niedziela, 31 stycznia 2016

WSTYDLIWE PRZYJEMNOŚCI

MORDIMER MADDERDIN – ODSŁONA DZIESIĄTA, JUBILEUSZOWA



Tytuł: Ja, inkwizytor. Kościany Galeon
Cykl: Mordimer Madderdin
Autor: Jacek Piekara
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: Listopad 2015
Liczba stron: 400
ISBN: 978-83-7964-017-1

To już (podobno) dziesiąte spotkanie z Mordimerem Madderdinm. Tak przynajmniej wychodzi mi z liczenia książek na półce i z informacji podanych przez Wikipedię, ale głowy za to nie dam, bo coś mogło mi umknąć, jako że wydawca nieco kombinował  z tytułami cykli, a i sam Jacek Piekara sprawę zamotał tworząc przeróżne prequele, sequele i spinn offy.  W sumie nieważne. Ważne, że kolejny tom przygód inkwizytora po wielu perypetiach (kto zamawiał przedpremierowo, ten wie, o czym piszę) dotarł do rąk czytelników.
Muszę się przyznać, że książki Piekary zaliczam do przyjemności, których może się nie wstydzę, ale też nie uważam za szczególny powód do dumy. Coś jak oglądanie dziewiątego sezony „Detektywa Murdocha”.  Oglądam, bo lubię. Czytam, bo lubię.  Mogłabym wymienić całkiem sporo wad kolejnych powieści Jacka Piekary, ale po co, jeśli do pewnego momentu dobrze się czytały. A przecież o to głównie chodzi w literaturze popularnej – ma dawać przyjemność, a nie koniecznie ubogacać nas wewnętrznie. Oczywiście nie szkodzi jeśli ubogaci. Może, ale nie musi. Cykl o Mordimerze Madderdinie nie ubogaca, ale dostarcza rozrywki. Kropka.
Napisałam, że kolejne tomy cyklu czytały się dobrze do pewnego momentu, bo niestety, gdzieś w połowie poziom zaczął powolutku spadać, a już w przypadku „Łowcy dusz”  poleciał na pysk.  Jeśli chodzi o „Kościany Galeon" jest może nieco lepiej, ale do dawnej kondycji  autorowi  daleko.
Powiem szczerze, pewnie nie dobrnęłabym do końca powieści,  gdyby nie główny bohater, którego przez te wszystkie lata polubiłam. Ale czy jedna postać może udźwignąć czterystustronicową powieść? Ktoś może się zapytać: „Jak to jedna postać? Przecież Mordimer obraca się wśród ludzi, co i rusz kogoś nowego spotyka?”. Fakt, spotyka, ale co z tego, jeśli pozostałe osoby są blade niczym personalna z młyna i płaskie jak Wielka  Równina Syberyjska. A szkoda, bo niektóre zapowiadały się doprawdy ciekawie. Chociażby żona Van Dijka, doktor Metzengechter, czy obdarzony nadprzyrodzonymi zdolnościami Gunther Gune. Każdy z nich mógłby być bohaterem osobnej opowieści  lecz niestety, dane im być tylko mdłym tłem. Choć pojawiają się co i rusz na kartach książki, to nic a nic z tego nie wynika. No, może poza kilkoma rozwleczonymi, nie wnoszącymi wiele dialogami i, w przypadku pięknej Konstancji, paroma przyklejonymi na siłę scenami erotycznymi .
Z postaciami jest nie najlepiej, może więc akcja? Uuuuu…. Z tym jeszcze gorzej. Najpierw przez około 250 stron nic się nie dzieje. Muszę się szczerze przyznać, że od pewnego momentu zamiast czytać, po prostu przesuwałam wzrok po kolejnych stronicach, w nadziei, że coś się wydarzy. Co gorsza, w pewnej chwili miałam wrażanie, że ja już to kiedyś gdzieś czytałam. Autor, najwidoczniej z braku lepszego pomysłu, wykorzystuje starą, eksploatowaną wielokrotnie legendę (chociażby przez Andrzeja Pilipiuka w „Kuzynkach). Nie, broń Boże, nie zarzucam Piekarze plagiatu – odwołania do legend i bajań to znane rozwiązanie literackie - a jedynie brak świeżego pomysłu. W końcu, gdzieś w okolicach dwóch trzecich powieści, czytelnik zostaje nagrodzony za cierpliwość. Przez chwilę mamy do czynienia z dawnym Piekarą, takim, jakiego pamiętamy z pierwszych tomów cyklu. Scena zemsty na demonie jest naprawdę niezła.
Jednakże radość nie trwa długo. Autor kończy historię tak szybko, jak to tylko możliwe, a właściwie nawet jeszcze szybciej.  Większość wątków pobocznych (poboczny, to nie znaczny nieistotny!) zostaje zamknięta byle jak, coby nie powiedzieć niechlujnie. Co tak naprawdę stało 
się z Guntherem Gune? Kim była tajemnicza dama? Z kim rozmawiała? Skąd czerpała moc? Nie wiem.  Nie wiem też jaki był zamysł autora. Czy przecenił moją inteligencję (powinnam się domyślić)? Czy ma to być cliff hanger (cobym wydała kolejne X zł na jedenasty tom cyklu)? A może po prostu sam Piekara nie wiedział co z tym fantem zrobić?
Żeby chociaż na tym zakończył, ale gdzie tam! Funduje nam jeszcze straaaaasznie długi epilog, przyklejony do całości wyraźnie na siłę. Dla ostatnich pięćdziesięciu stron nie widzę innego uzasadnienia jak tylko nabijanie objętości do której autor zobowiązał się przed wydawcą.
Odniosłam wrażenie, że Piekara miał pomysł na niezłe (choć nie wybitne) opowiadanie. Gdyby zdecydował się na krótką formę, „Kościany Galeon” mógłby być przyzwoitym tekstem.  Niestety, rozdęty do monstrualnych rozmiarów jest niczym owinięte w kolorowy papier, przewiązane kolorową kokardą, wielkie pudło. Zaglądasz z nadzieją do środka, a tam zamiast oczekiwanego prezentu zieje pustka.
Podsumowując. Cykl o inkwizytorze nieuchronnie się stacza.  Nie wiem dlaczego. Może autor przeżywa kryzys twórczy, a może po prostu wyczerpał potencjał postaci i pomysłu? Jaki by nie był prawdziwy powód, „Kościany Galeon” to moje rozczarowanie miesiąca.

wtorek, 26 stycznia 2016

LITERATURA WAGONOWA

DLA DOSKONALĄCYCH ANGIELSKI (I NIE TYLKO)


Tytuł: A killer collection
SeriaA Collectible Mystery
Autor: Ellery Adams
Wydawca: J.B. Stanley
Data wydania: 2006-01-03
Liczba stron: 224
ISBN:  978-04-2520-745-1

Na własny użytek stworzyłam onegdaj specjalną kategorię książek i nadałam jej nazwę "literatura wagonowa". Określenie to bierze się stąd, że są to pozycje w sam raz do czytania w wagonie pociągu, tramwaju lub metra (jeśli akurat jesteśmy w mieście, które się metra dorobiło), czyli wszędzie tam, gdzie nie bardzo jest możliwość skupienia się nad bardziej wyrafinowaną lekturą. Alternatywne miejsca zastosowania literatury wagonowej: w poczekalni u lekarza albo dentysty, czekanie z farbą na głowie u fryzjera, długa kolejka po bilet (dowolny) i inne tego typu atrakcje. Powiem wprost - szkoda marnować dobrą książkę na czytanie w takich warunkach, z drugiej jednak strony szkoda tracić czas na czytanie książek złych. I tu w sukurs przychodzą nam pozycje nie tyle złe, co błahe, czyli owa właśnie literatura wagonowa. Prym w tej kategorii wiodą romanse i kryminały, wytworzyła się też cała grupa pisarzy specjalizujących się w masowej produkcji (bo trudno nazwać ten proces tworzeniem) tego typu dzieł. Skoncentrujmy się na kryminałach, jako że jest to gatunek bliższy mojemu sercu. Na blogu wspominałam kilkakrotnie (tutaj, tutaj i tutaj) pozycje pióra M.C. Beaton twórczyni takich postaci jak Hamish Macbeth czy Agatha Raisin. Inną, znaną polskiemu czytelnikowi pisarka uprawiająca ten gatunek jest Carola Dunn, "matka" Daisy D,. czyli Daisy Darlymple. Książki tych pań zajmują po kilka półek we wszystkich większych amerykańskich księgarniach. Tam też natknęłam się na kolejną pisarkę (czyżby była to domena kobiet?) tworzącą masowo takie lekkie, króciutkie, kryminały. Chodzi o Ellery Adams, autorkę czternastu powieści kryminalnych (przynajmniej ja tylu się doliczyłam). Czternaście książek to sporo, ale do rekordzistek jej daleko - w przypadku Marion Chesney doliczyłam się 139 publikacji (pod różnymi pseudonimami, jeden z nich to M.C. Beaton).
Książka "A killer collection" to pierwszy tom serii „A Collectible Mystery” opowiadającej o przygodach Molly Appleby. Bohaterka interesuje się wszelkiego rodzaju rękodziełem oraz antykami. Jest to pasja zarówno prywatna - miłością do kolekcjonowania zaraziła ją matka, jak i zawodowa - Molly pisuje artykuły do magazynu "Collector’s Weekly ". Podczas z wizyt na jednej z imprez związanych ze sprzedażą ceramiki Molly staje się świadkiem podejrzanej śmierci kolekcjonera. Dodajmy bardzo niemiłego i ogólnie znienawidzonego osobnika. Zagadka nie daje naszej bohaterce spokoju, więc pod pretekstem zbierania materiałów do kolejnego artykułu, zaczyna węszyć. Co było dalej, nie powiem, żeby nie psuć zabawy.
Akcja powieści jest dość prosta, ale zgrabnie poprowadzona. Postaci dość sympatyczne, wyraziste, choć nie da się ukryć, że dość płytkie i jednowymiarowe.   Jak to często bywa w przypadku książek rozpoczynających cykl, początek powieści to swoista rozbiegówka poświęcona prezentacji postaci. Na zbrodnię musimy czekać aż do trzeciego rozdziału. Na szczęście rozdziały nie są specjalnie długie, więc nie ma tragedii. Można też mieć nadzieję, że w kolejnych tomach autorka szybciej przejdzie do rzeczy. 
Trzeba też przyznać  że Ellery Adams "odrobiła lekcje".   "A killer collection" ma, o dziwo!, pewne walory edukacyjne. Ktoś, kto nigdy nie zetknął się z garncarstwem może całkiem sporo dowiedzieć się zarówno na temat samego rzemiosła jak i obyczajów panujących w zamkniętym światku kolekcjonerów ceramiki. Informacje podane zostały w sposób nieinwazyjny. Rozsiane tu i tam po tekście nie sprawiają wrażenia wykładu. Dzięki temu wiedzę przyswajamy niejako mimochodem, nie wiadomo kiedy.  Zaznaczam jednak, że nie jest to wiedza specjalnie głęboka. Ot, taka garść ciekawostek, niewątpliwie interesujących dla kompletnego laika, takiego jak ja.
"A killer collection" nie została przetłumaczona na polski, i, mówiąc szczerze, wątpię, by się kiedyś doczekała polskiego wydania. Zazwyczaj nie piszę  takich pozycjach. Jeśli już wspominam książkę obcojęzyczną, to zwykle są to pozycje które za jakiś czas pojawią się na naszym rynku. Ot, taka forma opinii przedpremierowej. Tym razem zrobię wyjątek. Uważam, że jest to świetna pozycja dla osób pragnących połączyć przyjemne z pożytecznym. Masz ochotę podszlifować angielski, niekoniecznie nudząc się nad kolejną czytanką? Chcesz czytać literaturę anglojęzyczną, ale z jednej strony nie masz ochoty na wersje "retold by" z zakresem leksykalnym okrojonym do 500 podstawowych słów, a z drugiej strony nie czujesz się na siłach walczyć ze zdaniami poczwórnie podrzędnie złożonymi? W takim przypadku "A killer collection" jest dla Ciebie. Książkę bez trudu i bez słownika przeczyta każdy władający językiem na poziomie "Upper Intermediate". Osobiście, podczas całej lektury sprawdziłam w słowniku jeden wyraz *)
Z zakupem lub wypożyczeniem wersji papierowej może być kłopot, gdyż w Polsce nie jest dostępna, można jednak bez trudu kupić wersję elektroniczną, zarówno tego kryminału jak i innych książek Ellery Adams.

*) Dla dociekliwych. Chodzi o słowo "kiln" (piec do wypalania, prażenia, suszenia)

czwartek, 21 stycznia 2016

PODOBIEŃSTWA I RÓŻNICE


THRILLER THRILLEROWI NIERÓWNY


Są czytelnicy, którzy dobierając lektury stosują swoisty płodozmian: jedni nigdy nie czytają pod rząd dwóch książek tego samego autora, inni idą dalej i zmieniają gatunki, ba!, są nawet tacy, co lubią zmienić język publikacji. Istnieje też druga grupa czytelników, których na własne potrzeby nazywam "maratończykami". To tacy, którzy nie spoczną dopóki nie przeczytają wszystkich dostępnych na rynku książek  danego autora. Mentalnie bliżej mi do grupy drugiej, aczkolwiek bez przesady. Ostatnio zastosowałam metodę pośrednią. Przeczytałam dwie powieści, które co prawda są dziełami różnych autorów, ale mają ze sobą wiele wspólnego. 
Oto co łączy wypomniane pozycje: obie książki to thrillery psychologiczne, obie wyszły spod piór kobiet, obie koncentrują się na analizie toksycznych związków (różnego rodzaju), z obu emanuję podobna ciążka atmosfera,  nawet sposób narracji jest nieco podobny - historie nie są opowiadane z jednego punktu widzenia, lecz z trzech.
Oczywiście, są też różnice, Jako główną wymieniłabym rozłożenie akcentów. Thriller psychologiczny - jak sama nazwa wskazuje - ma dwie składowe: element sensacji i element psychologii. O ile w "Dziewczynie z pociągu" nacisk położono na "thriller", o tyle w "Przerwanym milczeniu" chodzi przede wszystkim o składową "psychologiczny". Motyw  sensacyjny to dla "Dziewczyny z pociągu" kręgosłup, na którym trzyma się całość. Po jego usunięciu niewiele by zostało, natomiast "Przerwane milczenie" po takim zabiegu pozostałoby nadal pełnowartościową, ciekawą powieścią, bo zbrodnia, choć krwawa, jest tu tylko pretekstem do opowieści o mrocznych tajemnicach.

Ale skończmy z ogólnikami. Czas na garść szczegółów.


"Dziewczyna z pociągu" to debiut literacki Pauli Hawkins, który szturmem wdarł się na listy światowych bestsellerów. O czym traktuje powieść, która uwiodła serca (i portfele) milionów czytelników?
Rachel, rozwódka i alkoholiczka, znalazła się na życiowym zakręcie. Dojeżdżając codziennie do Londynu obserwuje z okna pociągu życie dwójki młodych ludzi. Widzi ich każdego dnia, gdy pociąg zatrzymuje się pod semaforem. Postój trwa tylko kilka chwil, ale to wystarczy, by Rachel dorobiła do tego co widzi cała wyimaginowaną historię. Nawet nadaje imiona obserwowanej parze, nazywa ich Jess i Janson. Snuje marzenia o ich życiu, życiu jakie sama chciałaby wieść - cudownym, idealnym, wręcz bajkowym. Ten wyidealizowany obraz nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością, a słodka bajka okazuje się mroczną baśnią, pełną upiorów i nieszczęść. Pomysł ten, aczkolwiek nie nowy, dość mi przypadł do gustu. To, że nasze marzenia i rojenia często nie mają wiele wspólnego z prawdą nie jest specjalnym odkryciem, a jednak za każdym razem uzmysławiając sobie ową oczywistą oczywistość zdumiewamy się niepomiernie, nieprawdaż?
Dość ciekawy, choć też nie nowy, jest sposób prowadzenia narracji. Co chwila zmieniamy punkt widzenia, obserwując historię oczami to jednego, to drugiego bohatera. Co więcej, chronologia również jest mocno pokrętna. Część historii dziejąca się w teraźniejszości poprzerywana jest licznymi retrospekcjami. Ten sposób prowadzenia opowieści nazwałabym narracją w stylu Tarrantino. Czyż nie przypomina wam to kultowego "Pulp fiction"? Gdyby Quentin T. nie kręcił filmów lecz pisał książki, tak z pewnością wyglądałaby narracja.
Rzecz czyta się dobrze. Język jest płynny, potoczysty, dialogi dobrze skonstruowane, akcja toczy się wartko. Pod względem fabularnym powieść ma wszystko to, co dobry thriller mieć powinien: zagadkę, liczne tropy - te pomocne i te mylące. Co i rusz wychodzi na jaw jakaś tajemnica z przeszłości, która jednak niczego nie tłumaczy, a jedynie rodzi nowe pytania.
Autorka niczym pracowita pszczółka zbiera różne rozwiązania i przędzie z nich pajęczynę opowieści. Oj, pszczółka przędąca pajęczynę?! Chyba nieco się zagalopowałam w przenośniach.
I nie tylko ja. Mam wrażenie, że zagalopowała się także autorka, robiąc wszystko by skomplikować na siłę dość prostą historię. Co i rusz dodaje kolejne, coraz mniej prawdopodobne wątki, psychika bohaterów jest coraz bardziej pokręcona, aż chce się wrzasnąć "jednego normalnego bohatera poproszę!"
W pewnej chwili zaczęłam jednak odczuwać przesyt zarówno treścią jak i formą. Rwąca się narracja wymagała znacznie więcej skupienia niż na to zasługuje błaha w istocie książka. Do tego zarówno postępowanie postaci jak i ich motywacje uważam za mocno niewiarygodne, a tym samym nieprzekonywujące. Po prostu trudno było mi uwierzyć, zapomnieć, że mam do czynienia jedynie z fikcją literacką, a to z kolei uniemożliwiło mi  w pełni zaangażować się w lekturę. Gdybym miała podsumować wrażanie z lektury jednym zdaniem, napisałabym "Przyjemna, ale przekombinowana".


A co z drugą, wspominaną na początku powieścią? Książka Charlotte Link to dzieło autorki doświadczonej i uznanej. W "Przerwanym milczeniu" pisarka skupia się na analizie wzajemnych relacji w niewielkiej grupie nierozłącznych przyjaciół. A są to relacje naprawdę toksyczne, prowadzące w konsekwencji do przerażającej zbrodni. 
Rzecz zaczyna się niewinnie: grupa niemieckich turystów wypoczywa na angielskiej prowincji. Jednak szybko wychodzi na jaw, że ta mała społeczność kryje wiele mrocznych tajemnic. Ich zachowanie pełne jest zakłamania, dwulicowości i przemocy.
Fabułę skonstruowano misternie i z żelazną logiką. Zdarzenia następują nieuchronnie jedno po drugim, nawet drobne, nieistotne na pierwszy rzut oka epizody mają swoje miejsce i znaczenie. Nic nie pozostawiono przypadkowi. Wyraźnie widać, że autorka przedkłada logikę nad suspens, przez co akcja, choć ciekawa, jest miejscami mocno przewidywalna. 
Jednak to nie akcja lecz precyzyjna i wnikliwa kreacja postaci jest najmocniejszą stroną "Przerwanego milczenia". Rzekłabym, że momentami proza Charlotte Link jest aż nazbyt drobiazgowa. Tu i ówdzie można trafić na fragmenty nieco przegadane, a wtedy palec aż sam się rwie do szybszego przewracania kartek w poszukiwaniu bardziej ożywionej akcji. Podkreślam jednak, że są to przypadki sporadyczne, nie psujące przyjemności płynącej z czytania.
Wracając do bohaterów. Żaden z nich nie pozostawiania czytelnika obojętnym - jedni budzą sympatię, inni niechęć, jeszcze inni irytują albo wręcz wkurzają. Czasami miałam ochotę nawrzucać tej czy innej osobie, zapominając, że to przecież tylko twory kreacji literackiej. Daleko posunięty realizm i wiarygodność postaci sprawiają, że książka niemieckiej autorki jest naprawdę przerażająca. To, o czym opowiada, mogło zdarzyć się tuż za ścianą, mogło przydarzyć się mnie albo tobie. Przemoc psychiatryczna i fizyczna, to zło, które czai się wszędzie, a przyzwalające to zło milczenie to jedna z wielkich bolączek naszego społeczeństwa. Iluż nieszczęść i tragedii można by uniknąć, gdybyśmy na widok zła nie odwracali wzroku w drugą stronę, gdybyśmy nie milczeli, nie mówili "to nie moja sprawa".
Ogólnie pozytywne wrażenie z lektury, psuje niestety nieco ostatni rozdział. Autorka wie, że musi podomykać poboczne wątki, robi to jednak dość niezręcznie. Odniosłam wrażenie, że ta część powieści dopisana została niejako z musu, bez polotu, jakby ktoś stał nad głową pisarki i krzyczał "szybciej, szybciej". Jakby tego było mało, przyklejony na siłę happy end, zupełnie nie pasuje do mrocznej, przygnębiającej atmosfery powieści. "Żyli długo i szczęśliwie" to historia ewidentnie zapożyczone z innej bajki. Trochę szkoda, bo zakończenie to coś, co najdłużej pozostaje w pamięci czytelnika. Niezręczna końcówka jest niczym łyżka dziegciu w beczce miodu - okrutnie psuje całość.

Tytuł: Dziewczyna z pociągu
Tytuł oryginału: The Girl on the Train
Autor: Paula Hawkins
Tłumacz: Jan Kraśko
Wydawca: Świat książki
Data wydania: 14-10-2015
Liczba stron: 328
ISBN: 978-83-8031-450-4 

Tytuł: Przerwane milczenie
Tytuł oryginału: Am Ende des Schweigens
Autor: Charlotte Link
Tłumacz: Sława Lisiecka
Wydawca: Sonia Draga
Data wydania: 12-08-2013
Liczba stron: 560

ISBN: 978-83-7508-815-1 




niedziela, 17 stycznia 2016

NA JEDEN WIECZÓR

POKRĘTNE DROGI MARKETINGU



Tytuł: Zamieć śnieżna i woń migdałów

Tytuł oryginału: Snöstorm och mandeldoft
Autor: Camilla Lackberg
Tłumacz: Inga Sawicka
Wydawca: Czarna Owca
Data wydania: 05-12-2012
Liczba stron: 144
ISBN: 978-83-7554-228-8 


Kilka dni temu Empik podsumował wyniki sprzedaży za rok 2015. Zaskoczeń raczej nie było. Moją uwagę przykuł jednak ten fragment (cytat za portalem granice.pl):


"Dlatego też dalej pojawiła się Camilla Lackberg - królowa skandynawskich kryminałów. Najczęściej wybierano jej powieść Zamieć śnieżna i woń migdałów, a także Pogromcę lwów. Na szczycie najlepiej sprzedających się książek znalazło się też Co nas nie zabije, czyli ciekawy przypadek kontynuowania sagi Millennium (zmarłego już Stiega Larssona) przez innego autora."  *)
Przytoczony urywek skłonił mnie po raz kolejny do rozmyślań na temat pokrętnych technik marketingowych. Autor notki jednym tchem wymienia "Co nas nie zabije" - 625 stron, cena około 30 zł, "Pogromcę lwów" - 450 stron, cena około 30 zł i  "Zamieć śnieżną i woń migdałów" - 144 strony, cena w promocji Empiku 8,49 zł, czyli mniej niż durny kolorowy magazyn. Myślę, że to wyjaśnia tajemnicę, dlaczego książka wydana w roku 2012 nagle po trzech latach pojawiła się na liście bestselerów. Początkowa cena  (cena w Empiku przed promocją 29,90 zł) była, w moim odczuciu, mocno przesadzona. Natomiast książka w twardej oprawie za 8,49 zł do tego mocno promowana w okresie świątecznej gorączki zakupowej, z pewnością znalazła wielu nabywców. Mnie udało się ją kupić jeszcze troszkę taniej, bo dzięki połączeniu z innymi bożonarodzeniowymi promocjami, ostatecznie zapłaciłam 7,99.

Co mogliśmy dostać za nasze 8,49? (Piszę w czasie przeszłym, bo obecnie cena znowu nieco podskoczyła).  

"Zamieć śnieżna i woń migdałów" to cieniutka, ale pięknie wydana książka. Rzecz zupełnie nie podobna do typowego, skandynawskiego kryminału. Zwięzła, konkretna, bez drobiazgowych opisów, choć nie pozbawiona elementów analizy psychologicznej. Przypomina bardziej rozbudowane opowiadanie niż pełnokrwista powieść. Właściwie tekst bardziej nadaje się do opublikowania w jakimś zbiorku opowiadań czy antologii niż do publikacji jako samodzielne dzieło. 

Zarówno objętością jak i zawartością przywodzi na myśl stare kryminały, takie jakie wydawano w kultowych seriach „Z kluczykiem” i „Z jamnikiem”. Mamy tu do czynienia z charakterystyczną dla gatunku „zagadką zamkniętego pokoju”.  Jest więc grupa ludzi odciętych od świata, jest zbrodnia, jest samotny detektyw usiłujący rozwikłać zagadkę, jest mnóstwo tropów – zarówno tych prowadzących ku prawdzie jak i tych zwodniczych.  Jest też, bo jakże by inaczej, zaskakujące rozwiązanie.

Książka wciąga, przeczytałam ją z wielką przyjemnością w jeden wieczór. Niestety, na sam koniec dopadło mnie malutkie rozczarowanie. W klasycznym kryminale (a za taki uważam „Zamieć śnieżną i woń migdałów”) liczy się nie tylko kto i dlaczego zabił, lecz także to, w jaki sposób detektyw odkrył prawdę.  I tutaj mamy maleńki zgrzyt. Zamiast dedukcji, zamiast żelaznej logiki  mamy chwilę natchnienia, podczas której odpowiedź w niemalże czarodziejski sposób spływa na śledczego. Takie rozwiązanie zupełnie nie przypadło mi do gustu.

* Całość tekstu można znaleźć  tutaj.

środa, 13 stycznia 2016

POSKROMIENIE KRÓLOWEJ

O POŻYTKACH PŁYNĄCYCH ZE SPÓŹNIENIA SAMOLOTU


Tytuł: The Taming of The Queen
Autor: Philippa Gregory
Wydawca: Simon & Schuster
Data wydania: 2015
Liczba stron: 438
ISBN: 978-1-47113-298-8

Każdy, kto miał (nie)przyjemność przemieszczania się z miejsca na miejsce samolotem wie, że podróż składa się zazwyczaj z długich okresów oczekiwania i krótkich okresów przelotów.  Znudzony i zblazowany podróżny włóczy się po lotnisku niczym zbłąkany pies, z desperacją zaglądając do kolejnych sklepów. A sprzedawcy zacierają ręce. Wiadomo, prędzej czy później taki desperat coś kupi. Cóż, okazałam się pod tym względem mało oryginalna. Uległam pokusie, tym bardziej, że na półce czyhała nowość jednej z mych ulubionych autorek – Philippy Gregory.  I tak oto drogą kupna (nie chcecie wiedzieć ile mnie ta przyjemność kosztowała!) nabyłam powieść „The Taming of The Queen”, czyli „Poskromienie królowej”. Tytuł polski jest oczywiście roboczy – nie mam pojęcia na jakie tłumaczenie zdecyduje się polski wydawca, jestem jednak dobrej myśli, bo na wydaniach Książnicy (to oni konsekwentnie od kilku lat wydają prozę Gregory) nigdy się nie zawiodłam.
A teraz do rzeczy. „The Taming of The Queen” to powieść  z cyklu tudorowskiego, opowiadająca o ostatniej żonie Henryka VIII, Katarzynie Parr. Doprawdy interesujące, że tej kobiecie poświęcono tak mało uwagi w literaturze i filmie. Rozumiem, oczywiście, że w porównaniu z Anną Boleyn wypada blado, nie znaczy to jednak, że nie była postacią ciekawą. Pomyślcie tylko ile sprytu, wyczucia politycznego, nieustannej uwagi, ważenia każdego słowa, każdego ruchu trzeba było by przetrwać na dworze tyrana, jakim w ostatnich latach życia był Henryk VIII.  Na tym też koncentruje się autorka.  Na kobiecie, która potrafiła przeżyć w skrajnie nieprzyjaznym, pełnym pułapek świecie. Na zawiłościach dworskiej egzystencji, na meandrach życia ludzi z najbliższego otoczenia władcy. Co i rusz trafiamy na nowe intrygi, zmowy, formowanie się i rozpadanie sojuszy. Oglądamy przedziwny dworski kontredans, na czele którego stoi zmienny niczym marcowa pogoda król. Umiejętność przewidzenia skąd jutro zawieje wiatr, to sprawa życia śmierci. Dosłownie życia i śmierci. Uwielbiam takie opowieści. Muszę przyznać, że „knujstwa” i kulisy polityki interesują mnie znacznie bardziej niż wojny i bitwy, bez względu na to, czy chodzi o historię odległą czy współczesną.
Akcja  „The Taming of The Queen”  rozgrywa się na przestrzeni około czterech lat – od późnej wiosny roku 1543 do stycznia  1547, czyli od chwili oświadczyn  po dzień śmierci Henryka.  O tym, co było przedtem i co było potem dowiadujemy się  niewiele. Oczywiście, tego i owego można się domyśleć, to i owo powraca we wspomnieniach bohaterki, lecz jest tego niewiele.  I dobrze. Te cztery lata są tak przepełnione działaniem i emocjami, że treści jest aż nadto na jedną powieść. 
Choć twórczość Gregory zaliczana jest do kategorii „romans historyczny”, tym razem wątek miłosny jest dość szczątkowy.  Kobieta poślubiona odstręczającemu starcowi  - pod koniec życia Henryk był wszak chorobliwie otyły, a wrzód na nodze roztaczał odrażający odór – musi zdusić w sobie uczucie, które żywi do innego mężczyzny.  Obdarzona żywym umysłem, coraz więcej czasu poświęca księgom i dysputom teologicznym, pisze,  a nawet publikuje, czym niewątpliwie budzi podziw i szacunek czytelnika, choć, muszę przyznać, że dwa czy trzy razy, nieco przydługie rozważania nieco mnie znużyły.
Czym „The Taming of The Queen” wyróżnia się spośród pozostałych pozycji autorstwa Gregory? Prawdę mówiąc, niczym. Ma wszystkie wady i zalety poprzednich książek tej pisarki. Ten, kto lubi twórczość Philippy Gregory z pewnością się nie zawiedzie, a kto jej nie lubi, raczej nie zmieni zdania dzięki tej powieści.

Post Scriptum
Na blogu pisałam wcześniej o pewniej, dość nietypowej powieści Gregory. Zainteresowani mogą zajrzeć tutaj klik.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

OFIARA GAUSSA-LAPLACE'A

W NOWY ROK Z NOWĄ ENERGIĄ



Krzywa Gaussa
Coś mój blog podupadł ostatnimi czasy. Co prawda od dnia gdy opublikowałam ostatni wpis przeczytałam sporo książek, ale gdzieś tak w połowie roku straciłam jakoś chęć do pisania. Może to dlatego, że w większości trafiały mi się pozycje mdłe, takie, co to ich ani pochwalić, ani zganić nie miałam ochoty.



Albo prześladował mnie , albo nie umiem dokonywać wyboru. Najwyraźniej padłam ofiarą krzywej Gaussa!  Wiadomo jak działa rozkład normalny. Najłatwiej trafić na przeciętność, a przeciętność, ze swej natury nie budzi gorących uczuć, co najwyżej powoduje odrobinę irytacji.



W pisaniu bez emocji, uprawianym po to tylko żeby pisać, nie widzę większego sensu. Zakładając blog postawiłam sobie za zadanie polecanie książek, które przypadły mi do gustu i ostrzeganie przed tymi, na które, w moim odczuciu,  szkoda czasu.

Spróbuję jeszcze raz w tym roku, może lepiej mi pójdzie?