sobota, 28 marca 2015

W CIENIU

KILKA RAZY CIARKI MNIE PRZESZŁY


A.S.A. Harrison "W cieniu" - okładka
Tytuł: W cieniu
Tytuł oryginału: The Silent Wife
Autor: A.S.A Harrison
Tłumaczenie: Dorota Malina
Wydawca: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Data wydania: 2015-01-12
Stron: 350
ISBN: 978-83-240-2657-9

Powieść A.S.A Harrison „W cieniu” to jedna z lepszych książek na jakie natknęłam się ostatnimi czasy.  Powiem bombastycznie, że to jedna z tych pozycji, dzięki którym można odzyskać wiarę w istnienie wydawców, którym nie jest wszystko jedno co wypuszczają na rynek i autorów, dla których ważna jest nie tylko wysokość nakładu.
Niech cię, czytelniku, nie zmyli lekko kiczowata okładka, sugerująca coś z pogranicza „Zmierzchu” i „50 twarzy Greya”. Nie daj się zwieść wydrukowanemu wielkimi literami słowu „thriller”. „W cieniu”  to przede wszystkim wysmakowana powieść obyczajowa, co najwyżej z elementami thrillera. Nieśpiesznie tocząca się akcja jest podporządkowana nadrzędnemu celowi – dogłębnej, subtelnej analizie rozpadu wieloletniego związku.
Główna para bohaterów, czyli ona – Jodi i on – Todd są ze sobą od dwudziestu lat. Choć większość znajomych, nawet tych bliskich, uważa ich za małżeństwo, w rzeczywistości nigdy nie sformalizowali związku pozostając jedynie "małżeństwem zwyczajowym". Poznajemy ich tuż przed przełomem. On, zapracowany właściciel firmy budowlanej, ma kolejny z wielu romansów, na które partnerka latami przymykała oko. Ona sama przed sobą ukrywa jałowość swej egzystencji, zapełniając dni mnóstwem błahych zajęć: zakupami, spotkaniami z koleżankami, wizytami w SPA. Na pracę poświęca zaledwie kilka godzin przed południem, nie angażując się przy tym nadmiernie.
On, zmęczony rutyną codzienności, szuka ucieczki w drobnych przyjemnościach. Ona zadowolona z istniejącego status quo za wszelką cenę stara się nie dopuścić do zmian. Gdy nagle całe dotychczasowe życie staje na głowie, oboje nie potrafią stawić czoła sytuacji. On w nieskończoność odwleka podjęcie ostatecznej decyzji, ona udaje, że o niczym nie wiem.
Pozornie, w powieści niewiele się dzieje, jednakże gdzieś „podskórnie”, aż kipi od emocji. Obserwujemy subtelne zmiany w zachowaniu i sposobie myślenia bohaterów, kolejne gesty i drobne posunięcia mówią nam o ich psychice więcej, niż zrobiłby wielostronicowy zapis rozmyślań postaci. (Na szczęście tego ostatniego autorka nam oszczędziła). Widzimy jak powoli lecz nieubłaganie miłość i przywiązanie zastępuje nienawiść, jak niezachwiana pewność własnych racji zmienia się w kompletne zagubienie, jak trudno pogodzić się z konsekwencjami własnych wyborów i decyzji, jak trudno przed nawet samym sobą przyznać się do błędu, jak podświadomie winą obarczana jest druga strona
Opowieść poprowadzona jest w narracji trzecioosobowej, lecz co i rusz zmienia się punkt widzenia: historię obserwujemy na przemian to z pozycji Jodi, to z pozycji Todda. Autorka stara się zachować przy tym obiektywność, nie faworyzuje żadnego z bohaterów. Choć ani przez chwilę nie ma wątpliwości, że postępowanie Todda jest naganne, to i Jodi nie jest bez winy. Muszę się przyznać, że kilkakrotnie postawy bohaterów zdenerwowały mnie tak, że miałam ochotę cisnąć książką z okrzykiem „jak można być takim matołem!”, by dopiero po chwili przypomnieć sobie, że przecież wszystko o czym czytam jest jedynie czystą fikcją literacką.
I tak oto doszliśmy do największej zalety „W cieniu” – realizmu. Zwykle, czytając beletrystykę, muszę w większym bądź w mniejszym stopniu odłożyć na bok niewiarę. W tym przypadku było inaczej – bezwarunkowo wierzyłam w każde słowo. Właśnie ten naturalizm sprawia, że powieść jest naprawdę przerażająca. Trudno mnie przestraszyć czymś, w co nie potrafię uwierzyć. Dlatego niezbyt poruszają mnie horror i przekombinowane książki sensacyjne z geniuszem zła w roli czarnego charakteru. Ale „W cieniu” to zupełnie co innego. To wszystko naprawdę mogło się zdarzyć. To mogłoby się dziać nawet gdzieś blisko, tuż za ścianą. Aż mnie kilka razy ciarki przeszły gdy sobie uświadomiłam do czego potrafi zwykłego człowieka doprowadzić rozpacz i desperacja.
Czas spędzony na lekturze minął mi niepostrzeżenie. Sama nie wiem kiedy dotarłam do zakończenia, które wcale nie jest takie oczywiste, jakby się mogło wydawać na podstawie krążących w Internecie opinii. Nieprawdą jest jakoby blurb (Pfuj! Co za  obrzydliwe, ale jakże poręczne, słowo) zdradzał wszystko. Nie zdradza lecz raczej „podpuszcza”. Myślisz, czytelniku, że wszystko wiesz? Że wiesz jak skończy się ta historia? Uważaj, bo możesz się zdziwić!
Gorąco polecam!

niedziela, 15 marca 2015

PERŁA Z LAMUSA


KOLEKCJONER KOŚCI




Jeffery Deaver Kolekcjoner kości - okładka
Tytuł: Kolekcjoner kości
Tytuł oryginału: The Bone Collector
Autor: Jeffery Deaver
Tłumaczenie:  Konrad Krajewski

Wydawca:  Prószyński i S-ka
Data wydania: 2002
Stron: 380
ISBN:83-7337-212-1


Powiem wprost – bardzo dobra książka. Dawno lektura powieści sensacyjnej tak mnie nie wciągnęła.  Owszem, trafiały mi się ciekawe, a nawet bardzo ciekawe,  pozycje obyczajowe i SF, ale kolejne podejścia do powieści sensacyjnych kończyły się nieprzystojnym ziewnięciem i konstatacją, że wszystko już było.  Nie wiem, czy miałam pecha, czy rzeczywiście w dziedzinie sensacji zapanowała jakaś moda na wtórne, przegadane i  przekombinowane utwory. Tak czy siak, zdesperowana postanowiłam sięgnąć po powieść z końca ubiegłego wieku (1997) i nie zawiodłam się.  Co prawda od razu na wstępie popełniałam błąd. Zwabiona zdobiącą okładkę twarzą Angeliny Jolie, wybrałam powieść będącą drugą częścią cyklu.*) Z tego właśnie powodu kilka pierwszych stron szło mi nieco opornie. Na szczęście autor dyskretnie, ale skutecznie wprowadza czytelnika w realia opowieści, dzięki czemu szybko łapiemy wiatr w czytelnicze żagle i mkniemy do przodu połykając książkę strona po stronie.
Jakie cechy powinien mieć dobry thriller? Przede wszystkim intrygę, wartką akcję i niebanalne postaci.
„Kolekcjoner kości” ma to wszystko.
Zacznijmy od intrygi. Nie jest może odkrywcza ani rewolucyjna, tym niemniej jest niezła, szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę iż powstała dwadzieścia lat temu. W Nowym Jorku grasuje szaleniec. Porywa ludzi po czym morduje ich w wyjątkowo okrutny sposób. Chciałoby się wręcz powiedzieć w sposób wyszukany, gdyby nie to, że to określanie niesie w sobie pozytywne przesłanie, a „wyrafinowanie” przestępcy żadnych pozytywnych uczuć nie budzi. W zachowaniu mordercy zwraca uwagę jeden szczegół – pozostawianie przy ofiarach wskazówek, które mogą (choć wcale nie muszą) pomóc policji w uratowaniu kolejnych nieszczęśników. Takie swoiste rebusy, które policja musi rozwiązać. Gra, w  której stawką jest życie. I tak oto stajemy się świadkami zaciętego  pojedynku intelektualnego. Na scenę wkracza błyskotliwy kryminalistyk Rhyme.  Robi co w jego mocy by rozszyfrować wskazówki, zinterpretować ślady i przewidzieć kolejne posunięcia zbrodniarza.  Wnioski przekazuje swej pomocnicy – funkcjonariuszce Amelii Sachs, a gdy ona bierze się do roboty, cóż… Rozpoczyna się wartka akcja, czyli to, co w thrillerach lubimy najbardziej: wyścig z czasem,  pogoń, strzelanina, porwania. Cały czas coś się dzieje – od pierwszej do ostatniej strony nie można narzekać na nudę.
Duet Rhyme i  Sachs. Im też chciałabym poświęcić kilka słów. Nie ma dobrej powieści bez wyrazistych bohaterów (może nie być akcji, ale bohater musi być!). A ta dwójka wyszła autorowi wielce udatnie. Lincolna Rhyme. Obdarzony nadzwyczaj błyskotliwym umysłem, przykuty do łóżka inwalida, jest mimo swych ograniczeń nietuzinkowa osobowością. Trzeba przyznać Deaverowi, że kreując tę postać zachował wszelkie proporcje i uniknął pułapki poprawności politycznej  nie ulegając przy tym  modnemu obecnie trendowi przesadnego hiperrealizmu. Nie jest Lincoln ani herosem, co to bez słowa skargi zmaga się z przeciwnościami losu, ani też pogrążonym w depresji alkoholikiem. Jest człowiekiem, który ma zarówno wady, jak i zalety. Człowiekiem, któremu zdarzają się lepsze i gorsze dni, wzloty i upadki, przypływy entuzjazmu i momenty zniechęcenia. Swego czasu pisałam o innym kryminale, w którym główny bohater także jest inwalidą. O ile jednak w "Jedwabniku" (bo o nim mowa), kalectwo detektywa jest niejako przylepione na siłę (odniosłam wrażenie, że autorka nie miała lepszego pomysłu na „wyróżnik” postaci), o tyle u Deavera ten wątek „gra”. Ma znaczenie zarówno dla rozwoju akcji, jak i dla kreowania Rhyme’a.
Miło zaskoczyła mnie  Amelia Sachs. Spodziewałam się „klasycznej” super-womem, takiej co to każdego chłopa rozłoży na łopatki, nie zna strachu ani zmęczenia, a do tego powala seksapilem każdego napotkanego mężczyznę. Tymczasem nic z tych rzeczy! Amelia Sachs to dręczona przez artretyzm kobieta w średnim wieku, mająca powyżej uszu służby na ulicach, starająca się po prostu rzetelnie wykonywać swoją pracę. Kobieta,  w której istnienie można bez trudu uwierzyć. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że kartach powieści spotykamy wiele ciekawych, drugo- i  trzecioplanowych postaci.
Intryga, akcja, bohaterowie... Mamy już wszystko.  Czy można w powieści sensacyjnej zmieścić coś więcej? Okazuje się, że można! Bo poza warstwą rozrywkową jest „Kolekcjoner kości” głosem w dyskusji o eutanazji. Muszę przyznać, że bardzo przypadł mi do gustu sposób zaprezentowania problemu. Autor, choć nie ukrywa swoich przekonań, nie przemawia jednak do czytelnika  ex cathedra. Co więcej, obiektywnie (na ile to możliwe przy tak działającym na emocje temacie)  prezentuje argumenty obu stron. A że potem opowiada się za jedną z nich? Trudno, żeby było inaczej, na tym polega literatura zaangażowana, nawet jeśli to zaangażowanie pojawia się niejako przy okazji dostarczania rozrywki.

*) A jednak "Kolekcjoner kości" to część pierwsza. „Tańczący trumniarz” powstał rok później. Dziękuję  brak pomysłu za sprostowanie!

czwartek, 5 marca 2015

WCIĄGAJĄCA LEKTURA

POWIEŚĆ OPARTA NA NASTROJU

Żanna Słoniowska "Dom z witrażem" - okładka

Tytuł: Dom z witrażem
Autor: Żanna Słoniowska
Wydawca:  Znak
Data wydania: 2015-02-18
Stron:  260
ISBN: 978-83-240-2684-5

 „Dom z witrażem” jest niczym ciepły sweter – to lektura  idealna na długie, zimowe wieczory, deszczowe jesienne popołudnia i zimne dni przedwiośnia. Otula nas ciepłem nostalgii, pozwala zapomnieć o rzeczywistości i podążyć ulicami Lwowa, wspiąć się po schodach starej kamienicy, zajrzeć do ciasnego mieszkania, gdzie mieszkają obok siebie  Prababka, Babka, Mama i ona – autorka. Losy tych czterech kobiet, żyjących razem pod jednym dachem, kobiet, które jednocześnie kochają się i nienawidzą, splatają się w niełatwą, rzewną (ale nie ckliwą) historię. Historię o czym? Na to pytanie niełatwo odpowiedzieć, bo fabuła „Domu z witrażem” jest tylko pretekstowa.  Na dobrą sprawę fabuły nie ma wcale. Ale czy prawdziwe życie ma fabułę? Rodzimy się, umieramy, przeżywamy własne małe dramaty – dla nas najważniejsze, a dla świata zupełnie nieistotne, nie dbając przy tym o żadną fabułę. Pamięć jest niczym bezdenne pudło skrywające w swym wnętrzu przemieszane bez ładu i składu fotografie. Żyjemy, a obok nas dzieje się historia. Czasem obserwujemy ją patrząc z balkonu na uliczne walki, czasem dopada nas, raz pod postacią żandarmów wdzierających się nad ranem do mieszkania, innym razem jako kula snajpera trafiająca najbliższą nam osobę.

Książka Słoniowskiej jest niczym witraż w tytułowym domu. Autorka buduje opowieść z małych, porozrzucanych w czasie i przestrzeni kawałków. Z zakamarków pamięci wydostaje kolejne wspomnienia-szkiełka, czasem cofa się w przeszłość, czasem wybiega do przodu, kiedy indziej ucieka w bok snując rozbudowane dygresje i rozwijając poboczne wątki. Z tego pozornego chaosu wyłania się powoli spójna opowieść. Z każdym kolejnym kawałkiem widzimy coraz więcej, coraz wyraźniej. Opowieść nabiera barw.

Opowieść o szukaniu własnej tożsamości. W mieście, w którym od zawsze, niczym w tyglu, mieszkali obok siebie ludzie różnych narodowości: Rosjanie, Polacy, Ukraińcy, Żydzi, nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie „kim jestem”.  Nic dziwnego, że są tacy, którzy mówią po prostu „jestem narodowości lwowskiej”.

Opowieść o mieście, które można czytać niczym książkę, jeśli tylko zna się litery dziwacznego alfabetu, którym została napisana.

Opowieść o tęsknocie za wolnością. Za tą wielką – wolnością narodu i tą małą – wolnością osobistą. Za wolnością myśli, miłości, pragnień. I o dążeniu do niej, nawet jeśli trzeba zapłacić za nią najwyższą cenę.

Opowieść o nadziejach i marzeniach – tych niespełnionych i tych zrealizowanych. Tych, które odebrał nam los i tych, z których sami zrezygnowaliśmy.

Opowieść o więzach rodzinnych, czasem niszczących, czasem znienawidzonych, a jednak nadających jakąś ciągłość naszemu istnieniu. „Jesteśmy jak matrioszki, jedna siedzi w brzuchu drugiej, nie do końca wiadomo która w której, wiadomo tylko, która żyje, a która już nie, jesteśmy jak matrioszki przeszyte jednym strzałem na wylot […]” – pisze autorka.

Opowieść o miłości nie mająca w sobie nic z lukrowanego romansu. O miłości niosącej cierpienie, rozczarowanie, ból rozstania i odrzucenia.

Opowieść o otwarciu na sztukę, którą młodej kochance pokazuje dojrzały mężczyzna.

„Dom z witrażem” to rzecz, której nie wolno czytać szybko. Usiądź, czytelniku, w wygodnym fotelu, postaw obok filiżankę gorącej kawy lub aromatycznej herbaty i delektuj się niespieszną lekturą.

niedziela, 1 marca 2015

ŚWIAT EUGENIUSZA BODO

NARODZINY POLSKIEGO KRYMINAŁU


Tytuł: Czerwony błazen
Autor: Aleksander Błażejowski
Data wydania: maj 2012
Wydawnictwo: Ciekawe Miejsca.net
Stron: 160
ISBN:978-83-928349-7-7

Dla nikogo nie jest tajemnicą, żem jest miłośniczką starych kryminałów. Tych naprawdę starych: Conan Doyla, Agaty Christie i tych nieco nowszych ("nieco" jest tu słowem kluczowym) - Tadeusza Kosteckiego, Joe Alexa, Jerzego Edigeya czy Zygmunta Zeydler-Zborowskiego. Chandler chwilami bywa dla mnie zbyt nowatorski. :)

Nic więc dziwnego, że dowiedziawszy się o serii "Kryminały przedwojennej Warszawy" zaśliniłam się niczym pies Pawłowa na widok czerwonego światełka i pomknęłam do księgarni po zakupy. Pomknęłam wirtualnie, bo książek ze wspomnianej serii w księgarniach stacjonarnych nie stwierdziwszy skorzystałam z dobrodziejstwa internetu. Tak czy siak, drogą kupna weszłam w posiadanie kilku pozycji. Niezwłocznie też przystąpiłam do lektury. Na pierwszy ogień poszła oznaczona numerem jeden powieść "Czerwony błazen" Aleksandra Błażejowskiego.

Już po kilku stronach zorientowałam się, że muszę przestawić się na inny tryb odbioru - ten sam, który stosuję oglądając przedwojenne, czarno-biało filmy. Takie z Jadwigą Smosarską czy Franciszkiem Brodniewiczem. Nie na darmo, ostatnią stronę okładki zdobi zdjęcie Eugeniusza Bodo i Nory Ney, pochodzące z ekranizacji "Czerwonego diabła" z roku 1926. Ach, ten patos! Ten pełen egzaltacji język! Te zdania wyszukane! Aż łza wzruszenia się w oku kręci. 
Pozwolę sobie zamieścić kilka króciutkich cytatów, bo one lepiej niż najszczegółowszy opis pokażą, co mam na myśli. Oto urywki z rozmowy dwóch braci.

- Wierz mi Józefie, że nie tylko głęboki szacunek i wdzięczność żywię do ciebie w swym sercu, ale i miłość jakby synowską. [...]
- Wielkie dotknęło mnie nieszczęście. Z duszy i serca chciałbym je przed tobą, Józefie, jak przed ojcem wyjawić [...]

Z tego, co udało mi się ustalić, powieść "Czerwony błazen" wydano w roku 1925, a więc pięć lat po debiucie Agaty Christie ("Tajemnicza historia w Styles"), że o przygodach Sherlocka Holmesa nawet nie wspomnę. A jednak dzieła Anglików nawet w połowie nie trącą myszką tak, jak powieść Błażejowskiego.

Specyficzna jest także konstrukcja książki. Autor dość szczegółowo prezentuje postaci dramatu, ich wzajemne powiązania i zależności. "Dość", bo cały czas musimy pamiętać, że rzecz idzie o dziele niezbyt obszernym. Poznajemy okoliczności zbrodni, głównego podejrzanego (wraz z rodziną) oraz, oczywiście, prowadzących śledztwo prokuratora Glińskiego i komisarza Borewicza (muszę przyznać, że nazwisko mnie powaliło!). Samego śledztwa jest natomiast jak na lekarstwo. Właściwie nic o nim nie wiemy. Dopiero w ostatnim rozdziale komisarz Borewicz wyskakuje niczym diabeł z pudełka z gotowym rozwiązaniem zagadki, by w przydługim nieco monologu wyjaśnić nam kto zabił. Ostatnie kilkanaście stron to wyjaśnienie "dlaczego", podane czytelnikowi w mało wyrafinowany sposób - jako zapis zeznania mordercy.

Cóż jeszcze można powiedzieć o "Czerwonym błaźnie"? Powieść to nieskomplikowana, zarówno pod względem formalnym jak i fabularnym. Mimo to warto ją przeczytać w celach naukowo-poznawczych, by wiedzieć jak rodziła się polska powieść kryminalna.

PS. Na okładce wielkimi, czerwonymi literami wydrukowano "ZAKAZANA W PRL". To akurat dość tani chwyt, bo żadnych nieprawomyślnych rewelacji w powieści nie znajdziemy. Przypomina to jako żywo pomysł Boya, by rozprawę o metodzie Kartezjusza opatrzyć adnotacją TYLKO DLA DOROSŁYCH.