sobota, 1 marca 2014

"SŁONECZNI CHŁOPCY" W REŻYSERII OLGI LIPIŃSKIEJ


CZEGOŚ MI ZABRAKŁO



Teatr 6. piętro
Tytuł: Słoneczni chłopcy (The Sunshine Boys)
Autor: Neil Simon
Przekład: Mira Michałowska
Reżyseria: Olga Lipińska
Scenografia: Tatiana Kwiatkowska
Obsada:
Willy Clark - Piotr Fronczewski
Al Lewis - Krzysztof Kowalewski
Ben Silverman - Robert Koszucki

„Słoneczni chłopcy” (wcześniejsze tłumaczenie „Promienni chłopcy”) to rzecz nienowa. Neil Simon – znany amerykański dramaturg – napisał ją w roku 1972. Od tego czasu sztuka wielokrotnie gościła na deskach teatrów całego świata, szybko doczekała się także wersji kinowej (1975), a w 1995, w wersji telewizyjnej zagrały takie gwiazdy jak Woody Allen, Peter Falk, Sarah Jessica Parker i Whoopi Goldberg.
„Słoneczni chłopcy” to słodko-gorzka komedia, z gatunku tych, które wywołują raczej  uśmiech niż salwy śmiechu. Ten rodzaj dramaturgii nazywam na własne potrzeby „teatralnym odpowiednikiem kina familijnego”.
„Słoneczni chłopcy” to opowieść o dwóch podstarzałych komikach, których czas sławy dawno już przeminął. Teraz, za sprawą telewizyjnego show, mają szansę jeszcze raz powrócić ze swym najsłynniejszym skeczem. O ile tylko zdołają się dogadać, pokonać dawne animozje i zapomnieć o starych pretensjach.
W sztuce Simona połączono zgrabnie refleksję (niezbyt głęboką) i farsę. Reżyser – Olga Lipińska – postawiła na farsę. Pod tym kątem dobrała też parę głównych aktorów – Piotra Fronczewskiego i Krzysztofa Kowalewskiego. Obaj panowie stworzyli bardzo wyraziste postaci, ocierając się tu i ówdzie o granicę przerysowania, ale nie przekraczając jej na szczęście. Popis gry aktorskiej tej pary to bez wątpienia najmocniejsza strona inscenizacji w teatrze 6. piętro.
Niestety, nie można tego samego powiedzieć o trzecim partnerze – Robercie Koszuckim. Fakt, że rola Bena Silvermana nie jest ani szczególnie głęboka, ani interesująca (mam wrażenie, że sam autor najmniej się do niej przyłożył), ale można by ją zagrać przynajmniej przyzwoicie. Tymczasem na tle Fronczeskiego i Kowalewskiego, młody aktor wygląda jakby żywcem wyjęty ze szkolnego przedstawienia.
O ile pierwsza część minęła mi miło i przyjemnie, o tyle akt drugi, a przynajmniej jego początek mocno mnie zniesmaczył. Przez dobre dwadzieścia minut oglądamy pierwszą scenę wyświetlaną na ekranie rodem z kina „Przodownik”. I nikt mnie nie przekona, że to „koncepcja reżyserska”. Mam podejrzenia graniczące z pewnością, że chodziło o zminimalizowanie kosztów. Dzięki takiemu zabiegowi nie trzeba było ani przygotowywać oddzielnej scenografii, ani zatrudniać dodatkowej trójki aktorów. Do tego zarówno rola Hanny Śleszyńskiej (pielęgniarka) jak i Pawła Wawrzeckiego (reżyser), jak dla mnie zbyt mocno odpłynęły w stronę groteski. Dobrze, że w końcu ekran zwinięto, a akcja przeniosła się znowu na deski sceny. Droga pani reżyser! Gdybym miała ochotę oglądać film, niewątpliwie wybrałaby wspomnianą już wersję z Allenem i Falkiem. We własnym, wygodnym fotelu i dużo taniej!

Podsumowując, czasu spędzonego na sztuce „Słoneczni chłopcy” nie uważam za stracony, aczkolwiek mam pewne wrażenie niedosytu. Może za dużo oczekiwałam? A może jednak twórcy nie poradzili sobie z klasyką?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz