środa, 9 kwietnia 2014

XXXIV WARSZAWSKIE SPOTKANIA TEATRALNE – KRONOS

JAK ODKRYŁAM, ŻE JESTEM BURAKIEM


Kronos - Teatr Polski we Wrocławiu
Teatr Polski we Wrocławiu
Tytuł: Kronos
Reżyseria i adaptacja sceniczna: Krzysztof Garbaczewski
Scenografia: Aleksandra Wasilowska,
Obsada: Sylwia Boroń, Agnieszka Kwietniewska, Halina Rasiakówna, Ewa Skibińska,
Janka Woźnicka, Marta Zięba, Adam Cywka, Andrzej Kłak, Cezary Łukaszewicz,
Marcin Pempuś, Paweł Smagała Adam Szczyszczaj, Wojciech Ziemiański 


Zachęcona pełnymi zachwytu, entuzjastycznymi recenzjami, skuszona dodatkowo renomą Warszawskich Spotkań Teatralnych, postanowiłam otworzyć się na sztukę progresywną (cokolwiek by to nie miało znaczyć) i udać się na spektakl „Kronos” przygotowany przez Tatr Polski we Wrocławia. Byłam tym bardziej ciekawa, że z twórczością reżysera, Krzysztofa Garbaczewskiego, nie miałam dotychczas do czynienia.
„Kronos” to inscenizacja osobistych dzienników Gombrowicza. Dzienników bardzo intymnych, pisanych, jak rozumiem, dla siebie, a nie dla szerszej publiczności. Cóż, żądni kasy spadkobiercy mimo wszystko zapiski opublikowali. Pozwolę sobie tu na małą dygresję: podobny los spotkał osobiste zapiski Jana Pawła II, który wyraźnie życzył sobie, by zostały spalone po jego śmierci. Nic nie spalono, a notatki opublikowano. (KASA! KASA! KASA!)
Wracając jednak do naszych baranów, czyli do „Kronosa”. Ze względu na prywatny charakter (i przeznaczenie), dzienniki nie mają formy literackiej. Często są to pojedyncze słowa lub równoważniki zdań będące odbiciem chwili. Pewnie każdy z nas ma takie zapiski – „Jola. Koń. 2 tygodnie”. Dla autora jest jasne, że Jola po upadku z konia ma dwa tygodnie zwolnienia. Dla reszty świata, jest to, mówiąc delikatnie, niezbyt oczywiste. Czytanie dzienników jest więc zadaniem niełatwym, rzekłabym, że to zajęcie z pogranicza rozwiązywania skomplikowanej szarady. Wystawienie tej łamigłówki na scenie jest zadaniem tyleż karkołomnym, co sprytnym. Reżyser mógł spokojnie założyć, że 99% widzów nie do końca zrozumie „co artysta miał na myśli”, z tym, że mało kto znajdzie w sobie dość odwagi, by się do tego przyznać. Dlaczego? Ano ze strachu, by inni nie zwątpi w naszą inteligencje i obycie. W końcu recenzentom się podobało, a ja nie rozumiem... Boże! Pomyślą, że jestem burakiem!
Oglądanie przedstawienia zaczęłam w bardzo złym nastroju ze względu na blisko półgodzinne opóźnienie. Aczkolwiek, teraz, po namyśle, nie wiem, czy było to opóźnienie, czy może to ja nie zauważyłam, że spektakl się zaczął, a miotający się po scenie i walczący z kablami personel techniczny  to bardzo wyuzdana forma performance’u. (Dyskusja po wyjściu z teatru przekonała mnie, że więcej osób miało taki dylemat).
Dalej było tylko gorzej.
Zamysł spektaklu, wbrew pozorom jest bardzo prosty. „Kronos” to rzecz o ludzkiej pamięci – postrzeganiu czasu, odgrzebywaniu wspomnień, o ich subiektywności. O tym czym jest teraźniejszość i przeszłość.
Początek inscenizacji to projekcja filmu – czarno białego, migającego, rwącego się, miejscami prześwietlonego. Artystycznie trik dość tani – porównanie ludzkiej pamięci do taśmy filmowej jest tak stare, jak historia kina. Natomiast czysto praktycznie, rozwiązanie niezwykle dla widza męczące. Mniej więcej po kwadransie wgapiania się w migający ekran byłam w stanie myśleć wyłącznie o tym jak bardzo bola mnie oczy. Dodatkowo ta część spektaklu była też gwałtem zadanym przez uszy – dźwięk dochodzący z głośników był na tyle kiepski, że głównie koncentrowałam się na rozpoznawaniu słów, a nie na analizowaniu ich treści.
Dalsze „awangardowe” chwyty, też jakoś mnie nie urzekły. Dekoracja z folii aluminiowej udająca gigantyczne neurony, czy aktorzy ganiający króliczka po scenie (potem, króliczek gonił aktorów, a potem każdy gonił każdego) co, jak mniemam, miało obrazować chaotyczny bieg myśli plus na siłę wciskany wszędzie seks (ach, ach, jacy jesteśmy bezpruderyjni!). I tak dalej, i tak dalej. Ani to awangardowe, ani odkrywcze. Gdyby jednak łopatologiczno-awangardowy wykład nie dotarł do gawiedzi, na proscenium ustawiono robota, zapisującego kolejne kartki cytatem z „Zagubionej autostrady” I like to remember things on my own way.

Odebrałam spektakl Garbaczewskiego jako zlepek dawno już odkrytych sztuczek i pseudo-skandalizujących scen (jakby w czasach Internetu kogokolwiek jeszcze bulwersowało udawanie kopulacji na scenie). A gdy na proscenium wyszedł pan i zaśpiewał „Jestem pędzącym SMS-em” wymiękłam. Wymiękłam kompletnie i ostatecznie. Szczególnie, że pan dysponował skalą głosu około trzech tonów. Nawet nie fałszował jakoś specjalnie, ale i nie miał po temu okazji – melodia miała być w zamyśle prosta, taka niby to improwizowana, ale w rzeczywistości wyszło żałośnie.
Nie podobało mi się. Cóż, jestem burakiem. Wielkim pastewnym burakiem rosnącym na wiejskiej grządce. I dobrze mi z tym.

Aktualizacja: Szczegółowe śledztwo wykazało, że źle zapamiętałam słowa piosenki. Winno być jestem jak piszący się sms, który tak pędzi”. Nie zmienia to jakoś szczególnie mojego zdania o spektaklu, ale z kronikarskiego obowiązku informuję tych Czytelników mojego bloga, dla których ma to znaczenie.


XXXIV Warszawskie Spotkania Teatralne

Spektakl obejrzałam w ramach XXXIV Warszawskich spotkań teatralnych

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz