poniedziałek, 8 czerwca 2015

"PAN WHICHER W WARSZAWIE" I "OPOWIEŚCI PRASKIE" W RADIO PRAGA

Zaproszono mnie do radia!



We wtorek, 9 czerwca o godzinie 18:00 będę wraz z małżonkiem gościem Radia Praga. Zaproszono nas do audycji „Praska Ferajna”. Audycja poświęcona będzie warszawskim książkom "Pan Whicher w Warszawie" i "Opowieści praskie". Gospodarzem programu będzie Karol Bulski.

Aby posłuchać Radia Praga kliknij tutaj. (Klikamy link "Słuchaj Radia Praga", w górnym, prawym rogu). Zapraszam!

środa, 20 maja 2015

PRZYGÓD KOMISARZA PRZYGODNEGO CZEŚĆ PIERWSZA

GDZIE MÓL I RDZA 


Tytuł: Gdzie mól i rdza
Autor: Paweł Pollak
Wydawca: Oficynka
Data wydania: 2012-01-27
Liczba stron: 653
ISBN: 978-83-62465-35-4

Dygresja, czyli odejście od głównego wątku opowieści, niejako z definicji powinna pojawić się nie na początku lecz dopiero wtedy, gdy ówże główny wątek zaistnieje. Teraz, gdy już pochwaliłam się, że wiem, co i jak, mogę nie obawiając się posądzenia o ignorancję zacząć od dygresji.
Do twórczości Pollaka podchodziłam niczym pies do jeża, kierowana pokrętną logiką. Otóż pan Pollak znany był mi przede wszystkim jako tłumacz literatury skandynawskiej, reprezentowanej ostatnimi czasy na naszym rynku głównie przez kryminały. A kryminałów szwedzkich nie lubię. Nawet od słynnego „Millenium” odbiłam się niczym piłeczka do squasha od betonowej ściany. Nie dałam rady. Powiem wprost: jeśli chcę przeczytać szczegółowy opis mebli z Ikei, udam się do sklepu po ulotki lub wyklikam odpowiednią stronę w Internecie. Jeśli będę chciała poczytać o zaletach procesorów dwurdzeniowych, takoż skorzystam z Interntu. Jeśli poczuję nagłą potrzebę rozkoszowania się tekstem o zaawansowanych technikach programowania, to sama sobie taki tekst napiszę. Po „Millenium” dałam szansę jeszcze jednej skandynawskiej książce, ale gdy autor uraczył mnie opisem wyprawy bohaterki do toalety i poinformował, że dziewczę: wstało z łóżka, założyło kapcie, idąc w stronę rzeczonego przybytku otwarło drzwi do toalety (tak jakby ludzie zazwyczaj przenikali przez ściany), zamknęło za sobą drzwi w owym przybytku dumania, a potem, uwaga!, uwaga!, zdjęło majtki (jak wiadomo, większość populacji z wrodzonej skromności majtek nie zdejmuje nigdy, nawet w ubikacji), wysikało się i podciągnęło majtki ponownie (wszak mogło wrócić z nogami spętanymi desusami), wymiękłam. Nie pomnę już, czy uraczono mnie opisem użycia papieru toaletowego, czy nie – moja podświadomość wyparła tę wiedzę. Po tym traumatycznym doświadczeniu powiedziałam sobie: „nigdy więcej, kobito, bo na prozac nie urobisz!”.
Koniec dygresji. Wróćmy do twórczości Pawła Pollaka. Wrodzona podejrzliwość podsunęła mi myśl, że skoro Paweł Pollak tłumaczy skandynawskie kryminały, to z pewnością sam też tak pisze, z czego już prosta droga do wniosku, że nie jestem grupą docelową twórczości autora.
Z postanowieniami jest tak, że rzadko komu udaje się ich dotrzymać. Ileż to razy przyrzekałam sobie, że schudnę, że zacznę chodzić na siłownię, że nie będę wyjadać po nocach z lodówki, że… Co tu dużo gadać. Konsekwencja nie jest moją mocną stroną.
I tak, niepomna na wcześniejsze obietnice, sięgnęłam po powieść Pollaka „Gdzie mól i rdza”.
Opis na stronie autora „kryminał, cykl o komisarzu Przygodnym” jasno dawał do zrozumienia, że chodzi o powieść detektywistyczną (w zasadzie lubię, poza skandynawskimi), a nazwisko głównego bohatera dawało nadzieję, że rzecz się dzieje w Polsce. Oczywiście, Przygodny mógł okazać się emigrantem (i to w trzecim pokoleniu) służącym w szwedzkiej/norweskiej/duńskiej (niepotrzebne skreślić) policji, ale cóż. Jest ryzyko, jest zabawa. Postanowiłam zaryzykować.
Rzadko kiedy niekonsekwencja w działaniu i nie do końca przemyślane ryzyko dają tak miłe rezultaty, jak to się stało tym razem. Godziny spędzone nad lekturą minęły jak z bicza trzasnął. Anim się obejrzała, a już dotarłam do ostatniej strony. Do przeczytania została tylko stopka redakcyjna. Tak oto, niepostrzeżenie, doszliśmy do pierwszej zalety powieści. „Gdzie mól i rdza” to bez dwóch zdań ciekawa opowieść. Brzmi to banalnie, ale doprawdy, gdyby choć o połowie tego, co obecnie proponują nam wydawcy, można było to powiedzieć! Być może jestem wybredna, ale w moim prywatnym, subiektywnym i zupełnie nieprofesjonalnym odczuciu na określenia „ciekawa”, „wciągająca” czy „interesująca” zasługuje nie więcej niż dziesięć procent publikacji zaliczanych do szeroko pojętej literatury pięknej (od książki kucharskiej lub poradnika hafciarki nie oczekuję porywającej fabuły, a jeno porządnej treści merytorycznej). Książka Pawła Pollaka na wszystkie te określenia zasługuje. To jedna z tych opowieści, które czytamy czekając niecierpliwie, co będzie dalej. Wydarzania następują dość szybko jedno po drugim (trafiło się co prawda kilka dłużyzn, ale o tym nieco dalej), są zaskakujące, czasami na granicy tego, w co dojrzały czytelnik jest w stanie uwierzyć. Chwilami autor niebezpiecznie zbliża się do granicy przekombinowania, ale szczęśliwie jej nie przekracza. Chwała mu za to i ogromny plus.
Drugi, równie ogromny plus należy się książce za kompozycję. I znowu, to co napiszę, może się wydać banalne (a może to ja mam banalne wymagania?), ale dużą frajdę sprawiał mi stary, dobry układ opowieści – „wstęp, rozwinięcie, zakończenie”. Żadnych udziwnień, żadnych eksperymentów formalnych (brrrrr…), klasyczne podejście w najlepszym wydaniu. Jak za dawnych dobrych czasów, to pisarz wykonuje pracę intelektualną, to on dba o przetworzenie historii w zrozumiały tekst i nie przerzuca obowiązku żmudnego dociekania „co autor miał na myśli” na czytelnika, co niestety ma coraz częściej miejsce we współczesnej prozie. Nie powiem, lubię szarady i rebusy, ale gdy mam chęć na tego rodzaju rozrywkę, kupuję w kiosku „Miesięcznik szaradzisty”. Od powieści oczekuję dobrze opowiedzianej historii. Tylko tyle i aż tyle. Pollak daje radę!
W starym dobrym stylu jest także język powieści. Płynny, potoczysty, bogaty. Już dla samej przyjemności czytania pięknej, poprawnej polszczyzny warto sięgnąć po „Gdzie mól i rdza”. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego, gdyż nie od dziś wiadomo, że Pollak broni czystości języka niczym Kmicic Częstochowy, piętnując bezlitośnie wszystkie grafomańskie nowotwory i uwłaczające polszczyźnie publikacje pseudowydawnictw. Chwała mu za to! Ale… Zawsze jest jakieś „ale”. Momentami miałam wrażenie, że tu i ówdzie perfekcjonizm zadziałał na niekorzyść autora. Dopieszczony, wypolerowany język sprawia, że pod względem językowym postacie są mało zróżnicowane. Nie żyjemy w idealny świecie, gdzie każdy w codziennych rozmowach używa zadań potrójnie podrzędnie złożonych. (Wiem, wiem, trochę przesadzam). Gdy już bohater Pollaka zrobi błąd składniowy, autor czuje się w obowiązku szybciutko się z tego przed Czytelnikiem wytłumaczyć, jakby się bał posądzenia, że niechcący strzelił babola.
A skoro już o postaciach mowa… Te także nieźle się Pollakowi udały. Są dobrze zarysowane, mają swoje wady i zalety i, co najważniejsze, budzą emocje. Jak to z bohaterami bywa – jednych lubimy, kibicujemy im, życzymy sukcesu, innych raczej nie darzymy sympatią. Mówiąc krótko - w książce jak w życiu, mamy swoje sympatie i antypatie. Autor kreśląc sylwetki bohaterów sprawnie manipuluje (w pozytywnym sensie tego słowa) emocjami odbiorcy.
Żeby nie było jednak zbyt cukierkowo, a także by być w zgodzie z własnym sumieniem, muszę uczciwie przyznać, że podczas czytania natknęłam się na kilka urywków, które z pewną irytacją (znudzeniem?) przekartkowałam pobieżnie, a to niechybny znak, iż przez chwilę powiało nudą. Chodzi mi o fragmenty, gdzie autor przelewa na papier dylematy moralne bohatera. Sam w sobie taki zabieg nie jest zły, bo jakże by inaczej miał autor zbudować wiarygodną, wielowymiarową postać? Kłopot w tym, że gdy już postać zacznie myśleć, to myśli, i myśli, i myśli. Mnie skręca z ciekawości, co tam się dzieje ze śledztwem, a nasz dzielny detektyw dalej myśli. Takie dłużyzny nieco naruszają płynność opowieści. W moim odczuciu byłoby znacznie lepiej, gdyby pociąć te rozważania na krótsze kawałki i rozrzuć je po książce. Jest gdzie. Powieść liczy sobie coś około sześciuset pięćdziesięciu stron (czytałam wersję elektroniczną). Na szczęście, jest tych fragmentów na tyle mało, że nie psują ogólnie pozytywnego wrażania z lektury. Wrażenia na tyle dobrego, że z pewnością już niedługo sięgnę po kolejny tom przygód komisarza Przygodnego, a z czasem także po inne pozycje, które wyszły spod pióra lub raczej klawiatury Pawła Pollaka. 

sobota, 18 kwietnia 2015

POWRÓT PO PRZERWIE WIELKANOCNEJ

Z PIÓREM WŚRÓD ZWIERZĄT


Okładka polska

Tytuł: Złapcie mi gerezę
Tytuł oryginału: Catch Me Colobus
Autor: Gerald Durrell
Tłumacz: Zofia Zinserling
Wydawca: Prószyński i S-ka
Data wydania: 2000
Liczba stron: 152
ISBN: 83-7255-600-8

Dawno nic nie pisałam, aż mi trochę wstyd. Złożyło się na to szereg powodów: wielkanocne szaleństwo, wiosenny wyjazd na urlop i… pewne rozczarowanie kolejnymi lekturami. Jakoś tak mam, że znacznie lepiej mi się piszę o książkach, które przypadły mi do gustu niż o czytelniczych rozczarowaniach. Fajniej jest podzielić się radością z udanej lektury niż marudzić niczym moherowa babcia, wyrzekająca na dzisiejszą młodzież. Ale do rzeczy!

Swego czasu pisałam o książce "Moje ptaki, zwierzaki i krewni" Geralda Durrella. Piałam wtedy z zachwytu. Nic więc dziwnego, że gdy w moje ręce trafiła inna pozycja tegoż autora „Złapcie mi gerezę”, natychmiast przystąpiłam do czytania. Niestety, z każdą kolejną stroną mój entuzjazm opadał niczym poziom wody po otwarciu śluzy. Choć książka liczy sobie zaledwie sto pięćdziesiąt stron, męczyłam ją dobre kilka dni. Co z nią jest nie tak? Właściwie wszystko.

Poprzednie książki Durrella (oprócz wspomnianej już „Moje ptaki, zwierzaki i krewni” czytałam także „Moja rodzina i inne zwierzęta”) skrzyły się dowcipem i zachwycały lekkością stylu. Niestety, „Złapcie mi gerezę” nie ma żadnej z zalet poprzedniczek. I chyba wiem dlaczego – można się tego domyślić z treści książki. Durrell opisuje w niej swe perypetie z okresu gdy kierował ogrodem zoologicznym na wyspie Jersey. Lata te nie były czasem radosnego poznawania tajemnic natury lecz czasem ciężkiej walki o przetrwanie. Kolejne opowieści wychodziły spod pióra Durrella nie z powodu potrzeby twórczej lecz z przyczyn czysto ekonomicznych. Potrzebował pieniędzy na utrzymanie prowadzonej przez siebie placówki. Pisał więc, choć nie miała na to ani czasu, ani ochoty, o siłach nie wspominając. To czuć. Zwyczajnie czuć, że książka jest „wymęczona”. Brakuje jakiejś linii przewodniej, wątki prowadzone są chaotycznie, często pozostają niezamknięte lub są zakończone pośpiesznie i byle jak, a dowcipy przypięte na siłę (do tego w wielu przypadkach zwyczajnie nie są śmieszne). 

Mam wrażenie, że autor uległ presji wydawcy, albo własnego, wewnętrznego przekonania, że to co pisze musi być zabawne, bo tego oczekują czytelnicy. A jak tu pisać wesoło o smutnych rzeczach? O niefrasobliwym podejściu ludzi do natury, o gatunkach zagrożonych wyginięciem i tych, które już wyginęły, o okrucieństwie i bezmyślności ludzkiej? Sądzę, że należało albo wybrać inny temat, albo zaryzykować i stworzyć rzecz znacznie poważniejszą. Myślę, że miłośnicy zwierząt – a przecież to głównie oni sięgają po książki Durrella – przyjęliby taką zmianę pozytywnie. Co więcej, taka książka mogłaby być ważnym głosem w dyskusji na temat ochrony przyrody. Tak się jednak nie stało i w rezultacie zamiast smakowitego ciastka mamy czerstwą bułę. 

Szkoda.

sobota, 28 marca 2015

W CIENIU

KILKA RAZY CIARKI MNIE PRZESZŁY


A.S.A. Harrison "W cieniu" - okładka
Tytuł: W cieniu
Tytuł oryginału: The Silent Wife
Autor: A.S.A Harrison
Tłumaczenie: Dorota Malina
Wydawca: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Data wydania: 2015-01-12
Stron: 350
ISBN: 978-83-240-2657-9

Powieść A.S.A Harrison „W cieniu” to jedna z lepszych książek na jakie natknęłam się ostatnimi czasy.  Powiem bombastycznie, że to jedna z tych pozycji, dzięki którym można odzyskać wiarę w istnienie wydawców, którym nie jest wszystko jedno co wypuszczają na rynek i autorów, dla których ważna jest nie tylko wysokość nakładu.
Niech cię, czytelniku, nie zmyli lekko kiczowata okładka, sugerująca coś z pogranicza „Zmierzchu” i „50 twarzy Greya”. Nie daj się zwieść wydrukowanemu wielkimi literami słowu „thriller”. „W cieniu”  to przede wszystkim wysmakowana powieść obyczajowa, co najwyżej z elementami thrillera. Nieśpiesznie tocząca się akcja jest podporządkowana nadrzędnemu celowi – dogłębnej, subtelnej analizie rozpadu wieloletniego związku.
Główna para bohaterów, czyli ona – Jodi i on – Todd są ze sobą od dwudziestu lat. Choć większość znajomych, nawet tych bliskich, uważa ich za małżeństwo, w rzeczywistości nigdy nie sformalizowali związku pozostając jedynie "małżeństwem zwyczajowym". Poznajemy ich tuż przed przełomem. On, zapracowany właściciel firmy budowlanej, ma kolejny z wielu romansów, na które partnerka latami przymykała oko. Ona sama przed sobą ukrywa jałowość swej egzystencji, zapełniając dni mnóstwem błahych zajęć: zakupami, spotkaniami z koleżankami, wizytami w SPA. Na pracę poświęca zaledwie kilka godzin przed południem, nie angażując się przy tym nadmiernie.
On, zmęczony rutyną codzienności, szuka ucieczki w drobnych przyjemnościach. Ona zadowolona z istniejącego status quo za wszelką cenę stara się nie dopuścić do zmian. Gdy nagle całe dotychczasowe życie staje na głowie, oboje nie potrafią stawić czoła sytuacji. On w nieskończoność odwleka podjęcie ostatecznej decyzji, ona udaje, że o niczym nie wiem.
Pozornie, w powieści niewiele się dzieje, jednakże gdzieś „podskórnie”, aż kipi od emocji. Obserwujemy subtelne zmiany w zachowaniu i sposobie myślenia bohaterów, kolejne gesty i drobne posunięcia mówią nam o ich psychice więcej, niż zrobiłby wielostronicowy zapis rozmyślań postaci. (Na szczęście tego ostatniego autorka nam oszczędziła). Widzimy jak powoli lecz nieubłaganie miłość i przywiązanie zastępuje nienawiść, jak niezachwiana pewność własnych racji zmienia się w kompletne zagubienie, jak trudno pogodzić się z konsekwencjami własnych wyborów i decyzji, jak trudno przed nawet samym sobą przyznać się do błędu, jak podświadomie winą obarczana jest druga strona
Opowieść poprowadzona jest w narracji trzecioosobowej, lecz co i rusz zmienia się punkt widzenia: historię obserwujemy na przemian to z pozycji Jodi, to z pozycji Todda. Autorka stara się zachować przy tym obiektywność, nie faworyzuje żadnego z bohaterów. Choć ani przez chwilę nie ma wątpliwości, że postępowanie Todda jest naganne, to i Jodi nie jest bez winy. Muszę się przyznać, że kilkakrotnie postawy bohaterów zdenerwowały mnie tak, że miałam ochotę cisnąć książką z okrzykiem „jak można być takim matołem!”, by dopiero po chwili przypomnieć sobie, że przecież wszystko o czym czytam jest jedynie czystą fikcją literacką.
I tak oto doszliśmy do największej zalety „W cieniu” – realizmu. Zwykle, czytając beletrystykę, muszę w większym bądź w mniejszym stopniu odłożyć na bok niewiarę. W tym przypadku było inaczej – bezwarunkowo wierzyłam w każde słowo. Właśnie ten naturalizm sprawia, że powieść jest naprawdę przerażająca. Trudno mnie przestraszyć czymś, w co nie potrafię uwierzyć. Dlatego niezbyt poruszają mnie horror i przekombinowane książki sensacyjne z geniuszem zła w roli czarnego charakteru. Ale „W cieniu” to zupełnie co innego. To wszystko naprawdę mogło się zdarzyć. To mogłoby się dziać nawet gdzieś blisko, tuż za ścianą. Aż mnie kilka razy ciarki przeszły gdy sobie uświadomiłam do czego potrafi zwykłego człowieka doprowadzić rozpacz i desperacja.
Czas spędzony na lekturze minął mi niepostrzeżenie. Sama nie wiem kiedy dotarłam do zakończenia, które wcale nie jest takie oczywiste, jakby się mogło wydawać na podstawie krążących w Internecie opinii. Nieprawdą jest jakoby blurb (Pfuj! Co za  obrzydliwe, ale jakże poręczne, słowo) zdradzał wszystko. Nie zdradza lecz raczej „podpuszcza”. Myślisz, czytelniku, że wszystko wiesz? Że wiesz jak skończy się ta historia? Uważaj, bo możesz się zdziwić!
Gorąco polecam!

