poniedziałek, 20 maja 2013

SZKOCKI DETEKTYW

A JEDNAK ROZCZAROWANIE


Tytuł: Hamish Macbeth i śmierć plotkary 
Tytuł oryginału: Death of a Gossip, A Hamish Macbeth Murder Mystery
Autor: M.C. Beaton
Tłumacz: Monika Zapała
Wydawca: Edipresse Polska S.A.
Data wydania: 2013
Liczba stron: 240
ISBN: 978-83-7769-642-2


Lubię klasyczne kryminały z całą ich prostotą. Od książek należących do tego gatunku oczekuję jednego – dobrej rozrywki. Nie spodziewam się ani specjalnej głębi psychologicznej, ani rozważań filozoficznych, ani nawet wyrafinowanego języka czy finezyjnych dialogów. Choć oczywiście nie zaszkodzi, gdy powieść wzbogaca któryś z tych elementów (albo i wszystkie). Kryminały traktuję jako typową literaturę wagonową, do poczytania podczas podróży lub na wakacjach, gdy promienie słońca zniechęcają do zbyt intensywnego myślenia. Nie widzę nic złego w wydawaniu (i czytaniu) tego typu literatury, podobnie jak istnienie muzyki pop nie wyklucza istnienia klasyki.
Biorąc do ręki pierwszy tom przygód Hamisha Macbetha pióra M.C. Beaton, miałam pełną świadomość po co sięgam, szczególnie, że czas jakiś temu przeczytałam kilkanaście innych pozycji kryminalnych tej samej autorki (głównie z serii „Agatha Raisin”). Wiedziałam, czego się spodziewać i od samego początku poprzeczkę ustawiłam dość nisko. A mimo to udało mi się rozczarować.
Książka liczy sobie 240, z czego właściwa opowieść zajmuje stron 214. Reszta, to opublikowany jako „przynęta” pierwszy rozdział drugiego tomu. Problemem jest jednak nie objętość lecz fakt, że intryga kryminalna zaczyna się w okolicy strony 110, czyli gdzieś w drugiej połowie powieści. Przez ponad sto stron przebijamy się przez dość płytkie scenki i obserwacje rodzajowe. Jak dla mnie proporcja została mocno zachwiana.
Sytuację ratuje trochę sposób rozwiązywania zagadki. Obserwujemy detektywa w akcji, widzimy jak błądzi, zbacza z dobrej ścieżki, powraca na trop, by w końcu dotrzeć do prawdy. Rozwiązania można się domyślić, ale nie jest ono boleśnie banalne ani irytująco wydumane, jak to czasem zdarza się w powieściach detektywistycznych. Pod tym względem autorka sprostała zadaniu.
Na plus książki trzeba zaliczyć również postać głównego bohatera. Z pewnością nie odznacza się ona hamletowską głębią, ale Hamisha Macbetha można polubić.
Kolejną zaletą omawianego wydawnictwa jest bardzo przystępna cena, więc pewnie dam szansę drugiemu tomowi, pozostając w nadziei, że tym razem czeka mnie więcej „śledztwa w śledztwie”.

Moja ocena: 4/10
Książkę zgłaszam do wyzwania: Z literą w tle

czwartek, 4 kwietnia 2013

OPOWIEŚCI PULPOWE ZŁOTEGO WIEKU FANTASTYKI

SOLIDNA ROZRYWKA




Tytuł: Stare dobre czasy (The Good Old Stuff)
Autor: Antologia (pod redakcją Gardnera Dozoisa)
Wydawca: Prószyński i S-ka
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 2001
Liczba stron: 436
ISBN: 83-7255-882-5


Trochę głupio jest się przyznać, ale chyba każdy ma od czasu do czasu ochotę przeczytać coś prostego; tekst, który ma początek, koniec i środek lub, jak to woli, wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Bez eksperymentów formalnych, bez nadmiernych komplikacji. Ot, porządnie napisana, dobra, prosta, wciągająca historia.
Zbiorem takich właśnie tekstów jest antologia „Stare dobre czasy” pod redakcją Gerdnera Dozoisa, wieloletnie redaktora naczelnego „Asimov’s Science Fiction”, a także autora powieści i opowiadań fantastycznych. W książce zebrano teksty pochodzące ze „Złotego wieku fantastyki” (lata 50., 60. i początek 70.).
Na wstępie muszę zaznaczyć, że sam wydawca określił prezentowane opowiadania jako „teksty pulpowe” i w tej właśnie kategorii należy je rozpatrywać. Oczywiście, jak to ze wszystkimi zbiorami bywa,  zarówno tematyka, jak i jakość prezentowanych utworów jest różna, nie ma jednak w antologii żadnych spektakularnych wpadek.  Ale po kolei.
Rull (The Rull), A.E. van Vogt, typowa historia przygodowa opisująca spotkanie przedstawicieli dwóch wojujących ze sobą ras. Miłe, ale bez fajerwerków.
Druga noc lata (The Second Night of Summer), James H. Schmitz. Niezły tekst. Jest w nim wszystko, czego oczekujemy po starej sf: obca rasa, wojna, polityka i przygoda. Przyjemność czytania psuła mi tylko postać Grimpa, ale to mój osobisty „bzik” – zarówno w filmie, jak i w literaturze irytują mnie wszędobylskie, wścibskie dzieciaki. Najchętniej przegnałabym je gdzie pieprz rośnie. Chociaż Grimp jest dość znośny jak na przedstawiciela tej kategorii.
Gwizdek Galtona (The Galton Whistle), L. Sprague de Camp. Przygoda w czystej postaci z przewrotnym zakończeniem. Niemalże wzorzec tekstu pulpowego. Napisane sprawne, akcja wartka, fajne postaci, choć niektóre mocno przerysowane.
Nowy Najwyższy (The New Prime), Jack Vance. Zachwyca wyobraźnia autora, a w szczególności różnorodność i plastyczność wykreowanych światów, przedstawionych w szeregu krótkich migawek (bo inaczej nazwać tego zestawu mini opowiastek nie można). Efekt psuje dość nachalna dydaktyka zakończenia.
Ta cząstka chwały (That Share of Glory), C. M. Kornbluth.  Przygody gwiezdnego handlarza i jego pomocnika, a właściwie na odwrót, gdyż to właśnie ów pomocnik jest postacią centralną. Tym razem zamiast siły liczy się spryt i wiedza. Innymi słowy, Machiavelli w erze lotów kosmicznych.
Ostatnie dni Shandakoru (The Last Days of Shandakor), Leigh Brackett. Niezwykle plastyczny obraz umierającego świata. Opowiadanie fantasy lub baśń dla dorosłych. I tym razem efekt nieco psuje „łopatologiczny” morał, choć w przypadku baśni takie zakończenie uznać można za część kanonu.
Misja badawcza (Exploration Team), Murray Leinster. Zdecydowanie nie jestem grupą docelową tego tekstu. Opowiadanie, skądinąd wysoko cenione przez krytyków, jakoś do mnie nie przemówiło.
Ludzie Nieba (The Sky People), Poul Anderson. Post apokalipsa, piraci, rabusie, romans. Jedyny słowem przygoda przez duże “P”.
Człowiek w torbie na listy (The Man in the Mailbag), Gordon R. Dickson. Zabawne i oryginalne. W naszych czasach  opowiadanie można potraktować jak głos w dyskusji o wielokulturowości.
Male ketki mamy Hetki (Mother Hitton's Littul Kittons), Cordwainer Smith. Niby oryginalne, niby sprawne, ale… podczas czytania należy kompletnie wyłączyć myślenie, bo całość logicznie nie trzyma się kupy. Jeśli ktoś jest w stanie bezkrytycznie zaakceptować dziwaczny pomysł i przymknąć oko na ogromne dziury w logice, może mieć z lektury całkiem sporą przyjemność.
Rodzaj sztuki (A Kind of Artistry), Brian W. Aldiss. Świetne. W moim odczuciu jedno z najlepszych opowiadań w zbiorze. Aldiss wskazuje problemy, stawia pytania, ale udaje mu się uniknąć taniego moralizatorstwa. Tekst zmusza do myślenia.
Bóg prochu (Gunpowder God), H. Beam Piper. Przybysz z przyszłości, nie tylko nie ma najmniejszych kłopotów z zaaklimatyzowaniem się w nowych warunkach, lecz co więcej w ciągu kilku dni zdobywa wysoką pozycję w lokalnym społeczeństwie. Jeśli ktoś lubi takie historie będzie miał wiele przyjemności z lektury.
Naszyjnik Semley (Semley's Necklace), Ursula K. Le Guin. Z tekstu przebija osobowość artystyczna autorki. Jeszcze nie arcydzieło, ale zapowiedź późniejszych osiągnięć. Bardzo dobry, trzymający w  napięciu tekst, z naprawdę zaskakującym zakończeniem i sporo dozą smakowicie podanej psychologii.
Pojedynek (Moon Duel), Fritz Leiber. Przygoda w czystej, wręcz wydestylowanej postaci. Z pointą.
Drzwi jego twarzy, lampy jego ust (The Door of His Face, the Lamps of His Mouth), Roger Zelazny. „Moby Dick” ze szczęśliwym zakończeniem. Solidna rozrywka dla dużych chłopców (i dziewczynek).
Matka w niebie z diamentami (Mother in the Sky with Diamonds), James Tiptree Jr. Sama nie wiem. Jakoś nie zachwyciło. Nie wiem dlaczego, bo powinno zachwycić, a nie zachwyciło.

Moja ocena: 6/10

sobota, 23 marca 2013

FANTASY ZE WSCHODU


KRONIKI CZASU PRZEŁOMU




Tytuł: Brylantowy miecz, drewniany miecz. Tom 1.
Tytuł oryginału: Алмазный меч, деревянный меч. Книга 1
Cykl: Kroniki Przełomu
Autor: Nik Pierumow
Tłumaczenie: Rafał Dębski
Wydawca: Fabryka Słów
Seria: Obca krew
Data wydania: 5 sierpnia 2011
Liczba stron: 496
ISBN: 978-83-7574-596-2

Nik Pierumow niezwykle ceniony w Rosji pisarz fantasy, z którego popularnością w ojczyźnie mierzyć może się jedynie Siergiej Łukjanienko, nie odniósł równie spektakularnego sukcesu za granicą, w tym także w Polsce. Mimo że na polski przetłumaczono większość jego książek, przemknęły one niezauważalnie nie pozostawiając po sobie większego echa. Dlaczego? Myślę, że jest po temu kilka powodów.
Po pierwsze, sposób prowadzenia narracji przez Pierumowa można porównać z tym, co w kinie reprezentuje jego znamienity rodak Andriej Tarkowski. Opowieść toczy się nieśpiesznie, powoli, pełna jest dygresji, wspomnień, retrospekcji, opisów i rozważań. Czytelnik odnosi wrażenie, że ma do czynienia nie tyle z książką, co galerią wspaniałych, następujących po sobie pejzaży. „Brylantowy miecz, drewniany miecz” to bardziej monumentalny fresk niż książka przygodowa. Takie wysoce artystyczne podejście, niezwykle cenione przez liczne grono wielbicieli ze wschodu, jest jednak trudne do zaakceptowania dla nowej generacji cywilizacji zachodu, wychowanej na zmieniających się w szaleńczym rytmie reklamach i teledyskach.
Po drugie, język. Tym, co zachwyca najbardziej w twórczości Pierumowa jest język – elegancki, przebogaty, wyszukany, nieco archaiczny, a jednocześnie w pełni naturalny – pod tym względem książki Rosjanina przypominają mi… dzieła Jane Austen. Niestety, ulotny urok prozy Pierumowa gubi się w przekładach (choć tłumaczenie Rafała Dębskiego uważam za bardzo dobre). Być może dzieje się tak dlatego, iż język rosyjski w przeciągu ostatnich kilkudziesięciu lat uległ znacznie większym zmiano niż polszczyzna. Wiadome okoliczności historyczne sprawiły, że przez blisko sto lat był „mową proletariatu” i to nie tylko pod względem treści lecz przede wszystkim formy.
Po tych nieco może przydługich dywagacjach chcę powiedzieć z całą mocą: „Brylantowy miecz, drewniany miecz” zauroczył mnie absolutnie, mimo że nie jestem specjalną miłośniczką fantasy. Zwykle, gdy mam ochotę na fantastykę, wybieram raczej stare, dobre SF. Tym razem zdecydowałam się na odstępstwo od reguły i wcale, ale to wcale nie żałuję.
Czym urzekła mnie książka? 
Przede wszystkim oryginalną i niesamowicie bogatą wizją świata. Zgodnie z kanonem fantasy mamy świat ludzi i świat starych ras, na szczęście nie spotkamy tu ani jednego elfa ani krasnoluda. Poznajemy ich obyczaje, tradycje, wartości, kulturę. Mimo niezwykłej wręcz różnorodności i dużego poziomu szczegółowości, wizja autora jest bardzo wiarygodna, spójna, wolna od jakichkolwiek sprzeczności.  Świat obfituje w szereg dziwnych, tajemniczych zjawisk, takich jak nadciągająca Ulewa i jej Pan. Niektóre tajemnice zostają wraz z rozwojem akcji wyjaśnione, inne pozostają tajemnicami – wszak mamy do czynienia z pierwszym tomem cyklu.
Po drugie – bohaterowie. Krwiści, niejednoznaczni, budzący gorące emocje. Postaci u Pierumowa są prawdziwe, wielowymiarowe. Jednym kibicujemy, innym życzymy wszystkiego co najgorsze, ale pewne jest, że żadna z nich – ani dobra, ani zła, nie pozostawia Czytelnika obojętnym. 
Po trzecie – oczywiście, akcja. Walka o władzę, knowania, magia, fatum – to wszystko kształtuje losy bohaterów popychając ich do działania i sprawia, że Czytelnik nieustannie zadaje sobie pytanie „co dalej?”
Na koniec zła wiadomość: po przeprowadzeniu małego śledztwa ustaliłam, że Fabryka Słów nie zamierza wydawać następnych tomów cyklu „Kroniki przełomu”. Trudno, jakoś sobie poradziłam – na szczęście nieźle sobie radzę z językiem oryginału, ale Czytelnicy, dla których cyrylica stanowi barierę nie do pokonania mogą poczuć się oszukani, o czym lojalnie uprzedzam.

Moja ocena: 9,5/10

Książkę zgłaszam do wyzwania: Z literą w tle

czwartek, 21 marca 2013

HEROSI U WRÓT TROI

GDZIE LEŻY PRAWDA?



Autor: Colleen McCullough
Tytuł: Pieśń o Troi
Tłumaczenie: Justyna Grzegorczyk
Tytuł oryginału: Song of Troy
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 2002
ISBN: 83-7150-954-5
Liczba stron: 404

Colleen McCullough Australijka, autorka wielu niezwykle popularnych książek, między innymi "Ptaków ciernistych krzewów", "Czasu miłości" czy "Pierwszego w Rzymie", postanowiła zmierzyć się z mitem wojny trojańskiej. Temat ten to dla autora wielkie wyzwanie, ale i niebezpieczna pułapka. Jak mierzyć się z piórem nieśmiertelnego Homera? Jak nie dać się zwieść na manowce tanich trików: nie raz już próbowano opowiedzieć tę historię na nowo, uwspółcześnić lub urealnić. Takie próby oddziela od śmieszności i kiczu bardzo cienka linia. Na szczęście pisarce udało się uniknąć wszelkich pułapek. Nie poprawia mitu, nie polemizuje z nim, choć od czasu do dodaje to, co w oryginalnej opowieści ukryte jest między wierszami.
Książka, niczym wielobarwna mozaika składa się z drobnych fragmentów: opowieści snutych na przemian przez kilka osób: Priama, Peleusa, Parysa, Helenę, Hektora, Achillesa, Agamemnona, Odyseusza, a także mniej znane, acz równie ważne postaci: Chirona, Eneasza czy Bryzejdę. Zabieg ten sprawia, że poznajemy nie tylko przebieg wydarzeń, ale i targające bohaterami emocje: dążenie do władzy, pragnienie chwały, miłość, chciwość, nienawiść, egoizm, dumę i strach. A wszystko to obserwują bezlitośni bogowie zabawiający się ludźmi niczym pionkami na szachownicy. 
McCullough traktuje wszystkie postacie jednakowo, nie osądza ich, a jedynie pokazuje motywacje. I choć nie stawia pytań, nasuwają się one same: po czyjej stronie leży racja? gdzie są granice ludzkiego obłędu? co jest następstwem  naszych decyzji, a co wynikiem bezlitosnego fatum? gdzie leży prawda?
Wielką zaletą książki jest też odpowiednie rozłożenie akcentów - mamy tu wszystko lecz niczego w nadmiarze: jest wielka polityka, są krwawe bitwy i pojedynki, jest romans (choć tego jest, o dziwo, najmniej). Dzięki temu "Pieśń o Troi" jest pozycją uniwersalną, skierowaną do szerokiego kręgu czytelników. Wręcz nie mogę powstrzymać się od jakże wyświechtanego frazesu "każdy znajdzie tu coś dla siebie".
Nie byłabym jednak sobą, gdym trochę nie ponarzekała. Jest w książce element zabawny (lub wręcz żenujący). Otóż autorka, nie wierząc chyba w erudycję czytelnika, umieściła na końcu książki rozdział "Dalsze losy niektórych bohaterów". Na dwóch (sic!) stronach poznajemy dalsze dzieje blisko dwudziestu najważniejszych bohaterów. Doprawdy nie mogłam  powstrzymać złośliwego chichotu widząc całą "Odyseję"  czy "Oresteję" streszczoną w jednym, dość krótkim, akapicie. 

Moja ocena: 7,5/10

POWITANIE

Witam gości mojego bloga,

Mam zamiar dzielić się mymi wrażeniami z kolejnych lektur. Lubię spędzać czas w bibliotece i wyszukiwać tam perły i perełki z lamusa, choć nie stronię od nowości. Czytam wszystko: powieści przygodowe, obyczajowe, fantastykę, kryminały i literaturę faktu. Zapowiada się więc dość zróżnicowany blog. Mam nadzieję, że każdy znajdzie tu coś dla siebie.