czwartek, 13 października 2016

TAJEMNICA ZAGINIONEJ ŚLICZNOTKI

BARCELONA W OPARACH ABSURDU


Tytuł: „Tajemnica zaginionej ślicznotki”
Tytuł oryginału:El secreto de la modelo extraviada 
Autor: Eduardo Mendoza
Tłumacz:  Marzena Chrobak
Wydawca: Znak Literanova
Stron: 344

ISBN: 978-83-240-3686-8

Eduardo Mendozy i jego bohatera nie trzeba polskiemu czytelnikowi przedstawiać. Przygody damskiego fryzjera, detektywa amatora i barcelońskiego autochtona (jak sam siebie określa) nie od dziś mają rzesze wiernych miłośników na całym świecie, a kraj nad Wisłą nie jest tutaj wyjątkiem. Jestem przekonana, że teraz, gdy do rąk polskich czytelników trafiła „Tajemnica zaginionej ślicznotki”, szeregi wielbicieli Mendozy zasili grupa nowych fanów. Aczkolwiek…
Już taka ze mnie marudna osoba, że zawsze wymyślę jakieś „ale”, „aczkolwiek”, „jednakże”.  Zacznijmy jednak od tego co dobre.
„Tajemnica zaginionej ślicznotki” została przez autora podzielona na dwie części. I nie jest to zabieg  czysto formalny.  Podział byłyby wyczuwalny nawet wtedy, gdyby stosowne numerki nie pojawiły się w druku. Posunęłabym się wręcz  do stwierdzenia, że to dwa dzieła w jednym. Są jak rodzeństwo –podobne do siebie, o wspólnych korzeniach,  a jednak różne. Każda z nich ma własny, nieco odmienny charakter i inny cel .
Część pierwsza  skrzy się humorem. Absurdalnym i totalnie odjechanym, balansującym niebezpiecznie na granicy  groteski, ale nigdy nie przekraczającym granicy dobrego smaku. Autor nie boi się jazdy po bandzie: bohaterowie, ich przygody, ba!, nawet język, są przerysowane do granic wytrzymałości. Trochę tak, jakby skrzyżować wczesne powieści Joanny Chmielewskiej z filmami Pedro Almodovara i doprawić szczyptą Monty Pytona. Całość czyta się z uśmiechem przyklejonym do twarzy. Wyśmienita odtrutka na melancholię szarych, jesiennych dni.
W warstwie fabularnej „Tajemnica zaginionej ślicznotki” to kryminał.  Nie chcę zdradzać szczegółów, powiem jedynie, że nasz bohater zostaje perfidnie wrobiony w morderstwo, którego nie popełnił. Ma tylko jedno wyjście  -  musi na własną rękę przeprowadzić śledztwo by dowieść swej niewinności i uratować skórę. Akcja jest wartka, pełna zaskakujących zwrotów i nieprawdopodobnych przygód. Z każdą kolejną stroną intryga się komplikuje, robi się coraz bardziej zwariowana i zaskakująca.
Równie przerysowane i odjechane są postacie i to nie tylko te główne, lecz także drugo i trzecioplanowe. Wśród nich prym wiedzie pomagający bohaterowi w śledztwie  transwestyta występujący jako panna Westinghouse. Na uwagę zasługują również pozostali: chociażby Cecilia, zrezygnowana właścielka restauracji „Casa Cecilia kuchnia riojańska”, czy pracujący dla niej jako kuchcik pan Laramendi. Perełek nie brak też wśród postaci epizodycznych. Mnie najbardziej urzekł  Ramiro – kierowca autobusu pracujący w „sektorze turystyki religijnej”.
Powiedzmy to otwarcie: tak naprawdę „Tajemnica zaginionej ślicznotki” to nie powieść kryminalna, ale satyra lub wręcz parodia gatunku.  Nie przeszkadza to jednak śledzić z zapartym tchem  poczynań mistrza grzebienia i z narastająca niecierpliwością  czekać na przebłysk geniuszu, chwilę natchnienia, która pozwoli naszemu bohaterowi rozwikłać tajemnicę. I tu, niestety, spotyka czytelnika (a przynajmniej mnie) spore rozczarowanie. Czyli  owo wspomniane na początku „aczkolwiek”. Mam kłopot z zaakceptowaniem rozwiązania zaproponowanego przez Mendozę.  Tym, co mnie w kryminałach najbardziej fascynuje, jest  nie tyle  rozwiązanie zagadki, co obserwowanie drogi do celu. Lubię śledzić jak detektyw oddziela ziarno od plew, widzieć, jak z chaosu wyłania się prawda. Tymczasem u Mendozy tego nie uświadczysz. Mamy mnóstwo bezładnej – choć trzeba przyznać że  zabawnej i przeuroczej  - bieganiny, a potem, Deux ex machina, pojawia się odpowiedź, podana detektywowi niemalże na tacy.
W tym miejscu kończy się część pierwsza, a zaczyna druga.  Znacznie spokojniejsza. Tempo siada, humor gdzieś się ulatnia ustępując miejsca refleksji nad kondycją współczesnego społeczeństwa. Sporo jest też mniej lub bardziej jawnych aluzji politycznych (przy czym odnoszę wrażenie, że część z nich jest zrozumiała wyłącznie dla czytelnika hiszpańskiego, a przynajmniej bardzo dobrze obeznanego z najnowszą historią Hiszpanii). I tu natknęłam się na spory problem. (Jest to drugie „aczkolwiek”). Mój umysł, nastrojony  na brodzenie w oparach absurdu, nie od razu odnalazł się w melancholijno-refleksyjnej  poetyce części drugiej. 
Ale to nie jedyna różnica. W części drugiej  zmienia się także rozłożenie akcentów, nasza uwaga nie ogniskuje się już na głównej postaci. Bo choć damski fryzjer nie znika z kart powieści, to jednak prawdziwym bohaterem staje się Barcelona. Miasto magiczne, pełne urokliwych uliczek, przytulnych kawiarenek, sklepów i sklepików. Barcelona, taka jaka była i taka, jaką się stała. Barcelona ulegająca ciągłym zmianom – nie koniecznie na lepsze.
Choć „Tajemnica zaginionej ślicznotki” nieco mnie zawiodła, to mimo wszystko, mimo lekkiego marudzenia i wymiennych przed chwilą „aczkolwiek”, uważam ją za pozycję godną polecenia. Poprzednie książki Mendozy ustawiły poprzeczkę tak wysoko, że nawet pozycja nieco słabsza i tak reprezentuje niezwykle wysoki poziom.

3 komentarze:

  1. Barcelona mnie fascynuje, ale nie jestem pewna czy fabuła przypadnie mi do gustu... Może za jakiś czas skuszę się na tę książkę. Pozdrawiam :)


    ________________________________
    http://bit.ly/2dUTSWD

    OdpowiedzUsuń
  2. oj, warto. Po łyknięciu dzieł prawie wszystkich ze Skandynawii - jak chlupnięcie w basen z szampanem, na odtrutkę. Częściową, bo problemów z nieodległą historią autorytarnej władzy (i służb) ma Hiszpania niemało.
    akysz

    OdpowiedzUsuń