czwartek, 17 lipca 2014

W TELEGRAFICZNYM SKRÓCIE

REMANENTY NA KONIEC PÓŁROCZA


Z pewny opóźnieniem postanowiłam podsumować pierwsze półrocze tego roku. Nazbierało się sporo przeczytanych książek, o których bardzo chciałaby wspomnieć, a które nie zainspirowały mnie na tyle, by każdej poświęcić oddzielny post. Postanowiłam więc zebrać w jednym miejscu opinie o „pominiętych” lekturach i podzielić się wrażeniami z czytelnikami mojego bloga.

Audrey Niffenegger
Żona podróżnika w czasie


Książką, dzięki której nawet najzagorzalsi przeciwnicy romansów będą zmuszeni przyznać, że odwieczną historię o uczuciu, rozdzieleniu i oczekiwaniu, można opowiedzieć w nowy, fascynujący sposób. Powieść  wciąga świeżością, niebanalną formą, nietypowym ujęciem tematu i przeogromną wyobraźnią autorki. Po przeczytaniu „Żony podróżnika w czasie” nigdy już nie powiesz, że romans jako gatunek wyczerpał swe możliwości. Jak widać przez autorami wiele jeszcze niezbadanych ścieżek – trzeba je tylko odkryć i nie bać się podążyć szlakiem oddalonym od bezpiecznego gościńca stereotypów. Gorąco polecam, zarówno miłośnikom science-fiction jak i zwolennikom książek o miłości.

 
Jennifer Worth
Zawołajcie położną

 
Choć książka klasyfikowana jest jako powieść (na jej podstawie BBC nakręciła popularny serial), to poleciłabym ją przede wszystkim miłośnikom literatury faktu. „Zawołajcie położną” to beletryzowany dokument, oparty na wspomnieniach brytyjskiej położnej. Pozycji tej można by wiele zarzucić – błędy kompozycyjne, niedoskonałości formalne, powtórzenia, tendencyjny nieco dobór epizodów, ale wszystko to jest nieistotne wobec bijącego z każdej strony, ba!, z każdego słowa realizmu i szczerości. Razem z bohaterką poznajemy losy mieszkańców powojennego East Endu. Autorce udaje się sztuka niełatwa – czytelnik autentycznie angażuje się w opisane wydarzeniami, przeżywa radości i smutki bohaterów, niecierpliwie czeka „co będzie dalej”. Autorce udało się też uniknąć, jakże częstego w prozie poruszającej problemy społeczne, dydaktyzmu. Ona do niczego nas nie przekonuje, nie narzuca swojego zdania. Opisuje tylko fakty, a wyciągnięcie wniosków pozostawia nam.

Kevin Mitnik, William
Simon
Duch w sieci


Kolejna książka autorstwa hackera wszech czasów. Tę notkę można by właściwie zatytułować „dlaczego nie lubię Kevina Mitnika”. Oczywiście, trochę mu zazdroszczę – z czysto zawodowego punktu widzenia, chciałabym posiadać jego wiedzę i „dryg” do rozwiązywania problemów informatycznych, ale… Dla nikogo nie jest tajemnicą (wiemy to z poprzednich pozycji, które wyszły spod pióra Mitnika), że znaczna część jego sukcesów opiera się nie na wiedzy, a na socjotechnice, czyli, powiedzmy to otwarcie, na oszustwie. Wiem, wiem, zaraz z pewnością odezwą się głosy, że ofiary Mitnika są same sobie winne, że wykazały się naiwnością, albo wręcz głupotą. W zasadzie tak, ale (znowu „ale”, ten akapit będzie się składał z samych „ale”)… łatwowierność jest cechą ludzi uczciwych. Kto sam nie kłamie, nie boi się oszustwa. Ci ludzie po prostu chcieli być pomocni. Po „przygodzie” z Mitnikiem tacy już nie będą. To przez niego i jemu podobnych, wokół coraz więcej jest podejrzliwych buców, którzy za nic na świecie nie uwierzą drugiej osobie.
Wracając jednak do książki. Zamiast obiecywanej przez wydawcę sensacji, dostajemy kilkaset stron użalania się nad samym sobą. Opowieść jest o tym, jak to wstrętny system niesłusznie ukarał biednego Kevina. Doprawdyż, cóż za niesprawiedliwość, że za całą serię oszustw trafił za kratki. Wcale nie na tak znowu długo. Jeśli Mitnik jest mistrzem socjotechniki, to tym razem poniósł klęskę. Nie kupiłam opowieści o biednym, pokrzywdzonym chłopcu. Opowieść Mitnika to historia cynicznego oszusta, któremu w końcu powinęła się noga. Potem spadł na cztery łapy, niestety. Wiem, jestem wredna, ale na starość tak mi się porobiło, że lubię gdy sprawiedliwość zwycięża.



J.M Dillard
Rebelia 

Będzie krótko. Fabularyzowana wersja jednego z kinowych odcinków Star Treka. Bardzo wierna scenariuszowi, ale dość płytka. To co w filmie aktorzy mogli dowiedzieć mimiką, gestem, intonacją, tutaj umknęło. Pozycja głównie dla fanów Star Treka.
Aha, na uwagę zasługuje bardzo dobre tłumaczenie Pauliny Braiter.

 



Robert Henlein
Obcy w obcym kraju



Szczerze mówiąc nie pojmuję fenomenu tej książki. Być może należało przeczytać ją 40 lat temu, gdy ideologia hippisowska święciła triumfy, a może jestem za stara? Cynizm polityków nie jest dla mnie odkryciem, a słynne "make love not war" co najwyżej nieco rozczula. Równie rozczulająca jest warstwa „skandalizująca” – to co budziło gorące emocje w okresie tuż przed rewolucją seksualną, obecnie, w dobie Interetu, gdzie nawet gładź szpachlową reklamują gołe pannice, może co najwyżej urzec pewną staroświeckością.  Do tego powieść jest mocno technicznie "przefajnowana". Ostatnia cześć książki - jak rozumiem zawierająca przesłanie - jest przegadana do bólu. Przekopywałam się przez nią niczym przez złoża mułu. Odniosłam wrażenie, że od pewnego momentu Autor przestał panować nad dziełem.
Najlepiej ujął to  Floyd C. Gale pisząc o książce tak: "Heinlein has bitten off too large a chewing portion." (Hainlein ugryzł zacznie więcej, niż był w stanie przeżuć).
Pozycja warta uwagi głównie z punktu widzenia poznawczego (szczególnie dla osób zainteresowanych historią literatury popularnej), ale współczesnego czytelnika raczej nie porwie. Choć, oczywiście, mogę się mylić.

Philippa Gregory
Biała księżniczka

W blurbie czytamy „Przejmująca historia Elżbiety York, żony pierwszego Tudora na tronie Anglii i matki Henryka VIII”. Tylko że ja nic przejmującego w tej powieści nie dostrzegam. W książce historycznej trudno jest zadziwić czytelnika rozwojem wypadków. Wszyscy wiemy, jak się skończyła Wojna Dwóch Róż, kto wygrał, a kto stracił głowę. Siłą pisarstwa Philippy Gregory były, przynajmniej dla mnie, wyraziste postaci. Autorka potrafiła zawsze stworzyć atrakcyjne bohaterki, wobec których czytelnik nie mógł pozostać obojętny – mogliśmy je kochać, albo nienawidzić, zawsze jednak budziły silne emocje. Tymczasem Elżbieta York – przynajmniej ta, którą poznajemy na kartach powieści Gregory – jest idealnie nijaka. Snuje się z kąta w kąt i obserwuje wydarzenia beznamiętnie, jakby patrzyła jak trawa rośnie albo farba schnie na ścianie. A przecież żyła w niezwykle burzliwych czasach, a jej historia (ta prawdziwa) jest doprawdy fascynująca. Zdecydowanie najsłabsza powieść Philippy Gregory jaką dane mi było czytać. Być może autorka powiedziała już wszystko, co miała do powiedzenia o tym okresie historii? Może zamiast bezwładnie unosić się na fali sukcesu poprzednich książek, powinna poszukać nowego, świeżego tematu?


środa, 9 lipca 2014

DZIŚ GOŚCINNIE BABCIA PUFCIA!

HISTORIA JEDNEJ KSIĄŻKI


Dziś niespodzianka! Zamiast moich wynurzeń przedstawiam opinię pióra (metaforycznego, bo nie napiszę wszak "klawiatury") Babci Pufcia. Dlaczego tak? Nie ukrywam, że Autor prezentowanej książki jest moim dobrym znajomy, więc jakoś tak mi nijako pisać o jego dziele. Poza tym mogłoby to budzić zastrzeżenia co do obiektywności: napiszę o książce dobrze - ktoś powie, że po znajomości, napiszę źle - powiedzą, że się pewnie z kumplem pokłóciłam i chcę mu dogryźć. A tak... Jak tu tylko kopiuję i wklejam. I tak, Panie i Panowie, Babcia Pufcia przedstawia "Das Album" Piotra Strzałkowskiego.

Das Album - Piotr Strzałkowski (okładka)
Autor: Piotr Strzałkowiski
Tytuł: Das Album
Wydawnictwo: Poligraf
Data wydania: 2013-01-01
ISBN: 978-83-7856-149-1
Liczba stron: 638

Niemal wszyscy lubimy oglądać stare albumy, będące często kroniką czyjejś rodziny. Młodsze pokolenie nie zawsze orientuje się, kogo przedstawia dane  zdjęcie. Na szczęście zawsze znajdzie się jakaś ciocia lub babcia, która udzieli wyczerpujących informacji. (Wujków raczej nie warto pytać, bo ich wiadomości są przeważnie skąpe).
Co jednak ma zrobić człowiek, który stał się przypadkowym posiadaczem albumu, zawierającego ponad 1000 zdjęć (a raczej negatywów), przedstawiających zupełnie obce osoby i całkiem – na pierwszy rzut oka – nieznane miejscowości. W takiej sytuacji znalazł się autor omawianej książki. Nie tylko jednak nie porzucił owego dziwnego prezentu, ale poczuł w sobie żyłkę detektywa i postanowił odszukać właściciela albumu, może autora zdjęć lub poszukać pomocy w zidentyfikowaniu sfotografowanych postaci.
Książka zainteresowała mnie od początku. Jednak nie tyle ciekawa byłam finału owego nieprawdopodobnego przedsięwzięcia, co sposobów i metod dojścia do ewentualnego rozwiązania zagadki. Już na początku owej – jak się później okazało – bardzo długiej drogi, znalazł autor cenną wskazówkę: kilka zdjęć opatrzonych datami – 1934 – 1938 oraz skróty nazw niemieckich miejscowości. Te informacje pozwoliły mu obrać drogę poszukiwań. Po ustaleniu prawdopodobnej chronologii zdjęć, ruszył szlakiem wędrówek owego nieznanego fotografa. Nie wiem, czy zdawał sobie sprawę z tego, że zajmie mu to pięć lat.
Obszar poszukiwań obejmował Polskę (ze szczególnym uwzględnieniem Ziem Zachodnich), Niemcy, Włochy, Hiszpanię, Portugalię, Węgry, a nawet skrawek Afryki. Był to prawdopodobny szlak podróży autora zdjęć i fotografowanych przezeń osób. Punktami orientacyjnymi, wyznaczającymi poszczególne etapy peregrynacji, były najczęściej fragmenty charakterystycznych budowli lub nawet krajobrazu.  Zważywszy, że od czasu wykonania zdjęć upłynęło 70 lat, identyfikowanie obiektów było bardzo trudne. Na szczęście autor spotykał na swej drodze ludzi pamiętających lata przedwojenne, którzy pomagali mu odszukać wiele z  nierozpoznanych miejsc. Wśród zasiedziałych mieszkańców szukał tych, którzy mogli znać  osoby uwiecznione na zdjęciach. Ludzie ci niejednokrotnie obszernie opowiadali historię swej małej ojczyzny i wydarzenia związane z rozpoznanymi fragmentami miasta.
Ważnym źródłem zbierania informacji była przedwojenna prasa, dokumenty zachowane w archiwach, spisy mieszkańców niektórych miejscowości, a nawet dawne akta urzędowe. Autor prowadził  też korespondencję z osobami wskazanymi przez ludzi, którzy równie jak on sam zainteresowani byli prowadzonymi poszukiwaniami, i z którymi często zawierał długotrwałe przyjaźnie.
Peregrynując domniemanymi śladami tajemniczego fotografa, autor dokumentował obecny stan zidentyfikowanych obiektów, dodając  niekiedy do wykonanych zdjęć obszerny komentarz, tyczący historii odwiedzanej miejscowości, często sięgając aż do zamierzchłych czasów.
Drogę, którą obrał autor w poszukiwaniu rozwiązania zagadki albumu, podzielić można by na poszczególne ogniwa, z których każde poprzednie prowokuje do dalszych kroków, mimo że niektóre tropy okazują się fałszywe, a przebytą drogę trzeba powtórzyć. Wspomnieć też trzeba o dodatkowej trudności –  autor przyznaje się do słabej znajomości języka niemieckiego.
Książka od początku wciąga, z ciekawością podążamy za autorem w jego poszukiwaniach i jednocześnie podziwiamy jego zaangażowanie i mrówczą wręcz pracę, ale… Zawsze musi być jakieś „ale”. Przytaczane przez autora odkryte fakty historyczne, te dawne i te dotyczące bliższych nam czasów, są bardzo interesujące i wzbogacające naszą wiedzę (chociaż niektóre są nam znane), ale w znacznym stopniu rozpraszają uwagę czytelnika śledzącego drogę poszukiwań. Dygresje te są zbyt obszerne, przez co wprowadzają chaos w konstrukcji dzieła. Szkoda też, że autor nie zamieścił w odpowiednich fragmentach chociaż kilkunastu z owych tajemniczych fotografii, szczególnie tych nierozpoznanych. Byłaby to dodatkowa zagadka dla czytelników.

wtorek, 8 lipca 2014

HURTOWNIE BAZ DANYCH - TEORIA I PRAKTYKA

OFICJALNA ZAPOWIEDŹ


Na razie z błędem w nazwisku (mam nadzieję, że zostanie sprostowany w najbliższym czasie), ale mimo wszystko jest! Oficjalna zapowiedź mojej książki "Hurtownie danych - teoria i praktyka". 
Książka ukaże się nakładem PWN. Zapowiadana data premiery - 28 lipca 2014, czyli już całkiem niedługo!

Dla zainteresowanych PWN (wydawca) zamieścił tutaj krótki fragment. 

poniedziałek, 7 lipca 2014

PERŁA Z LAMUSA

„Dagome iudex”, czyli  „Stara Baśń” XX wieku


Ja, Dago - okładka 
Autor:Zbigniew Nienacki
Tytuł:Dagome iudex (tomy 1-3)
Data wydania:2014-05-02
Wydawca: Liber
ISBN:978-837-741-055-4;978-83-7741-060-8; 978-83-7741-058-5  
Liczba stron: 235; 550; 499

Wszystkiego bym się po Zbigniewie Nienackim spodziewała, ale nie tego! Nie ukrywam, że autor kojarzy mi się głównie z przygodami Pana Samochodzika, po chwili zastanowienia przychodzą na myśl jeszcze słynne „Skiroławki”, ale powieść fantasy! Tego bym w najśmielszych snach nie oczekiwała.  A jednak!
Tytułem wstępu, dla niezorientowanych. „Dagome iudex” to trylogia opisująca dzieje Polski od czasów legendarnych po Mieszka I . W skład cyklu wchodzą tomy „Ja, Dago”, „Ja, Dago Piastun” oraz „ Ja, Dago Władca”.
Rzecz to na tyle niezwykła, że choć od zakończenia lektury upłynęło już kilka dni, nadal nie wiem, podobała mi się tak książka, czy nie podobała? Spróbuję więc po kolei wymienić wszystkie plusy i minusy, a Ty, drogi Czytelniku Bloga, zadecyduj, czy jesteś powieścią zainteresowany, czy nie.
Zacznijmy od  bohatera. Niezwykle wyrazisty Dago, owładnięty Żądzą Czynów (litery celowo duże, ale dlaczego nie powiem, kto przeczyta powieść, ten się dowie) potomek olbrzyma i kobiety ze skarlałego rodu. Za  cel postawił sobie stworzenie własnego, potężnego państwa, a tym samym udowodnienie, że jest olbrzymem, nie  karłem.  Podążając raz obroną drogą nie zbacza z niej, cały czas kierując się mądrościami spisanymi w Księdze Grzmotów i Błyskawic. Autor nie szczędzi czytelnikowi cytatów z owego dzieła, a czytelnik… Cóż najpierw krew go nagła zalewa na takie potoki cynizmu (w znaczeniu potocznym, a nie filozoficznym), a potem ze zdziwieniem konstatuje, że przecież tak właśnie traktuje nas władza w czasach współczesnych, co najwyżej nie nazywając rzeczy po imieniu. I wtedy czytelnika krew zalewa jeszcze bardziej. Duży plus za to, że książka nie pozostawia odbiorcy obojętnym. Ja, Dago Piastun - okładka
Dago, choć wykształcony na Zachodzie, jest osobowością dość prostą. Równie prosty (nie mylić z prostackim) jest język powieści, stylizowany nieco na opowieść trubadura: rozwlekłą, z licznymi powtórzeniami i dygresjami.  Prosty jest też opis obyczajów, choć tu chyba dużo bardziej pasowałaby słowo „bezpośredni”.  Nie ma co oczekiwać subtelnych opisów. Czy rzecz idzie o bójce, o polityce, czy o sprawach męsko-damskich, wszystko wyłożone jest metodą kawa na ławę, bez zbędnych ceregieli, ale też i bez nadmiernej szczegółowości.Taki zabieg artystyczny może się podobać lub nie - sprawa gustu. Ja mam uczucia z lekka mieszane.
Integralną częścią trylogii, rozsypaną po całej powieści niczym perły i perełki, są stare baśnie opowiedziane na nowo, czyli „jak to naprawdę było” z Piastem Kołodziejem, królem Popielem i innymi. Prawdziwa gratka dla tych, którzy lubią takie zabawy.
Co ciekawe,  autor z jednej strony racjonalizuje znane podania, z drugiej tworzy nową, słowiańską mitologię napełniając  swą opowieść magią, czarami i historiami z pogranicza prawdy i mitu. Wielce smakowite.
Ja, Dago Władca - okładkaNie do końca przypadła mi natomiast do gustu kompozycja książki. Mam nieodparte wrażenie, że Nienancki, świadom ogromu opowiadanej historii, nie potrafił dokonać rozsądnej selekcji pomysłów i zebranego materiału. O ile na początku akcja toczy się wartko, o tyle z czasem coraz częściej napotykamy fragmenty zbędne, wręcz nużące. Szczególnie przegadany jest ostatni, trzeci tom.
I jeszcze uwaga czysto edytorska, odnosząca się wyłącznie do wydania, które czytałam, czyli e-booka. Przy tych cenach książek doprawdy, nie należy żałować na korektę. Literówki i opuszczone słowa bardzo zaburzają proces czytania, a tym samym obniżają ogólne wrażenie.
Na koniec, zgodnie z tradycją bloga króciutkie podsumowanie. „Dagome iudex” to niezwykle zgrabne połączenie baśni, przygody z rozważaniami nad istotą władzy i, szerzej, nad istotą człowieczych dążeń. Rzecz bez wątpienia warta uwagi, ale czy obowiązkowa - nie wiem.