czwartek, 10 kwietnia 2014

XXXIV WARSZAWSKIE SPOTKANIA TEATRALNE – LÓD


 NIE BYŁO LEKKO, ALE NIE ŻAŁUJĘ


Lód w reżyserii Janusz Opryńskiego
Teatr Provisorium
Tytuł: Lód (na podstawie powieści Jacka Dukaja)
Adaptacja i reżyseria: Janusz Opryński 
Obsada: Sławomir Grzymkowski, Łukasz Lewandowski, Martyna Kowalik, Eliza Borowska, Zbigniew Dziduch, Paweł Pabisiak, Karolina Porcari, Jacek Brzeziński, Marek Żerański, Romuald Krężel, Anastazja Bernad
Kwartet muzyczny w składzie: Aleksandra Mazurek, Katarzyna Czerniawska, Agata Mrówczyńska, Izabela Senko

Adaptacje literatury – czy to kinowe, czy teatralne są zawsze obaczone dużym ryzykiem. Widz przychodzi na seans/spektakl z własnym wyobrażeniem miejsc i postaci. Jest rzeczą niemożliwą, by wizja reżyserska pokryła się z naszą własną. Stąd przykre zderzenie oczekiwań z rzeczywistością. Paradoksalnie, najwięcej pochlebnych opinii zbierają adaptacje książek miernych lub nieznanych. Mówię to o opiniach zwykłych, nieprofesjonalnych odbiorców kultury (takich jak pisząca te słowa), a nie zawodowych recenzentów, gdyż stanowią oni odrębny gatunek oglądaczy. Wyjaśnienie jest proste – kiepska książka rodzi znacznie mniej oczekiwań niż książka dobra, a tym samy mniejsze jest niebezpieczeństwo bolesnego rozczarowania.
Janusz Opryński wykazał się więc nie lada odwagą adaptując na potrzeby lubelskiego Provisorium głośną powieść Jacka Dukaja „Lód”.  Tutaj muszę ze wstydem niejakim wyznać, że powieści Dukaja nie przeczytałam. Zabieram się do lektury i zabieram, ale jak na razie bez skutku. I dobrze! Jak mawia przysłowie „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Na przedstawienie szłam nieobarczona żadnymi oczekiwaniami. Dzięki temu uniknęłam losu niektórych widzów narzekających, że to czy tamto pominięto (no cóż, wydało się – podsłuchiwałam cudze rozmowy stojąc w kolejce po kawę). A  że usunąć coś trzeba było to rzecz oczywista. Wszak powieść Dukaja liczy sobie ponad 1000 stron. Nawet po wprowadzeniu skrótów, spektakl trwał blisko cztery godziny. 
Przedstawienie nie jest łatwe w odbiorze, wymaga dużej koncentracji, chwilami może nużyć (szczególnie gdy sala, włącznie ze schodami, jest zabita widzami po brzegi, a wentylacji symboliczna). Nie ukrywam, że momentami czułam się zmęczona i przytłoczona ilością doznań (a także brakiem tlenu),  ale czasu spędzonego na widowni nie żałuję. Dlaczego?
Po pierwsze, poznałam ciekawą historię. Historię wciągającą na poziomie fabularnym, a do tego ciekawie opowiedzianą. Reżyser w sposób wyważony przeplata ciężkie sceny i rozważania filozoficzno-moralne, zabawnymi, wręcz śmiesznymi epizodami. Daje widzowi chwilę wytchnienia, czas na zastanowienie się, przemyślenie tego co zobaczył i usłyszał. Muszę jednak w tym miejscu dodać łyżkę dziegciu do tej beczki miodu. Pod koniec, gdy akcja się zagęszcza, skróty są chyba zbyt daleko idące. Momentami trudno pojąć o co chodzi. Osobiście nie „załapałam” skąd nagle wśród postaci wziął się Rasputin. Dopiero podczas drogi do domu wyjaśnił mi to kolega, który szczęśliwie „Lód” przeczytał. Dziękuję!
Po drugie, obejrzałam spektakl mądry, poruszający ważkie i trudne problemy. Rozmowy toczone na scenie to dysputy intelektualne, przedstawione tak, że naprawdę chce się ich słuchać. Zapadają w pamięć i nijak nie chcą się od człowieka odczepić.
Po trzecie, urzekają zastosowane przez reżysera środki sceniczne. Za pomocą oszczędnej scenografii, światła, muzyki i oczywiście kunsztu aktorów, Opryński wyczarowuje na scenie Warszawę, Kolej  Transsyberyjską i daleką Syberię. Inscenizacja nie przeładowana, pobudzająca wyobraźnię, wspaniale zachowująca równowagę między umownością a dosłownością.
Po czwarte, świetna gra aktorska. Postaci, miejscami może jak na mój gust nieco zbyt przerysowane (ale to, co na ekranie byłoby nie do zniesienia, na deskach teatru nabiera swoistego uroku), jednak ogólne wrażenie pozytywne.
I tak, w mojej bardzo subiektywnej opinii, spektakl lubelskiego Provisorium w pełni zasłużył na zaszczyt jakim jest niewątpliwie zaproszenie na Warszawskie Spotkania Teatralne.
Aha, i  jeszcze jedno. Wiem, że nie powinnam, ale nie mogę się powstrzymać. Pod koniec drugiego (ostatniego) aktu, główny bohater biega po scenie w stroju Adama. Co prawda potem coś tam na siebie włożył i do oklasków wyszedł już w jakimś szczątkowym odzieniu, ale i tak półnagi facet z ogromnym bukietem białych róż wyglądał mocno abstrakcyjnie. Widok ten utkwił w mej pamięci równie mocno jak filozoficzne rozważania Dukaja.

XXXIV Warszawskie Spotkania Teatralne


Spektakl obejrzałam w ramach XXXIV Warszawskich Spotkań teatralnych

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz