poniedziałek, 29 lutego 2016

MARUDZENIE STARSZEJ PANI

KOLEJNE ROZCZAROWANIE


Tytuł: Mózg Kennedy'ego 
Tytuł oryginału: Kennedy's brain
Autor: Henning Mankell
Tłumaczenie:  Ewa Wojciechowska
Wydawca:  W.A.B
Data wydania: 2013-03-20
Stron: 416
ISBN: 9788377478158

Albo jest to najgorsza rzecz Mankella jaką do tej pory czytałam, albo jestem na nią za głupia ewentualnie za mało wrażliwa. Tak czy siak, o ile Mankella lubię – może nie jestem oddanym fanem, ale jednakowoż lubię, o tyle ta konkretnie powieść mnie nie porwała. Powiem więcej, setnie mnie znudziła.
Zacznijmy od tego, o czym już kilkakrotnie pisałam – obiecując w notce coś, czego nie ma, wydawca robi książce ogromną krzywdę.  I tym razem też tak było. Obiecano mi kryminał, a dostałam powieść zaangażowaną społecznie. Nie mam nic przeciwko literaturze zaangażowanej (poza jednym wyjątkiem, ale to moja słodka tajemnica), ale kiedy sięgam po kryminał, chcę dostać kryminał. Nie sensację, nie romans, nie powieść historyczną tylko kryminał.  Gdy otrzymuję coś innego niż to, za co zapłaciłam swoimi ciężko zarobionymi pieniędzmi, od razu czuję się oszukana i wzrasta mi poziom sceptycyzmu, a książkę oceniam znacznie ostrzej. Myślę, że to bardzo ludzkie.
„Mózg Kennedy'ego” to powieść, której właściwie nie wypada krytykować. Autor podjął w niej kilka trudnych tematów: AIDS, pazerność wielkich korporacji, rasizm, relacje rodzice-dzieci. Zadanie ambitne, więc narzekając wychodzi się na osobę płytką i nieczułą. A mimo to odważę się jeszcze raz napisać otwartym tekstem – setnie się wynudziłam.
Fabuła zawsze była mocną stroną Mankella. Nieśpieszna, typowo skandynawska, jednak zawsze logiczna i konsekwentna. Tym razem jednak z konsekwencją krucho. Główna bohaterka, archeolog, Louise Cantor, prowadzi prywatne śledztwo w sprawie śmierci syna Henryka. Nie wierzy w przyjętą przez policję wersję samobójstwa. W poszukiwaniu prawdy miota się między Europą i Afryką, a trup wokół niej ściele się gęsto. Właściwie każdy, kto próbuje jej pomóc prędzej czy później pada trupem. Do tego okoliczności śmierci przypominają jako żywo amerykańskie filmy klasy „B”. Biedny świadek ma coś ważnego do powiedzenia, ale nie, nie powie dzisiaj tylko jutro. Dlaczego? Chyba tylko po to, by przestępcy mieli czas go uśmiercić. Najlepiej tak na trzy sekundy przed wyjawieniem prawdy. Nie jestem geniuszem  zła (ani żadnym innym geniuszem) i być może dlatego nie znajduję odpowiedzi na podstawowe pytanie: czy nie prościej byłoby po prostu ukatrupić wścibską panią archeolog? Mój prosty umysł inżyniera podpowiada, że byłoby to rozwiązanie najbardziej efektywne.
Gdyby to był jedyny mankament fabuły, ale gdzie tam!  W przypadku  literatury sensacyjnej grzechem śmiertelnym jest brak tajemnicy i zaskoczenia. Autorowi tak śpieszno do zdemaskowania diabolicznych knowań koncernów, że gdzieś w jednej trzeciej powieści właściwie wszystko zdradza, potem już tylko powtarza coś, o czym wiemy – koncerny są złe i pazerne.
A propos złych o pazernych.  Rozumiem, że „Mózg Kennedy'ego” to powieść zaangażowana, ale poziom dydaktyzmu i sztampowość postaci jest w niej nie do zniesienia. Jeśli ktoś jest biały, a do tego nie daj Boże nie przymiera głodem, z pewnością jest zły, chciwy i diaboliczny. Co innego czarni. Oni są dobrzy, a nawet jeśli kradną i rabują to i tak nie ich wina – gdyby nie byli biedni, byliby aniołami. Moje życiowe doświadczenie uczy (a mam już niejeden siwy włos na głowie), że nie ma prostej zależności między kolorem skóry i/lub stanem majątkowym, a zaletami ducha. W każdej grupie jest iluś tam ludzi dobry i ileś kanalii. Aczkolwiek w dobie poprawności politycznej takie stwierdzenie ociera się o rasizm.
Także rozwiązanie zagadki, a właściwie jego brak, jest mocno rozczarowujące. Znam pojęcie zakończenia otwartego i je rozumiem. Czym innym jest jednak zakończenie otwarte, a czym innym porzucenie wątku. Niestety w  „Mózgu Kennedy'ego” znajdziemy całe mnóstwo mniej lub bardziej rozwiniętych wątków, które nagle ni z tego ni z owego obumarły. Ot, pierwszy z brzegu przykład: Henryk z jakiegoś powodu opowiadał znajomym, że ma siostrę. Ba!, nawet pokazywał jej zdjęcie. Mankell poświęca temu całkiem sporo uwagi., sprawa co i rusz powraca, jakby autor chciał byśmy szczególnie zwrócili uwagę na ten detal. Dlaczego bohater to robił? Nie wiemy i już się raczej nie dowiemy. Takich uwiędłych pędów jest w powieści więcej.  O nieszczęsnym mózgu Kennedy'ego nie wspominając. Jak się ma on do reszty opowieści nie pojmuję, aczkolwiek muszę przyznać, że pod koniec bardziej przerzucałam karki niż czytałam, więc coś mogło mi umknąć. To znaczy, rozumiem, że tytułowy mózg symbolizuje skrzętnie skrywaną przez wielkich tego świata tajemnicę, ale i tak nie pojmuję koncepcji.
Na koniec mała, zupełnie niepoważna dygresja. Wiem, że jest nie na miejscu, ale nie mogę się oprzeć. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że jestem zapalonym trekkerem. Jeden z odcinków Star Treka nosi tytuł „Mózg Spocka”. Jest nawet nieoficjalna gra „Mózg Spocka”.  Zasady są proste: na stole stawiamy flaszkę i po kieliszku dla każdego gracza, włączamy rzeczony odcinek i za każdym razem, gdy z ekranu padną słowa „mózg Spocka” pijemy. Wygrywa ten, kto dotrwa do końca filmu. Mi osobiście nigdy się ta sztuka nie udała. Ofiarą pośrednią tej gry padła powieść Mankella. Za każdym razem gdy na kartach książki widziałam słowa „Mózg Kennedy'ego” (a powtarzają się one dość często) słyszałam „mózg Spocka”. Wiem, że to nie wina autora. Przepraszam!

piątek, 26 lutego 2016

ZNOWU SIĘ CHWALĘ

WYWIAD 


Jest takie rosyjskie powiedzonko "jeśli się sam nie pochwalisz, to nikt cię nie pochwali". Jak wiadomo przysłowia są mądrością narodu, postawiłam więc z tej mądrości skorzystać.

Chwaliłam się już na facebooku, ale i tutaj się pochwalę. A co! Na blogu Zapomniana biblioteka właśnie pojawił się wywiad ze mną. Czuję się jak Prawdziwy Pisarz.

Zainteresowani mogą przeczytać pierwszą część wywiadu tutaj. Niedługo część druga. Z pewnością się pochwalę.

środa, 24 lutego 2016

MALUTKI JUBILEUSZ


 MÓJ SETNY WPIS



Tytuł: Czarnoksiężnik z Archipelagu
Seria: Ziemiomorze
Autor: Ursula K.Le Guin 
Tłumaczenie: Stanisław Barańczak
Ilość stron: 240
Data wydania: 2010-11-09 
ISBN: 978-83-7648-5-652

Tak, to już setny wpis na tym blogu. Aż trudno uwierzyć jak ten czas leci. Na tą specjalną okazję postanowiłam wybrać coś wyjątkowego. Książkę, której nie odważę się oceniać, bo to dzieło doskonałe. Mogę za to, z czystym sumieniem, pozachwycać się do woli.

W życiu każdego człowieka trafiają się chwile absolutnego zachwytu. Zachwytu doskonałego. Taki moment przeżyłam dawno, dawno temu, gdy po raz pierwszy czytałam „Czarnoksiężnika z Archipelagu” Ursuli Le Guin. Potem, przez długie lata, bałam się ponownie sięgnąć po ową książkę z obawy, by nie popsuć sobie tamtego wrażania. Wiecie, jak to bywa. Gdy po latach wracamy do książki (albo miejsca, albo filmu), która nas onegdaj zachwyciła, pojawia się rozczarowanie. Może więc lepiej pozostawić w spokoju lektury młodości? W końcu jednak uległam pokusie i pełna obaw zdjęłam z półki „Czarnoksiężnika z Archipelagu”. Już po kilku stronach z ulgą zrozumiałam, że były to obawy płonne. Powieść Le Guin nadal zachwyca. To książka, w której nie ma ani jednej zbędnej sceny, ani jednego zbędnego zdania. Co tam zdanie! Tam nie ma jednego zbędnego słowa. Do tego mistrzowski przekład Barańczaka. 

Dzisiejszy wpis jest wyjątkowo krótki, bo właściwie wszystko co mam do powiedzenia można wyrazić w dwóch słowach "prawdziwa uczta".

środa, 17 lutego 2016

RYCERZE SYCYLII

POSTANOWIENIA NALEŻY REALIZOWAĆ



Cykl: "Rycerze Sycylii"  (tomy 1-5)
Autor: Vivianne Moore
Tłumaczenie
  Justyna Sozańska (tomy 1 i 2), 
  Szymon Żuchowski (tomy 3 i 4)
Wydawca: WAB

Oto co obiecuje wydawca:

Średniowieczna zagadka kryminalna!
Powieść w duchu Imienia róży Umberto Eco.
Ponad sto tysięcy egzemplarzy sprzedanych we Francji.

 A co dostajemy?

Nie raz i nie dwa obiecywałam sobie, że nigdy, ale to przenigdy nie dam się nabrać na tekst reklamowy „książka w stylu  Imienia róży”. W dziewięciu przypadkach na dziesięć, tak zapowiadana powieść tak się ma do arcydzieła Umberto Eco jak Mona Lisa do kopii narysowanej kredkami przez gimnazjalistę. Czasami jednak nachodzą mnie wątpliwości. Może niesłusznie się uprzedzam? Może nie trzeba się zniechęcać? Przecież trafiają się czasem utalentowani gimnazjaliści, a że kredkami można pięknie malować udowodnił dawno temu Wyspiański.  No i ta imponująca sprzedaż we Francji! Dałam się skusić i sięgnęłam po powieść "Ludzie wiatru", pierwszy tom cyklu "Rycerze Sycylii"  Od razu powiem – to nie był szczególnie udany pomysł. Może książka nie obraziła jakoś szczególnie mojej inteligencji i poczucia estetyki, ale podczas lektury wynudziłam się jak mops.
Nawet mniejsza z tym, że akcja początkowo ciągnie się niczym guma do żucia. W końcu mamy do czynienia z pierwszym tomem długiego cyklu, więc przydługą rozbiegówkę można by darować. Gorzej, że autorka stosuje rozwiązania może nie żenujące, ale niezbyt finezyjne. Zacznijmy od tego, że czym innym jest inspiracja czyimś dziełem, a czym innym nieudolne małpowanie. Przepraszam za kolokwializm, ale „naśladownictwo” jest zbyt delikatnym słowem na to, co autorka wyrabia. Mamy więc parę bohaterów – starego mistrza z tajemniczym życiorysem i  towarzyszącego mu w śledztwie młodego adepta oraz niekończące się dialogi z gatunku „cóż dostrzegłeś mój uczniu?”. A propos dialogów, Moore upiera się, żeby całe tło historyczne przedstawić nie jako komentarz odautorski, ale w dialogach właśnie. Efekt jest naturalny niczym chińska zupka w proszku.
Zbiera się grupa spiskowców, ludzi nie tylko obeznanych z polityką, ale żyjących nią na co  dzień, którzy uważają za stosowne zrobić sobie wstępnie wykład z historii najnowszej Europy. Przy czym nie dzielą się bynajmniej żadnymi plotkami, najnowszymi odkryciami, czy pilnie strzeżonymi tajemnicami. Gdzież tam! Owi konspiratorzy przebywają konno dziesiątki mil, by się spotkać i oznajmić, że królowa Bona umarła.
Wyobraźcie sobie wujka Janka i wujka Zdzich, prowadzących mniej więcej taką dyskusję:

- Jak ci wiadomo, kochany Zdzichu, obecnie nam panującym prezydentem jest Andrzej Duda, urodzony roku pańskiego 1972 w mieście słynnym Krakowie,  wybrany na to zaszczytne stanowisko latem roku ubiegłego.
- Masz rację, drogi Janie, a małżonce jego na imię Agata. Przed nim zaszczyt ten piastował Komorowski Bronisław...
- Tak, ten sam co to zastąpił świętej pamięci Lecha, ofiarę katastrofy...

I tak dalej, i tak dalej... Co jedna rewelacja, to bardziej zaskakująca.
Na wszystkie bóstwa literatury! Wiadomo, że nikt tak nie rozmawia. A na koniec perełka. Zbierają się ci konspiratorzy, konspirują, konspirują, konspirują, przez wiele stron konspirują i co? I nic? Posiedzieli, pokonspirowali i pojechali sobie, nie za bardzo wiadomo gdzie i po co. Cała ta wycieczka była wyłącznie po to, by nieświadomego czytelnika zaznajomić z tłem historycznym. No, proszę....
I last but not least. Zagadka kryminalna. Co z zagadką? Ano „zjawia się i znika”, że posłużę się słowami piosenki. Autorka zarzuca przynętę, sugeruje na początku tajemniczą zbrodnie, by potem na długo o niej zapomnieć i zająć się zupełnie innymi sprawami. Tajemnica wraca dobrze za połową tekstu, a jej rozwiązanie jest tak oczywiste, że to aż niewiarygodny. Tylko dlatego nie odgadłam kto jest sprawcą, że najzwyczajniej w świecie nie mogłam uwierzyć w tak banalne rozwiązanie. Ech.... Może tom drugi będzie lepszy?


Dzicy wojownicy”. Tom drugi cyklu „Rycerze Sycylii”. Czy ktoś w redakcji przeczytał ten tytuł? Miało być mrocznie, miało budzić grozę, a wyszło przerażająco niczym „Przygód kilka wróbla Ćwirka”. A do tego mamy scenę gdy dzicy wojownicy tańczą w rytm tam-tamów. Nie, drogi czytelniku, nasi bohaterowie nie dotarli do wybrzeży Afryki  (dzikiej jakoby oni), ani nie przybyli z Czarnego Lądu. Tytułowi dzicy wojownicy to upadły jarl ze swoją drużyną, którzy płyną na Sycylię. Komu zajuchcili tam-tamy nie wiem.
Oczywiście, ktoś może stwierdzić, że się czepiam, ale sęk w tym, że owi dzicy wojownicy i tam-tamy to właściwie wszystko co po zaledwie kilku dniach pamiętam z ponad trzystu stronicowej książki.  
Autorka krąży wokół tematu niczym pies wokół jeża. Nijak nie może się zdecydować co chce napisać: kryminał czy powieść o piratach. Miota się od wątku do wątku, a czując że nie jest w stanie przyciągnąć uwagi czytelnika, podrzuca na przynętę znaną już z pierwszego tomu tajemnicę pochodzenia głównego bohatera – Tankreda. Nie ma jednak co liczyć na jakieś ciekawe dochodzeni w tej materii, szukanie śladów, odkrywanie nowych tropów. Nic  z tych rzeczy. Jest tylko prymitywne „wiem, ale nie powiem”.  I nie jest to żadna przenośnia Znany nam dobrze z pierwszego tomu Hugo z Tarsu na początku zdradza imię matki Tankreda, po czym stwierdza, że na imię tatusia musimy poczekać. I w rzeczy samej czekamy do ostatniego rozdziału. Aha, po drodze mamy jeszcze seryjnego mordercę. Tym razem rozwiązanie nie jest aż tak oczywiste jak w „Ludziach wiatru”, ale podane jakoś tak mdło, że ani trochę mnie to nie obeszło. Jednym słowem nuda panie, nuda.


Okręt przeklętych”.  Tom trzeci cyklu „Rycerze Sycylii”. Jest mała poprawa w porównaniu z poprzednimi częściami – autorka zdecydowała się, co chce napisać. Jest to bez dwóch zdań książka o piratach. Mamy demonicznego herszta (czy jak tam się przywódca morskich zbirów nazywa), mamy pogonie i bitwy Jeśli ktoś lubi piratów, być może mu się spodoba, aczkolwiek pani Moore nie jest ani Sabatinim, ani Stevensonem. Wspomnianym panom wychodziło lepiej. Ale może się nie znam.  
Jedno wiem na pewno, u Umberto Eco żadnych piratów nie było. I tu naszła mnie refleksja natury ogólnej, jak to złym marketingiem można zaszkodzić książce.  Przypominam, że cykl jest zachwalany przez wydawcę jako „powieść w duchu Imienia róży Umberto Eco” .  Nie jestem na tyle naiwna by po takiej zapowiedzi oczekiwać od autorki erudycji na miarę słynnego włoskiego profesora, ale liczę przynajmniej na kryminał historyczny. Z pewnością nie na piratów. Z drugiej strony, ktoś kto ma ochotę na morskie przygody raczej po tak zapowiedzianą pozycję nie sięgnie. W rezultacie książka trafia nie w te ręce, w które powinna. Nie ma się więc co dziwić, że nie odnosi spodziewanego sukcesu. To tak, jakby ktoś kupił pudełko lodów, a dostał bigos. Bigos nie jest zły, ba!, bywa nawet wyborny, ale nie na to mieliśmy ochotę. Chyba sobie ciąg dalszy odpuszczę.

Człowiek znikąd”.  Tom czwarty cyklu.  Jestem już w stu procentach pewna, że to moja ostatnia przygoda z „Rycerzami Sycylii”. Co prawda nie ma piratów, ale za to mamy romans z domieszką średniowiecznego thrillera politycznego.  Niby książka ma wszystko to, co mieć powinna: są intrygi polityczne, spiski, tajemnice z przeszłości,  pojedynek na śmierć i życie, nieszczęśliwa miłość, porwana ukochana, zagadki, ale nie ma tego, co w powieści przygodowej najważniejsze. Nie ma emocji. Mam wrażenie, że autorka ma dużo wcale nie najgorszych pomysłów, ale nie potrafi ich wykorzystać, najzwyczajniej w świecie nie radzi sobie z fabułą. Zamiast stopniowo budować napięcie dorzuca kolejne wątki i łączy to wszystko w całość nieco na siłę. 
W przeciwieństwie do poprzednich tomów nie potrafię wskazać konkretnych braków powieści, ale jedno wiem na pewno – przez „Człowieka znikąd” przebrnęłam z wielkim trudem co i rusz ziewając i robią długie przerwy. Być może poprzednie trzy tomy zmęczyły mnie tak, że podczas lektury czwartego nie byłam już w stanie wykrzesać z siebie ani odrobiny entuzjazmu. Tak czy siak, moja decyzja jest ostateczna – po tom piąty nie sięgnę choćby nie wiem co. Szkoda życia.

czwartek, 11 lutego 2016

KALEKI

GENOM - KONTYNUACJA



Tytuł: Геном
Cykl: Геном
Autor: Siergiej Łukjanienko
Wydawnictwo: ACT
Data wydania: 2014
Liczba stron: 768
ISBN:  978-5-17-082764-0

Od czasu do czasu pojawiają się na moim blogu wpisy o książkach obcojęzycznych. Zamieszczam je rzadko, zazwyczaj wtedy, gdy nie ma jeszcze wydania polskiego, traktując taką opinię jako swego rodzaju przedpremierową „zajawkę” . Z „Genomem” mam jednak kłopot. I to nie jeden. Po pierwsze, jakie książki wchodzą w skład cyklu? To co zna czytelnik rosyjski to: „Genom” (Геном), „Tańce na śniegu” (Танцы на снегу) i „Kaleki” (Калеки). Tak była kolejność powstawania i w takiej kolejności część wielbicieli twórczości Łukjanienki poznawała książki. Jednak „Tańce na śniegu” to prequel. Gdy cykl wydawany jest też jako jedno grube tomiszcze, kolejności czytania jest niejako narzucona przez wydawnictwo, które zdecydowanie preferuje wewnętrzną chronologię świata. I taką też kolejność w tej chwili zaleca sam autor. Jednakże w niektórych wydaniach "Tańce na śniegu" są opisane jako tom drugi, co może nieobeznaną z problemem osobę nieco zmylić, Polski czytelnik od początku przyzwyczajony jest do kolejności "chronologicznej" - najpierw "Tańce na śniegu", potem "Genom". I niech tak zostanie.
Nietrudno zauważyć, że tytuł jednego z tomów jest taki sam jak tytuł całego cyklu, co wprowadza jeszcze większe zamieszanie, gdyż nie zawsze do końca wiadomo co nasz interlokutor ma na myśli mówiąc/pisząc "Genom" - cały cykl, czy tylko jedną powieść.
Zanim przejdę do omawiania tekstu, pozwolę sobie na krótką, ale istotną dygresję. W języku polskim utwory prozatorskie można z grubsza podzielić na powieści i opowiadania. Wiem, wiem, że znawcy tematu mogą mnie oskarżyć o spłycanie problemu, ale chodzi mi tu o rozważania na poziomie zwykłego zjadacza chleba (i książek) oraz języka potocznego. Rosjanie oprócz powieści (роман) i opowiadania (рассказ) mają jeszcze повесть – coś co jest na powieść za krótkie, a na opowiadanie za długie. Najczęściej w języku polskim повесть utożsamiana jest z nowelą, co jest dobrym, chociaż nie stuprocentowo  prawdziwym przybliżeniem. Chyba najlepiej pasuje tutaj nieoficjalne określenie „mikropowieść”.  Jak zwał tak zwał, ważne, że wiemy o co chodzi,
„Kaleki” to właśnie  повесть  - prawdziwe wyzwanie dla wydawcy. Nie bardzo wiadomo co z tym zrobić – do zbioru opowiadań jest za długa, na samodzielną publikację za krótka. Może gdyby ktoś w Polsce wydał cykl Genom" w jednym tomie, tak jak to robią Rosjanie, dokleiłby i „Kaleki”, a tak… Nie wiem nawet, czy tekst został przetłumaczony i wydany w Polsce. Szukałam ale nie znalazłam. To oczywiście o niczym jeszcze nie świadczy – może się kiepsko starałam. Będę wdzięczna za każdą informację. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie…
Ci, którzy czytali „Genom” (cykl) wiedzą, że tom pierwszy i drugi są ze sobą powiązane niemalże symbolicznie. Akcja obu książek rozgrywa się w tym samym uniwersum, ale ani postaci, ani fabuła nie mają ze sobą nic wspólnego. Trochę inaczej rzecz się ma gdy idzie o „Kaleki” – z „Genomem” (powieścią) łączy je postać głównego bohatera, Alexa Romanowa, specpilota. Jednakże w całym tekście jest tylko jedna, delikatna aluzja do tego, co się działo w powieści. Wzmianka ta nie wnosi nic ważnego do treści „Kalek”, a jedynie sygnalizuje czytelnikowi, że to ten sam Alex, tylko nieco starszy i po przejściach.
Sam tekst, to jak zwykle u Łukjanienki, kawał dobrego, pisarskiego rzemiosła – przyjemne, przygodowe SF, w sam raz na jeden wieczór. No, może dwa. Wciągająca, wartka akcja, ciekawe postaci, dobrze dozowane napięcie. Do tego w treść sprytnie wplecione są drobne rozważania natury ogólnej o istocie człowieczeństwa, o naszych lękach, słabościach i mocnych stronach.  To też znak charakterystyczny Łukjanienki – w swoich powieściach i opowiadaniach zawsze stara się poruszać jakiś problem. Nie nachalnie, bez zbędnej dydaktyki, bez rozwlekania, aczkolwiek też bez nadmiernej finezji. Nie jest to ani głęboka, ani specjalnie odkrywcza filozofia. Czytelnikowi starszemu, bardziej wyrobionemu, niektóre rozważania mogą się wydać banalne, ale dla tych, którzy zbytnio skoncentrowali się na przygodzie, jest taki mały szturchaniec, zmuszający do zastanowienia się "co autor chciał nam przez to powiedzieć". Czego chcieć więcej?
Łukjanienko sprawnie opowiada historię ekipy specjalizującej się w… poskramianiu statków kosmicznych, które z jakiegoś powodu wymknęły się spod kontroli.  O ile w powieściach znaczną rolę odgrywała kreacja świata, to tym razem autor koncentruje się przede wszystkim na ludziach. A mamy tu ciekawą zbieraninę. Wspomniany już Alex - pochodzący z ZIemi specpilot, Hasan - technik, specjalista zajmujących się niestandardowym oprzyrządowaniem, Weronika - ziemianka, psycholog, Damian - specbojownik z planety Moskowia i Tracy - haker z planty Olimp. 
Znajomość poprzednich części (szczególnie „Genomu”) jest podczas lektury przydatna - dzięki niej "widzimy" bardziej szczegółowo świat otaczający bohaterów i lepiej rozumiemy niektóre ich rozterki,  ale i bez tego czytelnik powinien dać radę. 
Na koniec mała ciekawostka. Postaram się przy tym nie zdradzić zbyt dużo, żeby nie zepsuć przyjemności czytania (gdyby komuś udało się jednak znaleźć polskie wydanie, albo gdyby zdecydował się na oryginał). Otóż pierwotnie opowieść kończyła się zupełnie inaczej. Jednak przed przesłaniem tekstu do wydawcy Łukjanienko posłał rękopis (komputeropis?) Nikowi Pierumowowi z prośbą o przyjacielską opinię. Co dokładnie Nik powiedział Łukjanience, tego nie wiem, wiem natomiast, że namówił go do zmiany końcówki na weselszą. Łukjanienki nie trzeba było zresztą długo przekonywać, bo to człowiek z natury dobry, który źle nie życzy nikomu - nawet bohaterom literackim.