niedziela, 18 września 2016

TULIPANOWA GORĄCZKA

NIE TYLKO O TULIPANACH


Tytuł: „Tulipanowa gorączka”
Autor: Deborah Moggach
Tłumacz:  Maja Justyna
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 304
Czy macie ochotę na wyprawę do XVII-wiecznego Amsterdamu?  Czy chcecie zobaczyć, co się działo się w pracowniach malarzy, którzy budowali i umacniali sławę holenderskiego malarstwa? Czy nie kusi was, by zajrzeć do domów ich mecenasów,  potem wpaść na chwilę do  tawerny i przemknąć przez dzielnicę biedoty? Czy nie byłoby ciekawie zanurzyć się w niepowtarzalnej atmosferze kraju opanowanego tulipanową gorączką, gdzie na spekulacjach cebulkami zbijano majątki i równie szybko je tracono? To możliwe. Nie zbudowano jeszcze co prawda wehikułu czasu, ale od czegóż wyobraźnia? Deborah Moggach zabiera czytelników w zaczarowaną podróż.  Wystarczy sięgnąć po jej powieść „Tulipanowa gorączka”.
Drogi Czytelniku Tej Recenzji, z góry uprzedzam – to nie jest obiektywny tekst.  Chociaż minął już dobry tydzień od chwili, gdy skończyłam czytać „Tulipanową gorączkę” nadal jestem nią zauroczona i – jak każdy beznadziejnie zadurzony – niby wiem o wadach obiektu moich westchnień, ale nie przyjmuję ich do wiadomości, i tyle. Powieść Deborah Moggach uwiodła mnie od pierwszego akapitu i uczucie to przetrwało do ostatniej kropki.
Wyobraźcie sobie galerię złożoną z obrazów holenderskich mistrzów, przedstawiających kolejne  epizody pewnej historii. Taki XVII-wieczny komiks. Tak właśnie skonstruowana  jest powieść Moggach. Każdy rozdział to oddzielna scena opisana tak, że przed oczami jawi się nam wciągajace malowidło – mroczne, pełne ciężkiej, duszącej atmosfery, skrywanych tajemnic i buzujących tuż pod powierzchnią ogromnych emocji i namiętności.  Obraz,  w którym każdy szczegół – od leżącego na stole jedzenia, poprzez trzymaną w ręce chusteczkę czy list, aż po  ukradkowe spojrzenia i starannie przemyślane gesty – niesie za sobą wiele znaczeń.
Już pierwsza, na pozór banalna scena, ma w sobie ogromną moc. Scena rodzajowa niczym z arcydzieła holenderskiego mistrza: rodzinna kolacja, na stole ryba, pęknięta bułka, w kieliszkach skrzy się wino. Zamożny kupiec pragnie utrwalić ulotne chwile codziennego szczęścia, zamawia u wziętego artysty portret rodzinny. Nie wie tego, co my już podświadomie wyczuwamy, tego, że ta na pozór niewinna decyzja zapoczątkuje ciąg wydarzeń wiodących nieuchronnie do katastrofy.
I tak oto rozpoczyna się historia o miłości,  namiętności, pożądaniu i zdradzie. Historia o tym, jak przypadek zmienia ludzkie życie.  Historia o przekraczaniu barier i ograniczeń – tych najtrudniejszych do pokonania, bo wzniesionych nie przez innych lecz przez nas samych.  Jakże często trudno jest bohaterom powieści mierzyć się z wyborami, których dokonali sami, z własnej, nieprzymuszonej woli. Potrzeba niezwykłego splotu wydarzeń, niezwykle silnego bodźca, by zejść z raz obranej drogi. A może to nie przypadek tylko przeznaczenie, którego uniknąć nie sposób? Kto to wie…? Emocje zmuszające bohaterów  „Tulipanowej gorączki” do działania są tak silne, że przesłaniają im wszystkie inne motywacje. Nie liczy się rozsądek, bezpieczeństwo, uczciwość, podjęte zobowiązania. Ważne jest jedynie osiągniecie celu – wbrew wszystkim i wszystkiemu, chociażby nawet przyszło im oszukać cały świat.
Taki bezmyślny pęd musi skończyć się tragicznie.  Nagle, w jednej chwili, świat wali wszystkim – i oszustom, i  oszukanym. Ale czy aby na pewno katastrofa jest końcem wszystkiego? Przecież koniec jest jednocześnie początkiem czegoś nowego. Każdy z uczestników dramatu coś stracił, ale wydarzenia, które zepchnęły ich z utartej drogi, kazały też odnaleźć nową ścieżkę. Wyboistą, krętą, ale własną. Ścieżkę, którą podążając, mogą żyć życiem trudnym, pozostając za to w zgodzie z samym sobą. A czy to nie jest warte każdej ceny?
Addendum. Po namyśle postanowiłam jednak nadać recenzji pozory obiektywizmu i troszeczkę sobie ponarzekać.
Na kartach książki spotykamy barwną galerię postaci reprezentujących wszystkie warstwy ówczesnego społeczeństwa: bogatego kupca Cornelisa, jego żonę Sophię, zakochaną w sprzedawcy ryb Willemie służącą Marię, wziętego malarza Jana van Loosa, jego przyjaciół Mattheusa i Lysbeth, ucznia Jacoba oraz sługę – pijaczynę Gerrita. Ten ostatni jawi mi się niczym figura zabłąkana z zupełnie innej bajki. Przerysowany, groteskowy, jest jak klaun żonglujący piłeczkami w środku wielkiego monologu Hamleta. I choć odgrywa ważną rolę w fabule, to zwyczajnie nie pasuje mi do całości. Wykreśliłabym go z książki z taką samą ochotą, z jaką z „Władcy pierścienia” wymazałabym Toma Bombadila.

niedziela, 11 września 2016

SIERGIEJ ŁUKJANIENKO - KWAZI

Tytuł: Кваzи (Kwazi)
Autor: Siergiej Łukjanienko
TłumaczBrak wydania polskiego
ISBN978-5-17-098131-1.
Ilość stron: 352
Data wydania: sierpień 2016


Nie wszyscy wiedzą, że w Rosji książki, podobnie jak filmy mają kategorię wiekową. Najnowszą powieść Siergieja Łukjanienko „Kwazi” zaliczono do kategorii 16+, czyli de facto „dla dorosłych”. Dlaczego? Sądzę, że ze względu na wiele dość krwawych scen, a może sama tematyka zombi od razu kwalifikuje powieść jako „nie dla dzieci”? Nie wiem. Myślę, że każdy musi sobie na to pytanie odpowiedzieć sam. Ale po kolei, bo tak jakoś od środka mi się zaczęło.
Zawsze podziwiałam elastyczność i pomysłowość Serigieja Łukjanienko. Z jednej strony umie podążać za modą, z drugiej strony zachowuje jednak oryginalność. Bezbłędnie wyczuwa gorące trendy w literaturze popularnej, podąża za nim, ale płynie nieco "w poprzek". Modne były wampiry? Proszę bardzo, mieliśmy wampiry w „Patrolach”, ale zupełnie inne od reszty. Rzekłabym „łukjanienkowskie”. Teraz, gdy przyszła moda na zombie, Łukjanienko z lekkością mistrza proponuje nam własną wizję żywych trupów. I znowu jest to wersja nieortodoksyjna. W powieści zombi to tylko stopień pośredni między ludźmi, takimi jakich znamy, i quasi-ludźmi.
Tu pora na dygresję. Ci, którzy czytali moją pierwsza wzmiankę o powieści Łukjanineko, być może pamiętają rozważania na temat tłumaczenia tytułu. „Quasi” czy też „Kwazi”? Obecnie, gdy lekturę mam już za sobą, skłaniam się ku formie „Kwazi” gdyż słowo to zyskuje w książce nowe znacznie. Staje się nazwą własną nowej grupy istot. Kwazi to kolejny stopień rozwoju człowieka. Forma powstająca w pewnych okolicznościach (nie zdradzę jakich) z zombie.
W moim wydaniu brzmi to może nieco głupawo, ale u Łukjanienki składa się w całkiem udatną całość.
„Kwazi” czyta się dobrze. Jak zwykle u tego autora mamy wartką akcję, ciekawe postacie, niezgrane pomysły zgrabnie połączone z zapożyczeniami z najlepszej tradycji literatury rozrywkowej. Trochę kryminału noir, trochę powieści przygodowej, duet dobry glina i zły glina, mylne tropy, zwroty akcji i odległe echa niezapomnianych "Patroli". Do wyboru, do koloru.
Jednakże tym razem mam wrażenie, że chodzi o coś więcej niż tylko prostą przygodę. Być może dokonuje nadinterpretacji, ale popatrzcie sami. Oto nieoczekiwanie stykają się dwie kultury – ludzie i kwazi. Tacy sami a jednocześni inni. Ludzie to przede wszystkim istoty podążając za emocjami, kwazi, wręcz przeciwnie, emocji pozbawieni są całkowicie, kierują się wyłącznie rozsądkiem. Ludzkość staje przed jakościowo nowym dylematem. Jak zachować się w zderzeniu z nieznaną, odmienną kulturą? Co robić? I o tym właśnie jest książka: o różnych reakcjach na zaistniałą sytuację. Obserwujemy najróżniejsze podstawy: od skrajnej nienawiści, poprzez neutralną niepewność, aż po hura-optymistyczne przyjmowanie obcych z otwartymi rękami. Jedni obawiają się, że obcy wyprą obecną cywilizację zniszczą ją ze szczętem, inni wręcz przeciwnie, twierdzą, że nowe ubogaca istniejące. Czy czegoś wam to nie przypomina?
Powieść to jednak nie tylko treść, ale także forma. Czyli język. A tutaj Łukjanienko trzyma równy poziom. Kiedyś, gdy pisałam o „Szóstym patrolu” wspominałam, że w statystycznym ujęciu język tego autora wypada blado. Zakres słownictwa i średnia długość zdania sporo poniżej średniej dla gatunku, za to ilość dialogów znacznie powyżej przeciętnej (czytaj: mniej opisów). I co z tego? Statystyka statystyką, a życie życiem. Łukjanienko czyta się dobrze i tyle. Tego się będę trzymać.
Zbliżając się ku końcowi warto zaznaczyć, że choć główne wątki powieści zostały elegancko domknięte, to jednak wiele pytań pozostaje nadal bez odpowiedzi. Otwarte zakończenie sugeruje, że mamy do czynienia z początkiem kolejnego cyklu. Czyżby Łukjanineko szykował coś, co ma zastąpić "Patrole"? Tak mi się wydaje. Czy mam rację czas pokaże.

niedziela, 4 września 2016

ZASPAĆ NA SĄD OSTATECZNY

MARLOWE W ZAŚWIATACH


Tytuł: Zaspać na Sąd Ostateczny
Tytuł oryginału: Sleeping Late On Judgement Day
Autor: Tad Williams  
Tłumacz: Janusz Szczepański
Wydawca: Rebis 
Data wydania: 2016-07-26
ISBN: 978-83-8062-031-5

Stron: 516


Nikogo nie dziwi, że latem mamy ochotę na rzeczy lżejsze. Dotyczy to wszystkich aspektów życia. Zakładamy lżejsze ubrania, wybieramy lżejsze jedzenie i sięgamy po lżejsze książki. Jakoś tak mam, że gdy schabowego zastępuje sałatka, ciągnie mnie ku lekturze rzeczy mniej poważnych i za takimi się rozglądam. Szukam powieści rozrywkowych, pozwalających miło spędzić czas. Uwaga! Rozrywkowy to nie znaczny głupi albo gorzej napisany. Rozrywkowy to po prostu lżejszy (pamiętacie, sałatka!). Z przykrością stwierdzam, że wcale nie tak łatwo o przyzwoicie napisaną książkę tego typu. To, co oferuje rynek wydawniczy, jest niejako zaprzeczeniem krzywej Gaussa – królują skrajności, a nie wartości średnie. Z jednej strony mam całkiem sporo pozycji wartościowych, ale ciężkich i wymagających skupienia, z drugiej – całe tony nieznośnej pulpy, zbyt durnej do czytania nawet w poczekalni u dentysty. Pośrodku posucha. Oczywiście trafiają się nieliczne perełki: zabawne, lekkie i przyjemne, a jednocześnie inteligentne, choć bez zbędnego zadęcia pseudointelektualnego. Do tej kategorii zalicza się niewątpliwie cykl Tada Williamsa o Bobbym Dolarze. Co więcej, książka należy do mego ukochanego gatunku urban fantasy. Nic więc dziwnego, że tom trzeci – „Zaspać na Sąd Ostateczny” – przywitałam z dużą radością. Zmartwił mnie jedynie fakt, że jest to tom ostatni, ale cóż, nic nie trwa wiecznie.
Pisanie o trzecim tomie cyklu jest zawsze nieco problematyczne. Ci, którym spodobały się dwie poprzednie części, z pewnością sięgną także po kolejną. Ci, którym się nie spodobały, raczej nie zmienią zdania. Pozostają jednak ci, którzy nie znają jeszcze opowieści o Bobbym Dolarze, oraz niezdecydowani, wahający się… czytać czy też nie czytać. Moim zdaniem czytać!
W tym miejscu pozwolę sobie na nieco osobistą dygresję. „Mój” Bobby Dolar ma twarz niezapomnianego Humprehreya Bogarta. Czemuż? Już po przeczytaniu kilku pierwszych rozdziałów „Brudnych ulic nieba” (czyli pierwszego tomu) poczułam, że główny bohater kogoś mi przypomina. Popatrzmy. Rzeczywistość, w której toczy się akcja, daleka jest od ideału. Na każdym kroku widzimy intrygi, machinacje, matactwa i skrzętnie skrywane afery. Temu ponuremu światu stawia czoła Bobby – cyniczny, nieco zgorzkniały, coraz bardziej samotny, lecz uparcie dążący do prawdy. Na swej drodze stawia czoła gangsterom i wpływowym osobistościom zarówno tego, jak i tamtego świata. Choć nie jest pozbawiony wad, to przecież w swym bezkompromisowym dążeniu do rozwiązania zagadki jawi nam się jako postać pozytywna i bez wątpienia budząca sympatię. Dodam jeszcze, że pod ręką ma zawsze .38 i jakieś złośliwe powiedzonko. Teraz już chyba nikt nie ma wątpliwości. Toż to Philipe Marlowe jak żywy! Oooops, przepraszam, jak nieżywy. Mówimy wszak o życiu pozagrobowym.
Chandlerowski jest nie tylko bohater, ale i język opowieści. Ten sam styl, to samo cyniczne spojrzenie na świat, to samo nasycenie akcją i specyficznym wisielczym poczuciem humoru. Gdyby nie pojawiające się co i rusz telefony komórkowe, Internet i inne współczesne gadżety, można by w pierwszej chwili pomyśleć, że to sam Mistrz zabrał się za pisanie fantastyki. Złudzenie jednak szybko się rozwiewa, bo Williams zastąpił dominujący w świecie Chandlera pesymizm kpiną i ironią. Dzięki temu czytelnik nie ma wrażenia, że czyta podróbkę, a jedynie wyczuwa dość mocną inspirację.
Wszystko, co do tej pory napisałam, można w zasadzie odnieść do dowolnego tomu cyklu. Nadszedł w końcu czas, by odpowiedzieć na pytanie, jak na tle całości wypadło „Zaspać na Sąd Ostateczny”. Powiem krótko. Wypadło dobrze. Autor powraca do lekkiego, rozrywkowego stylu pierwszego tomu, od którego nieco odszedł w tomie drugim („Szczęśliwa godzina w piekle”).
Anioł Doloriel – dla przyjaciół Bobby Dolar – jak zwykle ma kłopoty. Po licznych przygodach wrócił ostatecznie do pracy anioła-adwokata. I pewnie na tym by się skończyło, gdyby nie spotkał swego starego przyjaciela Waltera, którego po raz ostatni widział w dość dramatycznych okolicznościach. Jednak Walter tego (i nie tylko tego) nie pamięta, a zdezorientowany Bobby znów nie wie, komu można zaufać, a komu nie. Nie ma innego wyjścia – musi znowu stawić czoła kłopotom, a przy okazji dostarczyć nam, czytelnikom, godziwej rozrywki.
„Zasapać na Sąd  Ostateczny” wielce udatnie wieńczy opowieść. Autor bardzo zgrabnie zamyka większość wątków, rozwiązuje tajemnice i zagadki, chociaż tu i tam pozostawia pewne niedomówienia. Myślę, że robi to celowo – nie z braku pomysłu czy niechlujstwa, ale by zostawić sobie drogę powrotną do wykreowanego świata. Wierzę, że już niedługo nastąpi ciąg dalszy, w postaci całkiem nowego cyklu. Już się cieszę!