dużo, by go tak po prostu zmarnować. To świetny moment, żeby zaparzyć sobie filiżankę dobrej herbaty, albo kawy – co kto lubi i poczytać o przygodach chomika Edwarda.
„Dziennik Edwarda Chomika 1990-1990” Miriam i Ezry Elia to urocza książeczka, niemalże broszurka, pełna zaskakującego, gorzko-rzewnego humoru. Potencjalnego czytelnika może zmylić forma graficzna: twarda okładka, kwadratowy format, duża czcionka, liczne ilustracje, rozmieszczenie tekstu - zaledwie kilka zdań na stronie (a bywa, że tylko jedno zdanie) sugeruje, że mamy do czynienia z książeczką dla dzieci. Nic bardziej błędnego! „Dziennik Edwarda Chomika” to lektura dla dorosłych i to nie wszystkich, a jedynie dla miłośników humoru określanego mianem „angielski” (choć autorzy Anglikami nie są).
Mam na imię Edward i jestem chomikiem – przedstawia się bohater. – Po co pisać? Życie jest klatką z pustych słów” – pyta retorycznie i na koniec dodaje: „Mój dziennik przeniesie cząstkę mnie w wieczną światłość”.
Już wiesz, Drogi Potencjalny Czytelniku, że Edward Chomik to postać nietuzinkowa: filozof, intelektualista, autor pamiętnika pełnego egzystencjalnych przemyśleń i celnych uwag na temat codzienności. Z każdego zdania, co ja mówię – z każdego słowa, przebija absurdalny humor. Co i rusz napotykamy na subtelne aluzje i nawiązania. Tak pisali by twórcy grupy Monty Python, gdyby byli chomikami.
Szkoda tylko, że dziennik nie ma szczęśliwego zakończenia. Cóż, życie chomika jest krótkie. Bardzo krótkie.

Moja ocena: 10/10

Opinia zgłoszona do wyzwania: Klucznik
Opinia zgłoszona do wyzwania:  Czytamy literaturę amerykańską
Opinia zgłoszona do wyzwania:  Grunt to okładka


niedziela, 27 kwietnia 2014

KOLEJNA ODSŁONA HISTORII JULIUSZA CEZARA


 RZECZ NIEZŁA, CHOĆ RACZEJ DLA MŁODZIEŻY
 


Imperator. Bramy Rzymu. Conn Iggulden. - okładka
Tytuł: Imperator. Bramy Rzymu
Tytuł oryginału: Emperor. The Gates of Rome
Autor: Conn Iggulden
Tłumacz: Bogumiła Malarecka
Wydawca: Rebis
Data wydania: 2003
Liczba stron: 366
ISBN: 83-7301-442-X


Onegdaj, dziecięciem będąc, uwielbiałam historię jako taką i powieści historyczne w szczególności. Myślałam nawet o studiowaniu historii. Z czasem jednak wygrało podejście pragmatyczne i zostałam specem od obrabiarek sterowanych numerycznie. Jednakże sentyment do książek historycznych pozostał.
Szukając wśród bibliotecznych półek lektury na Wielkanoc (nie, nie chodzi mi o żadne przeżycia mistyczne, a jedynie o dodatkowy dzień wolny, który można poświęcić na czytanie), zwróciłam uwagę na pięknie wydaną przez  Rebis trylogię „Imperator”. Niewiele myśląc, zdjęłam z półki dwa pierwsze tomy i dziarsko potupałam do domu. (Dla dociekliwych dodaję, że nie ukradłam książek. Zostały zapisane na moim koncie czytelniczym).
Teraz, gdy lekturę pierwszego tomu mam już za sobą, nie wiem, czy był to dobry wybór. Z pewnością nie najgorszy, ale i nie najlepszy. Powieść Igguldena nie jest zła, ale nie do końca trafia w mój gust. Jest po temu kilka powodów.
Po pierwsze, rozpoczynający cykl tom „Bramy Rzymu” opowiada o dzieciństwie i wczesnej młodości naszego bohatera. Nigdy nie byłam sześcioletnim chłopcem, więc przeżycia tego rodzaju istoty są mi z gruntu obce i, co tu ukrywać, nieszczególnie mnie interesują. Co więcej, wizja kilkuletnie brzdąca, który już od małego zdradza zadatki wielkości nie przemawia do mnie. Z perspektywy życiowego doświadczenia wiem, że największe sukcesy odnoszą te dzieci, które w dzieciństwie nie zapowiadały się wcale na geniuszy. Wyjątek od tej reguły stanowią niekiedy osoby uzdolnione artystycznie.
Po drugie, książka (a przynajmniej tom pierwszy) skierowany jest do czytelnik młodego. Nie chodzi mi o dzieci, lecz o osoby, które biorąc do ręki powieść historyczno-przygodową, bardziej interesują się częścią przygodową niż historyczną. Nie jest to zarzut ani względem autora, ani względem czytelników o takich, a nie innych preferencjach. To raczej moja wina, że sięgnęłam po pozycję przeznaczoną dla innego rodzaju odbiorcy.
Po trzecie, odczuwam niedobór „knujstw” wszelakich. Zawsze bardziej interesowały mnie zakulisowe rozgrywki, knucie i intrygi, niż bitwy i potyczki. Zainteresowania autora – a tym samym rozkład akcentów w powieści – jest dokładnie odwrotny. I znowu – nie jest to zarzut pod adresem pisarza lecz zwykłe stwierdzenie faktu.
Po czwarte, postaci. Tutaj doznałam rozczarowania na całej linii. Bohaterowie są płascy niczym naleśnik i przewidywalni do bólu. Paradoksalnie, jedyną naprawdę ciekawą, wielowymiarową, postacią jest Reniusz, były gladiator, osoba w stu procentach fikcyjna.
Podczas lektury nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autor nie ma zbyt wysokiego mniemania o erudycji czytelnika i na wszelki wypadek, tłumaczy jak chłop krowie na rowie, rzeczy oczywiste – kim był konsul, jakie przywileje i obowiązki mieli trybuni ludowi, kim był pater familias, i tak dalej, i tak dalej. Wtręty te, znacznie spowalniały akcję i zaburzały płynność czytania. Zastosowanie takiego chwytu potwierdza moje podejrzenia (miejscami graniczące z pewnością), że powieść skierowana jest do osób młodych, dopiero rozpoczynających swoją przygodę z historią. Podsumowując, skoro już przytargałam do domu drugi tom, to go pewnie przeczytam, ale, jak mawia młodzież, na razie szału nie ma.

 Moja ocena: ocenię dopiero po przeczytaniu całego cyklu.

Opinia zgłoszona do wyzwania czytelniczego: Klucznik
Opinia zgłoszona do wyzwania czytelniczego: Z literą w tle




 

czwartek, 24 kwietnia 2014

BEZ ROZLICZEŃ

OPOWIEŚĆ O POTOMKACH GRUDNIA



Tytuł: Marynarka
Autor: Mirosław Tomaszewski
Wydawca: W.A.B.
Data wydania: 2013-10-23
Liczba stron: 256
ISBN978-83-7747-974-2

Im dłużej żyję, tym bardziej przekonuję się, że prawdziwą panującą w Polsce religią jest kult historii. Religia ta, z całym panteonem bóstw, tych dobrych i tych złych, rządzi naszym życiem: czasem jednoczy, czasem dzieli, ale mało kto jest wobec niej obojętny.  Odległe wydarzenia wciąż wywierają niemały  wpływ na nasze życie, bywa że przejmujemy się nimi bardziej niż tym co dzieje się tu i teraz.
O tym właśnie, o wpływie historii na nasze życie,  opowiada „Marynarka” Mirosława Tomaszewskiego.  Choć główna akcja książki – piszę „główna”, gdyż sporo jest w powieści retrospekcji – toczy się w roku 2005, to osią,  punktem spajającym fabułę są wydarzania grudniowe. Obserwujemy jak tragiczny epizod z dziejów Polski kształtował losy i postawy ludzkie. Co więcej, widzimy, że mimo upływu lat nadal je zmienia.
Czym jest Grudzień 1970 dla Polaków żyjących w XXI wieku? Dla młodego pokolenia jest  historią równie odległą jak Powstanie Styczniowe, dla trochę starszych – opowieścią rodziców, dla jeszcze starszych – mętnym wspomnieniem z dzieciństwa, a dla najstarszych bolesnym fragmentem życiorysu.
Na kartach „Marynarki” spotykamy bohaterów reprezentujących różne pokolenia i poglądy: rodziny ofiar Grudnia i tych, którzy strzelali, byłego sędziego uczestniczącego w procesach demonstrantów i lekarkę pomagająca rannym,  dziennikarkę  próbującą budować karierę sensacyjnymi publikacjami i uciekającego od przeszłości byłego punka. Co ciekawe,  żadna z postaci nie jest do końca jednoznaczna. Kreśląc sylwetki bohaterów Tomaszewski nie stosuje czerni i bieli, a jedynie różne odcienie szarości, co najwyżej przesuwa akcenty w  jedną lub drugą stronę. Autor nie dzieli swych bohaterów na tych dobrych i tych złych. Opowiada historię, bezstronnie (na ile to możliwe) pokazując  fakty i motywacje, a ocenę pozostawia czytelnikowi. W kraju, gdzie pogoń za widmami komunizmu zajmuje polityków (a i wielu „zwykłych” obywateli) bardziej niż totalna zapaść służby zdrowia, kryzys ekonomiczny, masowa emigracja czy rekordowe bezrobocie, takie wyważone podejście do przeszłości zasługuje co najmniej na uwagę. Z komercyjnego punktu widzenia, dla autora dużo korzystniej byłoby napisać kolejną „demaskatorską” pozycję, najlepiej nieco skandalizująca. Zapewniłoby to zainteresowanie prasy, a tym samym wzrost nakładu. Chwała Tomaszewskiemu za  to, że tej pokusie nie uległ i pozostał wierny swojej wizji. Dzięki temu powstała książka nieszablonowa, inna niż większość pozycji rozliczeniowych.
Marynarka” nie jest ani reportażem, ani pozycją publicystyczną. Jest powieścią i w takich kategoriach należy ją oceniać. Ma podstawową zaletę, bez której porządna powieść nie może istnieć - jest ciekawa i wciągająca. Książkę Tomaszewskiego czyta się dobrze, z zainteresowaniem, postaci i ich perypetie budzą autentyczne emocje. Do tego dodać należy niezły warsztat: język jest potoczysty, jędrny, a jednocześnie elegancki, dialogi naturalne. Co więcej, autor nie uległ paskudnej modzie na stosowanie wulgaryzmów – potrafi świetnie wyrazić emocje stosując w pełni parlamentarne słownictwo nie popadając przy tym w sztuczność. To doprawdy rzecz niełatwa.
Natomiast po stronie minusów należy odnotować nierówne tempo – kilka razy akcja „siada” zagubiona w nieco zbyt rozwlekłych niepokojach moralnych bohaterów. Nie jest to jednak tendencja dominująca, a jedynie drobna wpadka, nie wpływająca na ogólnie pozytywny odbiór powieści.
Pora na podsumowanie. „Marynarka” Mirosława Tomaszewskiego to dobra książka, może nie wybitna, ale bez wątpienia dobra, zasługująca na uwagę. Czas poświęcony na lekturę z pewnością nie będzie czasem zmarnowanym.

Moja ocena: 6/10

Opinia zgłoszona do wyzwania Klucznik

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

O NIEDOGODNOŚCIACH KLASYCZNEJ EDUKACJI


 KSIĄŻKA NAPISANA SOLIDNIE, ALE NIE WIEM DLA KOGO

Europa jest kobietą. Iwona Kienzler - okładka
Tytuł: Europa jest kobietą. Romanse i miłości sławnych Europejek
Autor: Iwona Kienzler
Wydawca:Bellona
Data wydania: 2014-03-27
Liczba stron:312
ISBN: 978-83-11-13150-7


Gdy wydawnictwo cechujące się chociażby szczątkowym profesjonalizmem podejmuje decyzję o publikacji tej czy innej książki, zaczyna zazwyczaj od określenia grupy docelowej, czyli mówiąc po polsku, szuka odpowiedzi na pytanie dla kogo pozycja ta jest przeznaczona. Na tej podstawie rozstrzyga szereg mniej lub bardziej ważnych kwestii. Począwszy od podstawowej – czy w ogóle warto wchodzić w ten interes, poprzez wybór strategii marketingowej, aż po projekt okładki (to ostatnie zagadnienie wcale nie jest takie błahe, jak by się mogło na pierwszy rzut oka wydawać).
W przypadku książek popularno-naukowych, pytanie „do kogo adresowana jest ta książka” pada  (przynajmniej metaforycznie) znacznie wcześniej. Stawia je autor sam sobie zanim napisze chociażby pierwsze słowo. A przynajmniej powinien je sobie postawić.  Wszak inaczej pisze się pozycje skierowane do  pasjonatów lub znawców tematu, inaczej książki przeznaczone dla szerokiego kręgu odbiorców, niespecjalnie obeznanych z tematem.
W pierwszym przypadku nadrzędne znaczenie ma dobór omawianych zagadnień. Dobrze jest pominąć tematy podstawowe, gdyż rozwodzenie się nad dobrze znanymi faktami znudzi, a może nawet wręcz zniechęci, czytelnika. W przypadku drugim należy postępować dokładnie odwrotnie - wskazane jest całościowe naświetlenie tematu, tak by osoba stawiająca pierwsze kroki w danej dziedzinie nie pogubiła się w gąszczu informacji. Należy przy tym pamiętać, że książka popularno-naukowa to nie podręcznik. Oprócz rzetelnej  zawartości merytorycznej powinna mieć także ciekawą, wciągającą formę.
Po przeczytaniu pierwszych kilkunastu stron pracy Iwony Kienzler „Europa jest kobietą” pojęłam, że ani wydawca, ani autorka pytania takiego sobie nie postawili. Stylowa okładka oraz podtytuł „Romanse i miłości sławnych Europejek” sugerowały nieznane ciekawostki z życia znanych kobiet. W przeświadczeniu  tym utwierdził mnie tekst na czwartej stronie okładki, zwany coraz częściej z angielska blurbem. Tyle o oczekiwaniach, a co naprawdę znalazłam w środku?
Publikację z pewnością przygotowano starannie. Autorka rzetelnie przestudiowała zagadnienie, wszystkie przytaczane fakty mają oparcie w materiałach źródłowych lub uznanych opracowaniach. Na kartach książki nie znajdziemy żadnych domysłów ani spekulacji. To oczywiście dobrze, ale… Sęk w tym, że osoba interesująca się historią nie znajdzie w książce „Europa jest kobietą” nic, o czym by wcześniej nie wiedziała. Nie dokonano też żadnej, chociażby pobieżnej eliminacji zgromadzonego materiału, nie podjęto najmniejszej próby pogłębienia wybranych zagadnień. W efekcie powstał szereg króciutkich esejów, płytkich niczym kałuża po trzydniowym upale. Jeśli dodać do tego suchy, podręcznikowy styl autorki, otrzymujemy coś w rodzaju bryku dla gimnazjalistów.  Po zakończeniu lektury pomyślałam, że książka przypomina mi jako żywo japońską wycieczkę „sto miast w pięć dni”. Rzecz zapowiada się ciekawie, a w rzeczywistości męczy i nudzi. 
Europa jest kobietą” nie pełni ani funkcji popularyzatorskiej, ani edukacyjnej. Pozbawiony  polotu, telegraficzny  styl raczej nie urzeknie osoby nie zainteresowanej tematem. Mógłby odpowiadać czytelnikowi, który już łyknął bakcyla historii i chce poszerzyć wiedzę, ale ktoś, kto nie zna faktów przedstawionych w opracowaniu, prawdopodobnie z historią miał niewiele do czynienia. A może jestem ofiarą „starej szkoły”, przykładającej ogromną wagę do wiedzy ogólnej i to, co dla mnie i dla moich rówieśników jest oczywiste, dla czytelników nieco młodszych wcale oczywiste nie jest?

Moja ocena: 4/10

Opinia zgłoszona do wyzwania: Klucznik

niedziela, 13 kwietnia 2014

NIESZCZĘŚLIWY „SZCZĘŚLIWY POWRÓT”

DO POWIEŚCI MARYNISTYCZNEJ PODEJŚCIE DRUGIE


C.S. Forester "Sczęśliwy powrót"
Tytuł: „Szczęśliwy powrót”
Tytuł oryginału:   The Happy Return
Autor: C.S. Forester
Tłumacz: Paweł Stachura
Wydawca: REMI
Data wydania: 2011
Liczba stron: 310
ISBN: 978-83-931226-8-4 

Pisząc o tej książce należałoby podzielić tekst na dwie części: pierwszą poświęconą powieści Forestera, drugą – opowiadającą o wyrobie książkopodobnym wydawnictwa „Remi” (książką nazwać tego czegoś niepodobna, bez obrażania przyzwoitych wydawców).
Zacznijmy od rzeczy przyjemnych, czyli od powieści „Szczęśliwy powrót”. Choć rzecz jest, mówiąc delikatnie, niemłoda – Forester napisał "Szczęśliwy powrót" w roku 1937, opowieść o przygodach Hornblowera nadal czyta się świetnie. Książka ani trochę nie trąci myszką. No, może troszeczkę, ale w przypadku powieści historycznej jest to w pełni wybaczalne, wręcz nadaje książce stylu i uroku.
Czas jakiś temu pisałam o innej powieści marynistycznej („Dowódca Sophie” Patricka O'Briana). „Szczęśliwy powrót” bije tę pozycję na głowę. Ma wszystko to, czego „Dowódcy Sophie” zabrakło.
Po pierwsze, ma znacznie lepszą kompozycję. Widać, że autor starannie przemyślał całość, fabuła rozwija się w sposób logiczny wynikający z wcześniejszych wydarzeń. Oczywiście, co jakiś czas mamy nieoczekiwane zwroty akcji – bez nich opowieść byłaby nudna, ale są one zawsze dobrze uzasadnione. Wszak bohaterowie nie mogą przewidzieć wszystkich okoliczności zewnętrznych i zawirowań politycznych.
Po drugie, sama opowieść jest znacznie ciekawsza. Mamy intrygę, przygodę, wątek romansowy (na szczęście nie przesadny). Czytając „Szczęśliwy powrót” zwyczajnie chcesz widzieć co będzie dalej.
Po trzecie, wiedza marynistyczna jest podana w znacznie bardziej przystępny sposób. U Forestera, terminologia morska pojawia się w sposób naturalny, podczas gdy u O'Briana miałam wrażenie, że autor na siłę usiłuje wepchnąć do książki wszystko co wie, bez względu na to, czy ma to jakiekolwiek uzasadnienie fabularne, czy nie.
Lekturę uważałabym za wielce satysfakcjonująca, gdyby wydawnictwo Remi, nie zmieniło fajnej książki w potworka. Do ogólnej katastrofy przyłożyli się wszyscy: tłumacz, redaktor, korektor.
Moja technika czytania sprawia, że na ogół nie zauważam drobnych potknięć takich jak literówki, czy inne mniej istotne błędy, a nawet jeśli je zauważę, nie drę szat, wychodząc z założenia, że każdemu może się zdarzyć wpadka. Ale to, co zobaczyłam, wystawiło na próbę nawet moją, bardzo tolerancyjną postawę.
Rozumiem literówki, rozumiem błędy składu. Ale ortografy?!!! I nie chodzi mi tu o pisownię jakiś niezwykle wyszukanych lub mało znanych słów. Pozwolę sobie przytoczyć tylko jeden przykład, by zilustrować, o jakim kalibrze błędów mówimy - „rozruba” (jeśli ktoś nie wierzy, że coś takiego mogło się zdarzyć podaję stronę – 46, wiersz ósmy od dołu). 
Wiem, że słownictwo morskie, podobnie jak każde inne słownictwo specjalistyczne, może stanowić dla tłumacza wyzwanie. (Chociaż czasem lepiej posłuchać mądrości ludowej, która mówi „jak nie potrafisz, nie pchaj się na afisz”). Wiem. Mogłabym więc wybaczyć tłumaczowi pomylenie grota z fokiem, ba!, jako osoba wielce tolerancyjna, wybaczyłabym nawet nazwanie okrętu statkiem (choć to bluźnierstwo), nie mogę jednak wybaczyć totalnego braku konsekwencji. Jeśli tłumacz decyduje się używać terminu „midszypmen”, to niech, na Boga!, stosuje go konsekwentnie. Jednakże, z nieznanych powodów, w okolicach pięćdziesiątej strony, tłumacz zmienia zdanie i zamiast midszypmena mamy miczmana. Osobiście, jest mi wszystko jedno, którego terminu by użyto (aczkolwiek na brytyjskim okręcie, pochodząca z rosyjskiego forma miczman nieco razi), byleby tylko zrobiono to konsekwentnie. I jeszcze jedno pytanie. Jeśli nawet tłumacz się pomylił, to gdzie był redaktor? Gdzie?
A jeśli już o redakcji mowa. Nie mam ani czasu, ani ochoty wytykać wszystkich błędów, bo musiałabym chyba przepisać trzy czwarte książki. O ich zagęszczeniu niech świadczy fakt, że na jednej tylko kartce znalazłam takie dwa oto kwiatki:

- Ponieważ, mój panie, statek pocztowy, na którym byłam pasażerką płci pięknej, został zdobyty przez hiszpańskiego korsarza […]
WTF? A kim miała być? Pasażerką płci brzydkiej?
Pół strony wcześniej mamy:

- Otrzymałem, ale nie sądzę, by było rozsądne, by pani dołączyła do kompanii płynącej moim okrętem.
Wielokrotne powtórzenie słowa „pani” w tym nieporadnym zdaniu sprawiło, że kapitan poczuł się jeszcze bardziej niezręcznie.

WTF numer dwa. Liczyłam i liczyłam, ale jak bym nie rachowała (mogę pokazać indeks z zaliczonymi na najwyższą oceną czterema semestrami wyższej matematyki), za każdym razem wychodziło mi, że to wielokrotne powtórzenie równa się 1 (słownie jeden). Doprawdy, nie trzeba być wybitnym polonistą, żeby zauważyć, że w tym zdaniu coś nie gra. Wystarczy odrobina logicznego myślenia. I uczciwe podejście do wykonywanej pracy. O szacunku dla czytelnika nie wspomnę.
Teraz, mądra po szkodzie, odkryłam dwa inne wydania (oba w tłumaczeniu Henryki Stępień), jedno z roku 1970, drugie z 1991. Osobom zainteresowanym książką, z całego serca radzę, rozejrzeć się za którymś z nich.

Opinia zgłoszona do wyzwania: Klucznik.

sobota, 12 kwietnia 2014

POŻEGNANIE Z HAMISHEM

SYNDROM SERIALU


Hamish Macbeth i śmierć policjanta
Tytuł: Hamish Macbeth i śmierć policjanta
Tytuł oryginału: Death of a Policeman, A Hamish Macbeth Murder Mystery
Autor: M.C. Beaton
Tłumacz: Monika Zapała
Wydawca: Edipresse Polska S.A.
Data wydania: 2014-03-17

Liczba stron: 288
ISBN: 78-83-7769-931-7

Ten, kto ogląda seriale, wie jak to jest. Pierwszy sezon jest super, drugi też niczego sobie, trzeci zdziebko gorzej, a w okolicach czwartego zaczyna się równia pochyła. Mimo to oglądamy. Bo może to chwilowy dołek. Bo może się poprawi. Bo i tak nic lepszego akurat nie ma. Bo lubimy którąś postać. Potem nadchodzi  piąty, albo szósty sezon, narzekamy, że to już kompletnie nie nadaje się do oglądania, a jednak wyrwale siadamy przed telewizorem w porze emisji. Bo... (patrz wyżej). W końcu producenci litościwie zdejmują serial z ekranu, a my oddychamy z ulgą, że to już koniec.
Z tych samych pobudek dotarłam do końca serii przygód Hamisha Macbetha. Dwudziesty dziewiąty (!) tom to, przynajmniej na razie, koniec serii. Aczkolwiek główny bohater przeżył, posterunek w Lochdubh ma się dobrze, więc kto wie?
Trzeba przyznać, że pod koniec autorka zaczęła "gonić w piętkę" (że pozwolę sobie na takie mało literacki określenie). Kolejne pomysły na "ulepszenie" serii były coraz bardziej absurdalne: a to rosyjska mafia grasująca na szkockiej wsi (takiej, co to diabeł mówi dobranoc), a to para dzieci-morderców, a to przyczepione na siłę epizody - wszak trudno nazwać wątkiem pobocznym coś, co zajmuje pięć stron i ma się do głównej opowieści jak pięść do nosa. Mimo wszystko, mamrocząc brzydkie słowa pod nosem, brnęłam przez kolejne tomy. Dlaczego? Bo może to chwilowy dołek. Bo może się poprawi. Bo i tak nic lepszego akurat nie miałam pod ręką. Bo polubiłam rudowłosego Hamisha i podstarzałego Dicka.
Oj, chyba się powtarzam. Ale jak tu się nie powtarzać, opisując dwudziesty dziewiąty tom? Wcześniej, o przygodach Hamisha pisałam tutaj (Hamish Macbeth i śmierć plotkary) oraz tutaj (Hamish Macbeth i śmierć milusińskiej).

Moja ocena: 3/10 (tom 29); 5/10 (seria jako całość)

Opinia zgłoszona do wyzwania: Klucznik

czwartek, 10 kwietnia 2014

XXXIV WARSZAWSKIE SPOTKANIA TEATRALNE – LÓD


 NIE BYŁO LEKKO, ALE NIE ŻAŁUJĘ


Lód w reżyserii Janusz Opryńskiego
Teatr Provisorium
Tytuł: Lód (na podstawie powieści Jacka Dukaja)
Adaptacja i reżyseria: Janusz Opryński 
Obsada: Sławomir Grzymkowski, Łukasz Lewandowski, Martyna Kowalik, Eliza Borowska, Zbigniew Dziduch, Paweł Pabisiak, Karolina Porcari, Jacek Brzeziński, Marek Żerański, Romuald Krężel, Anastazja Bernad
Kwartet muzyczny w składzie: Aleksandra Mazurek, Katarzyna Czerniawska, Agata Mrówczyńska, Izabela Senko

Adaptacje literatury – czy to kinowe, czy teatralne są zawsze obaczone dużym ryzykiem. Widz przychodzi na seans/spektakl z własnym wyobrażeniem miejsc i postaci. Jest rzeczą niemożliwą, by wizja reżyserska pokryła się z naszą własną. Stąd przykre zderzenie oczekiwań z rzeczywistością. Paradoksalnie, najwięcej pochlebnych opinii zbierają adaptacje książek miernych lub nieznanych. Mówię to o opiniach zwykłych, nieprofesjonalnych odbiorców kultury (takich jak pisząca te słowa), a nie zawodowych recenzentów, gdyż stanowią oni odrębny gatunek oglądaczy. Wyjaśnienie jest proste – kiepska książka rodzi znacznie mniej oczekiwań niż książka dobra, a tym samy mniejsze jest niebezpieczeństwo bolesnego rozczarowania.
Janusz Opryński wykazał się więc nie lada odwagą adaptując na potrzeby lubelskiego Provisorium głośną powieść Jacka Dukaja „Lód”.  Tutaj muszę ze wstydem niejakim wyznać, że powieści Dukaja nie przeczytałam. Zabieram się do lektury i zabieram, ale jak na razie bez skutku. I dobrze! Jak mawia przysłowie „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Na przedstawienie szłam nieobarczona żadnymi oczekiwaniami. Dzięki temu uniknęłam losu niektórych widzów narzekających, że to czy tamto pominięto (no cóż, wydało się – podsłuchiwałam cudze rozmowy stojąc w kolejce po kawę). A  że usunąć coś trzeba było to rzecz oczywista. Wszak powieść Dukaja liczy sobie ponad 1000 stron. Nawet po wprowadzeniu skrótów, spektakl trwał blisko cztery godziny. 
Przedstawienie nie jest łatwe w odbiorze, wymaga dużej koncentracji, chwilami może nużyć (szczególnie gdy sala, włącznie ze schodami, jest zabita widzami po brzegi, a wentylacji symboliczna). Nie ukrywam, że momentami czułam się zmęczona i przytłoczona ilością doznań (a także brakiem tlenu),  ale czasu spędzonego na widowni nie żałuję. Dlaczego?
Po pierwsze, poznałam ciekawą historię. Historię wciągającą na poziomie fabularnym, a do tego ciekawie opowiedzianą. Reżyser w sposób wyważony przeplata ciężkie sceny i rozważania filozoficzno-moralne, zabawnymi, wręcz śmiesznymi epizodami. Daje widzowi chwilę wytchnienia, czas na zastanowienie się, przemyślenie tego co zobaczył i usłyszał. Muszę jednak w tym miejscu dodać łyżkę dziegciu do tej beczki miodu. Pod koniec, gdy akcja się zagęszcza, skróty są chyba zbyt daleko idące. Momentami trudno pojąć o co chodzi. Osobiście nie „załapałam” skąd nagle wśród postaci wziął się Rasputin. Dopiero podczas drogi do domu wyjaśnił mi to kolega, który szczęśliwie „Lód” przeczytał. Dziękuję!
Po drugie, obejrzałam spektakl mądry, poruszający ważkie i trudne problemy. Rozmowy toczone na scenie to dysputy intelektualne, przedstawione tak, że naprawdę chce się ich słuchać. Zapadają w pamięć i nijak nie chcą się od człowieka odczepić.
Po trzecie, urzekają zastosowane przez reżysera środki sceniczne. Za pomocą oszczędnej scenografii, światła, muzyki i oczywiście kunsztu aktorów, Opryński wyczarowuje na scenie Warszawę, Kolej  Transsyberyjską i daleką Syberię. Inscenizacja nie przeładowana, pobudzająca wyobraźnię, wspaniale zachowująca równowagę między umownością a dosłownością.
Po czwarte, świetna gra aktorska. Postaci, miejscami może jak na mój gust nieco zbyt przerysowane (ale to, co na ekranie byłoby nie do zniesienia, na deskach teatru nabiera swoistego uroku), jednak ogólne wrażenie pozytywne.
I tak, w mojej bardzo subiektywnej opinii, spektakl lubelskiego Provisorium w pełni zasłużył na zaszczyt jakim jest niewątpliwie zaproszenie na Warszawskie Spotkania Teatralne.
Aha, i  jeszcze jedno. Wiem, że nie powinnam, ale nie mogę się powstrzymać. Pod koniec drugiego (ostatniego) aktu, główny bohater biega po scenie w stroju Adama. Co prawda potem coś tam na siebie włożył i do oklasków wyszedł już w jakimś szczątkowym odzieniu, ale i tak półnagi facet z ogromnym bukietem białych róż wyglądał mocno abstrakcyjnie. Widok ten utkwił w mej pamięci równie mocno jak filozoficzne rozważania Dukaja.

XXXIV Warszawskie Spotkania Teatralne


Spektakl obejrzałam w ramach XXXIV Warszawskich Spotkań teatralnych

środa, 9 kwietnia 2014

XXXIV WARSZAWSKIE SPOTKANIA TEATRALNE – KRONOS

JAK ODKRYŁAM, ŻE JESTEM BURAKIEM


Kronos - Teatr Polski we Wrocławiu
Teatr Polski we Wrocławiu
Tytuł: Kronos
Reżyseria i adaptacja sceniczna: Krzysztof Garbaczewski
Scenografia: Aleksandra Wasilowska,
Obsada: Sylwia Boroń, Agnieszka Kwietniewska, Halina Rasiakówna, Ewa Skibińska,
Janka Woźnicka, Marta Zięba, Adam Cywka, Andrzej Kłak, Cezary Łukaszewicz,
Marcin Pempuś, Paweł Smagała Adam Szczyszczaj, Wojciech Ziemiański 


Zachęcona pełnymi zachwytu, entuzjastycznymi recenzjami, skuszona dodatkowo renomą Warszawskich Spotkań Teatralnych, postanowiłam otworzyć się na sztukę progresywną (cokolwiek by to nie miało znaczyć) i udać się na spektakl „Kronos” przygotowany przez Tatr Polski we Wrocławia. Byłam tym bardziej ciekawa, że z twórczością reżysera, Krzysztofa Garbaczewskiego, nie miałam dotychczas do czynienia.
„Kronos” to inscenizacja osobistych dzienników Gombrowicza. Dzienników bardzo intymnych, pisanych, jak rozumiem, dla siebie, a nie dla szerszej publiczności. Cóż, żądni kasy spadkobiercy mimo wszystko zapiski opublikowali. Pozwolę sobie tu na małą dygresję: podobny los spotkał osobiste zapiski Jana Pawła II, który wyraźnie życzył sobie, by zostały spalone po jego śmierci. Nic nie spalono, a notatki opublikowano. (KASA! KASA! KASA!)
Wracając jednak do naszych baranów, czyli do „Kronosa”. Ze względu na prywatny charakter (i przeznaczenie), dzienniki nie mają formy literackiej. Często są to pojedyncze słowa lub równoważniki zdań będące odbiciem chwili. Pewnie każdy z nas ma takie zapiski – „Jola. Koń. 2 tygodnie”. Dla autora jest jasne, że Jola po upadku z konia ma dwa tygodnie zwolnienia. Dla reszty świata, jest to, mówiąc delikatnie, niezbyt oczywiste. Czytanie dzienników jest więc zadaniem niełatwym, rzekłabym, że to zajęcie z pogranicza rozwiązywania skomplikowanej szarady. Wystawienie tej łamigłówki na scenie jest zadaniem tyleż karkołomnym, co sprytnym. Reżyser mógł spokojnie założyć, że 99% widzów nie do końca zrozumie „co artysta miał na myśli”, z tym, że mało kto znajdzie w sobie dość odwagi, by się do tego przyznać. Dlaczego? Ano ze strachu, by inni nie zwątpi w naszą inteligencje i obycie. W końcu recenzentom się podobało, a ja nie rozumiem... Boże! Pomyślą, że jestem burakiem!
Oglądanie przedstawienia zaczęłam w bardzo złym nastroju ze względu na blisko półgodzinne opóźnienie. Aczkolwiek, teraz, po namyśle, nie wiem, czy było to opóźnienie, czy może to ja nie zauważyłam, że spektakl się zaczął, a miotający się po scenie i walczący z kablami personel techniczny  to bardzo wyuzdana forma performance’u. (Dyskusja po wyjściu z teatru przekonała mnie, że więcej osób miało taki dylemat).
Dalej było tylko gorzej.
Zamysł spektaklu, wbrew pozorom jest bardzo prosty. „Kronos” to rzecz o ludzkiej pamięci – postrzeganiu czasu, odgrzebywaniu wspomnień, o ich subiektywności. O tym czym jest teraźniejszość i przeszłość.
Początek inscenizacji to projekcja filmu – czarno białego, migającego, rwącego się, miejscami prześwietlonego. Artystycznie trik dość tani – porównanie ludzkiej pamięci do taśmy filmowej jest tak stare, jak historia kina. Natomiast czysto praktycznie, rozwiązanie niezwykle dla widza męczące. Mniej więcej po kwadransie wgapiania się w migający ekran byłam w stanie myśleć wyłącznie o tym jak bardzo bola mnie oczy. Dodatkowo ta część spektaklu była też gwałtem zadanym przez uszy – dźwięk dochodzący z głośników był na tyle kiepski, że głównie koncentrowałam się na rozpoznawaniu słów, a nie na analizowaniu ich treści.
Dalsze „awangardowe” chwyty, też jakoś mnie nie urzekły. Dekoracja z folii aluminiowej udająca gigantyczne neurony, czy aktorzy ganiający króliczka po scenie (potem, króliczek gonił aktorów, a potem każdy gonił każdego) co, jak mniemam, miało obrazować chaotyczny bieg myśli plus na siłę wciskany wszędzie seks (ach, ach, jacy jesteśmy bezpruderyjni!). I tak dalej, i tak dalej. Ani to awangardowe, ani odkrywcze. Gdyby jednak łopatologiczno-awangardowy wykład nie dotarł do gawiedzi, na proscenium ustawiono robota, zapisującego kolejne kartki cytatem z „Zagubionej autostrady” I like to remember things on my own way.

Odebrałam spektakl Garbaczewskiego jako zlepek dawno już odkrytych sztuczek i pseudo-skandalizujących scen (jakby w czasach Internetu kogokolwiek jeszcze bulwersowało udawanie kopulacji na scenie). A gdy na proscenium wyszedł pan i zaśpiewał „Jestem pędzącym SMS-em” wymiękłam. Wymiękłam kompletnie i ostatecznie. Szczególnie, że pan dysponował skalą głosu około trzech tonów. Nawet nie fałszował jakoś specjalnie, ale i nie miał po temu okazji – melodia miała być w zamyśle prosta, taka niby to improwizowana, ale w rzeczywistości wyszło żałośnie.
Nie podobało mi się. Cóż, jestem burakiem. Wielkim pastewnym burakiem rosnącym na wiejskiej grządce. I dobrze mi z tym.

Aktualizacja: Szczegółowe śledztwo wykazało, że źle zapamiętałam słowa piosenki. Winno być jestem jak piszący się sms, który tak pędzi”. Nie zmienia to jakoś szczególnie mojego zdania o spektaklu, ale z kronikarskiego obowiązku informuję tych Czytelników mojego bloga, dla których ma to znaczenie.


XXXIV Warszawskie Spotkania Teatralne

Spektakl obejrzałam w ramach XXXIV Warszawskich spotkań teatralnych

niedziela, 6 kwietnia 2014

ANTROPOLOGIA KULTUROWA - Z CZYM TO SIĘ JE?


WSZYSCY JESTEŚMY ANGLIKAMI


Tytuł: Przejrzeć Anglików
Tytuł oryginału: Watching the English : The Hidden Rules of English Behaviour
Autor: Kate Fox
Tłumacz: Agnieszka Andrzejewska
Wydawca: Muza
Data wydania:2007
Liczba stron: 624
ISBN: 978-83-74-95127-2

Zmęczona nieco wszelaką fikcją literacką postanowiłam sięgnąć po literaturę faktu. Szybki rzut oka na półkę i jest! Bingo! Od dłuższego czasu (powiedzmy to szczerze, od kilku lat) czeka na swą kolej „Przejrzeć Anglików” – praca antropologa kultury, Angielki, Kate Fox. Przepraszam, ale wrodzony konserwatyzm bierze w tym wypadku górę nad nabytym wojującym feminizmem, dlatego słowa „antrpolożka” nijak zaakceptować nie potrafię. Nie mówiąc już o tym, że Word podkreśla „antrpolożkę” wężykiem, co dla wielu jest nadrzędnym wykładnikiem poprawności językowej.
Czym jest antropologia kulturowa? Najprościej, jest to nauka zajmująca się kulturą w najróżniejszych jej przejawach: językiem, sposobem ubierania, obyczajami, obiektami materialnym. Czyli właściwie wszystkim.
Choć powyższa definicja nie jest zbyt ścisła z naukowego punktu widzenia, to jednak świetnie oddaje ducha książki. „Przejrzeć Anglików” opowiada o wszystkim tym, co nazywamy „angielskością”. O angielskim poczuciu humoru, konserwatyzmie, sporcie, pubach, seksie (a właściwe jego braku), sposobie ubierania się, dobierania przyjaciół, zasadzie fair play, i tak dalej, i tak dalej… Długo by jeszcze wymieniać.
„Przejrzeć Anglików” to owoc wielu lat żmudnych badań: zbierania informacji, przeprowadzania obserwacji i wywiadów w terenie. Jest opracowaniem niezwykle rzetelnym, a jednocześnie zaskakująco fascynującym. Od pierwszych stron wciąga niczym najlepszy kryminał. Gdy już raz zaczniesz, naprawdę trudno się od lektury oderwać. Urzeka wszystko – i treść, i forma.
Mimo że mamy do czynienia z pozycją klasyfikowaną jako literatura popularno-naukowa, to nie znajdziemy w niej, nawet w śladowych ilościach, napuszonego języka, rozwlekłych rozważań, ani nudnych wywodów. Każdy akapit, co ja mówię!, wręcz każde zdanie skrzy się dowcipem i inteligencją. Autorka nie byłaby Angielką, gdyby nie nasyciła tekstu ogromną dozą ironii i autoironii. Ale bez obaw. U Kate Fox nie znajdziecie ani jednego taniego żartu. Mamy do czynienia z humorem najwyższej próby niczym 24-karatowe złoto.
Oczywiście, najpłynniejszy język, ani najwspanialsze poczucie humoru, nie zdałby się na nic, gdy nie stały za nimi naprawdę interesujące treści i zapadające w pamięć ciekawostki. „Przejrzeć Anglików” jest nimi nafaszerowane niczym bożonarodzeniowy pudding rodzynkami.
Czy wiecie dlaczego królowa Elżbieta II  jest uważana jedyną naprawdę ekscentrycznie ubraną kobietę w Imperium? Jak uformować kolejkę będąc jedyną osobą na przystanku? Dlaczego psia sierść na siedzeniu samochodu jest oznaką klasy wyższej? Co jest złego w używaniu słowa sorry? Ile groszków mieści się na widelcu? Albo czemu Anglik przeprasza, gdy ktoś na niego wpadnie? Odpowiedzi na wszystkie te pytania znajdziecie w książce Kate Fox. A gdy dotrzecie do ostatniej strony, będziecie wiedzieli, co czyni Anglików Anglikami, czym różnią się od innych nacji. Innymi słowy poznacie szczegółową definicję słowa „angielskość”.
Komu można polecić książkę „Przejrzeć Anglików”? Myślę, że wszystkim, nie tylko osobom zainteresowanym antropologią kultury. Dla tych, którzy nigdy nie byli w Anglii, to świetna źródło informacji o tej jakże dziwnej nacji. Tym, którzy już odwiedzili Anglię (albo aktualnie tam są) świetną rozrywkę może być porównywanie własnych spostrzeżeń i obserwacji z opracowaniem naukowym. Ja osobiście miałam z tego przednią zabawę.


Moja ocena: 10/10


Opinia zgłoszona do wyzwania Klucznik

piątek, 4 kwietnia 2014

JAK WAŻNA JEST KOLEJNOŚC

JO NESBØ –„POLICJA”


JO NESBØ – POLICJA
Tytuł: Policja
Tytuł oryginału: Politi
Autor: Jo Nesbø
Tłumacz: Iwona Zimnicka
Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie
Data wydania: 2013
Liczba stron: 472
ISBN: 978-83-245-9406-1 

Po wyśmienitej, wręcz rewelacyjnej książce „Czerwone gardło” (http://polekturze.blogspot.com/2014/03/jo-nesb-czerwone-gardo.html) nie byłam w stanie oprzeć się promocji i z niekłamanym entuzjazmem kupiłam kolejną powieść Jo Nesbø „Policja”. Nie na darmo jednak przysłowie mówi, że chytry dwa razy traci. „Policja” to dziesiąta książka z cyklu o Harrym Hole. W przeciwieństwie do „Czerwonego gardła” bardzo mocno związana z poprzednimi tomami. Wiele wątków i aluzji było dla mnie najzwyczajniej w świecie niezrozumiałe, a tym samym nudne. Jestem niemal pewna, że gdybym czytała po kolei wrażenia byłyby znacznie lepsze. Ale cóż... promocja -50%. Sami rozumiecie. Czuję się usprawiedliwiona, bo z „Czerwonym gardłem” (trzecia z kolei książka cyklu) takich problemów nie miałam. Jeśli nawet to i owo mi umknęło, to i tak lektura była więcej niż satysfakcjonująca. Obawiam się, że wspomniana okoliczność wpłynęła znacznie na mój odbiór „Policji”. Prawdopodobnie jestem względem tej książki zbyt krytyczna. Proszę więc Czytelnika o uwzględnienie tego faktu.
„Policja” to skrzyżowanie sensacji z klasycznym kryminałem: mamy zagadkę rozwiązaną dopiero na ostatnich stronach, mamy też dynamiczną akcję. Powieść, choć obszerna, nie jest przegadana, ma dobrą fabułę i ciekawy rytm. Brakuje jej jednak tego „czegoś”, co miało „Czerwone gardło”. Czegoś, co sprawia, że nie jesteśmy w stanie oderwać się od lektury. „Policję” owszem, czytałam z zainteresowaniem, ale bez wypieków na twarzy. Bez większego wewnętrznego sprzeciwu odkładałam książkę na bok, gdy nadchodził czas na spacer z mopsami albo oglądanie „Komisarza Aleksa” (wiem, wiem, że to kiepski serial, ale cóż na to poradzę, że go lubię?). I w tym miejscu właściwie mogłabym zakończyć, bo co to za kryminał, który przegrywa konkurencję z polskim serialem?
Nie jest jednak tak źle. Przede wszystkim mamy w powieści to, za co szczególnie polubiłam Nesbø - dobrze zarysowane, ciekawe postaci. Możemy je lubić, albo nie, ale na pewno nie są nam obojętne. Szczerze niepokoimy się ich losem, tym bardziej, że u norweskiego pisarza nikt (może poza samym Harrym Hole) nie ma niesławnej „ochrony scenariuszowej”. Nigdy nie możemy być pewni, co za chwilę przytrafi się któremuś z bohaterów.
Po drugie, fabuła, choć oparta na dość ogranym pomyśle seryjnego zabójcy, jest naprawdę ciekawa, a niektóre pomysły – zdrowo odjechane (że pozwolę sobie użyć slangu). Autor nie cacka się z czytelnikiem, nie owija niczego w bawełnę, nie łagodzi okrucieństwa i, co niezwykle ważne, nie próbuje flirtować ze złem. Być może jestem staroświecka, ale trudno jest mi zaakceptować popularną ostatnimi czasy w pop kulturze koncepcję sympatycznych seryjnych morderców i miłych płatnych zabójców („No cóż, gościu ma taką pracę, ale poza tym jest cool”). Na szczęście u Nesbø nic takiego nie ma. Zło jest złe, mroczne i przerażające. Nie ma w nim nic pociągającego. A najstraszniejsza jest jego siła. Nie ma co ukrywać – kilkakrotnie podczas lektury poczułam na plecach nieprzyjemne dreszcze.
I tak mimo początkowych zastrzeżeń, nie zniechęciłam się bynajmniej do twórczości Nesbø. Z pewnością w niedługim czasie sięgnę po kolejne pozycje tego autora, lecz tym razem będę czytała jak Pan Bóg przykazał – po kolei, od pierwszego tomu począwszy.

Moja ocena: 8/10

Książka zgłoszona do wyzwania Klucznik