środa, 17 lutego 2016

RYCERZE SYCYLII

POSTANOWIENIA NALEŻY REALIZOWAĆ



Cykl: "Rycerze Sycylii"  (tomy 1-5)
Autor: Vivianne Moore
Tłumaczenie
  Justyna Sozańska (tomy 1 i 2), 
  Szymon Żuchowski (tomy 3 i 4)
Wydawca: WAB

Oto co obiecuje wydawca:

Średniowieczna zagadka kryminalna!
Powieść w duchu Imienia róży Umberto Eco.
Ponad sto tysięcy egzemplarzy sprzedanych we Francji.

 A co dostajemy?

Nie raz i nie dwa obiecywałam sobie, że nigdy, ale to przenigdy nie dam się nabrać na tekst reklamowy „książka w stylu  Imienia róży”. W dziewięciu przypadkach na dziesięć, tak zapowiadana powieść tak się ma do arcydzieła Umberto Eco jak Mona Lisa do kopii narysowanej kredkami przez gimnazjalistę. Czasami jednak nachodzą mnie wątpliwości. Może niesłusznie się uprzedzam? Może nie trzeba się zniechęcać? Przecież trafiają się czasem utalentowani gimnazjaliści, a że kredkami można pięknie malować udowodnił dawno temu Wyspiański.  No i ta imponująca sprzedaż we Francji! Dałam się skusić i sięgnęłam po powieść "Ludzie wiatru", pierwszy tom cyklu "Rycerze Sycylii"  Od razu powiem – to nie był szczególnie udany pomysł. Może książka nie obraziła jakoś szczególnie mojej inteligencji i poczucia estetyki, ale podczas lektury wynudziłam się jak mops.
Nawet mniejsza z tym, że akcja początkowo ciągnie się niczym guma do żucia. W końcu mamy do czynienia z pierwszym tomem długiego cyklu, więc przydługą rozbiegówkę można by darować. Gorzej, że autorka stosuje rozwiązania może nie żenujące, ale niezbyt finezyjne. Zacznijmy od tego, że czym innym jest inspiracja czyimś dziełem, a czym innym nieudolne małpowanie. Przepraszam za kolokwializm, ale „naśladownictwo” jest zbyt delikatnym słowem na to, co autorka wyrabia. Mamy więc parę bohaterów – starego mistrza z tajemniczym życiorysem i  towarzyszącego mu w śledztwie młodego adepta oraz niekończące się dialogi z gatunku „cóż dostrzegłeś mój uczniu?”. A propos dialogów, Moore upiera się, żeby całe tło historyczne przedstawić nie jako komentarz odautorski, ale w dialogach właśnie. Efekt jest naturalny niczym chińska zupka w proszku.
Zbiera się grupa spiskowców, ludzi nie tylko obeznanych z polityką, ale żyjących nią na co  dzień, którzy uważają za stosowne zrobić sobie wstępnie wykład z historii najnowszej Europy. Przy czym nie dzielą się bynajmniej żadnymi plotkami, najnowszymi odkryciami, czy pilnie strzeżonymi tajemnicami. Gdzież tam! Owi konspiratorzy przebywają konno dziesiątki mil, by się spotkać i oznajmić, że królowa Bona umarła.
Wyobraźcie sobie wujka Janka i wujka Zdzich, prowadzących mniej więcej taką dyskusję:

- Jak ci wiadomo, kochany Zdzichu, obecnie nam panującym prezydentem jest Andrzej Duda, urodzony roku pańskiego 1972 w mieście słynnym Krakowie,  wybrany na to zaszczytne stanowisko latem roku ubiegłego.
- Masz rację, drogi Janie, a małżonce jego na imię Agata. Przed nim zaszczyt ten piastował Komorowski Bronisław...
- Tak, ten sam co to zastąpił świętej pamięci Lecha, ofiarę katastrofy...

I tak dalej, i tak dalej... Co jedna rewelacja, to bardziej zaskakująca.
Na wszystkie bóstwa literatury! Wiadomo, że nikt tak nie rozmawia. A na koniec perełka. Zbierają się ci konspiratorzy, konspirują, konspirują, konspirują, przez wiele stron konspirują i co? I nic? Posiedzieli, pokonspirowali i pojechali sobie, nie za bardzo wiadomo gdzie i po co. Cała ta wycieczka była wyłącznie po to, by nieświadomego czytelnika zaznajomić z tłem historycznym. No, proszę....
I last but not least. Zagadka kryminalna. Co z zagadką? Ano „zjawia się i znika”, że posłużę się słowami piosenki. Autorka zarzuca przynętę, sugeruje na początku tajemniczą zbrodnie, by potem na długo o niej zapomnieć i zająć się zupełnie innymi sprawami. Tajemnica wraca dobrze za połową tekstu, a jej rozwiązanie jest tak oczywiste, że to aż niewiarygodny. Tylko dlatego nie odgadłam kto jest sprawcą, że najzwyczajniej w świecie nie mogłam uwierzyć w tak banalne rozwiązanie. Ech.... Może tom drugi będzie lepszy?


Dzicy wojownicy”. Tom drugi cyklu „Rycerze Sycylii”. Czy ktoś w redakcji przeczytał ten tytuł? Miało być mrocznie, miało budzić grozę, a wyszło przerażająco niczym „Przygód kilka wróbla Ćwirka”. A do tego mamy scenę gdy dzicy wojownicy tańczą w rytm tam-tamów. Nie, drogi czytelniku, nasi bohaterowie nie dotarli do wybrzeży Afryki  (dzikiej jakoby oni), ani nie przybyli z Czarnego Lądu. Tytułowi dzicy wojownicy to upadły jarl ze swoją drużyną, którzy płyną na Sycylię. Komu zajuchcili tam-tamy nie wiem.
Oczywiście, ktoś może stwierdzić, że się czepiam, ale sęk w tym, że owi dzicy wojownicy i tam-tamy to właściwie wszystko co po zaledwie kilku dniach pamiętam z ponad trzystu stronicowej książki.  
Autorka krąży wokół tematu niczym pies wokół jeża. Nijak nie może się zdecydować co chce napisać: kryminał czy powieść o piratach. Miota się od wątku do wątku, a czując że nie jest w stanie przyciągnąć uwagi czytelnika, podrzuca na przynętę znaną już z pierwszego tomu tajemnicę pochodzenia głównego bohatera – Tankreda. Nie ma jednak co liczyć na jakieś ciekawe dochodzeni w tej materii, szukanie śladów, odkrywanie nowych tropów. Nic  z tych rzeczy. Jest tylko prymitywne „wiem, ale nie powiem”.  I nie jest to żadna przenośnia Znany nam dobrze z pierwszego tomu Hugo z Tarsu na początku zdradza imię matki Tankreda, po czym stwierdza, że na imię tatusia musimy poczekać. I w rzeczy samej czekamy do ostatniego rozdziału. Aha, po drodze mamy jeszcze seryjnego mordercę. Tym razem rozwiązanie nie jest aż tak oczywiste jak w „Ludziach wiatru”, ale podane jakoś tak mdło, że ani trochę mnie to nie obeszło. Jednym słowem nuda panie, nuda.


Okręt przeklętych”.  Tom trzeci cyklu „Rycerze Sycylii”. Jest mała poprawa w porównaniu z poprzednimi częściami – autorka zdecydowała się, co chce napisać. Jest to bez dwóch zdań książka o piratach. Mamy demonicznego herszta (czy jak tam się przywódca morskich zbirów nazywa), mamy pogonie i bitwy Jeśli ktoś lubi piratów, być może mu się spodoba, aczkolwiek pani Moore nie jest ani Sabatinim, ani Stevensonem. Wspomnianym panom wychodziło lepiej. Ale może się nie znam.  
Jedno wiem na pewno, u Umberto Eco żadnych piratów nie było. I tu naszła mnie refleksja natury ogólnej, jak to złym marketingiem można zaszkodzić książce.  Przypominam, że cykl jest zachwalany przez wydawcę jako „powieść w duchu Imienia róży Umberto Eco” .  Nie jestem na tyle naiwna by po takiej zapowiedzi oczekiwać od autorki erudycji na miarę słynnego włoskiego profesora, ale liczę przynajmniej na kryminał historyczny. Z pewnością nie na piratów. Z drugiej strony, ktoś kto ma ochotę na morskie przygody raczej po tak zapowiedzianą pozycję nie sięgnie. W rezultacie książka trafia nie w te ręce, w które powinna. Nie ma się więc co dziwić, że nie odnosi spodziewanego sukcesu. To tak, jakby ktoś kupił pudełko lodów, a dostał bigos. Bigos nie jest zły, ba!, bywa nawet wyborny, ale nie na to mieliśmy ochotę. Chyba sobie ciąg dalszy odpuszczę.

Człowiek znikąd”.  Tom czwarty cyklu.  Jestem już w stu procentach pewna, że to moja ostatnia przygoda z „Rycerzami Sycylii”. Co prawda nie ma piratów, ale za to mamy romans z domieszką średniowiecznego thrillera politycznego.  Niby książka ma wszystko to, co mieć powinna: są intrygi polityczne, spiski, tajemnice z przeszłości,  pojedynek na śmierć i życie, nieszczęśliwa miłość, porwana ukochana, zagadki, ale nie ma tego, co w powieści przygodowej najważniejsze. Nie ma emocji. Mam wrażenie, że autorka ma dużo wcale nie najgorszych pomysłów, ale nie potrafi ich wykorzystać, najzwyczajniej w świecie nie radzi sobie z fabułą. Zamiast stopniowo budować napięcie dorzuca kolejne wątki i łączy to wszystko w całość nieco na siłę. 
W przeciwieństwie do poprzednich tomów nie potrafię wskazać konkretnych braków powieści, ale jedno wiem na pewno – przez „Człowieka znikąd” przebrnęłam z wielkim trudem co i rusz ziewając i robią długie przerwy. Być może poprzednie trzy tomy zmęczyły mnie tak, że podczas lektury czwartego nie byłam już w stanie wykrzesać z siebie ani odrobiny entuzjazmu. Tak czy siak, moja decyzja jest ostateczna – po tom piąty nie sięgnę choćby nie wiem co. Szkoda życia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz