sobota, 29 marca 2014

SKANDALISTA WYSTAWIA SKANDALISTĘ

LÓD SOROKINA W TEATRZE NARODOWYM



Teatr Narodowy w Warszawie
Tytuł: Lód (Лeд)
Przekład: Agnieszka Lubomira Piotrowska
Adaptacja, reżyseria, opracowanie muzyczne: Konstantin Bogomołow
Scenografia: Larisa Łomakina
ObsadaWiktoria Gorodeckaja, Anna Grycewicz, Bożena Stachura, Danuta Stenka,Milena Suszyńska, Mariusz Bonaszewski, Dobromir Dymecki, Waldemar Kownacki, Karol Pocheć, Przemysław Stippa, Jerzy Radziwiłowicz, Mateusz Rusin

Czym jest „Lód”? Fantastyką? Alegorią? Gigantyczną metaforą? Wielopoziomowym szyderstwem? A może wszystkim po trochu?
Oto po setkach tysięcy lat uśpienia następuje przebudzenie rasy „nadistot”, twórców światów i piewców kosmicznego ładu. Znają nie tylko język rozumu lecz także, a właściwie przede wszystkim,  język serca. Żyją na wyższym, uduchowionym poziomie, odcinając się od „maszyn z mięsa”. Siebie nazywają żywymi lub Braćmi Serca, pozostałych – martwymi lub pustymi. Ich nadrzędnym, jedynym celem, celem któremu podporządkowują wszystkie swe działania, bez względu na cenę, jest przywrócenie Pierwotnej Harmonii.
Realizując "Lód" reżyser, Konstatin Bogomołow, zwany przez niektórych "pierwszym skandalistą Rosji", wybrał prostą, wręcz ascetyczną formę. Przekaz oparł nie na scenografii, nie na rozbudowanej warstwie inscenizacyjnej lecz na subtelnych różnicach w grze aktorów – to dzięki ich kunsztowi i mistrzowskiej interpretacji ról od pierwszej sceny nie tyle  widzimy, co czujemy podział na dwa światy.
„Maszyny z mięsa” recytują swe teksty beznamiętnie, bez intonacji, wypluwając słowo za słowem niczym automaty, posługują się rynsztokowym językiem, pełnym przekleństw i wulgaryzmów, ich zachowania są prostackie, prymitywne i niesmaczne. Ich życie nie jest prawdziwe – rodzą się i umierają martwi, płodząc podobnych do siebie martwych. Nawet sceny gwałtów i przemocy są nieprawdziwe – widz nie obserwuje ich, a jedynie czyta opisy wyświetlane na ogromnym ekranie.
Co innego żywi. Ich gra jest pełna emocji, subtelnych półtonów, niedomówień i uczuć. Obserwujemy jak z żelazną konsekwencją, przez dziesięciolecia – od początku ubiegłego wieku, aż po czasy nam współczesne bez wytchnienia poszukują sobie podobnych, by naprawić błąd sprzed eonów i przywrócić kosmiczny porządek.
Patrzą Sercem. Mówią Sercem. Czują Sercem. Czyżby posłańcy miłości? Tylko czemu drogę ku świetlanej przyszłości brukują tysiącami trupów i bezmiarem ludzkiego cierpienia? Czy naprawdę są orędownikami miłości czy raczej sadystycznymi mordercami? Czy obiecana utopia nie jest jedynie kolejnym zbrodniczym systemem?
I tak oto znaleźliśmy odpowiedź na postawione na początku pytanie: czym jest „Lód”. To bezkompromisowe, szydercze rozliczenie historii XX wieku, wieku totalitaryzmu, wojen i przemocy ukrywających się pod płaszczykiem szczytnych haseł.
Spektakl Teatru Narodowego nie byłby tym, czym jest, bez wybitnych aktorów. Po samozwańczych „gwiazdach”, którymi raczą nas na co dzień telewizja i kino, spotkanie z mistrzami sceny to prawdziwa uczta. Kreacja Danuty Stenki to prawdziwy majstersztyk. Stenka po raz kolejny udowadnia, że jest jedną z najzdolniejszych i najlepszych (jeśli nie najlepszą) współczesnych polskich aktorek. Nie ustępuje jej pola Jerzy Radziwiłłowicz, wcielający się w spektaklu (podobnie jak większość artystów) w kilka postaci. Łatwość z jaką w ciągu kilku chwil ze zmęczonego życiem, starego naukowca przeistacza się w prostackiego oficera bezpieki, poraża.

Nie można jednak pominąć faktu, że „Lód” w reżyserii Konstantin Bogomołowa jest spektaklem niezwykle trudnym w odbiorze, wymagającym ogromnego skupienia i sporego wyrobienia. Mamy tu do czynienia nie tyle z adaptacją powieści, co ze zlepkiem wielu, statycznych, czasami kilkunastominutowych monologów. Aktorzy nie odgrywają wydarzeń lecz opowiadają o nich. Opowiadają długo – przedstawienie trwa blisko trzy godziny bez przerwy, co dla wielu osób może być jednak zbyt nużące.
I choć na mnie spektakl wywarł pozytywne wrażenie, nie polecam go osobom źle znoszącym koncentrację przekleństw i nadmierną dosłowność opisów wszelakich czynności fizjologicznych. Mamy ani teściowej na "Lód" w Teatrze Narodowym zdecydowanie bym nie zabrała. Nie wspominając nawet o nieletnich dzieciach.

KLASYKA ZE WSCHODU

Klasyka rosyjskiej SF - tom 4


Klasyka rosyjskiej SF - tom 4

Tytuł: Klasyka rosyjskiej SF - tom 4
Autor: Antologia (wybór Paweł Laudański)
Wydawca: Solaris
Data wydania: 2013 
Liczba stron: 392
ISBN:  978-83-7590-146-7

Bardzo cenię sobie zarówno zaangażowanie pana Pawła Laudańskiego w propagowanie literatury rosyjskojęzycznej, jak i jego znajomość tematu. Tym bardziej martwi mnie fakt, że choć łączy nas wspólna pasja, to jednak gusta mamy całkiem różne. Czwarty, ostatni z cyklu „Klasyka rosyjskiej SF”, tom  jest na to kolejnym dowodem. Niewątpliwie, opowiadania wybrane do antologii są tekstami znaczącymi i ciekawymi, ale nie do końca do mnie przemawiają.
Wbrew powszechnie panującemu przekonaniu, że prawdziwy pisarz to taki, który ma koncie co najmniej jedną powieść (najlepiej bardzo grubą), uważam, że największym wyzwaniem dla literata jest forma krótka – opowiadanie lub nowela. (Czy ktoś poza polonistami rozróżnia jeszcze te dwa gatunki?). Autorowi powieści wiele można wybaczyć: mniej udany fragment, nudną sceną, czy nieciekawy wątek poboczny. Błąd rozmywa się i gubi. Opowiadanie wręcz przeciwnie – wymaga, by każdy akapit, wręcz każde zdanie było dopracowane i potrzebne.  I na tym właśnie polega główny problem tekstów wybranych przez Laudańskiego – są przegadane do bólu. Gdzie zwięzłość formy, gdzie koncentracja na głównym wątku, gdzie szlifowanie poszczególnych zdań? Trudno mi powiedzieć dlaczego autorzy popełnili błąd: czy za bardzo rozdmuchali proste historie, czy wręcz przeciwnie – przycięli do wielkości opowiadania niedonoszone powieści. A może opowiadania są w porządku, tylko ze mną coś jest nie tak? Może skażona zostałam rytmem naszych czasów, wyznaczanym przez migające reklamy, teledyski i szybki montaż? Cóż, takiej ewentualności też nie mogę odrzucić.
Zanim przejdę do poszczególnych opowiadań, pozwolę sobie odnieść się do języka antologii –tłumaczenia i redakcji, a właściwie jej braku. Mimo że najmłodszy tekst liczy sobie ponad trzydzieści lat, to część tłumaczeń przygotowano specjalnie na potrzeby wydania Solarisu. Rozumiem, naprawdę rozumiem, że tłumaczowi może przytrafić się rusycyzm czy inny babol. Nikt nie jest doskonały. Ale gdzie, na Boga!, gdzie był redaktor? Nie chodzi mi nawet o drobne potknięcia – nie sposób ich uniknąć przy takiej objętości tekstu, ale o ewidentne błędy: od panoszącego się niemalże na każdej stronie „póki co” po kuriozalne „linie paralelne”. Doprawdy, jeśli książka w miękkiej oprawie kosztuje 32 złote (plus wysyłka), mogę chyba oczekiwać wydania profesjonalnego.
A teraz kilka słów o poszczególnych tekstach.
Cichy dźwięk dzwoneczka – Dimitr Bilenkin znany jest polskiemu czytelnikowi od dawna. Jego opowiadania publikowane były w niezapomnianych „Krokach w nieznane”. (Mam na myśli klasyczne „Kroki…”, te pod redakcją Lecha Jęczmyka). I tym razem nie zawodzi. Jest niezły pomysł, jest dobre wykonanie, jest i przesłanie.
Dywersja krabów – opowiadanie Anatolija Dnieprowa to najstarsze spośród przedstawionych opowiada (napisane bodajże w 1958). Tekst nieco się zestarzał - jest dość przewidywalny, ale nie na tyle, by nie można go było nadal czytać z niejaką przyjemnością, szczególnie gdy ktoś lubi "opowieści z myszką".
Dzień gniewu – utwór Sewera Gansowskiego (ciekawostka – Gansowski był w jednej czwartej Polakiem), to właściwie nie opowiadanie, a raczej mikropowieść, w której autor analizuje relacje między człowiekiem, a zmienionym przez niego światem. Mimo upływu lat tekst nadal pozostaje bardzo aktualny. Tylko czemuż, ach czemuż, droga redakcjo, autor ma ma czasem na imię Sewier, a czasami Sewer (podział tak mniej więcej pół na pół). Toż to objaw totalnego braku nawet nie redakcji, a najzwyklejszej korekty!
Dwie lecące strzały – gdyby tekst powstał w latach 50., no na początku 60., pewnie jakoś by się wybronił. Wiktor Kołupajew napisał go jednak w połowie lat 70., mogę więc tylko napisać „Ale to już było”. Było wiele razy.
Sonata węża – Olga Łarionowa, to obok wspomnianego już wcześniej Bilenkina, najbardziej „klasyczna klasyka” w zbiorze. Tekst dobrze znany, nieźle wytrzymał próbę czasu, choć zakończenie nieco razi nadmiernym patosem. Współczesny pisarz nie wyłożyłby sprawy aż tak „łopatologicznie”. Ale jest to tylko drobny mankament, nie psujący ogólnego dobrego wrażenia.
Arytmetyka miłości – nie wiem dlaczego, ale twórczość Siergieja Sniegowa do mnie nie przemawia (poza jednym wyjątkiem). Wiem, że Sniegow „wielkim pisarzem był”, ale to nie moja bajka. Jak dla mnie, opowiadanie można by ze zbioru usunąć bez większej straty dla całości. Zastrzegam, że mogę się mylić – powód wyłuszczyłam w poprzednim zdaniu.
Na skrzyżowaniu czasu – pomysł niezły, wykonanie też, ale całość jak na mój gust mocno przegadana. Gdyby Jewgienij Wojskunowski i Isaj Łukidjanow skrócili tekst o połowę, albo chociażby o jedną trzecią, byłoby znacznie lepiej i ciekawiej.
Ponad góry, ponad chmury, ponad niebo… - Wstyd się przyznać, ale do tej pory nie znałam twórczości Pawła Amnuela. Opowiadanie ciekawe, wciągające, nastrojowe. Gdybyż tylko autor nie walnął nas na ostatniej stronie morałem niczym młotkiem po głowie, byłoby blisko ideału.
Dzień, wieczór, ranek – Tydzień po zakończeniu lektury, nawet pod groźbą śmierci nie byłam sobie w stanie przypomnieć o czym było opowiadanie Michajłowa (Ciekawe, dlaczego imię autora owiane zostało mrokiem tajemnicy). To chyba wystarczy za całą recenzję. I dlaczego to było takie dłuuuuugie?
Głos – dobre. Długie, ale dobre. Ciekawy pomysł, dobrze napisane, wciągające. Nie bez powodu to drugi tekst Gansowskiego w tym tomie.

Moja ocena: 6/10

Recenzja zgłoszona do wyzwania: Klucznik
 

czwartek, 27 marca 2014

CICHA WIARA W ANIOŁY - R.J. Ellory

W POSZUKIWANIU KRYMINAŁU DOSKONAŁEGO


Tytuł: Cicha wiara w anioły
Tytuł oryginału: A Quiet Belief in Angels
Autor: R.J Ellory
Tłumaczenie: Tatiana i Piotr Grzegorzewscy
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie 
Data wydania: 2010 
ISBN: 978-83-245-8768-1 
Liczba stron: 408



"Cicha wiara w anioły" jest książką nierówną. Nawet bardzo nierówną. Na szczęście fragmentów dobrych, a miejscami wręcz znakomitych jest znacznie więcej niż tych słabszych. Zaczyna się bardzo dobrze, rzekłabym nawet nieco „kingowsko”. Mała, senna mieścina, gdzieś na południu Stanów, gdzie wszyscy się znają i – przynajmniej z pozoru – wszystko o sobie wiedzą. A jednak spokój to tylko pozorny, bo gdzieś blisko, tuż obok, kryje się ZŁO. Zło, które ma znajomą-nieznajomą twarz. Ktoś morduje bestialsko małe dziewczynki. Ktoś kto mieszka tuż obok. Sąsiad, a może nawet przyjaciel? Mógłby to być wstęp do kolejnego, typowego kryminału, jakich dziesiątki, jeśli nie setki, zalegają na sklepowych półkach. R.J. Ellory nie idzie jednak utartą drogą, nie koncentruje się na śledztwie – ani tym oficjalnym, ani nieoficjalnym. Zajmuje go co innego – jak kontaktem ze złem wpływa na psychikę człowieka: najpierw chłopca, potem nastolatka, aż wreszcie dorosłego mężczyzny. Czy bohater będzie w stanie uwolnić się od traumy dzieciństwa?  Naznaczony niczym stygmatem wspomnieniem zbrodni, nie potrafi zerwać z przeszłością. Tym co pomaga mu w zmaganiach z losem jest tytułowa cicha wiara w anioły, rozumiana w tym kontekście dosłownie. Dla chłopca anioły są bytami realnymi, zwiastującymi zarówno szczęście, jak i nadciągające tragedie. 
Wraz z wejściem w dorosłość w życiu bohatera następuje okres względnego szczęścia, zapoczątkowany - paradoksalnie - niczym mocnym akordem, nieoczekiwaną tragedią. Mężczyzna (bo nasz bohater zdążył już dorosnąć) ucieka do dużego miasta,  by w końcu wieść tam normalne życie. W zamyśle artystycznym ma być ono kontrapunktem dla mrocznego dzieciństwa i czających się w przyszłości, kolejnych dramatów. Jest rzeczą oczywistą, że znacznie łatwiej jest opisać w sposób wciągający niesamowite (nawet przerażające) zdarzenia, niż zwyczajne życie. To wielka sztuka przedstawić codzienność tak, by drobne radości i smuteczki zainteresowały czytelnika. Do tego trzeba mistrza, a przynajmniej sprawnego rzemieślnika. Ellory wyraźnie nie poradził sobie z tym zadaniem. Nie będę ukrywać, że tę część książki poznałam dość pobieżnie, raczej kartkując niż czytając.
Na szczęście (dla czytelnika), naszego bohatera znowu dopada seria nieszczęść, a akcja odzyskuje tempo, choć powieść nie ma już tego uroku, co w pierwszej części. Zagadka w końcu zostaje rozwiązana, a zakończenie niewątpliwie jest zaskakujące. 
Po lekturze książki "Cicha wiara w anioły" nie mogę powiedzieć, że oto znalazłam kryminał doskonały, ale mam wrażenie, że bardzo zbliżyłam się do upragnionego celu.

Moja ocena: 6.5/10

Książka zgłoszona do wyzwania Czytam literaturę amerykańską

piątek, 21 marca 2014

MICHEL FABER - JABŁKO

KONTYNUACJA, KTÓRA KONTYNUACJĄ NIE JEST 




TytułJabłko
Tytuł oryginału  The Apple
Autor: Michel Faber
Tłumacz:Maciej Świerkocki
Wydawca: W.A.B.
Data wydania:  2007
Liczba stron: 208
ISBN: 978-83-7414-318-9

Po ogromnym sukcesie powieści „Szkarłatny płatek i biały” Faber wraca jeszcze raz do postaci znanych z kart tej książki. Tym razem dziełem skromniejszym - przynajmniej objętościowo - zbiorem opowiadań „Jabłko”. Niech cię jednak, czytelniku, nie zmyli ogromny napis na okładce „Powrót bohaterów Szkarłatnego płatka”. Owszem, bohaterowie wracają, ale w innych czasach i sytuacjach. Nie jest więc „Jabłko” kontynuacją w pełnym tego słowa znaczeniu, a jedynie swobodnym nawiązaniem do poprzedniego utworu. Tym niemniej trudno zgodzić się ze stwierdzeniem wydawcy i zapewnieniami autora (zawartymi w przydługim nieco, jak na mój gust, wstępie), że jest to dzieło w pełni samodzielne. Część opowiadań rzeczywiście broni się sama. „Boże Narodzenie na Silver Street”, „Clara i Pan Szczur” czy „Czekoladowe serduszka z Nowego Świata” są tekstami niezależnymi, które mogłyby zaistnieć (przynajmniej teoretycznie) nawet gdyby „Płatek…” nigdy nie ujrzał światła dziennego. Mogłyby też (oczywiście też tylko teoretycznie) powstać na długo przed jego napisaniem. Z drugiej strony opowiadanie „Lekarstwo” jest niezwykle głęboko osadzone w realiach powieści. Śmiem twierdzić, że osoby które jej nie czytały niewiele zrozumieją i najpewniej wynudzą się setnie. Także zakończenie tekstu „Chmara kobiet w wielkich kapeluszach” nabiera dodatkowego wymiaru, gdy rozpatrywać je w kontekście wydarzeń z „Płatka…”
W zbiorku znajdziemy zarówno opowieści osadzone w czasie przed, jak i po „Płatku…”. Jedno dzieje się niemal współcześnie - poznajemy w nim potomków osób znanych z kart powieści. Nie dowiemy się jednak zbyt wiele o ich losach. „Jabłko” to zbiór miniatur, migawek z życia ludzi epoki wiktoriańskiej i edwardiańskiej napisanych w stylistyce zupełnie innej niż powieść, której jakoby jest kontynuacją. Mamy tu do czynienia z Faberem takim, jakiego znamy z „Ewangelii Ognia” (http://polekturze.blogspot.com/2014/01/dwa-wieczory-swietnej-zabawy.html) – minimalistycznego, oszczędnego w słowach, wręcz lakonicznego. Zaskakująca jest też różnorodność opowiadań: od hiperrealistycznej opowieści obyczajowo-społecznej, poprzez tekst pełen ironii, aż po nieco rzewne lub wręcz sentymentalne wspomnienia. Po zastanowieniu nie wiem komu polecić tę książkę: czytelnik oczekujący dzieła epickiego na modłę powieści dickensowskiej (takiej jak "Płatek...") będzie mocno rozczarowany, natomiast miłośnicy krótkiej formy bez znajomości bazowej powieści siłą rzeczy stracą znaczną część smaczków.
O czym lojalnie uprzedzam.

Moja ocena: 5/10
Recenzja zgłoszona do wyzwania: Grunt to okładka




poniedziałek, 17 marca 2014

BLONDYNKA W MEKSYKU - BEATA PAWLIKOWSKA


EGZOTYCZNA WYPRAWA Z BLONDYNKĄ




Tytuł:Blondynka w Meksyku
Autor: Beata Pawlikowska
Wydawca: Burda Książki
Data wydania: 2013-05-04 
Liczba stron: 93
ISBN: 978-83-7596-126-3

Wyobraźcie sobie panią Jadzię albo Zosię. Może być sąsiadką albo koleżanką z pracy. Pani Jadzia (albo Zosia) właśnie wróciła z egzotycznej podróży. Tym razem wybrała się do Meksyku. Pełna emocji opowiada o tym, co wywarło na niej największe wrażenie: o nowoczesnym dworcu autobusowym wyglądającym niczym futurystyczna poczekalnia na kosmodromie, o metrze z wagonami tylko dla kobiet, o życzliwości i otwartości tamtejszych ludzi, o przedziwnych potrawach i o tym co zrobić gdy papryka była za ostra. Opowiada o strojach, obyczajach i legendach, za nic sobie mając „obowiązkowe” punkty wycieczki, które każdy turysta musi zobaczyć. Od czasu do czasu wspomaga się zdjęciem albo dowcipnym rysunkiem. Słuchając takiej relacji raczej nie przygotujesz się do egzaminu z geografii, być może nawet nie dowiesz się wiele nowego (jeśli akurat jesteś obeznany z tematem), a przecież będziesz słuchać z nieudawanym zainteresowaniem.
Taka jest właśnie opowieść Beaty Pawlikowskiej „Blondynka w Meksyku”. Nie znajdzie w niej czytelnik ani rozbudowanych opisów, ani dygresji, ani rozpraw o sytuacji politycznej w regionie. Nie ma co liczyć na opisy muzeów i zabytków. Nie ma ich tam, bo i po co? Takie informacje bez trudu wyszukasz w pierwszym z brzegu przewodniku albo w Internecie. Czytając „Blondynkę w Meksyku” dostaniesz za to coś cenniejszego – usłyszysz gwar meksykańskiej ulicy, śmiech kobiet i krzyki dzieci, poczujesz zapach tacos i gotowanej fasoli. Ani się spostrzeżesz jak przemierzając z autorką ruiny Tenochtitlan   przeniesiesz się w czasie do świata Azteków, ich mitów, legend i obyczajów.
Niewielka książeczka, według dzisiejszych standardów niemalże broszura, urzeka szczerością i bezpretensjonalnym stylem. Nic więc dziwnego, że wciągający reportaż znanej podróżniczki „łyknęłam” za jednym zamachem. Ani się obejrzałam a już dotarłam do ostatniej strony żałując, że to już koniec.

Moja ocena: 9/10

Książka zgłoszona do wyzwań:
Klucznik
Grunt to okładka




piątek, 14 marca 2014

MOJA KRÓTKA HISTORIA - STEPHEN HAWKING

ARTYKUŁ RODEM Z WIKIPEDII



TytułMoja krótka historia
Tytuł oryginału  A Brief History Of Mine
AutorStephen Hawking
TłumaczAgnieszka Sobolewska
Wydawca: W.A.B.
Data wydania:  Luty 2014
Liczba stron: 152
ISBN: 978-83-280-0884-7

Zwięzły styl, przekazywanie czytelnikowi tylko niezbędnego minimum informacji, czyli rozwiązania, które zaprowadziły „Krótką historię czasu” na szczyt list bestsellerów, sprawdza się świetnie w przypadku literatury popularno-naukowej, ale zupełnie nie pasuje do książki biograficznej. Sięgając po autobiografię Stephena Hawkinga zastanawiałam się, jak można tak bogaty życiorys zmieścić na 150 stronach, tym bardziej, że część miejsca zajmują fotografie (swoją drogą są one najciekawszym elementem publikacji). 
Moja krótka historia” napisana jest w manierze iście telegraficznej: autorowi wystarczy jeden akapit, by opisać wizyty na pięciu kontynentach, jednym zdaniem (dosłownie jednym) załatwia sprawę spotkań z przywódcami największych państw, miesiące spędzone w domu Roberta Gravesa zasługują zaledwie na kilka zdawkowych akapitów. W rezultacie cały czas miałam wrażenie, że czytam rozbudowany artykuł z Wikipedii, a nie dzieło bądź co bądź literackie. Do tego mniej więcej połowa książki poświęcona jest nie życiu genialnego astrofizyka i kosmologa lecz zagadnieniom stricte naukowym. Jest oczywiste, że biografia Hawkinga nie może się bez tego obejść – rzecz nie w obecności tych rozważań, a w źle wyważonej proporcji. To tak, jakby połowę książki o Beethovenie zajmowały partytury symfonii.
Książka nie jest jednak pozbawiona plusów. Największym jest przebijająca niemalże z każdej linijki ogromna kultura osobista autora. W przeciwieństwie do literatury „celebryckiej” nie znajdziemy w „Mojej krótkiej historii” żadnych skandali. Hawking nie obrzuca nikogo błotem, wręcz przeciwnie, o wszystkich (nie wyłączając swych przeciwników naukowych i dwóch byłych żon) pisze ciepło i ze zrozumieniem, rzucając tu i ówdzie jakiś błyskotliwy dowcip. Nie można też odmówić mu sporej dozy ironii i autoironii oraz dystansu do własnej osoby.
Nie lubię naginania faktów, a wydawnictwo W.A.B. reklamując książkę  Stephena Hawkinga sloganem „Znawca tajemnic wszechświata wyjawia sekrety ze swojego prywatnego życia”, nagina fakty do granic wytrzymałości. Autor nie zdradza niczego, co nie byłoby powszechnie wiadome. I nie chodzi mi o brak pikantnych szczegółów czy skandali, ani o wyciąganie na światło dzienne szczegółów z życia  osobistego - szanuję prawo każdej osoby, nawet bardzo znanej, do prywatności. Sięgając po "Moją krótką historię" liczyłam, że dowiem się czegoś o człowieku, o jego przeżyciach, zmaganiach z losem, wzlotach i upadkach, oczekiwałam też jakiś ciekawostek i anegdot z życia najtęższych umysłów XX i XXI wieku. Chciałam popatrzeć oczami Hawkinga na miejsca, w których nie byłam, na ludzi, których nie dane mi było poznać i  na wydarzenia, w których nie było mi sądzone uczestniczyć. Tymczasem dostałam cukierkową opowieść, w której wszyscy są dobrzy i nawet ciężka choroba jest dobrodziejstwem.

Moja ocena: 5/10 

Książka zgłoszona do wyzwania Czytam literaturę amerykańską (wiem, że Hawking jest Brytyjczykiem, ale regulamin dopuszcza książki autorów innych narodowości, jeśli w tekście jest mowa o Ameryce).

czwartek, 13 marca 2014

ŚMIERĆ NA NILU - CONNIE WILLIS


PIERWSZA CZĘŚĆ "THE BEST OF CONNIE WILLIS"


TytułŚmierć na Nilu
AutorConnie Willis
TłumaczDariusz Kopociński, Anna Miklińska, Jolanta Pers, Patryk Sawicki
Wydawca: Solaris
Data wydania: 2009
Liczba stron: 450
ISBN: 978-83-7590-040-8 

Mocno to pewnie niepolityczne stwierdzenie, ale muszę się przyznać, że książki wydawnictwa "Solaris" często kupuję z kilkuletnim opóźnieniem, bo choć autorzy i tytuły przednie, to jednak te ceny... Cierpliwie czekam więc na promocje. Wiem, że jest to efekt uboczny wydawania pozycji ambitnych, a więc niskonakładowych. Mały nakład równa się wysoka cena. Ale dość o tym. Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach. (Dżentelmeni je mają. Najlepiej nie zarobione lecz odziedziczone po dziadku).
W przypadku zbioru opowiadań Connie Willis czekać było o tyle łatwiej, że znaczna część tekstów (o ile nie wszystkie) była już w Polsce publikowana, miałam więc możliwość poznać je wcześniej.
Twórczość Willis - najbardziej chyba uhonorowanej pisarki SF - ma tyluż zwolenników co wrogów. Ci pierwsi mówią o tekstach zapadających głęboko w pamięć, ci drudzy - o utworach wiejących nudą. Skąd taka rozbieżność? 
Twórczość Willis trudno jest zaklasyfikować do któregoś z głównych nurtów fantastyki. Nie jest to ani fantastyka eksploracyjna, ani space opera, ani cyberpunk, ani historia alternatywna, ani fantasy, ani... Choć z drugiej strony nawet przez chwilę nie można mieć wątpliwości, że jest to fantastyka przez duże "F". Wiele tekstów, zawartych w zbiorze "Śmierć na Nilu" to w istocie opowiadania obyczajowe, koncentrujące się na zagadnieniach psychologicznych i socjologicznych. Otoczka fantastyczna nie jest w nich jednak jeno pustym sztafażem - jest integralną, nieodłączną częścią tekstu. Zabierz fantastykę, a całość przestanie trzymać się kupy (excusez le mot!). Tyle tytułem wstępu, a teraz czas na szczegóły.
Ostatni winnebago - na początek najmocniejszy bodajże tekst całego zbioru. Zapadająca głęboko w pamięć opowieść o tęsknocie za odchodzącym światem, o samotności, o cynizmie władzy i próbie pokonania własnej bierności. Mała uwaga do tłumaczenia. Żaden, ale to żaden właściciel psa (mam na myśli psy miejskie, takie "do kochania"), nie powie, że pies zdechł. Najbardziej ortodoksyjni użyją słowa "umarł", inni zastosują obejście - "odszedł", "straciliśmy go", "zginął w wypadku", "nie pokonał choroby". Niby drobiazg, a przeszkadza. Szczególnie, że w języku oryginału na śmierć jest tylko jedno słowo. Bez względu na to, kto umiera.
Nawet królowa - krótkie, zabawne opowiadanie. Według notki redakcyjnej satyra na feministki. Z pewnością tak, choć ja, być może ze względu na osobiste doświadczenia, zauważyłam jeszcze jedno przesłanie: jak byś się nie napinał drogi rodzicu, dzieci i tak popełnią własne błędy, a potem stwierdzą, że to twoja wina.
Pogrom komiczny - spory tekst, właściwie mikropowieść. W moim rankingu najsłabszy element zbioru. Fabuła przewidywalna, wiejąca nudą. Tekst w zamyśle humorystyczny, nie rozbawiał mnie ani trochę. Być może w tym tkwi problem - zaprezentowany w opowiadaniu rodzaj poczucia humoru zupełnie do mnie nie trafił.
Krótka przerwa - jak daleko może posunąć się naukowiec, by osiągnąć swój cel i co może wyniknąć, gdy przekroczy dozwoloną granicę. A także o kryzysie wieku średniego. Przyjemnie się czytało.
Cud - trzeba cudu, by przeżyć prawdziwe święta marzeń. Czego tak naprawdę chcemy? Co musi się zdarzyć, by człowiek zdał sobie sprawę ze swych ukrytych, prawdziwych (i wcale nie takich znowu wyszukanych) pragnień. Pełna ciepła opowieść do poczytania wieczorem na poprawę nastroju przed snem.
Śmierć na Nilu - nieprzypadkowe nawiązanie do Agaty Christie. Oniryczna opowieść, w której do końca nie wiadomo, co jest snem, a co rzeczywistością. Czyżby pierwsze przymiarki do napisanego wiele lat później "Przejścia"?
Jak te, które pamiętamy - jeszcze raz temat świąt i marzeń. Zbiór scenek rodzajowych - i wesołych, i smutnych - rozgrywających się w śnieżnej scenerii Wigilii Bożego Narodzenia. I tym razem coś zgrzytnęło w tłumaczeniu. Dopiero gdy zerknęłam na tytuł oryginału "Just Like the Ones We Used To Know" dotarło do mnie, że jest to cytat z niezapominanej piosenki "White Christmas" Irvinga Berlina. Ale może się czepiam, bo nawiązań w tekście jest tyle, że każdy w końcu załapie o co chodzi. Nawet ja.
List od Clearysów - mimo że temat wyeksploatowany do bólu przez innych twórców (nie zdradzę jaki - spojlerom mówimy nie!), to jednak w tekście nie ma ani śladu wtórności. Mocny kawałek na zamknięcie pierwszego tomu.

Moja ocena: 8/10

Książka zgłoszona do wyzwań czytelniczych:
Klucznik
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu
Czytam literaturę amerykańską

niedziela, 9 marca 2014

ZŁOTY WIEK SF - TOM 4

W POSZUKIWANIU ŹRÓDEŁ



Tytuł: Złoty wiek SF - tom 4
Autor: Antologia (wybór Wojtek Sedeńko)
Wydawca: Solaris
Data wydania: 2013-12-05  
Liczba stron: 338
ISBN:  978-83-7590-145-0 

Wspominałam już w opinii o antologii "Stare dobre czasy" (
http://polekturze.blogspot.com/2013/04/tytu-stare-dobre-czasy-good-old-stuff.html), że czasem mam ochotę poczytać coś klasycznego - prostą literaturę stworzoną głównie z myślą o dostarczeniu dobrej rozrywki. Nic więc dziwnego, że przygotowana przez Wojtka Sedeńkę seria "Złoty wiek SF" od razu przykuła moją uwagę. 
Zaprezentowane opowiadania mogą współczesnemu czytelnikowi wydać się banalnie proste, a fabuły wtórne, ale to tylko złudzenie. Pamiętajmy, że od czasu powstania tych tekstów minęło 60-80 lat! Wtedy pomysły autorów były świeże i nie wyeksploatowane do bólu przez stada naśladowców. Dla osób interesujących się głębiej literaturą SF, antologie "Złoty wiek SF" to bezcenne źródło wiedzy o początkach tego gatunku - swoista podróż do źródeł. Mam też dobrą wiadomość dla wszystkich znużonych wysypem nieudolnych klonów Tolkienowskiej epopei. W tekstach zebranych przez Sedeńkę nie znajdzie ani jednego elfa, ani pół krasnoluda i nawet ćwiartuchny orka! (Choć wiem, że dla grupy czytelników to akurat może być wadą). Co znalazło się w tomie czwartym?
Ginący Wenusjanie, Leigh Brackett - nie sposób odmówić autorce sprawnego pióra i umiejętności prowadzenia akcji. Nawet nie wiedząc, że przyłożyła się do powstania scenariusza niezapomnianego "Rio Bravo" (współautorem był Jules Furthman), bez trudu można wyczuć westernowe korzenie - i na poziomie fabularnym, i na poziomie kreowania postaw bohaterów. Kłopot w tym, że w dzisiejszych czasach dzielny osadnik wycinający w pień Indian, by zdobyć nowe ziemie dla kolonistów, nie jest już bohaterem lecz zwykłym bandytą. (przynajmniej w moim odczuciu). Nie umiem kogoś takiego polubić, ani cieszyć się jego sukcesami.
Piosenka w tonacji minorowej, C.L. Moore - krótka, nostalgiczna etiuda, nawiązująca do najbardziej znanej postaci stworzonej przez autorkę - Norwesta Smitha. Wzorcowy przykład tekstu opartego na nastroju, a nie na fabule (takowej praktycznie nie ma).
Jądro krystalizacji, Stephen Barr - opowiadanie czyta się szybko, lekko i przyjemnie, a potem równie szybko zapomina. Ma wszystko, co rozrywkowy tekst mieć powinien - przygodę, zagadkę i sporą porcję humoru.
Skazaniec w kosmosie, Robert Sheckley - poczucie humoru Sheckley'a bawi mnie nieustająco. Miałam więc z lektury sporo przyjemności. Morał zaskakująco aktualny.
Domek z kart, Cyril M. Kornbluth - z tym opowiadaniem mam kłopot. Najmocniejszą stroną tekstu jest suspens. "Domek z kart" wielokrotnie wznawiano w Polsce, więc trudno było na niego wcześniej nie trafić. Tym samym nie może być mowy o zaskoczeniu . Z drugiej strony fakt, że do dziś pamiętam zakończenie (od czasu gdy czytałam opowiadanie Kornblutha minęło dobre kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt lat), świadczy na korzyść opowiadania - większość tego typu dzieł zapominam najpóźniej na drugi dzień.
Drugi satelita, Edmond Hamilton - opowiadanie, którego współczesny czytelnik nie powinien traktować zbyt poważnie. Zapomnij o prawach astronomii i logiki, zanurz się w prawdziwą Przygodę (przez duże "P"), a tekst Hamilona dostarczy ci porcję przedniej rozrywki.
Inwazja, Murray Leinster - najsłabszy (literacko) tekst zbioru. Postaci jednowymiarowe. Ci źli, mało tego, że są źli to jeszcze bezdennie głupi i zarozumiali, ci dobrzy - mało tego, że dobrzy to jeszcze mądrzy, pomysłowi i oddani sprawi. Opowiadanie zasługuje jednak na uwagę z powodów czysto poznawczych. Jak wspomina Sedeńko w notce redakcyjnej, autor jako jeden z pierwszych dostrzegł niebezpieczeństwo jakim jest ideologia komunistyczna. Warto o tym wiedzieć i pamiętać.
Dolina marzeń, Stanley G. Weinbaum - uroczy tekst z mojego ulubionego gatunku - SF eksploracyjnej. Warto jednak najpierw przeczytać pierwszą część "Odyseja marsjańska". Dopiero wtedy wiele aluzji i odwołań stanie się w pełni zrozumiałe.
Świat ryzykantów, Keith Laumer - wyobraźcie sobie, że przypadkiem włączacie telewizor w środku filmu o nieznanym tytule. Na początku zupełnie nie wiadomo o co chodzi, z czasem zaczynacie jednak coraz lepiej orientować się w akcji. W rezultacie oglądacie do końca z niejaką nawet satysfakcją. Tak właśnie zbudowane jest opowiadanie "Świat ryzykantów". Jeśli ktoś lubi takie rozwiązania będzie się dobrze bawił. Ja osobiście nie przepadam.
Młodość, Isaac Asimov - wbrew temu, co można przeczytać w notce redakcyjnej, każdy czytelnik obeznany jako-tako z literaturą SF dość szybko domyśli się w czym tkwi haczyk. Mimo to czyta się dobrze. Razi nieco nadmierny dydaktyzm zakończenia.


Moja ocena: 7/10

Książka zgłoszona do wyzwań
Klucznik
Przeczytam tyle, ile mam wzrostu
Czytam literaturę amerykańską

piątek, 7 marca 2014

„DOWÓDCA SOPHIE” PATRICK O'BRIAN

MORSKIE OPOWIEŚCI NIE TYLKO DLA CHŁOPCÓW



TytułDowódca „Sophie”
Tytuł oryginału  Master And Commander
AutorPatrick O’Brian
TłumaczBernard Stępień
Wydawca: Zysk i S-ka
Data wydania: 2004 (wznowienie)
Liczba stron: 448
ISBN: 83-7150-280-X 

Zanim przejdę do dalszych dywagacji muszę od razu na wstępie zrobić jedno zastrzeżenie: nie znam się w ogóle na sprawach morskich, a na żeglarstwie w szczególności. Jedyne fachowe słowo z tej dziedziny jakie znam to "handszpak" - zostało mi w pamięci z czasów wczesnej młodości, gdy zaczytywałam się znakomitym "Znaczy kapitanem". Tak więc wszystkie dalsze wywnętrzenia będą impresjami profana, za co z góry wszystkich prawdziwych znawców tematu przepraszam.
„Dowódca Sophie” to pierwsza część większego cyklu. Znacznie większego. Doliczyłam się dwudziestu jeden tomów. Więcej nie będzie z przyczyn oczywistych - Patrick O’Brian zmarł w roku 2000.
Tom pierwszy – „Dowódca Sophie” to początek przygód Jacka Aubreya  i Stephena Maturina (tak, tak! to ci sami panowie, których znamy z filmu "Pan i władca: na końcu świata"). Jack po raz pierwszy w życiu obejmuje dowództwo okrętu. Podczas kompletowania (a właściwie uzupełniania) załogi poznaje Stephena Maturina. Ten typowy szczur lądowy, jest wyjątkowo cennym nabytkiem – rzadko która jednostka może poszczycić się prawdziwym lekarzem. Oprócz leczenia załogi, Maturin ma jeszcze jedno, czysto literackie zadanie. Jako kompletny laik może dopytywać się o wszystko. Dzięki temu czytelnik mniej obeznany z tematem, nie pogubi się w tych wszystkich tajemniczych gaflach, sztakslach i innych bombramstengach. Oczywiście można takie „trudne” słowa zignorować, zastępując je na własne potrzeby określeniami „jakiś żagiel” czy „jakiś tam kawałek masztu”, ale co to za przyjemność?! Aczkolwiek i tak od czasu do czasu musiałam wspierać się internetem, a były chwile, gdy nawet polska wikipedia nie dawała rady. Ustalenie jak wygląda barcalonga albo polakra zajęło mi nieco czasu.
„Dowódca Sophie” to opowieść o życiu i obyczajach Royal Navy na przełomie XVIII i XIX wieku. Książce brak wyraźnej linii fabularnej – jest to raczej zbiór luźno powiązanych morskich opowieści. „Sophie” krąży po Morzu Śródziemnym wykonując kolejne zadania, głównie „gania za pryzami” jak to z pogardą komentuje jeden z członków załogi. Taka konstrukcja to, wbrew pozorom, ogromne wyzwanie dla autora. Patrick O’Brian nie do końca sobie z nim poradził. Momentami historia jest zbyt chaotyczna, wręcz „szarpana”, wątki urywają się w najmniej oczekiwanym miejscu, jakby autor zapomniał dopisać końcówki albo składacz niechcący zgubił akapit czy dwa. Chwilami cofałam się o kilka stron by sprawdzić, czy aby nie skleiły mi się kartki, by potem przekonać się, że opowieść została dokończona, ni z tego, ni z owego kilka akapitów dalej. Być może jest to podejście nowatorskie, lecz mi osobiście nie przypadło do gustu - artystycznie nic nie wniosło, a tylko naruszało płynność czytania.
Największą zaletą książki Patricka O’Briana jest wierność realiom, i niesamowite nagromadzenie faktów oraz ciekawostek, o których nie zawsze wiedzą nawet entuzjaści literatury marynistycznej. Wynagradzają one niedoskonałości warsztatowe. Ot chociażby taka, że w pewnych okolicznościach bryg może być nazywany slupem. W jakich? Nie powiem, żeby nie psuć przyjemności z lektury. 
Bez dwóch zdań lektura „Dowódcy Sophie” wzbogaciła moją wiedzę, ale to chyba trochę za mało, bym miała ochotę od razu sięgnąć po drugi tom. Chociaż może za jakiś czas? Kto wie?

Moja ocena: 5/10
Książkę zgłaszam do wyzwania: Z literą w tle



środa, 5 marca 2014

JO NESBØ "CZERWONE GARDŁO"

KRYMINAŁ NA OPAK WYWRÓCONY


Tytuł: Czerwone gardło
Tytuł oryginału:  Rødstrupe
Autor: Jo Nesbø
Tłumacz: Iwona Zimnicka
Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie
Data wydania: 2006
Liczba stron: 424
ISBN: 83-7384-515-1

Nie wiem skąd wzięła się tendencja nazywania książek sensacyjnych „kryminałami”. Prawdą jest, że dla niektórych osób, każda książka, w której pojawia się trup jest kryminałem. Jednak dla mnie kryminałem jest powieść/opowiadanie/nowela (niepotrzebne skreślić), której istotą jest rozwiązanie zagadki. Może to być morderstwo, kradzież, tajemnicze zniknięcie – nieważne. Istotna jest kolejność zdarzeń. Najpierw zbrodnia – przy czym zbrodnia jako fakt dokonany, a potem żmudne dociekanie. Gdy znamy przestępcę, a fabuła zasadza się na pytaniu „czy uda się złu zapobiec”, to nie jest kryminał. Jest to kryminał na opak wywrócony, czyli sensacja.
„Czerwone gardło” jest więc sensacją. W zasadzie nie lubię sensacji.
Akcja powieści Jo Nesbo toczy się dwutorowo: współcześnie i w okresie II wojny światowej. W zasadzie nie czytuję powieści wojennych.
I tak oto wpadła mi w ręce książka będąca połączeniem dwóch gatunków, za którymi, mówiąc oględnie, nie przepadam. A jednak nie tylko przeczytałam powieść od deski do deski, lecz zrobiłam to niemalże za jednym zamachem. Ani się obejrzałam jak akcja wciągnęła mnie na dobre.  A potem był już poranek dnia następnego.
„Czerwone gardło” jest jak ogr. Albo jak cebula. Ma warstwy. Pierwsza, zewnętrzna to, oczywiście, warstwa fabularna. Kto? (Tego dowiadujemy się w miarę szybko). Dlaczego? (Na odpowiedź musimy chwilę poczekać). Co? (To wcale nie jest takie oczywiste). Czy mu się uda? (Czy jak kto woli „czy mu się nie uda”).
Pod spodem tkwi sobie warstwa druga – rozliczeniowa. Ciekawe, że blisko siedemdziesiąt lat po wojnie Norwegowie nadal nie potrafią zakończyć historycznych obrachunków. Dla Polskiego czytelnika (szczególnie tego starszego lub w średnim wieku) nowością jest spojrzenie na blokadę Leningradu z drugiej strony. Niby nic odkrywczego – w każdej wojnie są dwie strony, ale zawsze to jakaś ciekawostka.
Jeszcze głębiej, warstwa trzecia – socjologiczna, opowiadająca o ludziach oszukanych przez ideologię, o radykalizacji postaw, o odradzaniu się ruchów nacjonalistycznych.
A jeszcze głębiej, w samym sercu ogra (cebuli), tkwi człowiek, z jego marzeniami, ideałami, porażkami i sukcesami.
Jedna rzecz mi się nie podobała. Polski tytuł - jakiś taki odrażający. A przecież „czerwone gardło” to po polsku „rudzik”. Rozumiem, oczywiście, symboliczny wymiar takiego tłumaczenia, ale i tak „Rudzik” podoba mi się bardziej.

Moja ocena: 9/10

niedziela, 2 marca 2014

SEZON BURZ - ANDRZEJ SAPKOWSKI

POWRÓT WIEDŹMINA



Tytuł: Sezon Burz
Autor: Andrzej Sapkowski
Wydawca: SuperNova
Data wydania: 2013-10-28 
Liczba stron: 404
ISBN: 978-83-7578-059-8 

Powrót uśmierconego bohatera czasem się udaje. Czy to w postacie prequla (vide „Preludium Fundacji” i „Narodziny Fundacji” Asimova), czy to dzięki cudownemu zmartwychwstaniu (chociażby Sherlock Holmes i jego słynny powrót po przygodzie nad wodospadem Reichenbach). Dużo częściej jednak okazuje się kompletną klapą (przykłady, z grzeczności, przemilczę). Jest po temu wiele powodów: zmienia się autor – jego warsztat, doświadczenie, postrzeganie świata, zmieniają się czytelnicy, zmienia się świat. To co kilka lub kilkanaście lat temu urzekało świeżością i oryginalnością zostało wyeksploatowane do granic możliwości. I jeszcze jedna – w moim odczuciu najważniejsza - przyczyna. Nikt nie zarzyna kury znoszącej złotej jajka. Jeśli autor zabija swego bohatera oznacza to, że powiedział wszystko, co miał do powiedzenia. Koniec historii. Kurtyna opadła. A jednak czytelnicy chcą jeszcze. Trzeba niezwykłej siły woli by oprzeć się ich naciskom.
Presji czytelników uległ też Andrzej Sapkowski, wracając po latach do historii wiedźmina. Jak sobie poradził z tym zadaniem?
Bardzo, bardzo chciałabym powiedzieć, że wyśmienicie. Niestety, skrzecząca rzeczywistość jest inna. Najnowsza książka mistrza polskiej fantasy, „Sezon burz”, choć nie pozbawiona zalet jest dziełem dość przeciętnym.
Zacznijmy od zalet.
Słowo. Andrzej Sapkowski jest bez dwóch zdań mistrzem pióra, czego „Sezon burz” jest kolejnym dowodem. Język jest idealnie dopasowany do postaci i opowieści – gdzie trzeba powolny, gdzie trzeba dynamiczny, czasem rozbudowany i ozdobny, czasem zwięzły do granic możliwości. Tu i ówdzie autor pozwala sobie na wielce udatne żarty językowe: a to sparodiuje pokrętny styl polityków, a to ponabija się z wydumanej mowy prawników, a to sprytnie nawiąże do urzędniczego bełkotu. Sporo takich perełek rozsiano po całej książce.
Dialogi. Bez nich nie byłoby Wiedźmina – ani tego starego, z opowiadań i pięcioksięgu, ani tego najnowszego. To bodajże najsilniejsza broń Sapkowskiego. Nigdy, przenigdy nie trącą sztucznością, są jędrne niczym świeżo zerwane jabłko, idealnie charakteryzują bohaterów. W tym miejscu pozwolę sobie na drobną dygresję: gdyby w niesławnej adaptacji filmowej użyto oryginalnych dialogów książkowych, a nie nieudolnych przeróbek, film może dałoby się uratować.
Humor. Jak to u Sapkowskiego - dyskusyjny. Czasami rubaszny, na granicy dobrego smaku, czasami ironiczny czy wręcz zgryźliwy. Szkoda tylko, że znacznej części czytelników facecje o nadużywaniu roślin strączkowych przesłoniły znacznie subtelniejsze żarty, których przecież w „Sezonie burz” nie brakuje.
Odwołania do współczesności. Andrzej Sapkowski nigdy nie bał się poruszać problemów kontrowersyjnych. Cała jego proza wręcz nafaszerowana jest mniej lub bardziej widocznymi nawiązaniami do aktualnych dyskusji – od rasizmu po jakże ostatnio modnego „dżendera". Chwała autorowi za to, że nie ucieka od zagadnień trudnych i nie wstydzi się własnych poglądów.
Jak na razie rysuje nam się obraz niezłej książki. Dlaczego więc jest źle, jeśli jest tak dobrze?
Otóż przy wszystkich swych niepodważalnych zaletach „Sezon Burz” popełnia grzech śmiertelny. Najzwyczajniej w świecie jest powieścią nudną. A książce fantasy wiele można wybaczyć, prawie wszystko. Poza nudą.
„Sezon Burz” nie wciąga. Przez cały czas lektury był mi obojętny niczym sklep wędkarski (przybytek ten w niczym mi specjalnie nie przeszkadza, ale odwiedzać raczej go nie zamierzam). Niby doczytałam do końca, ale gdyby ktoś mi książkę zabrał w połowie pewnie nie byłoby tragedii.
W opowieści brak przede wszystkim wyraźnej linii fabularnej, a tym samym nie ma tego, co sprawia, że niektóre książki czytamy z zapartym tchem aż do bladego świtu nie bacząc na to, że jutro trzeba wstać. Nie ma słynnego "co będzie dalej?" Niby ma Geralt jakieś przygody – a to potwora pokona, a to w romans się wda, a to w politykę wmiesza, ale wszystko to jakieś takie przypadkowe, bez większego ładu. Ot, rzuca autor (albo portal) bohatera to tu, to tam bez specjalnego planu i uzasadnienia, coby tylko kolejną, fajną przygodę albo facecję udatną opisać. Wątek przewodni – poszukiwanie utraconych mieczy – jakoś do mnie specjalnie nie przemówił. Czegoś zabrakło. Oczywiście, wiem, że miecze są dla wiedźmina ważne. Wiem, ale nie czuję tego. Jest mi obojętne, czy mu się uda, czy nie. Równie dobrze mógłby Geralt z Rivii szukać zagubionej kamizelki albo okularów. W zasadzie okularami przejęłabym się bardziej, bo jako krótkowidz rozumiem ból związany z ich brakiem. Bólu z powodu braku mieczy nie odczuwam (może zabrakło mi empatii?). Bez myśli przewodniej książka rozsypuje się w zbiór mniej lub bardziej udanych anegdot.
Po drugie, „Sezon Burz” pretenduje do miana niezależnej powieści. Tymczasem bez pięcioksięgu nie istnieje. Pamiętajmy, że od czasu opublikowania pierwszego opowiadania o Wiedźminie minęło blisko ćwierć wieku. W tym czasie narodziło się i posiadło sztukę czytania całe pokolenie. Część z tych ludzi dopiero zaczyna swoją czytelniczą przygodę z Wiedźminem. Należało jakoś uprzedzić potencjalnego nabywcę, że książka to swego rodzaju addendum, a nie samodzielna rzecz. Bez znajomości części poprzednich nie jesteśmy w stanie zrozumieć, ani ciągłych nawiązań do Yennefer (no rozstał się kiedyś z babą, i co z tego? Nie on pierwszy i nie od ostatni), aluzji do Ciri (kto to do diabła był? Tego „Sezon Burz” nie wyjaśnia), ani przywiązania do Jaskra.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że „Sezon Burz” to zbiór materiałów, które z jakiegoś powodu nie weszły do utworów wcześniejszych, a teraz zostały poddane swoistemu artystycznemu recyclingowi. W efekcie otrzymujemy produkt niczym obiad z poświątecznych resztek. Niby wszystko smaczne i dobrej jakości, ale ciasto już nieco podeschło, do zupy dolano wody, a ostatki słodkiego wina nijak nie pasują do pieczeni.
I tylko końcówka zaskakuje pozytywnie. Na ostatnich stronach znalazłam starego, dobrego Wiedźmina: rzewnie smutnego, tajemniczego i niedopowiedzianego. Aż się chce zapytać „i co było dalej”? Może właśnie ostatni rozdział jest pomysłem na nową książkę?

Moja ocena: 5/10