sobota, 31 grudnia 2016

WDOWA

Nie tylko morderca



Tytuł: „Wdowa”
Autor: Fiona Barton
Tłumacz:  Agata Ostrowska
Wydawca: Czarna Owca 2016
Stron: 456
Cena: ‎39,90 zł

Każdemu z pewnością chociaż raz w życiu zdarzyło się, że miał ochotę rzucić książką o ścianę. Też tak ostatnio miałam. I bynajmniej nie dlatego, że trafiłam na rzecz złą. Wręcz przeciwnie, „Wdowa” pióra Fiony Barton to powieść dobra, wciągająca, napisana sprawie i nieźle wydana (choć kilka drobiazgów korekta  przeoczyła). To powieść, którą mogę z czystym sumieniem polecić na długie, jesienne i zimowe wieczory.  Skąd więc zrodziła się we mnie chęć do takich chuligańskich wybryków? Już śpieszę z wyjaśnieniami.

 „ Wdowa” to proza psychologiczna. Fiona Barton nie jest co prawda  Dostojewskim ani  Eco (mimo wszystko mamy do czynienia z powieścią skierowaną do masowego odbiorcy, a nie do wybranych intelektualistów), tym niemniej zaprezentowała nam kawał dobrej, wnikliwej analizy zachowań i postaw bohaterów. Celowo użyłam liczby mnogiej, bo autorka nie skupia się na jednej postaci. Zmieniając narrację, pozwala czytelnikowi spojrzeć na historię z różnej perspektywy: detektywa prowadzącego śledztwo, matki ofiary, reporterki żerującej na tragedii i oczywiście tytułowej wdowy – żony oskarżonego. Tylko tej ostatniej autorka pozwala przemawiać w pierwszej osobie.

To ciekawe ujęcie, bo w literaturze kryminalnej i okołokryminalnej pisarze najczęściej skupiają się na postaci mordercy (albo, mówiąc ogólniej, przestępcy) i toczącego z nim walkę detektywa. Rzadziej obiektem analizy bywają bliscy ofiary. A co z rodziną przestępcy? Ta najczęściej stanowi tło, a jeśli już się pojawia, to głównie w postaci matki przekonanej, że jej syneczek nie mógł nic złego zrobić. Tymczasem u Barton jest inaczej. Jej bohaterka, Jean, jako dziewiętnastolatka wyszła za mąż za Glena – swoją pierwszą miłość. Małżeństwo przeżywało wzloty i upadki, aż stanęło przed najcięższą próbą. Glen został oskarżony o porwanie i zamordowanie dwuletniej dziewczynki.  „Małej, ślicznej blondyneczki.” Rozpoczyna się śledztwo. Grzebanie w brudach. Na światło dzienne wychodzą skrzętnie skrywane tajemnice. Jean poznaje drugą twarz męża, a jednak trwa u jego boku. Co czuje? Czy mu ufa, czy naprawdę wierzy w jego niewinność,  czy może ukrywa jego zbrodnię w imię lojalności? Jak radzi sobie z niepewnością?  Jak dramatyczne przeżycia odbiją się na jej dalszym życiu?

Zbrodnia zaburza świat wszystkich, którzy się z nią zetknęli. Dotyka nie tylko ofiary. Dla prowadzącego dochodzenie detektywa staje się obsesją, dla reporterów – nieustającą szansą na „supernewsa”, dla Jean – drogą wiodącą ku szaleństwu. Najsłabiej na tym tle wypada Dawn – matka porwanego dziecka. To postać szablonowa i mało wyrazista.
„Wdowa” napisana jest poprawnym, ale dość prostym językiem: krótkie zdania, niewyszukane słownictwo, sporo dialogów. Czuć w tym rękę byłej dziennikarki piszącej dla szerokiego odbiorcy (autorka pracowała w kilku brytyjskich gazetach).  Paradoksalnie, takie uproszczenie przemówiło do mnie. Powieść nabiera cech autentyzmu. Jakbym czytała dobrze napisany artykuł opowiadający o prawdziwych wydarzeniach.  A przecież w beletrystyce o to właśnie chodzi – żeby oszukać czytelnika. Skłonić go, by na kilka godzin zawiesił niewiarę.  Uległam tej iluzji. Zapomniałam, że czytam bajkę dla dorosłych. Zagłębiłam się w mroczny świat bohaterów.  Jednym współczułam, innych nienawidziłam, a jeszcze inni wkurzali mnie tak, że miałam ochotę rzucić książką o ścianę. „Pirzgnąć”, jak mawia się u mnie na wsi.

Do kogo skierowana jest „Wdowa”? Na okładce książki napisano, że jest to thriller psychologiczny. Nie do końca zgadzam się z tą klasyfikacją. Osobiście określiłabym tę pozycję mianem prozy psychologicznej, odrzucając słowo „thriller”, dodane chyba głównie ze względów marketingowych.  Owszem, mamy w powieści i zbrodnię, i zagadkę kryminalną, ale stanowią one jedynie kościec, szkielet, na którym osadzono to, co najważniejsze – opowieść  o  ludziach. Jeśli jesteś miłośnikiem sensacji, brawurowych ucieczek, emocjonujących pościgów i  strzelaniny, to raczej możesz sobie „Wdowę” darować. Owszem, coś z tego się znajdzie, ale, powiedzmy sobie szczerze, w ilościach szczątkowych. Nawet śledztwo ukazane jest w sposób realistyczny: nie jako porywająca  przygoda, lecz  jako wciągająca, ale jednocześnie żmudna i męcząca praca. Jeśli natomiast lubisz powieść obyczajową, spokojną, nieśpieszną, skoncentrowaną na emocjach, to „Wdowa” bez wątpienia dostarczy ci wielu miłych czytelniczych przeżyć.

piątek, 21 października 2016

SPADOCHRONIARZ HITLERA

SKANDALU NIE BĘDZIE

Tytuł: „Spadochroniarz Hitlera”
Tytuł orginału Hitler's Paratrooper
Autor: Gilberto Villahermosa
Tłumacz:  Mirosław P. Jabłoński
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 456
ISBN978-83-8062-035-3

„Spadochroniarz Hitlera” to opowieść o Rudolfie Witzigu, niemieckim spadochroniarzu, który przeszedł do historii   przede wszystkim jako oficer, który zaplanował i przeprowadził operację zdobycia fortu Eben-Emael.
Urodziłam się w czasach, gdy taka książka nie mogłaby powstać.  Nie z powodu cenzury czy zakazów prawnych, ale głównie dlatego, że nikomu nie przyszłoby do głowy czegoś takiego napisać. Wspomnienia wojny były zbyt żywe.  Lecz oto niepostrzeżenie dorosło nam pokolenie, dla którego wojska Hitlera są równie abstrakcyjne jak armia Aleksandra Macedońskiego.  Nikt nie zastanawia się nad tym, że Aleksander tak naprawdę był najeźdźcą. Podziwiamy jedynie jego geniusz militarny.
 Szczerze cieszy mnie fakt, że dożyłam czasów, gdy spokojnie mogę oglądać niemiecki czołg i widzieć w nim przede wszystkim przykład świetnej roboty inżynierów.  (Co prawda musiałam w tym celu wybrać się do muzeum w Finlandii, ale to inna historia.)  Nie, nie popieram wojny – wręcz przeciwnie, jestem zadeklarowaną pacyfistką. Nie, nie popieram faszyzmu ani nacjonalizmu w żadnej postaci – nienawidzę ich z całego serca. Cieszy mnie to, że rany się zabliźniły, a stosunki z sąsiadem uładziły.
Po co ten przydługi wstęp? Ano po to, by jednoznacznie spozycjonować książkę. To nie jest pochwała ideologii faszystowskiej – kwestie ideologiczne autor w wielu miejscach omija, a tam, gdzie o nich wspomina, przemawia z chłodnym, analitycznym i pozbawionym uczuć tonem bezstronnego badacza historii i naukowca. Tym, co fascynuje autora, jest nie faszyzm, a sprawność i skuteczność doborowej formacji militarnej. A tego z pewnością niemieckim siłom powietrzno-desantowym  nie można odmówić. Wspominając o nazizmie Villahermosa po wielokroć powtarza, że Witzig – choć był pupilkiem Hitlera – nigdy nie wstąpił do NSDAP.
 Jeśli więc, Drogi Potencjalny Czytelniku, łakniesz taniej sensacji, poszukaj  czegoś innego, bo książka Villahermosy nie jest dla ciebie.
„Spadochroniarz Hitlera” to pozycja bardzo staranna. Autor z pewnością wie, o czym pisze. Jest absolwentem West Point , ma za sobą 33 lata służby wojskowej, opublikował liczne artykuły poświęcone historii wojskowości, ma też na koncie kilka książek o tej tematyce. Podczas lektury cały czas czułam, że Villahermosa potraktował temat bardzo poważnie.  Wszystkie podane informacje mają poparcie w tekstach źródłowych.  Przypisy i bibliografia zajmują około pięćdziesięciu stron – to wynik przywodzący na myśl publikację akademicką, a nie popularną. Podziw budzi też mnogość szczegółów. Jeśli już autor bierze się za opis jednostki, to dowiemy się o niej wszystkiego. Niemalże co do ostatniego guzika wymienionego w stanie magazynowym.
Dla pełności obrazu trzeba dodać, że mimo bardzo starannych badań i rzetelnego przygotowania nie udało się autorowi uniknąć drobnych potknięć. I tak pisze on na przykład, że lotnictwo polskie w roku 1939 zostało zniszczone na ziemi przez bombardowania niemieckie, co nie jest prawdą, bo przebazowano je na lotniska polowe tuż przed agresja. Są to jednak pomyłki sporadyczne, nie deprecjonujące  książki.
Wisienką na torcie są liczne ilustracje. Autor musiał poświęcić sporo czasu i energii, gromadząc pokaźny materiał ikonograficzny. Uważam, że się opłacało. Suchy język Villahermosy nie pobudza zbytnio wyobraźni, na szczęście rekompensuje to „wspomaganie” w postaci zdjęć.
Takie niezwykle rzetelne i drobiazgowe podejście jest, paradoksalnie, zarówno największą zaletą, jak i największą wadą książki. Bo jedyną rzeczą, którą można autorowi zarzucić, to całkowity, kompletny brak finezji. Nie uświadczysz w tekście ani anegdotek, ani próby interpretacji.  Fakty, fakty i tylko fakty.
Literatura popularnonaukowa przyzwyczaiła nas do tego, że autor spekuluje, stawia własne hipotezy – im bardziej są one kontrowersyjne, tym lepiej z punktu widzenia sprzedaży. Villahermosa nie tylko nie stosuje takich tanich chwytów, lecz wręcz przeciwnie, popada w drugą skrajność. Tam, gdzie nie ma stuprocentowo pewnej (przynajmniej w jego mniemaniu) odpowiedzi, pozostawia pytanie otwarte. Ot, chociażby nie wyjaśniona nigdy do końca sprawa akcji przeciwpartyzanckich, za które Francja ścigała Witziga aż do śmierci. Tyleż uparcie, co bezskutecznie, bo Bundeswhera do końca chroniła  Witziga – ze swym doświadczeniem był dla niej zbyt cenny.
Ze „Spadochroniarza Hitlera” dowiemy się  o Rudolfie Witzigu wszystkiego… no, prawie wszystkiego, ale nie zobaczymy człowieka.  Trochę mi tego aspektu ludzkiego brakowało. Powiem przekornie, że ogromną frajdę sprawiły mi te nieliczne fragmenty, gdy Villahermosa na chwile zapominał o obowiązku naukowego obiektywizmu i  pozwalał na chwilę przemówić swym uczuciom i pasjom. Zafascynowany spadochroniarzami  delikatnie  wybiela Witziga, podając w wątpliwość niektóre przypisywane mu czyny, takie jak choćby udział w skierowanych przeciwko partyzantom akcjach we Francji (wspominałam już o tym wyżej) czy uczestnictwo w mordach na cywilach na Krecie. W tych ostatnich wydarzeniach Witzig rzeczywiście nie brał udziału,  bynajmniej jednak nie z pobudek moralnych, lecz dlatego, że został ranny w boju.
Wbrew tytułowi, „Spadochroniarz Hitlera” to nie tylko biografia Rudolfa Witziga. To także opowieść  o powstawaniu i rozwoju nowego rodzaju broni. Temat z pewnością niezwykle interesujący dla miłośników historii, choć dla osób dopiero wkraczających w tę dziedzinę może okazać się zbyt hermetyczny.
Dla kogo jest w takim razie książka Gilberta Villahermosy? Przede wszystkim dla osób zainteresowanych historią II wojny światowej, dla tych, którzy już posiadają pewną wiedzę na ten temat, i doszli do etapu zagłębiania się w szczegóły.

czwartek, 13 października 2016

TAJEMNICA ZAGINIONEJ ŚLICZNOTKI

BARCELONA W OPARACH ABSURDU


Tytuł: „Tajemnica zaginionej ślicznotki”
Tytuł oryginału:El secreto de la modelo extraviada 
Autor: Eduardo Mendoza
Tłumacz:  Marzena Chrobak
Wydawca: Znak Literanova
Stron: 344

ISBN: 978-83-240-3686-8

Eduardo Mendozy i jego bohatera nie trzeba polskiemu czytelnikowi przedstawiać. Przygody damskiego fryzjera, detektywa amatora i barcelońskiego autochtona (jak sam siebie określa) nie od dziś mają rzesze wiernych miłośników na całym świecie, a kraj nad Wisłą nie jest tutaj wyjątkiem. Jestem przekonana, że teraz, gdy do rąk polskich czytelników trafiła „Tajemnica zaginionej ślicznotki”, szeregi wielbicieli Mendozy zasili grupa nowych fanów. Aczkolwiek…
Już taka ze mnie marudna osoba, że zawsze wymyślę jakieś „ale”, „aczkolwiek”, „jednakże”.  Zacznijmy jednak od tego co dobre.
„Tajemnica zaginionej ślicznotki” została przez autora podzielona na dwie części. I nie jest to zabieg  czysto formalny.  Podział byłyby wyczuwalny nawet wtedy, gdyby stosowne numerki nie pojawiły się w druku. Posunęłabym się wręcz  do stwierdzenia, że to dwa dzieła w jednym. Są jak rodzeństwo –podobne do siebie, o wspólnych korzeniach,  a jednak różne. Każda z nich ma własny, nieco odmienny charakter i inny cel .
Część pierwsza  skrzy się humorem. Absurdalnym i totalnie odjechanym, balansującym niebezpiecznie na granicy  groteski, ale nigdy nie przekraczającym granicy dobrego smaku. Autor nie boi się jazdy po bandzie: bohaterowie, ich przygody, ba!, nawet język, są przerysowane do granic wytrzymałości. Trochę tak, jakby skrzyżować wczesne powieści Joanny Chmielewskiej z filmami Pedro Almodovara i doprawić szczyptą Monty Pytona. Całość czyta się z uśmiechem przyklejonym do twarzy. Wyśmienita odtrutka na melancholię szarych, jesiennych dni.
W warstwie fabularnej „Tajemnica zaginionej ślicznotki” to kryminał.  Nie chcę zdradzać szczegółów, powiem jedynie, że nasz bohater zostaje perfidnie wrobiony w morderstwo, którego nie popełnił. Ma tylko jedno wyjście  -  musi na własną rękę przeprowadzić śledztwo by dowieść swej niewinności i uratować skórę. Akcja jest wartka, pełna zaskakujących zwrotów i nieprawdopodobnych przygód. Z każdą kolejną stroną intryga się komplikuje, robi się coraz bardziej zwariowana i zaskakująca.
Równie przerysowane i odjechane są postacie i to nie tylko te główne, lecz także drugo i trzecioplanowe. Wśród nich prym wiedzie pomagający bohaterowi w śledztwie  transwestyta występujący jako panna Westinghouse. Na uwagę zasługują również pozostali: chociażby Cecilia, zrezygnowana właścielka restauracji „Casa Cecilia kuchnia riojańska”, czy pracujący dla niej jako kuchcik pan Laramendi. Perełek nie brak też wśród postaci epizodycznych. Mnie najbardziej urzekł  Ramiro – kierowca autobusu pracujący w „sektorze turystyki religijnej”.
Powiedzmy to otwarcie: tak naprawdę „Tajemnica zaginionej ślicznotki” to nie powieść kryminalna, ale satyra lub wręcz parodia gatunku.  Nie przeszkadza to jednak śledzić z zapartym tchem  poczynań mistrza grzebienia i z narastająca niecierpliwością  czekać na przebłysk geniuszu, chwilę natchnienia, która pozwoli naszemu bohaterowi rozwikłać tajemnicę. I tu, niestety, spotyka czytelnika (a przynajmniej mnie) spore rozczarowanie. Czyli  owo wspomniane na początku „aczkolwiek”. Mam kłopot z zaakceptowaniem rozwiązania zaproponowanego przez Mendozę.  Tym, co mnie w kryminałach najbardziej fascynuje, jest  nie tyle  rozwiązanie zagadki, co obserwowanie drogi do celu. Lubię śledzić jak detektyw oddziela ziarno od plew, widzieć, jak z chaosu wyłania się prawda. Tymczasem u Mendozy tego nie uświadczysz. Mamy mnóstwo bezładnej – choć trzeba przyznać że  zabawnej i przeuroczej  - bieganiny, a potem, Deux ex machina, pojawia się odpowiedź, podana detektywowi niemalże na tacy.
W tym miejscu kończy się część pierwsza, a zaczyna druga.  Znacznie spokojniejsza. Tempo siada, humor gdzieś się ulatnia ustępując miejsca refleksji nad kondycją współczesnego społeczeństwa. Sporo jest też mniej lub bardziej jawnych aluzji politycznych (przy czym odnoszę wrażenie, że część z nich jest zrozumiała wyłącznie dla czytelnika hiszpańskiego, a przynajmniej bardzo dobrze obeznanego z najnowszą historią Hiszpanii). I tu natknęłam się na spory problem. (Jest to drugie „aczkolwiek”). Mój umysł, nastrojony  na brodzenie w oparach absurdu, nie od razu odnalazł się w melancholijno-refleksyjnej  poetyce części drugiej. 
Ale to nie jedyna różnica. W części drugiej  zmienia się także rozłożenie akcentów, nasza uwaga nie ogniskuje się już na głównej postaci. Bo choć damski fryzjer nie znika z kart powieści, to jednak prawdziwym bohaterem staje się Barcelona. Miasto magiczne, pełne urokliwych uliczek, przytulnych kawiarenek, sklepów i sklepików. Barcelona, taka jaka była i taka, jaką się stała. Barcelona ulegająca ciągłym zmianom – nie koniecznie na lepsze.
Choć „Tajemnica zaginionej ślicznotki” nieco mnie zawiodła, to mimo wszystko, mimo lekkiego marudzenia i wymiennych przed chwilą „aczkolwiek”, uważam ją za pozycję godną polecenia. Poprzednie książki Mendozy ustawiły poprzeczkę tak wysoko, że nawet pozycja nieco słabsza i tak reprezentuje niezwykle wysoki poziom.

niedziela, 18 września 2016

TULIPANOWA GORĄCZKA

NIE TYLKO O TULIPANACH


Tytuł: „Tulipanowa gorączka”
Autor: Deborah Moggach
Tłumacz:  Maja Justyna
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 304
Czy macie ochotę na wyprawę do XVII-wiecznego Amsterdamu?  Czy chcecie zobaczyć, co się działo się w pracowniach malarzy, którzy budowali i umacniali sławę holenderskiego malarstwa? Czy nie kusi was, by zajrzeć do domów ich mecenasów,  potem wpaść na chwilę do  tawerny i przemknąć przez dzielnicę biedoty? Czy nie byłoby ciekawie zanurzyć się w niepowtarzalnej atmosferze kraju opanowanego tulipanową gorączką, gdzie na spekulacjach cebulkami zbijano majątki i równie szybko je tracono? To możliwe. Nie zbudowano jeszcze co prawda wehikułu czasu, ale od czegóż wyobraźnia? Deborah Moggach zabiera czytelników w zaczarowaną podróż.  Wystarczy sięgnąć po jej powieść „Tulipanowa gorączka”.
Drogi Czytelniku Tej Recenzji, z góry uprzedzam – to nie jest obiektywny tekst.  Chociaż minął już dobry tydzień od chwili, gdy skończyłam czytać „Tulipanową gorączkę” nadal jestem nią zauroczona i – jak każdy beznadziejnie zadurzony – niby wiem o wadach obiektu moich westchnień, ale nie przyjmuję ich do wiadomości, i tyle. Powieść Deborah Moggach uwiodła mnie od pierwszego akapitu i uczucie to przetrwało do ostatniej kropki.
Wyobraźcie sobie galerię złożoną z obrazów holenderskich mistrzów, przedstawiających kolejne  epizody pewnej historii. Taki XVII-wieczny komiks. Tak właśnie skonstruowana  jest powieść Moggach. Każdy rozdział to oddzielna scena opisana tak, że przed oczami jawi się nam wciągajace malowidło – mroczne, pełne ciężkiej, duszącej atmosfery, skrywanych tajemnic i buzujących tuż pod powierzchnią ogromnych emocji i namiętności.  Obraz,  w którym każdy szczegół – od leżącego na stole jedzenia, poprzez trzymaną w ręce chusteczkę czy list, aż po  ukradkowe spojrzenia i starannie przemyślane gesty – niesie za sobą wiele znaczeń.
Już pierwsza, na pozór banalna scena, ma w sobie ogromną moc. Scena rodzajowa niczym z arcydzieła holenderskiego mistrza: rodzinna kolacja, na stole ryba, pęknięta bułka, w kieliszkach skrzy się wino. Zamożny kupiec pragnie utrwalić ulotne chwile codziennego szczęścia, zamawia u wziętego artysty portret rodzinny. Nie wie tego, co my już podświadomie wyczuwamy, tego, że ta na pozór niewinna decyzja zapoczątkuje ciąg wydarzeń wiodących nieuchronnie do katastrofy.
I tak oto rozpoczyna się historia o miłości,  namiętności, pożądaniu i zdradzie. Historia o tym, jak przypadek zmienia ludzkie życie.  Historia o przekraczaniu barier i ograniczeń – tych najtrudniejszych do pokonania, bo wzniesionych nie przez innych lecz przez nas samych.  Jakże często trudno jest bohaterom powieści mierzyć się z wyborami, których dokonali sami, z własnej, nieprzymuszonej woli. Potrzeba niezwykłego splotu wydarzeń, niezwykle silnego bodźca, by zejść z raz obranej drogi. A może to nie przypadek tylko przeznaczenie, którego uniknąć nie sposób? Kto to wie…? Emocje zmuszające bohaterów  „Tulipanowej gorączki” do działania są tak silne, że przesłaniają im wszystkie inne motywacje. Nie liczy się rozsądek, bezpieczeństwo, uczciwość, podjęte zobowiązania. Ważne jest jedynie osiągniecie celu – wbrew wszystkim i wszystkiemu, chociażby nawet przyszło im oszukać cały świat.
Taki bezmyślny pęd musi skończyć się tragicznie.  Nagle, w jednej chwili, świat wali wszystkim – i oszustom, i  oszukanym. Ale czy aby na pewno katastrofa jest końcem wszystkiego? Przecież koniec jest jednocześnie początkiem czegoś nowego. Każdy z uczestników dramatu coś stracił, ale wydarzenia, które zepchnęły ich z utartej drogi, kazały też odnaleźć nową ścieżkę. Wyboistą, krętą, ale własną. Ścieżkę, którą podążając, mogą żyć życiem trudnym, pozostając za to w zgodzie z samym sobą. A czy to nie jest warte każdej ceny?
Addendum. Po namyśle postanowiłam jednak nadać recenzji pozory obiektywizmu i troszeczkę sobie ponarzekać.
Na kartach książki spotykamy barwną galerię postaci reprezentujących wszystkie warstwy ówczesnego społeczeństwa: bogatego kupca Cornelisa, jego żonę Sophię, zakochaną w sprzedawcy ryb Willemie służącą Marię, wziętego malarza Jana van Loosa, jego przyjaciół Mattheusa i Lysbeth, ucznia Jacoba oraz sługę – pijaczynę Gerrita. Ten ostatni jawi mi się niczym figura zabłąkana z zupełnie innej bajki. Przerysowany, groteskowy, jest jak klaun żonglujący piłeczkami w środku wielkiego monologu Hamleta. I choć odgrywa ważną rolę w fabule, to zwyczajnie nie pasuje mi do całości. Wykreśliłabym go z książki z taką samą ochotą, z jaką z „Władcy pierścienia” wymazałabym Toma Bombadila.

niedziela, 11 września 2016

SIERGIEJ ŁUKJANIENKO - KWAZI

Tytuł: Кваzи (Kwazi)
Autor: Siergiej Łukjanienko
TłumaczBrak wydania polskiego
ISBN978-5-17-098131-1.
Ilość stron: 352
Data wydania: sierpień 2016


Nie wszyscy wiedzą, że w Rosji książki, podobnie jak filmy mają kategorię wiekową. Najnowszą powieść Siergieja Łukjanienko „Kwazi” zaliczono do kategorii 16+, czyli de facto „dla dorosłych”. Dlaczego? Sądzę, że ze względu na wiele dość krwawych scen, a może sama tematyka zombi od razu kwalifikuje powieść jako „nie dla dzieci”? Nie wiem. Myślę, że każdy musi sobie na to pytanie odpowiedzieć sam. Ale po kolei, bo tak jakoś od środka mi się zaczęło.
Zawsze podziwiałam elastyczność i pomysłowość Serigieja Łukjanienko. Z jednej strony umie podążać za modą, z drugiej strony zachowuje jednak oryginalność. Bezbłędnie wyczuwa gorące trendy w literaturze popularnej, podąża za nim, ale płynie nieco "w poprzek". Modne były wampiry? Proszę bardzo, mieliśmy wampiry w „Patrolach”, ale zupełnie inne od reszty. Rzekłabym „łukjanienkowskie”. Teraz, gdy przyszła moda na zombie, Łukjanienko z lekkością mistrza proponuje nam własną wizję żywych trupów. I znowu jest to wersja nieortodoksyjna. W powieści zombi to tylko stopień pośredni między ludźmi, takimi jakich znamy, i quasi-ludźmi.
Tu pora na dygresję. Ci, którzy czytali moją pierwsza wzmiankę o powieści Łukjanineko, być może pamiętają rozważania na temat tłumaczenia tytułu. „Quasi” czy też „Kwazi”? Obecnie, gdy lekturę mam już za sobą, skłaniam się ku formie „Kwazi” gdyż słowo to zyskuje w książce nowe znacznie. Staje się nazwą własną nowej grupy istot. Kwazi to kolejny stopień rozwoju człowieka. Forma powstająca w pewnych okolicznościach (nie zdradzę jakich) z zombie.
W moim wydaniu brzmi to może nieco głupawo, ale u Łukjanienki składa się w całkiem udatną całość.
„Kwazi” czyta się dobrze. Jak zwykle u tego autora mamy wartką akcję, ciekawe postacie, niezgrane pomysły zgrabnie połączone z zapożyczeniami z najlepszej tradycji literatury rozrywkowej. Trochę kryminału noir, trochę powieści przygodowej, duet dobry glina i zły glina, mylne tropy, zwroty akcji i odległe echa niezapomnianych "Patroli". Do wyboru, do koloru.
Jednakże tym razem mam wrażenie, że chodzi o coś więcej niż tylko prostą przygodę. Być może dokonuje nadinterpretacji, ale popatrzcie sami. Oto nieoczekiwanie stykają się dwie kultury – ludzie i kwazi. Tacy sami a jednocześni inni. Ludzie to przede wszystkim istoty podążając za emocjami, kwazi, wręcz przeciwnie, emocji pozbawieni są całkowicie, kierują się wyłącznie rozsądkiem. Ludzkość staje przed jakościowo nowym dylematem. Jak zachować się w zderzeniu z nieznaną, odmienną kulturą? Co robić? I o tym właśnie jest książka: o różnych reakcjach na zaistniałą sytuację. Obserwujemy najróżniejsze podstawy: od skrajnej nienawiści, poprzez neutralną niepewność, aż po hura-optymistyczne przyjmowanie obcych z otwartymi rękami. Jedni obawiają się, że obcy wyprą obecną cywilizację zniszczą ją ze szczętem, inni wręcz przeciwnie, twierdzą, że nowe ubogaca istniejące. Czy czegoś wam to nie przypomina?
Powieść to jednak nie tylko treść, ale także forma. Czyli język. A tutaj Łukjanienko trzyma równy poziom. Kiedyś, gdy pisałam o „Szóstym patrolu” wspominałam, że w statystycznym ujęciu język tego autora wypada blado. Zakres słownictwa i średnia długość zdania sporo poniżej średniej dla gatunku, za to ilość dialogów znacznie powyżej przeciętnej (czytaj: mniej opisów). I co z tego? Statystyka statystyką, a życie życiem. Łukjanienko czyta się dobrze i tyle. Tego się będę trzymać.
Zbliżając się ku końcowi warto zaznaczyć, że choć główne wątki powieści zostały elegancko domknięte, to jednak wiele pytań pozostaje nadal bez odpowiedzi. Otwarte zakończenie sugeruje, że mamy do czynienia z początkiem kolejnego cyklu. Czyżby Łukjanineko szykował coś, co ma zastąpić "Patrole"? Tak mi się wydaje. Czy mam rację czas pokaże.

niedziela, 4 września 2016

ZASPAĆ NA SĄD OSTATECZNY

MARLOWE W ZAŚWIATACH


Tytuł: Zaspać na Sąd Ostateczny
Tytuł oryginału: Sleeping Late On Judgement Day
Autor: Tad Williams  
Tłumacz: Janusz Szczepański
Wydawca: Rebis 
Data wydania: 2016-07-26
ISBN: 978-83-8062-031-5

Stron: 516


Nikogo nie dziwi, że latem mamy ochotę na rzeczy lżejsze. Dotyczy to wszystkich aspektów życia. Zakładamy lżejsze ubrania, wybieramy lżejsze jedzenie i sięgamy po lżejsze książki. Jakoś tak mam, że gdy schabowego zastępuje sałatka, ciągnie mnie ku lekturze rzeczy mniej poważnych i za takimi się rozglądam. Szukam powieści rozrywkowych, pozwalających miło spędzić czas. Uwaga! Rozrywkowy to nie znaczny głupi albo gorzej napisany. Rozrywkowy to po prostu lżejszy (pamiętacie, sałatka!). Z przykrością stwierdzam, że wcale nie tak łatwo o przyzwoicie napisaną książkę tego typu. To, co oferuje rynek wydawniczy, jest niejako zaprzeczeniem krzywej Gaussa – królują skrajności, a nie wartości średnie. Z jednej strony mam całkiem sporo pozycji wartościowych, ale ciężkich i wymagających skupienia, z drugiej – całe tony nieznośnej pulpy, zbyt durnej do czytania nawet w poczekalni u dentysty. Pośrodku posucha. Oczywiście trafiają się nieliczne perełki: zabawne, lekkie i przyjemne, a jednocześnie inteligentne, choć bez zbędnego zadęcia pseudointelektualnego. Do tej kategorii zalicza się niewątpliwie cykl Tada Williamsa o Bobbym Dolarze. Co więcej, książka należy do mego ukochanego gatunku urban fantasy. Nic więc dziwnego, że tom trzeci – „Zaspać na Sąd Ostateczny” – przywitałam z dużą radością. Zmartwił mnie jedynie fakt, że jest to tom ostatni, ale cóż, nic nie trwa wiecznie.
Pisanie o trzecim tomie cyklu jest zawsze nieco problematyczne. Ci, którym spodobały się dwie poprzednie części, z pewnością sięgną także po kolejną. Ci, którym się nie spodobały, raczej nie zmienią zdania. Pozostają jednak ci, którzy nie znają jeszcze opowieści o Bobbym Dolarze, oraz niezdecydowani, wahający się… czytać czy też nie czytać. Moim zdaniem czytać!
W tym miejscu pozwolę sobie na nieco osobistą dygresję. „Mój” Bobby Dolar ma twarz niezapomnianego Humprehreya Bogarta. Czemuż? Już po przeczytaniu kilku pierwszych rozdziałów „Brudnych ulic nieba” (czyli pierwszego tomu) poczułam, że główny bohater kogoś mi przypomina. Popatrzmy. Rzeczywistość, w której toczy się akcja, daleka jest od ideału. Na każdym kroku widzimy intrygi, machinacje, matactwa i skrzętnie skrywane afery. Temu ponuremu światu stawia czoła Bobby – cyniczny, nieco zgorzkniały, coraz bardziej samotny, lecz uparcie dążący do prawdy. Na swej drodze stawia czoła gangsterom i wpływowym osobistościom zarówno tego, jak i tamtego świata. Choć nie jest pozbawiony wad, to przecież w swym bezkompromisowym dążeniu do rozwiązania zagadki jawi nam się jako postać pozytywna i bez wątpienia budząca sympatię. Dodam jeszcze, że pod ręką ma zawsze .38 i jakieś złośliwe powiedzonko. Teraz już chyba nikt nie ma wątpliwości. Toż to Philipe Marlowe jak żywy! Oooops, przepraszam, jak nieżywy. Mówimy wszak o życiu pozagrobowym.
Chandlerowski jest nie tylko bohater, ale i język opowieści. Ten sam styl, to samo cyniczne spojrzenie na świat, to samo nasycenie akcją i specyficznym wisielczym poczuciem humoru. Gdyby nie pojawiające się co i rusz telefony komórkowe, Internet i inne współczesne gadżety, można by w pierwszej chwili pomyśleć, że to sam Mistrz zabrał się za pisanie fantastyki. Złudzenie jednak szybko się rozwiewa, bo Williams zastąpił dominujący w świecie Chandlera pesymizm kpiną i ironią. Dzięki temu czytelnik nie ma wrażenia, że czyta podróbkę, a jedynie wyczuwa dość mocną inspirację.
Wszystko, co do tej pory napisałam, można w zasadzie odnieść do dowolnego tomu cyklu. Nadszedł w końcu czas, by odpowiedzieć na pytanie, jak na tle całości wypadło „Zaspać na Sąd Ostateczny”. Powiem krótko. Wypadło dobrze. Autor powraca do lekkiego, rozrywkowego stylu pierwszego tomu, od którego nieco odszedł w tomie drugim („Szczęśliwa godzina w piekle”).
Anioł Doloriel – dla przyjaciół Bobby Dolar – jak zwykle ma kłopoty. Po licznych przygodach wrócił ostatecznie do pracy anioła-adwokata. I pewnie na tym by się skończyło, gdyby nie spotkał swego starego przyjaciela Waltera, którego po raz ostatni widział w dość dramatycznych okolicznościach. Jednak Walter tego (i nie tylko tego) nie pamięta, a zdezorientowany Bobby znów nie wie, komu można zaufać, a komu nie. Nie ma innego wyjścia – musi znowu stawić czoła kłopotom, a przy okazji dostarczyć nam, czytelnikom, godziwej rozrywki.
„Zasapać na Sąd  Ostateczny” wielce udatnie wieńczy opowieść. Autor bardzo zgrabnie zamyka większość wątków, rozwiązuje tajemnice i zagadki, chociaż tu i tam pozostawia pewne niedomówienia. Myślę, że robi to celowo – nie z braku pomysłu czy niechlujstwa, ale by zostawić sobie drogę powrotną do wykreowanego świata. Wierzę, że już niedługo nastąpi ciąg dalszy, w postaci całkiem nowego cyklu. Już się cieszę!

niedziela, 21 sierpnia 2016

XANGO Z BAKER STREET

Sherlock Holmes niejedną ma postać


Tytuł: Xango z Baker Street 
Tytuł oryginału: O Xangô de Baker Street 
Autor: Jô Sores 
Tłumacz: Wojciech Charchalis 
Wydawca: Rebis 
ISBN: 978-83-7818-899-5 
Stron: 256 

Do wszelkich sequeli, prequeli, spinoffów i wszelkiej maści  alternatywnych wersji znanych książek mam stosunek mocno ambiwalentny. Po pierwsze, gdy trafiam na tego typu publikację, rodzi się we mnie podejrzenie, że autor z braku własnych pomysłów żeruje na cudzym sukcesie. Po drugie, nigdy nie wiadomo, w którą stronę  pchnęło go natchnienie (albo wydawca). Czego mam się spodziewać? Jest przecież do wyboru cały wachlarz możliwości: od prostej kontynuacji (czasami opartej na mitycznych, odnalezionych w szufladzie zapiskach autora) poprzez mniej lub bardziej udane naśladownictwo i dzieła „inspirowane twórczością” po parodię. Niestety, zbyt często takie pasożytnicze byty literackie najpierw budzą ogromną nadzieję wśród fanów, by potem jedynie mocno rozczarować. Jednakże trend ten jest na tyle silny, że nie sposób go ignorować.  Mam wrażenie, że ofiarami tego procederu  padła większości powieści, które odniosły komercyjny lub medialny sukces, od „Przeminęło z wiatrem” po  sienkiewiczowską trylogię, że o fenomenie Conana nawet nie wspomnę. Na dobrą sprawę nawet Stary Testament doczekał się kontynuacji. Nic więc dziwnego, że i postać Sherloka Holmesa stała się inspiracją dla niejednego pisarza,  w tym także dla Brazylijczyka Jô Soresa.
Biorąc do ręki „Xango z Baker Street” zastanawiałam się, w którym kierunku podąży autor.  Powiem szczerze, że teraz, gdy lekturę mam już za sobą, nadal nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Książka Soaresa stanowi przedziwną mieszankę mrocznego, dołującego realizmu z żartem niebezpiecznie ocierającym się o groteskę. Powieść otwiera przygnębiająca  scena przedstawiająca pełen odrażających szczegółów poranek w dzielnicy biedoty w Rio,  której ukoronowaniem jest niezwykle naturalistyczny,  wręcz anatomiczny opis krwawej zbrodni. Czytelnik pogrąża się w mrocznej atmosferze, przechodzi do kolejnych rozdziałów, a tu… Zonk! Zmiana nastroju o sto osiemdziesiąt stopni. Autor serwuje nam potężną dawkę dowcipów, i to dowcipów bardzo specyficznych.  Poczucie humoru Soaresa, przynajmniej to zaprezentowane w „Xango z Baker Street”, jest bardzo rubaszne, rzekłabym, ludyczne. Bez dwóch zdań bliżej mu mentalnie do Benny Hilla niż do Kabaretu Starszych Panów. Prawdę mówiąc, nie wszystkie żarty przypadły mi do gustu. Nie jestem miłośniczką bohaterów potykających się o własne nogi ani anegdotek o zgubnych skutkach spożycia nadmiernej ilości oleju kokosowego. Ale co kto lubi. Różnych ludzi bawią różne rzeczy, co więcej, tę samą osobę różne rzeczy bawią na różnych etapach życia. W tym miejscu nie wartościuję kto jest lepszy, a kto gorszy, kto ma rację, a kto jej nie ma, a jedynie informuję, jak się rzeczy mają.
Soares bawi się konwencją, miesza style, naigrawa ze swych bohaterów, tu i ówdzie kpi z czytelnika. Momentami miałam wrażenie, że słyszę dobiegający z oddali chichot autora. Nie wątpię, że pracując nad powieścią, dobrze się bawił. Chwilami być może nawet lepiej niż odbiorca książki. Mogę się mylić, ale podejrzewam, że gdyby nieco okiełznał rozsadzający go entuzjazm, efekt końcowy byłby znacznie lepszy.
To jednak wszystko sztafaż. Najważniejszy jest bohater. Jaki jest Sherlock Holmes w wydaniu brazylijskim? Cóż, nie chcę psuć zabawy i zdradzać zbyt wielu szczegółów. Powiem tylko, że zarówno on, jaki  jego wierny przyjaciel, doktor Watson, poza nazwiskami i profesją niewiele mają wspólnego z postaciami stworzonymi przez Conan Doyla. Nawet mnie to nie dziwi – odkąd doktor Watson okazał się kobietą, do tego Azjatką, mało co pod tym względem jest mnie w stanie zaskoczyć. Oczywiście, potrzebowałam trochę czasu, żeby zaakceptować nowego Holmesa. Polubiłam go w sumie dość szybko. Zaproponowana „wersja” wielkiego detektywa raczej nie stanie się moją ulubioną – pozostaję wierna pierwowzorowi (wyjątek czyniąc jedynie dla Sherlocka w interpretacji Cumberbatha), tym niemniej bez oporu jestem w stanie ją zaakceptować, przynajmniej na czas lektury niezbyt w sumie obszernej powieści (256 stron).
Nie ma powieści, a tym bardziej kryminału, bez akcji, a tej w książce Soaresa nie brakuje. Mamy i zuchwałą kradzież, i seryjnego mordercę, i skandal z wyższych sfer. Mamy pogonie, bójki i sceny rodzajowe. Oj, dzieje się, dzieje, aż do samego zakończenia, gdy…. O nie! Oczywiście że nie zdradzę, jak się to wszystko skończyło. Powiem tylko, że zakończenie jest niewątpliwie zaskakujące, aczkolwiek czuję się troszeczkę oszukana. Kończąc kryminał, lubię pacnąć się dłonią w czoło z okrzykiem „Dlaczego na to nie wpadłam? Przecież to było oczywiste!”.  W przypadku „Xango z Baker Street” czytelnik nie dostał żadnej wskazówki pozwalającej zdemaskować złoczyńcę. Z drugiej strony to, co dla mnie jest mankamentem, dla wielu  może być zaletą. Ocenę pozostawiam czytelnikom.

wtorek, 26 lipca 2016

HOTEL ZŁAMANYCH SERC

CZASEM TRZEBA ZACZĄĆ OD NOWA


Tytuł: „Hotel Złamanych Serc”
Autor: Deborah Moggach
Tłumacz: Aleksandra Górska
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 352
Bywa tak, że w życiu coś się nie układa. Bywa, że nie układa się absolutnie nic. Czasem jest jeszcze gorzej, wszystko się wali, a zamiast zbawczej kawalerii dziarsko galopującej przy wtórze trąbki na ratunek, nadciąga jedynie totalna katastrofa: rozpada się wieloletni związek, przez firmę przechodzi fala zwolnień, dziura w budżecie domowym jest wielka niczym lej po bombie i co gorsza cały czas się powiększa. Jednym słowem –  nieoczekiwanie odkrywamy, że nasze dotychczasowe życie legło w gruzach. Trzeba coś z tym zrobić. Trzeba zacząć wszystko od początku. To trudne, bardzo trudne, bez względu na to, czy należy się do grupy wiekowej 30+, 40+, 50+ czy jeszcze starszej.
W takiej właśnie niełatwej sytuacji znaleźli się bohaterowie nowej książki Deborah Moggach „Hotel Złamanych Serc”. Wskutek przeróżnych życiowych perturbacji – zawinionych lub nie – stanęli na życiowym rozdrożu. Na kolejnych stronach powieści poznajemy całą plejadę nieudaczników. Każdy z nich ma swoją historię. Łączy ich jedno – postanowili odwiedzić dom noclegowy prowadzony przez innego życiowego rozbitka, byłego aktora Buffiego. Tutaj ich losy na chwilę się splatają, lecz jest to związek dość luźny. Prawdę mówiąc, „Hotel Złamanych Serc” przypomina raczej zbiór lekko powiązanych opowiadań niż klasyczną powieść. Związki między poszczególnymi wątkami są na tyle luźne, że na dobrą sprawę każdą z postaci można by bez większej szkody dla całości usunąć. Nawet głównego bohatera, Buffiego, można bez trudu podmienić na kogoś zupełnie innego, byleby tylko ostał się hotel, który – niczym mocny szew – spaja w całość ten barwny patchwork.
Taka formuła jest bardzo elastyczna, pozwala swobodnie łączyć w całość wiele oderwanych pomysłów, wplatać anegdotki i dowcipy, lecz wiąże się z nią także określone ryzyko: bardzo trudno jest wymyślić kilkanaście historii, które byłyby dla czytelnika równie interesujące. Niestety, autorka wpadła w tę pułapkę. Część opowieści jest naprawdę wciągająca i zabawna, inne ma się ochotę co najwyżej przebiec wzrokiem bez wnikania w szczegóły.
„Hotel Złamanych Serc” obrazowo można by przedstawić jako literacki odpowiednik operetki. Przez scenę przewija się galeria barwnych postaci, każda z nich ma swoje pięć minut, zabawia przez chwilę publiczność ucieszną kwestią  i znika, ustępując miejsca wykonawcy kolejnego numeru. Atmosfera cały czas jest radosna, bo choć każda opowieść zaczyna się od jakiegoś niepowodzenia, to nie budzi ono w nas smutku, a co najwyżej gorzko-słodki uśmiech i aprobujące potakiwanie głową. Cały czas czujemy, że to tylko na niby, że nikt tak naprawdę nie cierpi, że za chwilę wszystkie kłopoty znikną, nieporozumienia zostaną rozwiązane, rozkwitnie kolejny romans, a bohaterowie będą żyli długo i szczęśliwie, co najwyżej  z łezką nostalgii w oku wspominając minione perypetie.
Sceny zmieniają się szybko niczym w kalejdoskopie, krótkie rozdziały przerzucają czytelnika od jednej historii do drugiej, nie pozostawiając czasu na głębszą refleksję. Każda kolejna opowieść wypiera ze świadomości czytelnika poprzednią. Żaden z bohaterów nie wybija się na pierwszy plan, żaden nie jest jakoś specjalnie faworyzowany.
Całość nasycona jest ogromną ilością charakterystycznego dla Moggach humoru. Nie jest to druzgocąca satyra, a jedynie ciepła, pełna życzliwości kpina. Autorka podśmiewa się ze swoich bohaterów, pokazuje ich w krzywym zwierciadle, przerysowuje ich wady, dziwactwa i śmiesznostki, ale mimo to cały czas wiemy, że ich lubi. Sięgając po „Hotel Złamanych Serc”, nie oczekuj, drogi Potencjalny Czytelniku, tego rodzaju dowcipu, który powoduje nieopanowane parkosyzmy śmiechu albo nieprzerwany rechot. Lektura wywoła co najwyżej delikatny, dobroduszny uśmiech, ale gdy już zagości on na twej twarzy, nie zniknie do ostatniego zdania.
W „Hotelu Złamanych Serc” nie należy doszukiwać się ani ukrytej filozoficznej głębi, ani analizy psychologicznej, ani uniwersalnych prawd o życiu, bo i nie o to chodzi. Siła powieści tkwi w ogromnej dozie optymizmu i pozytywnego myślenia. Lektura niezbyt ambitna, aczkolwiek przyjemna – w sam raz na leniwy, deszczowy, wakacyjny dzień. Świetnie komponuje się z kawą i kawałkiem owocowego ciasta.
 „Hotel Złamanych Serc” przeczytałam bez bólu, ale i bez specjalnego zachwytu. Odniosłam wrażenie, że jest powieścią nieco wtórną, próbą odtworzenia nastroju, który zagwarantował sukces „Hotelu Marigold” , a taka sztuczka bardzo rzadko się udaje. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.

sobota, 16 lipca 2016

POZA KRAWĘDŹ ŚWIATA




ZAPACH CYNAMONU


Tytuł: „Poza krawędź świata”
Autor: Laurence Bergreen
Tłumacz: Jan Pyka
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 408

Wśród koszmarów mego dzieciństwa poczesne miejsce zajmuje stołówkowy kompocik – ciepławy, obrzydliwie słodki, doprawiony goździkami. Jeszcze wyżej plasuje się kaszka manna na mleku z cynamonem – plułam tym paskudztwem dalej niż widziałam. Do tej pory nienawidzę goździków i cynamonu (ubocznym skutkiem tej awersji jest niechęć do szarlotki). I pomyśleć, że były czasy, gdy goździki, cynamon, pieprz czy gałka muszkatołowa – przyprawy, które dziś od niechcenia kupujemy za grosze w supermarketach – ceniono nie tylko bardziej niż złoto, lecz nawet bardziej niż ludzkie życie.
Do tych właśnie czasów – epoki wielkich odkryć geograficznych – przenosi nas znakomita książka pióra Laurence’a Bergreena „Poza krawędź świata”.  Znany amerykański historyk i biograf tym razem zabiera czytelników w rejs dookoła świata, rejs, który odbędziemy wraz z dowodzoną przez Ferdynanda Magellana Armadą Molukańską.
Od razu zaznaczę – książka Bergreena nie jest powieścią. To bardzo rzetelna pozycja popularnonaukowa, przeznaczona nie tyle dla miłośników powieści awanturniczo-przygodowych, co dla czytelników ciekawych świata, pragnących  dowiedzieć się więcej o podróży ustępującej sławą jedynie wyprawie Krzysztofa Kolumba. Jeśli należysz do tego grona, „Poza krawędź świata” zachwyci  cię i wciągnie.
Określenie „popularnonaukowy” jest bardzo pojemne. Część zaliczanych do tej kategorii książek to pozycje bardziej „popularne”, inne ciążą raczej ku składowej „naukowe”. „Poza krawędź świata” bez wątpienia zalicza się do tej drugiej kategorii. Nie znajdziemy tu ani uciesznych anegdotek, ani pikantnych ploteczek z przeszłości, nie ma wyssanych z palca sensacji mających przyciągnąć masowego czytelnika. Są jedynie fakty. Sprawdzone i udokumentowane, ale przez to wcale nie mniej interesujące. Każda przeczytana strona po raz kolejny potwierdza nieco już wyświechtane, ale jakże prawdziwe stwierdzenie, że realne życie jest po stokroć ciekawsze od najwymyślniejszej fikcji.
Także język książki jest bardziej „naukowy” niż popularny. Ekonomia języka jest wręcz zadziwiająca. Weźmy pierwsze z brzegu zdanie: „Nazwisko Haro pochodziło od miasta w północno-środkowej Hiszpanii, kwitnącego ośrodka produkcji win oraz skupiska żydowskich złotników i bankierów, którzy zagrożeni w czternastym wieku wygnaniem zdecydowali się na zmianę wyznania i przyjęli chrześcijańskie nazwiska.”  (s. 50) Na pierwszy rzut oka nie ma w nim nic specjalnego, ale spójrzmy dokładniej. Ileż informacji w nim zawarto! Oprócz rzeczy  oczywistych, czyli jakiej narodowości i wyznania był Cristóbal Haro,  dowiadujemy się także o istnieniu miasta, o jego położeniu, mieszkańcach i historii. Toż inny autor zrobiłby z tego zdania pół rozdziału albo i cały. U Bergreena każe zdanie, każdy akapit napakowane są wiedzą niczym wielkanocny pudding rodzynkami. Cóż za miła odmiana po rozdętych do nieprzyzwoitości sagach. Całości „naukowego” charakteru dopełnia obszerna bibliografia i bardzo staranny indeks.
Dobór takiego, a nie inny języka, czyli formy, jest prostą konsekwencją zaplanowanej starannie treści. Aż dziw bierze, jak wiele informacji udało się umieścić na niespełna czterystu stronach. Autor dołożył  wszelkich starań, by pokazać nie tylko co i jak się stało, lecz także, by wytłumaczyć, dlaczego stało się tak, a nie inaczej.  Zarysowane z rozmachem tło historyczne, skrupulatny, a jednocześnie porywający opis oplatającej ówczesną Europę sieci powiązań i zależności pozwalają lepiej zrozumieć bieg wypadków. Uświadamia nam też skalę przedsięwzięcia i ogrom determinacji ówczesnych ludzi.  Dziś, gdy średnio rozgarnięty gimnazjalista wie na temat geografii więcej niż najtęższe umysły tamtych czasów, gdy w najodleglejsze miejsca świata doprowadzi nas nawigacja satelitarna, trudno wyobrazić sobie, czym były podróże w czasach Magellana. W czasach, gdy mapy były najpilniej strzeżonymi dokumentami wagi państwowej, pozbawiona kontaktu z resztą świata załoga statku przez długie miesiące mogła liczyć wyłącznie na siebie, a życie ludzkie nie było w cenie, żeglarski fach wymagał żelaznego charakteru. W porównaniu z osiągnięciami tamtych ludzi lot na Księżyc jest równie niebezpieczny jak popołudniowy niedzielny spacer.
Jest więc praca Bergreena opowieścią o ludziach i ich czasach. Opowieścią o odwadze, determinacji, ale także o ambicji, żądzy władzy i bogactwa. Ale nie tylko o tym. To także rzecz o przygodzie, o poznawaniu świata, o odkrywaniu nowych miejsc, o spotkaniach z nieznanymi ludami, z egzotyczną przyrodą, z zadziwiającymi obyczajami. Opowieść nie tylko wciągająca, ale i zachęcająca do dalszych, samodzielnych poszukiwań. Podczas lektury niejedną godzinę spędziłam próbując wytropić w Internecie mapy, zdjęcia i dodatkowe informacje. Jeśli ja, mająca niejeden siwy włos na głowie, tak zareagowałam, to co dopiero młodszy czytelnik! Lektura książki Bergreena może być dla niego początkiem nowej fascynacji i wielkiej intelektualnej  przygody.
last but not least. Dawno już nie widziałam tak pięknie wydanej książki. Twarda okładka, obwoluta, przepiękna szata graficzna, wysokiej jakości kolorowe ilustracje, a do tego, o cudzie nad cudy!, książka nie jest klejona, tylko szyta. Wiem, że to myśl płytka, ale nawet dla samego wyglądu, dla przyjemności obcowania z pięknym przedmiotem, warto mieć „Poza krawędź świata” na półce.
Powiem krótko – „Poza krawędź świata” to mocny kandydat do tytułu mojej prywatnej książki roku.

sobota, 11 czerwca 2016

PODRÓŻ DO TRANSYLWANII

POLECAĆ, CZY NIE POLECAĆ?


Tytuł: „Podróż do Transylwanii”
Tytuł oryginału: "Поездка в Трансильванию"
Autor: Czingiz Abdułłajew
Tłumacz: Iwona Tsanew
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 264
ISBN: 978-83-8062-719-2

Z natury  jestem osobą dość konserwatywną i niezbyt skorą do eksperymentów. Na wakacje jeżdżę w znane miejsca, w restauracji wybieram znane dania, w księgarni kupuję książki autorów, których znam i lubię. Jednak od czasu do czasu nawet tak zachowawczą osobę jak ja dopada ochota, by spróbować czegoś nowego i niezwykłego. W takim właśnie nastroju będąc, natrafiłam na książkę Czingiza Abdułłajewa „Podróż do Transylwanii”. Być może nie jest to przygoda na miarę zdobycia Kilimandżaro, daleko jej do wizyty w restauracji serwującej dania z insektów, ale nie da się zaprzeczyć, że azerbejdżański kryminał jest na naszym rynku czymś mocno egzotycznym. Przyznam się szczerze, że dotychczas nie wiedziałam nic o tym autorze, ryzyko było więc całkiem spore. Przez chwilę się wahałam, w końcu jednak zwyciężył duch przygody. Jest ryzyko, jest zabawa.
Do lektury zabrałam się bez uprzedzeń, ale i bez większych oczekiwań. Trochę wystraszyła mnie umieszczona na ostatniej stronie okładki wzmianka, że „Podróż do Transylwanii” jest jedną z około stu pozycji opowiadających o przygodach agenta Drongo. Stu! Toż to produkcja niemalże taśmowa. Po tej informacji poziom nieufności  podskoczył mi gwałtownie. Nie byłabym sobą, gdybym nie zweryfikowała tej rewelacji. I w rzeczy samej, „Podróż do Transylwanii” to 95. (słownie: dziewięćdziesiąta piąta) z serii 115. (słownie: stu  piętnastu) pozycja serii „Drongo”. Dlaczego na powitanie uraczono nas dziewięćdziesiątą piątą częścią, nie pierwszą, nie setną, nie ostatnią, ale jakąś tak dziwnie wyjętą ze środka – nie pojmuję. Cóż, niepojęte są ścieżki, którymi kroczy wydawca.
Jakoś tym razem strasznie ugrzęzłam w rozważaniach ogólnych, najwyższa więc pora przejść do konkretów. Chyba podświadomie odwlekałam ten moment, bo mam kłopot z jednoznaczną oceną. Książka Abdułłajewa jest pozycją bardzo, ale to bardzo nierówną. Stąd moje bardzo mieszane uczucia i dylemat: polecać czy też nie polecać?
Cały tekst można podzielić na dwie części – i to dwojako: dosłownie i umownie. Podział dosłowny polega na wydzieleniu początkowych około sześćdziesięciu stron i oddzieleniu ich od całej reszty. Powiedzmy to bez ogródek: początek  jest słaby, nawet bardzo słaby. W  tym fragmencie dominują dialogi, stanowiąc, tak „na oko” około osiemdziesiąt procent tekstu. W samych dialogach nie ma nic złego, co więcej, taki  sposób pisania jest charakterystyczny dla wielu klasycznych kryminałów. Rzecz w tym, że muszą to być dialogi dobre. Tymczasem Abdułłajew próbuje upchnąć w nich mnóstwo informacji, które zazwyczaj umieszcza się w komentarzu odautorskim: przedstawia postaci, określa czas i miejsce akcji, przypomina wydarzenia z poprzednich części. Wyobraźcie sobie międzynarodową konferencję, na której omawiana jest zasadność przyjęcia Rumunii do Unii Europejskiej. Wydawać by się mogło, że jej uczestnicy mają jako takie pojęcie o geopolityce. Tymczasem w dialogach tłumaczą jeden drugiemu, gdzie leży Mołdawia, i że to była republika radziecka (sic!). Przypominam: chodzi o prelegentów, nie o personel pomocniczy. Aczkolwiek sądzę, że nawet średnio rozgarnięta rumuńska sprzątaczka wie, gdzie leży nieszczęsna Mołdawia. W takie rozmowy po prostu nie da się uwierzyć. Także padające w pogawędkach aluzje do wcześniejszych przygód Drongo są niezrozumiałe dla polskiego czytelnika, który poprzednich tomów zwyczajnie nie miał szans poznać.
Na szczęście gdzieś tak około sześćdziesiątej strony autor łapie drugi oddech, akcja rozkręca się, język nabiera barw, postaci  zachowują się i mówią coraz bardziej naturalnie. Słowem, jest lepiej, a po dalszych kilkunastu stronach jest nawet bardzo dobrze. Można jedynie przyczepić się do poziomu patosu, który od czasu do czasu niepokojąco wzrasta, ale z drugiej strony patos  jest immanentną częścią wszelkich opowieści o superbohaterach. W przypadku historii Drongo autor i tak zachował w tej materii pewien umiar.
Tyle na temat podziału dosłownego. A co z podziałem umownym? O co chodzi? „Podróż do Transylwanii” jest z jednej strony prostym, klasycznym kryminałem: jest trup (a nawet dwa), jest śledztwo, jest zagadka, są mylne tropy, jest wartka akcja i tak dalej, i tak dalej. Te fragmenty czyta się wyśmienicie i raczej dość szybko. Ot, lektura miła, łatwa i przyjemna.  Rozrywka w czystej postaci. Niestety, autor uznał za stosowane wykorzystać okazję do zaprezentowania swych poglądów politycznych. Ktoś może się oburzyć, argumentując, że takie rozwiązanie zmienia płytki kryminał w powieść wielopłaszczyznową. Kłopot w tym, że poglądy te mogą być trudne do zaakceptowania dla osób urodzonych na zachód od Buga. Osobiście przeczytałam wywnętrzenia głównego bohatera spokojnie, ale ja tak mam, że nawet jeśli się z kimś nie zgadzam, to lubię go wysłuchać, chociażby dlatego, że znajomość argumentów przeciwnika ułatwia późniejszą dyskusję. Jednakże rozumiem, że nie każdy ma naturę badacza poglądów dziwnych, a czytanie, na przykład, o korzyściach płynących dla Polski z paktu Ribbentrop – Mołotow może przekroczyć granice wytrzymałości niejednego czytelnika. O czym, zachęcając do lektury, lojalnie ostrzegam.

czwartek, 2 czerwca 2016

ŚLEDZTWA KSIĘCIA SETNY


POŁEBKIZM


Tytuł: „Przeklęty grobowiec”
Cykl: „Śledztwa księcia Setny”
Autor: Christian Jacq
Tłumacz: Monika Szewc-Osiecka
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 370

Post opublikowany pierwotnie na portalu Fahrenheit.

Starożytny Egipt to samograj. Takiego nagromadzenia tajemnic, intryg i mitów, takiego pola do popisu dla wyobraźni, takich możliwości do błyśnięcia erudycją, nie znajdziecie nigdzie indziej jakbyście nie szukali w czasie i przestrzeni. Wydawać by się więc mogło, że nie da się napisać kiepskiej książki osadzonej w takich realiach. A jednak Christian Jacq dokonał niemożliwego. Napisał powieść, delikatnie rzecz ujmując, mierną. Książkę, która nie broni się prawie na żadnej płaszczyźnie.  „Prawie”, bo jednego nie można Jacqowi  odmówić – obszernej, drobiazgowej wiedzy na temat Egiptu. Wiedzy, której starczyłoby na napisanie niejednego podręcznika.  Czytając opisy obyczajów, strojów czy wierzeń możemy w pełni autorowi zaufać. I na tym zalety „Śledztw księcia Setny” się kończą. Cóż z tego, jeśli wiedzy tej nie potrafi sprzedać w interesujący sposób.
Długo zastanawiałam się dla kogo przeznaczona jest ta powieść, zanim w końcu doznałam olśnienia.  Jest to pozycja odpowiednia dla tak zwanej młodszej młodzieży, czyli, po bożemu, do dzieci w wieku 11-12 lat, takich które już sprawnie składają literki i nawet ze zdaniem podrzędnie złożonym sobie poradzą, ale jeszcze zbyt skomplikowanych treści w małej główce nie są w stanie dłużej utrzymać. Z tym, że bardziej rozgarnięty dwunastolatek grupą docelową już nie będzie.  Wiele uproszczeń i naiwności można tłumaczyć młodym wiekiem i brakiem wyrobienia potencjalnego odbiorcy. Chociaż, z drugiej strony, czy młody wiek czytelnika to wystarczający powód by go nie traktować poważnie?
Beletrystyka, a w szczególności ta popularna, fabułą stoi. Tym razem fabuła jest prosta jak budowa cepa. Było dwóch braci, jeden dobry, drugi zły, obaj kochali piękną dziewczynę, a ona oczywiście wolała dobrego, choć biednego.  A śledztwa? No są gdzieś tam w tle, i bynajmniej nie książę Setna je prowadzi, a jego przyjaciel. Książę Setna jest zajęty czytaniem mądrych ksiąg i byciem zakochanym od pierwszego wejrzenia. Intryga w sam raz dla miłośniczek seriali „My Little Pony” albo „Troskliwe Misie”. Z całym szacunkiem dla tych osiągnięć X muzy.
Literatura piękna to sztuka snucia opowieści. Jacq opowiadać nie umie. W sposób wołający o pomstę do nieba marnuje wcale nie mały potencjał prezentowanej historii. Kolejne wydarzenie przedstawia w iście telegraficznym skrócie. Wiele epizodów, które nawet średnio wprawnemu pisarzowi wystarczyłby na niezłe opowiadanie, a przynajmniej a kilka stron krwistej prozy,  on zbywa jednym, maksymalnie dwoma suchymi akapitami. Mamy w „Przeklętym grobowcu” i bitwę decydującą o losach państwa, i rytuał wtajemniczenia egipskiej kapłanki, i schadzki zakochanych, i magię, i politykę. Do wyboru, do koloru. Toż to materiał na całą sagę! Ileż emocji – od strachu, aż po głębokie wzruszenie, można by w czytelniku wywołać. Tymczasem wszystko to przedstawiono w sposób tak skrótowy i suchy, że całość jest po prostu nudna, a miejscami wręcz żenująca. Czytając czułam się jakby autor w pośpiechu oprowadzał mnie po wystawie hieroglifów. Widzieliście kiedyś wycieczkę z przewodnikiem gnającą kurs galopkiem przez muzeum? „Na tym obrazie widzimy dwie brzozy i konia. Idziemy dalej!”. Gdzie wyobraźnia?! Gdzie własna interpretacja?! Byle szybciej, byle dalej, po łebkach. Na potrzeby opisania stylu autora stworzyłam nawet nowe słowo „połebkizm”. Inaczej specyfiki dzieła oddać nie potrafię. I znowu wraca wizja jedenastoletniego czytelnika. Może nie zauważy?
W tym pobieżnie naszkicowanym świecie, przeżywają swoje pobieżnie opisane przygody, do bólu szablonowe postaci. Czarno-białe jak… Hmmm… zabrakło mi porównania. Nawet czarno-biała telewizja oferowała jakieś tam odcienie szarości.  Tutaj na szarość nie ma miejsca. Albo ktoś jest zły, albo dobry. Kropka.
Książka to jednak nie tylko akcja i bohaterowie. Książka to także, a może przede wszystkim język.  Tu jest on tyleż uproszczony (żeby nie rzec prostacki) co niedopasowany do treści. Wyobraźcie sobie świat, w którym działa magia. Tak, tak – działa.  Po prawdzie większość problemów rozwiązują nasi bohaterowie za pomocą magii.  Do narodzenia Chrystusa zostało nam z grubsza licząc tysiąc trzysta lat (mamy wszak okres panowania Ramzesa Wielkiego), do narodzin Roberta Kocha kolejne dwa tysiące (plus minus sto lat), a tymczasem nasza bohaterka maluje oczy kredką która „nie tylko podkreślała spojrzenie pięknych, uwodzicielskich oczu w kolorze głębokiej zieleni ale także chroniła przed zakażeniami i zarazkami”. (s. 47 ). W innej scenie bohater pyta „Czyżby zagrażał nam gang Syryjczyków” (s. 219).  Żołnierze noszą „nowe mundury” (s. 64),ba, mamy nawet „mundur generalski” (s.78). Dokładnie tak jak  zacytowałam. Nie „elementy umundurowania” jeno pełnoprawny mundur. Wspominać hadko. Ręce opadają.
Czas na podsumowanie. Nigdy bym nie uwierzyła, że coś takiego kiedykolwiek napiszę, a jednak… Szczerze radzę – zamiast czytać idź na spacer. Czerwcowe dni są takie piękne.