poniedziałek, 29 lutego 2016

MARUDZENIE STARSZEJ PANI

KOLEJNE ROZCZAROWANIE


Tytuł: Mózg Kennedy'ego 
Tytuł oryginału: Kennedy's brain
Autor: Henning Mankell
Tłumaczenie:  Ewa Wojciechowska
Wydawca:  W.A.B
Data wydania: 2013-03-20
Stron: 416
ISBN: 9788377478158

Albo jest to najgorsza rzecz Mankella jaką do tej pory czytałam, albo jestem na nią za głupia ewentualnie za mało wrażliwa. Tak czy siak, o ile Mankella lubię – może nie jestem oddanym fanem, ale jednakowoż lubię, o tyle ta konkretnie powieść mnie nie porwała. Powiem więcej, setnie mnie znudziła.
Zacznijmy od tego, o czym już kilkakrotnie pisałam – obiecując w notce coś, czego nie ma, wydawca robi książce ogromną krzywdę.  I tym razem też tak było. Obiecano mi kryminał, a dostałam powieść zaangażowaną społecznie. Nie mam nic przeciwko literaturze zaangażowanej (poza jednym wyjątkiem, ale to moja słodka tajemnica), ale kiedy sięgam po kryminał, chcę dostać kryminał. Nie sensację, nie romans, nie powieść historyczną tylko kryminał.  Gdy otrzymuję coś innego niż to, za co zapłaciłam swoimi ciężko zarobionymi pieniędzmi, od razu czuję się oszukana i wzrasta mi poziom sceptycyzmu, a książkę oceniam znacznie ostrzej. Myślę, że to bardzo ludzkie.
„Mózg Kennedy'ego” to powieść, której właściwie nie wypada krytykować. Autor podjął w niej kilka trudnych tematów: AIDS, pazerność wielkich korporacji, rasizm, relacje rodzice-dzieci. Zadanie ambitne, więc narzekając wychodzi się na osobę płytką i nieczułą. A mimo to odważę się jeszcze raz napisać otwartym tekstem – setnie się wynudziłam.
Fabuła zawsze była mocną stroną Mankella. Nieśpieszna, typowo skandynawska, jednak zawsze logiczna i konsekwentna. Tym razem jednak z konsekwencją krucho. Główna bohaterka, archeolog, Louise Cantor, prowadzi prywatne śledztwo w sprawie śmierci syna Henryka. Nie wierzy w przyjętą przez policję wersję samobójstwa. W poszukiwaniu prawdy miota się między Europą i Afryką, a trup wokół niej ściele się gęsto. Właściwie każdy, kto próbuje jej pomóc prędzej czy później pada trupem. Do tego okoliczności śmierci przypominają jako żywo amerykańskie filmy klasy „B”. Biedny świadek ma coś ważnego do powiedzenia, ale nie, nie powie dzisiaj tylko jutro. Dlaczego? Chyba tylko po to, by przestępcy mieli czas go uśmiercić. Najlepiej tak na trzy sekundy przed wyjawieniem prawdy. Nie jestem geniuszem  zła (ani żadnym innym geniuszem) i być może dlatego nie znajduję odpowiedzi na podstawowe pytanie: czy nie prościej byłoby po prostu ukatrupić wścibską panią archeolog? Mój prosty umysł inżyniera podpowiada, że byłoby to rozwiązanie najbardziej efektywne.
Gdyby to był jedyny mankament fabuły, ale gdzie tam!  W przypadku  literatury sensacyjnej grzechem śmiertelnym jest brak tajemnicy i zaskoczenia. Autorowi tak śpieszno do zdemaskowania diabolicznych knowań koncernów, że gdzieś w jednej trzeciej powieści właściwie wszystko zdradza, potem już tylko powtarza coś, o czym wiemy – koncerny są złe i pazerne.
A propos złych o pazernych.  Rozumiem, że „Mózg Kennedy'ego” to powieść zaangażowana, ale poziom dydaktyzmu i sztampowość postaci jest w niej nie do zniesienia. Jeśli ktoś jest biały, a do tego nie daj Boże nie przymiera głodem, z pewnością jest zły, chciwy i diaboliczny. Co innego czarni. Oni są dobrzy, a nawet jeśli kradną i rabują to i tak nie ich wina – gdyby nie byli biedni, byliby aniołami. Moje życiowe doświadczenie uczy (a mam już niejeden siwy włos na głowie), że nie ma prostej zależności między kolorem skóry i/lub stanem majątkowym, a zaletami ducha. W każdej grupie jest iluś tam ludzi dobry i ileś kanalii. Aczkolwiek w dobie poprawności politycznej takie stwierdzenie ociera się o rasizm.
Także rozwiązanie zagadki, a właściwie jego brak, jest mocno rozczarowujące. Znam pojęcie zakończenia otwartego i je rozumiem. Czym innym jest jednak zakończenie otwarte, a czym innym porzucenie wątku. Niestety w  „Mózgu Kennedy'ego” znajdziemy całe mnóstwo mniej lub bardziej rozwiniętych wątków, które nagle ni z tego ni z owego obumarły. Ot, pierwszy z brzegu przykład: Henryk z jakiegoś powodu opowiadał znajomym, że ma siostrę. Ba!, nawet pokazywał jej zdjęcie. Mankell poświęca temu całkiem sporo uwagi., sprawa co i rusz powraca, jakby autor chciał byśmy szczególnie zwrócili uwagę na ten detal. Dlaczego bohater to robił? Nie wiemy i już się raczej nie dowiemy. Takich uwiędłych pędów jest w powieści więcej.  O nieszczęsnym mózgu Kennedy'ego nie wspominając. Jak się ma on do reszty opowieści nie pojmuję, aczkolwiek muszę przyznać, że pod koniec bardziej przerzucałam karki niż czytałam, więc coś mogło mi umknąć. To znaczy, rozumiem, że tytułowy mózg symbolizuje skrzętnie skrywaną przez wielkich tego świata tajemnicę, ale i tak nie pojmuję koncepcji.
Na koniec mała, zupełnie niepoważna dygresja. Wiem, że jest nie na miejscu, ale nie mogę się oprzeć. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że jestem zapalonym trekkerem. Jeden z odcinków Star Treka nosi tytuł „Mózg Spocka”. Jest nawet nieoficjalna gra „Mózg Spocka”.  Zasady są proste: na stole stawiamy flaszkę i po kieliszku dla każdego gracza, włączamy rzeczony odcinek i za każdym razem, gdy z ekranu padną słowa „mózg Spocka” pijemy. Wygrywa ten, kto dotrwa do końca filmu. Mi osobiście nigdy się ta sztuka nie udała. Ofiarą pośrednią tej gry padła powieść Mankella. Za każdym razem gdy na kartach książki widziałam słowa „Mózg Kennedy'ego” (a powtarzają się one dość często) słyszałam „mózg Spocka”. Wiem, że to nie wina autora. Przepraszam!

3 komentarze:

  1. Ubawiłam się przy tym komentarzu, od tytułu zaczynając (marudzenie starszej pani)! Nureczko, jesteś czytelnikiem pochłaniającym, który tylko udaje czytelnika podejrzliwego... Jako prawdziwy podejrzliwiec, który mimo to okazał się beznadziejnym naiwniakiem już po wielekroć, nie kupiłam tej książki. I bardzo dziękuję za rzetelną recenzję, bo już nie kupię. Właśnie przez szacunek do dobrych książek Mankella na półce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie można lepiej zainwestować czas i pieniądze. Chociażby w inne "mankele" :)

      Usuń
  2. No cóż, przez dwie trzecie powieści nawet się nieźle bawiłem. Potem niestety autor pokazał mi w wiadomym geście palec i powiedział: a teraz drogi czytelniku pocałuj misia w... no wiadomo w co.
    Gdyby rzecz nie była podpisana nazwiskiem rzekłbym, że to jakiś janusz kryminału, a tak? Cóż, ciszej nad tą trumną.

    OdpowiedzUsuń