niedziela, 15 marca 2015

PERŁA Z LAMUSA


KOLEKCJONER KOŚCI




Jeffery Deaver Kolekcjoner kości - okładka
Tytuł: Kolekcjoner kości
Tytuł oryginału: The Bone Collector
Autor: Jeffery Deaver
Tłumaczenie:  Konrad Krajewski

Wydawca:  Prószyński i S-ka
Data wydania: 2002
Stron: 380
ISBN:83-7337-212-1


Powiem wprost – bardzo dobra książka. Dawno lektura powieści sensacyjnej tak mnie nie wciągnęła.  Owszem, trafiały mi się ciekawe, a nawet bardzo ciekawe,  pozycje obyczajowe i SF, ale kolejne podejścia do powieści sensacyjnych kończyły się nieprzystojnym ziewnięciem i konstatacją, że wszystko już było.  Nie wiem, czy miałam pecha, czy rzeczywiście w dziedzinie sensacji zapanowała jakaś moda na wtórne, przegadane i  przekombinowane utwory. Tak czy siak, zdesperowana postanowiłam sięgnąć po powieść z końca ubiegłego wieku (1997) i nie zawiodłam się.  Co prawda od razu na wstępie popełniałam błąd. Zwabiona zdobiącą okładkę twarzą Angeliny Jolie, wybrałam powieść będącą drugą częścią cyklu.*) Z tego właśnie powodu kilka pierwszych stron szło mi nieco opornie. Na szczęście autor dyskretnie, ale skutecznie wprowadza czytelnika w realia opowieści, dzięki czemu szybko łapiemy wiatr w czytelnicze żagle i mkniemy do przodu połykając książkę strona po stronie.
Jakie cechy powinien mieć dobry thriller? Przede wszystkim intrygę, wartką akcję i niebanalne postaci.
„Kolekcjoner kości” ma to wszystko.
Zacznijmy od intrygi. Nie jest może odkrywcza ani rewolucyjna, tym niemniej jest niezła, szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę iż powstała dwadzieścia lat temu. W Nowym Jorku grasuje szaleniec. Porywa ludzi po czym morduje ich w wyjątkowo okrutny sposób. Chciałoby się wręcz powiedzieć w sposób wyszukany, gdyby nie to, że to określanie niesie w sobie pozytywne przesłanie, a „wyrafinowanie” przestępcy żadnych pozytywnych uczuć nie budzi. W zachowaniu mordercy zwraca uwagę jeden szczegół – pozostawianie przy ofiarach wskazówek, które mogą (choć wcale nie muszą) pomóc policji w uratowaniu kolejnych nieszczęśników. Takie swoiste rebusy, które policja musi rozwiązać. Gra, w  której stawką jest życie. I tak oto stajemy się świadkami zaciętego  pojedynku intelektualnego. Na scenę wkracza błyskotliwy kryminalistyk Rhyme.  Robi co w jego mocy by rozszyfrować wskazówki, zinterpretować ślady i przewidzieć kolejne posunięcia zbrodniarza.  Wnioski przekazuje swej pomocnicy – funkcjonariuszce Amelii Sachs, a gdy ona bierze się do roboty, cóż… Rozpoczyna się wartka akcja, czyli to, co w thrillerach lubimy najbardziej: wyścig z czasem,  pogoń, strzelanina, porwania. Cały czas coś się dzieje – od pierwszej do ostatniej strony nie można narzekać na nudę.
Duet Rhyme i  Sachs. Im też chciałabym poświęcić kilka słów. Nie ma dobrej powieści bez wyrazistych bohaterów (może nie być akcji, ale bohater musi być!). A ta dwójka wyszła autorowi wielce udatnie. Lincolna Rhyme. Obdarzony nadzwyczaj błyskotliwym umysłem, przykuty do łóżka inwalida, jest mimo swych ograniczeń nietuzinkowa osobowością. Trzeba przyznać Deaverowi, że kreując tę postać zachował wszelkie proporcje i uniknął pułapki poprawności politycznej  nie ulegając przy tym  modnemu obecnie trendowi przesadnego hiperrealizmu. Nie jest Lincoln ani herosem, co to bez słowa skargi zmaga się z przeciwnościami losu, ani też pogrążonym w depresji alkoholikiem. Jest człowiekiem, który ma zarówno wady, jak i zalety. Człowiekiem, któremu zdarzają się lepsze i gorsze dni, wzloty i upadki, przypływy entuzjazmu i momenty zniechęcenia. Swego czasu pisałam o innym kryminale, w którym główny bohater także jest inwalidą. O ile jednak w "Jedwabniku" (bo o nim mowa), kalectwo detektywa jest niejako przylepione na siłę (odniosłam wrażenie, że autorka nie miała lepszego pomysłu na „wyróżnik” postaci), o tyle u Deavera ten wątek „gra”. Ma znaczenie zarówno dla rozwoju akcji, jak i dla kreowania Rhyme’a.
Miło zaskoczyła mnie  Amelia Sachs. Spodziewałam się „klasycznej” super-womem, takiej co to każdego chłopa rozłoży na łopatki, nie zna strachu ani zmęczenia, a do tego powala seksapilem każdego napotkanego mężczyznę. Tymczasem nic z tych rzeczy! Amelia Sachs to dręczona przez artretyzm kobieta w średnim wieku, mająca powyżej uszu służby na ulicach, starająca się po prostu rzetelnie wykonywać swoją pracę. Kobieta,  w której istnienie można bez trudu uwierzyć. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że kartach powieści spotykamy wiele ciekawych, drugo- i  trzecioplanowych postaci.
Intryga, akcja, bohaterowie... Mamy już wszystko.  Czy można w powieści sensacyjnej zmieścić coś więcej? Okazuje się, że można! Bo poza warstwą rozrywkową jest „Kolekcjoner kości” głosem w dyskusji o eutanazji. Muszę przyznać, że bardzo przypadł mi do gustu sposób zaprezentowania problemu. Autor, choć nie ukrywa swoich przekonań, nie przemawia jednak do czytelnika  ex cathedra. Co więcej, obiektywnie (na ile to możliwe przy tak działającym na emocje temacie)  prezentuje argumenty obu stron. A że potem opowiada się za jedną z nich? Trudno, żeby było inaczej, na tym polega literatura zaangażowana, nawet jeśli to zaangażowanie pojawia się niejako przy okazji dostarczania rozrywki.

*) A jednak "Kolekcjoner kości" to część pierwsza. „Tańczący trumniarz” powstał rok później. Dziękuję  brak pomysłu za sprostowanie!

czwartek, 5 marca 2015

WCIĄGAJĄCA LEKTURA

POWIEŚĆ OPARTA NA NASTROJU

Żanna Słoniowska "Dom z witrażem" - okładka

Tytuł: Dom z witrażem
Autor: Żanna Słoniowska
Wydawca:  Znak
Data wydania: 2015-02-18
Stron:  260
ISBN: 978-83-240-2684-5

 „Dom z witrażem” jest niczym ciepły sweter – to lektura  idealna na długie, zimowe wieczory, deszczowe jesienne popołudnia i zimne dni przedwiośnia. Otula nas ciepłem nostalgii, pozwala zapomnieć o rzeczywistości i podążyć ulicami Lwowa, wspiąć się po schodach starej kamienicy, zajrzeć do ciasnego mieszkania, gdzie mieszkają obok siebie  Prababka, Babka, Mama i ona – autorka. Losy tych czterech kobiet, żyjących razem pod jednym dachem, kobiet, które jednocześnie kochają się i nienawidzą, splatają się w niełatwą, rzewną (ale nie ckliwą) historię. Historię o czym? Na to pytanie niełatwo odpowiedzieć, bo fabuła „Domu z witrażem” jest tylko pretekstowa.  Na dobrą sprawę fabuły nie ma wcale. Ale czy prawdziwe życie ma fabułę? Rodzimy się, umieramy, przeżywamy własne małe dramaty – dla nas najważniejsze, a dla świata zupełnie nieistotne, nie dbając przy tym o żadną fabułę. Pamięć jest niczym bezdenne pudło skrywające w swym wnętrzu przemieszane bez ładu i składu fotografie. Żyjemy, a obok nas dzieje się historia. Czasem obserwujemy ją patrząc z balkonu na uliczne walki, czasem dopada nas, raz pod postacią żandarmów wdzierających się nad ranem do mieszkania, innym razem jako kula snajpera trafiająca najbliższą nam osobę.

Książka Słoniowskiej jest niczym witraż w tytułowym domu. Autorka buduje opowieść z małych, porozrzucanych w czasie i przestrzeni kawałków. Z zakamarków pamięci wydostaje kolejne wspomnienia-szkiełka, czasem cofa się w przeszłość, czasem wybiega do przodu, kiedy indziej ucieka w bok snując rozbudowane dygresje i rozwijając poboczne wątki. Z tego pozornego chaosu wyłania się powoli spójna opowieść. Z każdym kolejnym kawałkiem widzimy coraz więcej, coraz wyraźniej. Opowieść nabiera barw.

Opowieść o szukaniu własnej tożsamości. W mieście, w którym od zawsze, niczym w tyglu, mieszkali obok siebie ludzie różnych narodowości: Rosjanie, Polacy, Ukraińcy, Żydzi, nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie „kim jestem”.  Nic dziwnego, że są tacy, którzy mówią po prostu „jestem narodowości lwowskiej”.

Opowieść o mieście, które można czytać niczym książkę, jeśli tylko zna się litery dziwacznego alfabetu, którym została napisana.

Opowieść o tęsknocie za wolnością. Za tą wielką – wolnością narodu i tą małą – wolnością osobistą. Za wolnością myśli, miłości, pragnień. I o dążeniu do niej, nawet jeśli trzeba zapłacić za nią najwyższą cenę.

Opowieść o nadziejach i marzeniach – tych niespełnionych i tych zrealizowanych. Tych, które odebrał nam los i tych, z których sami zrezygnowaliśmy.

Opowieść o więzach rodzinnych, czasem niszczących, czasem znienawidzonych, a jednak nadających jakąś ciągłość naszemu istnieniu. „Jesteśmy jak matrioszki, jedna siedzi w brzuchu drugiej, nie do końca wiadomo która w której, wiadomo tylko, która żyje, a która już nie, jesteśmy jak matrioszki przeszyte jednym strzałem na wylot […]” – pisze autorka.

Opowieść o miłości nie mająca w sobie nic z lukrowanego romansu. O miłości niosącej cierpienie, rozczarowanie, ból rozstania i odrzucenia.

Opowieść o otwarciu na sztukę, którą młodej kochance pokazuje dojrzały mężczyzna.

„Dom z witrażem” to rzecz, której nie wolno czytać szybko. Usiądź, czytelniku, w wygodnym fotelu, postaw obok filiżankę gorącej kawy lub aromatycznej herbaty i delektuj się niespieszną lekturą.

niedziela, 1 marca 2015

ŚWIAT EUGENIUSZA BODO

NARODZINY POLSKIEGO KRYMINAŁU


Tytuł: Czerwony błazen
Autor: Aleksander Błażejowski
Data wydania: maj 2012
Wydawnictwo: Ciekawe Miejsca.net
Stron: 160
ISBN:978-83-928349-7-7

Dla nikogo nie jest tajemnicą, żem jest miłośniczką starych kryminałów. Tych naprawdę starych: Conan Doyla, Agaty Christie i tych nieco nowszych ("nieco" jest tu słowem kluczowym) - Tadeusza Kosteckiego, Joe Alexa, Jerzego Edigeya czy Zygmunta Zeydler-Zborowskiego. Chandler chwilami bywa dla mnie zbyt nowatorski. :)

Nic więc dziwnego, że dowiedziawszy się o serii "Kryminały przedwojennej Warszawy" zaśliniłam się niczym pies Pawłowa na widok czerwonego światełka i pomknęłam do księgarni po zakupy. Pomknęłam wirtualnie, bo książek ze wspomnianej serii w księgarniach stacjonarnych nie stwierdziwszy skorzystałam z dobrodziejstwa internetu. Tak czy siak, drogą kupna weszłam w posiadanie kilku pozycji. Niezwłocznie też przystąpiłam do lektury. Na pierwszy ogień poszła oznaczona numerem jeden powieść "Czerwony błazen" Aleksandra Błażejowskiego.

Już po kilku stronach zorientowałam się, że muszę przestawić się na inny tryb odbioru - ten sam, który stosuję oglądając przedwojenne, czarno-biało filmy. Takie z Jadwigą Smosarską czy Franciszkiem Brodniewiczem. Nie na darmo, ostatnią stronę okładki zdobi zdjęcie Eugeniusza Bodo i Nory Ney, pochodzące z ekranizacji "Czerwonego diabła" z roku 1926. Ach, ten patos! Ten pełen egzaltacji język! Te zdania wyszukane! Aż łza wzruszenia się w oku kręci. 
Pozwolę sobie zamieścić kilka króciutkich cytatów, bo one lepiej niż najszczegółowszy opis pokażą, co mam na myśli. Oto urywki z rozmowy dwóch braci.

- Wierz mi Józefie, że nie tylko głęboki szacunek i wdzięczność żywię do ciebie w swym sercu, ale i miłość jakby synowską. [...]
- Wielkie dotknęło mnie nieszczęście. Z duszy i serca chciałbym je przed tobą, Józefie, jak przed ojcem wyjawić [...]

Z tego, co udało mi się ustalić, powieść "Czerwony błazen" wydano w roku 1925, a więc pięć lat po debiucie Agaty Christie ("Tajemnicza historia w Styles"), że o przygodach Sherlocka Holmesa nawet nie wspomnę. A jednak dzieła Anglików nawet w połowie nie trącą myszką tak, jak powieść Błażejowskiego.

Specyficzna jest także konstrukcja książki. Autor dość szczegółowo prezentuje postaci dramatu, ich wzajemne powiązania i zależności. "Dość", bo cały czas musimy pamiętać, że rzecz idzie o dziele niezbyt obszernym. Poznajemy okoliczności zbrodni, głównego podejrzanego (wraz z rodziną) oraz, oczywiście, prowadzących śledztwo prokuratora Glińskiego i komisarza Borewicza (muszę przyznać, że nazwisko mnie powaliło!). Samego śledztwa jest natomiast jak na lekarstwo. Właściwie nic o nim nie wiemy. Dopiero w ostatnim rozdziale komisarz Borewicz wyskakuje niczym diabeł z pudełka z gotowym rozwiązaniem zagadki, by w przydługim nieco monologu wyjaśnić nam kto zabił. Ostatnie kilkanaście stron to wyjaśnienie "dlaczego", podane czytelnikowi w mało wyrafinowany sposób - jako zapis zeznania mordercy.

Cóż jeszcze można powiedzieć o "Czerwonym błaźnie"? Powieść to nieskomplikowana, zarówno pod względem formalnym jak i fabularnym. Mimo to warto ją przeczytać w celach naukowo-poznawczych, by wiedzieć jak rodziła się polska powieść kryminalna.

PS. Na okładce wielkimi, czerwonymi literami wydrukowano "ZAKAZANA W PRL". To akurat dość tani chwyt, bo żadnych nieprawomyślnych rewelacji w powieści nie znajdziemy. Przypomina to jako żywo pomysł Boya, by rozprawę o metodzie Kartezjusza opatrzyć adnotacją TYLKO DLA DOROSŁYCH. 

niedziela, 22 lutego 2015

POWRÓT SF


POMYSŁOWY DOBROMIR W KOSMOSIE


Okładka Andy Weir - Marsjanin
Tytuł: Marsjanin
Autor: Andy Weir
Tytuł oryginału: The Martian
Tłumaczenie:  Marcin Ring
Data wydania: 19-11-2014
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 384
ISBN: 978-83-7758-817-8


„Marsjanin”  to taka dziwna książka, którą czyta się albo w jeden wieczór, albo bardzo, bardzo długo. W obu przypadkach można mieć z lektury sporo satysfakcji. Dajcie mi chwilę, a wytłumaczę się z tej nieco pokrętnej wypowiedzi.
Debiutancka powieść Andego Weira opowiada historię kosmicznego rozbitka - Marka Watney’a.  Nieszczęśliwy zbieg okoliczności sprawia, że astronauta zostaje zupełnie sam na odległej plancie. Nietrudno się domyśleć, że planetą tą jest Mars. :) Co dalej? Nie zdradzę żadnej tajemnicy, jeśli napiszę, że Mark robi co w jego mocy (a nawet trochę więcej), by przeżyć we wrogim środowisku. To wszystko. Właściwie streściłam 90% akcji. Jeśli ktoś liczy na spotkanie z Obcymi czy chociażby odkrycie śladów wymarłej, pradawnej cywilizacji, to od razu uprzedzam – nic z tych rzeczy! Marsjan nie będzie. Co w takim razie będzie? Ano szczegółowy opis walki Watney’a z wrogim środowiskiem, z pechem i niefortunnymi zrządzeniami losu. A radzi sobie z nimi niczym Pomysłowy Dobromir. No dobrze, dla tych którzy Dobromira nie pamiętają – radzi sobie niczym MacGyver, co to z gumy do żucia, taśmy klejącej i pudełka zapałek potrafił zrobić rakietę balistyczną. 
Tak, tak dobrze mnie zrozumieliście! Lwia część książki to opisy co i z czego zmajstrował nasz bohater. I tu dochodzę to momentu, gdy mogę się wytłumaczyć z pierwszego zdania. Opisy technicznych dokonań Marka Watney'a można albo szybciutko przelecieć wzrokiem przyjmując jedynie do wiadomości  „ok, wziął dwie rurki i drucik i zrobił regenerator tlenu” – wtedy czytamy bardzo szybko, ale można też przyjąć wręcz odwrotną strategię i wgryzać się słowo po słowie w kolejne dziwaczne konstrukcje i próbować zrozumieć jak to działa (albo przynajmniej jak to miało działać w zamyśle autora) – wtedy czytanie zajmie naprawdę sporo czasu. Oczywiście, do wielu pomysłów można się przyczepić, jednakże z satysfakcją stwierdzam, że jakiś nomen-omen kosmicznych bzdur nie znalazłam.  Owszem, małe bzdurki i naginanie rzeczywistości co i rusz się Weirowi przytrafiają, ale wszystko to można wybaczyć tłumacząc „licentia poetica”. W końcu „Marsjanin” to powieść rozrywkowa, a nie podręcznik mechaniki i termodynamiki dla początkujących.
Pomijając zawiłości techniczne, książkę czyta się płynnie za sprawą prostego, potocznego języka. Języka wręcz luzackiego. Tu muszę się przyznać, że w pewnej chwili ów luz zaczął mnie męczyć. Wyobraźcie sobie kilkugodzinną podróż w towarzystwie bardzo dowcipnego towarzysza, takiego, co to ani jednego zdania bez dowcipu powiedzieć nie da rady. Każdy przynajmniej raz w życiu miał do czynienia z kimś takim – na początku jest fajnie, ale po pewnym czasie chce się krzyknąć „Ej, koleś, przestań nawijać jak gimnazjalista po trzecim piwie!”
Pod względem formalnym „Marsjanin” jest rzeczą bardzo prostą.  Uwaga: nie uważam słowa „prosty” za określenie pejoratywne. Pejoratywne byłoby „prostacki”. „Prosty” jest w moim odczuciu słowem neutralnym. Jest nawet takie przysłowie „prostota jest siostrą geniuszu. Dlaczego tak twierdzę? A dlatego, że cała fabuła opiera się na prostym założeniu – uda się naszemu bohaterowi czy nie uda. Nie ma żadnej zagadki do rozwikłania, żadnej ukrytej tajemnicy, nie ma też głębszej analizy psychologicznej, ani socjologicznej. Co prawda oprócz historii Marka Watney’a mamy jeszcze dwa równoległe wątki: jeden dotyczy działań NASA, drugi poczynań załogi „Hermesa” – macierzystego statku Watney’a. Zostały one jednak potraktowane przez autora instrumentalnie – są rozwinięte tylko na tyle, na ile jest to absolutnie niezbędne do poprowadzenia głównej historii. Jest wszak rzeczą oczywistą, że nasz bohater, mimo niewątpliwego sprytu i inteligencji, sam, na piechotę nie da rady wrócić na Ziemię. Czy uzyska pomoc z zewnątrz? Czy przeżyje? Nie powiem. Nie będę psuć przyjemności.
Przez cały czas zastanawiałam się jak podsumować moje spotkanie z „Marsjaninem”? Cóż, mimo pewnych mankamentów lekturę uważam za satysfakcjonującą. Po rozdętych do bólu sagach, pełnych elfów, krasnoludów i innych smoków, spotkanie ze starą, dobrą SF jest doświadczeniem bardzo ożywczym i bez wątpienia przyjemnym. Polecam wszystkim miłośnikom fantastyki, a szczególnie tym, którzy wychowali się na fantastyce „Złotego wieku”.

poniedziałek, 16 lutego 2015

PROSTO SPOD IGŁY

SZÓSTY PATROL


Tytuł: Шестой Дозор (Szósty Patrol)
Autor: Siergiej Łukjanienko
Tłumacz: Brak wydania polskiego
ISBN: 978-5-17-087844-4
Ilość stron: 266
Data wydania: grudzień 2014

Jakoś tak jesienią ubiegłego roku wydawnictwo MAG wznowiło serię "Patroli" Siergieja Łukjanienko. Zwieńczeniem tego przedsięwzięcia była publikacja piątej części cyklu - "Nowy patrol". Tym niemniej nie o nim chciałam pisać lecz o absolutnej nowości "prosto spod igły", a właściwie "prosto spod klawiatury".  Jako, że dziwne literki nie przerażają mnie, a wręcz je lubię, skorzystałam skwapliwie z tego, że w dobie e-booków i internetu mogłam najnowsze dzieło Łukjanienki kupić (jak najbardziej zgodnie z prawem) już w dniu premiery. I to za 7,90 zł. Już dawno zwróciłam uwagę na bardzo atrakcyjne ceny e-booków na wschodzie. I rzecz nie tylko w kursie rubla (choć nie jest on całkiem bez znaczenia) lecz w strategii wydawców - większość książek elektronicznych jest w Rosji po prostu znacznie tańsza od wydań papierowych. I już.
Nieco dziś utonęłam w dygresjach, tym niemniej pozwolę sobie na jeszcze jedną. Chciałabym w kilku słowach podsumować "Patrole" wydane przez MAG-a. Co różni je od wydania KiW? 
Po pierwsze, tłumacz: tym razem wszystkie tłumaczenia wyszły spod pióra Ewy Skórskiej.  Może to i lepiej, bo choć przekład Zbigniewa Landowskiego bardzo mi się podobał, to jednak przy czytaniu kolejnych tomów tłumaczonych przez panią Skórską czuło się wyraźną różnicę pióra.
Po drugie, wizualna strona wydania: na plus trzeba zaliczyć MAGowi przygotowanie dwóch wersji okładek: nowej nawiązującej do stylistyki KiW (niektórzy bibliofile cenią sobie jednorodność serii) i nowej. Aczkolwiek co do wartości artystycznej okładki uczucia mam "zmieszane". Jak dla mnie zarówno stary, jak i nowy projekt są paskudne. Ponadto bardzo żałuję, że chociażby niewielka część nakładu nie została wydana w twardych okładkach. Z pewnością taką bym kupiła, aczkolwiek...
Po trzecie, czyli "aczkolwiek": jakość tego co mamy w środku. Auuuu! Boli! Auuuu! Takiej ilości literówek nie widziałam od czasu słynnych "klubówek". Moja technika czytania sprawia, że większość drobnych błędów pisowni zwyczajnie nie zauważam. (Z przykrością muszę się przyznać, że nie dostrzegam ich także we własnych tekstach).  Nie widzę i już - tak  jak osoby pozbawione słuchu muzycznego nie słyszą fałszywej nuty. Jeśli więc nawet JA zauważyłam, że jest ich mnóstwo, to musi być źle. Naprawdę źle. Niektóre, są doprawdy irytujące, np. "powiedziałam" zamiast "powiedziałem" sprawia, że czytelnik przez chwilę czuje się zagubiony.
A teraz nadszedł czas, by przejść do sedna. Już sam tytuł "Szósty Patrol" sprawił, że się uśmiechnęłam. Autor niejako wychodzi na przeciw prześmiewcom, zarzucającym mu ciągnięcie opowieści w nieskończoność. Puszcza oko do czytelników - tak, tak moi drodzy, to już szósty patrol. Inna sprawa, że potem w tekście wznosi karkołomną konstrukcję, by wytłumaczyć dlaczego "szósty patrol" a nie "patrol sześciu". Ma jednak na tyle sprawne pióro, że z próby wychodzi zwycięsko. 
Sama powieść, jak na szóstą część cyklu, jest nadspodziewanie udana. Oczywiście, podczas lektury nie ma tego uczucia świeżości i zaskoczenia, co podczas spotkania z "Nocnym Patrolem". Tamta powieść była czymś nowym, innym, zaskakującym. W "Szóstym Patrolu" może zaskakiwać (albo i nie - zależy na ile ktoś jest domyślny) rozwiązanie konkretnej zagadki, ale wykreowany przez Łukjanienkę świat jest nam już znany i wręcz oswojony. To nie zarzut, raczej stwierdzenie oczywistej oczywistości.
Także postaci, które spotykamy w "Szóstym Patrolu" są nam w większości znane: Anton Gorodecki, Swietłana, Heser, Zawulon oraz plejada postaci drugoplanowych wraz z moim ukochanym Łasem (przy najbliższej okazji planuję poprosić Łukjanienkę o zwiększenie zawartości procentowej Łasa w tekście).
Akcja, jak to u Łukjanienki zwykle bywa, toczy się wartko, by od czasu do czasu niemal stanąć. Zauważyliście, że autor lubi zrobić tu i ówdzie przerwę na rozważania o naturze życia i świata? To bardzo charakterystyczne dla Rosjan w ogóle. Nie raz widziałam taką scenę: zabawa trwa w najlepsze, tańce, śpiewy (Rosjanie kochają śpiewać), śmiechy i nagle ni stąd ni zowąd towarzystwo dopada zbiorowy atak filozofii. Pogadają przez chwilę o sensie życia, o bycie i niebycie, o dylematach moralnych inteligenta pracującego, by po chwili jakby nigdy nic wrócić do zabawy. Taka właśnie, bardzo rosyjska, jest narracja Łukjanienki. Mnie osobiście bardzo odpowiada, ale rozumiem, że niektórych  czytelników, zwłaszcza młodszych - wychowanych na reklamach i teledyskach, przyzwyczajonych do szybkiego tempa przetwarzania informacji, może nieco irytować. Sprawa gustu.
Fabuła. W moich omówieniach przeczytanych książek staram się unikać streszczania fabuły. Nie o to przecież chodzi. Pozwolę sobie tylko na uwagę ogólną, dotyczącą całej serii. Z tomu na tom, powoli, ale bardzo konsekwentnie zmienia się rozłożenie akcentów. Początkowo autor koncentrował się głównie na spiskach i intrygach - zarówno tych wewnętrznych, jak i na walce na linii Zawulon-Heser. W kolejnych tomach intryg stopniowo staje się coraz mniej, a ich miejsce znajdują coraz liczniejsze elementy sensacyjne: pogonie, walki, otwarte ataki i bezpośrednie starcia. Mniej jest polityki, mniej knucia. Trochę szkoda, bo knujstwa wszelakie to jest to, co najbardziej lubię. Oczywiście, tylko w literaturze  i filmie - broń Boże  nie w życiu.
Ewolucji podlega także struktura kolejnych części. Od pierwszej książki cyklu autor konsekwentnie dzieli tekst na trzy opowieści. W "Nocnym Patrolu" były to niemal oddzielne opowiadania, dość luźno ze sobą powiązane, dopiero na końcu splatające się w całość. Skądinąd bardzo udatnie się splatające. Z każdym tomem ten podział jest coraz bardziej umowny, by w "Szóstym Patrolu" stać się wyłącznie zabiegiem formalnym zapewniającym spójność całości.
Czy polecam "Szósty Patrol"? Myślę, że to pytanie nie ma większego sensu. Komu podobały się poprzednie części, z pewnością przeczyta powieść z przyjemnością. Kogo poprzednie tomy nie przekonały do świata wykreowanego przez Łukjanienkę, tego i szósty tom nie przekona.
Czytając "Patrole" po rosyjsku, miałam cały czas wrażenie, że język oryginału jest znacznie bardziej potoczny niż język tłumaczenia. W wydaniu polskim, tekst jest bardziej "literacki". W przekonaniu o tym, że mam rację utwierdziła mnie taka oto ciekawostka. Na stronie wydawcy znalazłam następujące dane statystyczne:

Aktywny zasób leksykalny: średni (2837 unikatowych słów na 10000 słowa tekstu)
Średnia długość zdania: 47 znaków - znacznie poniżej średniej (82)
Procentowy udział dialogów w tekście: 47% - znacznie powyżej średniej (36%)

Jako że nie każdy z odwiedzających mój blog ma możliwość (lub ochotę) przebrnąć przez blurba w oryginale, na koniec pozwolę sobie przytoczyć tekst z ostatniej strony okładki.

 "Na przestrzeni całej historii ludzkości Inni - Jasni i Ciemni - przeciwstawiają się sobie na wzajem, utrzymując równowagę sił Światła i Ciemności. Magowie, wiedźmy, wilkołaki i pozostali Inni żyją obok ludzi, którzy nawet nie podejrzewają ich istnienia. [...]
Nadciąga Apokalipsa. Inni są zmuszeni stworzyć nowy - Szósty Patrol, zdolny obronić przed niemalże nieuchronną zgubą wszystko co żywe na Ziemi."

PS. Do cyklu "Patrole"  formalnie należą także następujące pozycje

  •  "Oblicze Czarnej Palmiry" (Лик чёрной Пальмиры) Władimir Wasiliew 
  •  "Мелкий дозор" (opowiadanie - brak wydania polskiego) Siergiej Łukjanienko
  •  "Новогодний Дозор"  (opowiadanie - brak wydania polskiego) Siergiej Łukjanienko
  •  "Время инверсий" (brak wydania polskiego)  Władimir Wasiliew
  •  "Печать Сумрака" (brak wydania polskiego)  Siergiej Łukjanienko, Iwan Kuzniecow
  •  "Дозоры 3:Участковый" (brak wydania polskiego) Siergiej Łukjanienko, Aleks de Klemiesze