niedziela, 13 kwietnia 2014

NIESZCZĘŚLIWY „SZCZĘŚLIWY POWRÓT”

DO POWIEŚCI MARYNISTYCZNEJ PODEJŚCIE DRUGIE


C.S. Forester "Sczęśliwy powrót"
Tytuł: „Szczęśliwy powrót”
Tytuł oryginału:   The Happy Return
Autor: C.S. Forester
Tłumacz: Paweł Stachura
Wydawca: REMI
Data wydania: 2011
Liczba stron: 310
ISBN: 978-83-931226-8-4 

Pisząc o tej książce należałoby podzielić tekst na dwie części: pierwszą poświęconą powieści Forestera, drugą – opowiadającą o wyrobie książkopodobnym wydawnictwa „Remi” (książką nazwać tego czegoś niepodobna, bez obrażania przyzwoitych wydawców).
Zacznijmy od rzeczy przyjemnych, czyli od powieści „Szczęśliwy powrót”. Choć rzecz jest, mówiąc delikatnie, niemłoda – Forester napisał "Szczęśliwy powrót" w roku 1937, opowieść o przygodach Hornblowera nadal czyta się świetnie. Książka ani trochę nie trąci myszką. No, może troszeczkę, ale w przypadku powieści historycznej jest to w pełni wybaczalne, wręcz nadaje książce stylu i uroku.
Czas jakiś temu pisałam o innej powieści marynistycznej („Dowódca Sophie” Patricka O'Briana). „Szczęśliwy powrót” bije tę pozycję na głowę. Ma wszystko to, czego „Dowódcy Sophie” zabrakło.
Po pierwsze, ma znacznie lepszą kompozycję. Widać, że autor starannie przemyślał całość, fabuła rozwija się w sposób logiczny wynikający z wcześniejszych wydarzeń. Oczywiście, co jakiś czas mamy nieoczekiwane zwroty akcji – bez nich opowieść byłaby nudna, ale są one zawsze dobrze uzasadnione. Wszak bohaterowie nie mogą przewidzieć wszystkich okoliczności zewnętrznych i zawirowań politycznych.
Po drugie, sama opowieść jest znacznie ciekawsza. Mamy intrygę, przygodę, wątek romansowy (na szczęście nie przesadny). Czytając „Szczęśliwy powrót” zwyczajnie chcesz widzieć co będzie dalej.
Po trzecie, wiedza marynistyczna jest podana w znacznie bardziej przystępny sposób. U Forestera, terminologia morska pojawia się w sposób naturalny, podczas gdy u O'Briana miałam wrażenie, że autor na siłę usiłuje wepchnąć do książki wszystko co wie, bez względu na to, czy ma to jakiekolwiek uzasadnienie fabularne, czy nie.
Lekturę uważałabym za wielce satysfakcjonująca, gdyby wydawnictwo Remi, nie zmieniło fajnej książki w potworka. Do ogólnej katastrofy przyłożyli się wszyscy: tłumacz, redaktor, korektor.
Moja technika czytania sprawia, że na ogół nie zauważam drobnych potknięć takich jak literówki, czy inne mniej istotne błędy, a nawet jeśli je zauważę, nie drę szat, wychodząc z założenia, że każdemu może się zdarzyć wpadka. Ale to, co zobaczyłam, wystawiło na próbę nawet moją, bardzo tolerancyjną postawę.
Rozumiem literówki, rozumiem błędy składu. Ale ortografy?!!! I nie chodzi mi tu o pisownię jakiś niezwykle wyszukanych lub mało znanych słów. Pozwolę sobie przytoczyć tylko jeden przykład, by zilustrować, o jakim kalibrze błędów mówimy - „rozruba” (jeśli ktoś nie wierzy, że coś takiego mogło się zdarzyć podaję stronę – 46, wiersz ósmy od dołu). 
Wiem, że słownictwo morskie, podobnie jak każde inne słownictwo specjalistyczne, może stanowić dla tłumacza wyzwanie. (Chociaż czasem lepiej posłuchać mądrości ludowej, która mówi „jak nie potrafisz, nie pchaj się na afisz”). Wiem. Mogłabym więc wybaczyć tłumaczowi pomylenie grota z fokiem, ba!, jako osoba wielce tolerancyjna, wybaczyłabym nawet nazwanie okrętu statkiem (choć to bluźnierstwo), nie mogę jednak wybaczyć totalnego braku konsekwencji. Jeśli tłumacz decyduje się używać terminu „midszypmen”, to niech, na Boga!, stosuje go konsekwentnie. Jednakże, z nieznanych powodów, w okolicach pięćdziesiątej strony, tłumacz zmienia zdanie i zamiast midszypmena mamy miczmana. Osobiście, jest mi wszystko jedno, którego terminu by użyto (aczkolwiek na brytyjskim okręcie, pochodząca z rosyjskiego forma miczman nieco razi), byleby tylko zrobiono to konsekwentnie. I jeszcze jedno pytanie. Jeśli nawet tłumacz się pomylił, to gdzie był redaktor? Gdzie?
A jeśli już o redakcji mowa. Nie mam ani czasu, ani ochoty wytykać wszystkich błędów, bo musiałabym chyba przepisać trzy czwarte książki. O ich zagęszczeniu niech świadczy fakt, że na jednej tylko kartce znalazłam takie dwa oto kwiatki:

- Ponieważ, mój panie, statek pocztowy, na którym byłam pasażerką płci pięknej, został zdobyty przez hiszpańskiego korsarza […]
WTF? A kim miała być? Pasażerką płci brzydkiej?
Pół strony wcześniej mamy:

- Otrzymałem, ale nie sądzę, by było rozsądne, by pani dołączyła do kompanii płynącej moim okrętem.
Wielokrotne powtórzenie słowa „pani” w tym nieporadnym zdaniu sprawiło, że kapitan poczuł się jeszcze bardziej niezręcznie.

WTF numer dwa. Liczyłam i liczyłam, ale jak bym nie rachowała (mogę pokazać indeks z zaliczonymi na najwyższą oceną czterema semestrami wyższej matematyki), za każdym razem wychodziło mi, że to wielokrotne powtórzenie równa się 1 (słownie jeden). Doprawdy, nie trzeba być wybitnym polonistą, żeby zauważyć, że w tym zdaniu coś nie gra. Wystarczy odrobina logicznego myślenia. I uczciwe podejście do wykonywanej pracy. O szacunku dla czytelnika nie wspomnę.
Teraz, mądra po szkodzie, odkryłam dwa inne wydania (oba w tłumaczeniu Henryki Stępień), jedno z roku 1970, drugie z 1991. Osobom zainteresowanym książką, z całego serca radzę, rozejrzeć się za którymś z nich.

Opinia zgłoszona do wyzwania: Klucznik.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz