piątek, 7 marca 2014

„DOWÓDCA SOPHIE” PATRICK O'BRIAN

MORSKIE OPOWIEŚCI NIE TYLKO DLA CHŁOPCÓW



TytułDowódca „Sophie”
Tytuł oryginału  Master And Commander
AutorPatrick O’Brian
TłumaczBernard Stępień
Wydawca: Zysk i S-ka
Data wydania: 2004 (wznowienie)
Liczba stron: 448
ISBN: 83-7150-280-X 

Zanim przejdę do dalszych dywagacji muszę od razu na wstępie zrobić jedno zastrzeżenie: nie znam się w ogóle na sprawach morskich, a na żeglarstwie w szczególności. Jedyne fachowe słowo z tej dziedziny jakie znam to "handszpak" - zostało mi w pamięci z czasów wczesnej młodości, gdy zaczytywałam się znakomitym "Znaczy kapitanem". Tak więc wszystkie dalsze wywnętrzenia będą impresjami profana, za co z góry wszystkich prawdziwych znawców tematu przepraszam.
„Dowódca Sophie” to pierwsza część większego cyklu. Znacznie większego. Doliczyłam się dwudziestu jeden tomów. Więcej nie będzie z przyczyn oczywistych - Patrick O’Brian zmarł w roku 2000.
Tom pierwszy – „Dowódca Sophie” to początek przygód Jacka Aubreya  i Stephena Maturina (tak, tak! to ci sami panowie, których znamy z filmu "Pan i władca: na końcu świata"). Jack po raz pierwszy w życiu obejmuje dowództwo okrętu. Podczas kompletowania (a właściwie uzupełniania) załogi poznaje Stephena Maturina. Ten typowy szczur lądowy, jest wyjątkowo cennym nabytkiem – rzadko która jednostka może poszczycić się prawdziwym lekarzem. Oprócz leczenia załogi, Maturin ma jeszcze jedno, czysto literackie zadanie. Jako kompletny laik może dopytywać się o wszystko. Dzięki temu czytelnik mniej obeznany z tematem, nie pogubi się w tych wszystkich tajemniczych gaflach, sztakslach i innych bombramstengach. Oczywiście można takie „trudne” słowa zignorować, zastępując je na własne potrzeby określeniami „jakiś żagiel” czy „jakiś tam kawałek masztu”, ale co to za przyjemność?! Aczkolwiek i tak od czasu do czasu musiałam wspierać się internetem, a były chwile, gdy nawet polska wikipedia nie dawała rady. Ustalenie jak wygląda barcalonga albo polakra zajęło mi nieco czasu.
„Dowódca Sophie” to opowieść o życiu i obyczajach Royal Navy na przełomie XVIII i XIX wieku. Książce brak wyraźnej linii fabularnej – jest to raczej zbiór luźno powiązanych morskich opowieści. „Sophie” krąży po Morzu Śródziemnym wykonując kolejne zadania, głównie „gania za pryzami” jak to z pogardą komentuje jeden z członków załogi. Taka konstrukcja to, wbrew pozorom, ogromne wyzwanie dla autora. Patrick O’Brian nie do końca sobie z nim poradził. Momentami historia jest zbyt chaotyczna, wręcz „szarpana”, wątki urywają się w najmniej oczekiwanym miejscu, jakby autor zapomniał dopisać końcówki albo składacz niechcący zgubił akapit czy dwa. Chwilami cofałam się o kilka stron by sprawdzić, czy aby nie skleiły mi się kartki, by potem przekonać się, że opowieść została dokończona, ni z tego, ni z owego kilka akapitów dalej. Być może jest to podejście nowatorskie, lecz mi osobiście nie przypadło do gustu - artystycznie nic nie wniosło, a tylko naruszało płynność czytania.
Największą zaletą książki Patricka O’Briana jest wierność realiom, i niesamowite nagromadzenie faktów oraz ciekawostek, o których nie zawsze wiedzą nawet entuzjaści literatury marynistycznej. Wynagradzają one niedoskonałości warsztatowe. Ot chociażby taka, że w pewnych okolicznościach bryg może być nazywany slupem. W jakich? Nie powiem, żeby nie psuć przyjemności z lektury. 
Bez dwóch zdań lektura „Dowódcy Sophie” wzbogaciła moją wiedzę, ale to chyba trochę za mało, bym miała ochotę od razu sięgnąć po drugi tom. Chociaż może za jakiś czas? Kto wie?

Moja ocena: 5/10
Książkę zgłaszam do wyzwania: Z literą w tle



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz