niedziela, 11 września 2016

SIERGIEJ ŁUKJANIENKO - KWAZI

Tytuł: Кваzи (Kwazi)
Autor: Siergiej Łukjanienko
TłumaczBrak wydania polskiego
ISBN978-5-17-098131-1.
Ilość stron: 352
Data wydania: sierpień 2016


Nie wszyscy wiedzą, że w Rosji książki, podobnie jak filmy mają kategorię wiekową. Najnowszą powieść Siergieja Łukjanienko „Kwazi” zaliczono do kategorii 16+, czyli de facto „dla dorosłych”. Dlaczego? Sądzę, że ze względu na wiele dość krwawych scen, a może sama tematyka zombi od razu kwalifikuje powieść jako „nie dla dzieci”? Nie wiem. Myślę, że każdy musi sobie na to pytanie odpowiedzieć sam. Ale po kolei, bo tak jakoś od środka mi się zaczęło.
Zawsze podziwiałam elastyczność i pomysłowość Serigieja Łukjanienko. Z jednej strony umie podążać za modą, z drugiej strony zachowuje jednak oryginalność. Bezbłędnie wyczuwa gorące trendy w literaturze popularnej, podąża za nim, ale płynie nieco "w poprzek". Modne były wampiry? Proszę bardzo, mieliśmy wampiry w „Patrolach”, ale zupełnie inne od reszty. Rzekłabym „łukjanienkowskie”. Teraz, gdy przyszła moda na zombie, Łukjanienko z lekkością mistrza proponuje nam własną wizję żywych trupów. I znowu jest to wersja nieortodoksyjna. W powieści zombi to tylko stopień pośredni między ludźmi, takimi jakich znamy, i quasi-ludźmi.
Tu pora na dygresję. Ci, którzy czytali moją pierwsza wzmiankę o powieści Łukjanineko, być może pamiętają rozważania na temat tłumaczenia tytułu. „Quasi” czy też „Kwazi”? Obecnie, gdy lekturę mam już za sobą, skłaniam się ku formie „Kwazi” gdyż słowo to zyskuje w książce nowe znacznie. Staje się nazwą własną nowej grupy istot. Kwazi to kolejny stopień rozwoju człowieka. Forma powstająca w pewnych okolicznościach (nie zdradzę jakich) z zombie.
W moim wydaniu brzmi to może nieco głupawo, ale u Łukjanienki składa się w całkiem udatną całość.
„Kwazi” czyta się dobrze. Jak zwykle u tego autora mamy wartką akcję, ciekawe postacie, niezgrane pomysły zgrabnie połączone z zapożyczeniami z najlepszej tradycji literatury rozrywkowej. Trochę kryminału noir, trochę powieści przygodowej, duet dobry glina i zły glina, mylne tropy, zwroty akcji i odległe echa niezapomnianych "Patroli". Do wyboru, do koloru.
Jednakże tym razem mam wrażenie, że chodzi o coś więcej niż tylko prostą przygodę. Być może dokonuje nadinterpretacji, ale popatrzcie sami. Oto nieoczekiwanie stykają się dwie kultury – ludzie i kwazi. Tacy sami a jednocześni inni. Ludzie to przede wszystkim istoty podążając za emocjami, kwazi, wręcz przeciwnie, emocji pozbawieni są całkowicie, kierują się wyłącznie rozsądkiem. Ludzkość staje przed jakościowo nowym dylematem. Jak zachować się w zderzeniu z nieznaną, odmienną kulturą? Co robić? I o tym właśnie jest książka: o różnych reakcjach na zaistniałą sytuację. Obserwujemy najróżniejsze podstawy: od skrajnej nienawiści, poprzez neutralną niepewność, aż po hura-optymistyczne przyjmowanie obcych z otwartymi rękami. Jedni obawiają się, że obcy wyprą obecną cywilizację zniszczą ją ze szczętem, inni wręcz przeciwnie, twierdzą, że nowe ubogaca istniejące. Czy czegoś wam to nie przypomina?
Powieść to jednak nie tylko treść, ale także forma. Czyli język. A tutaj Łukjanienko trzyma równy poziom. Kiedyś, gdy pisałam o „Szóstym patrolu” wspominałam, że w statystycznym ujęciu język tego autora wypada blado. Zakres słownictwa i średnia długość zdania sporo poniżej średniej dla gatunku, za to ilość dialogów znacznie powyżej przeciętnej (czytaj: mniej opisów). I co z tego? Statystyka statystyką, a życie życiem. Łukjanienko czyta się dobrze i tyle. Tego się będę trzymać.
Zbliżając się ku końcowi warto zaznaczyć, że choć główne wątki powieści zostały elegancko domknięte, to jednak wiele pytań pozostaje nadal bez odpowiedzi. Otwarte zakończenie sugeruje, że mamy do czynienia z początkiem kolejnego cyklu. Czyżby Łukjanineko szykował coś, co ma zastąpić "Patrole"? Tak mi się wydaje. Czy mam rację czas pokaże.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz