niedziela, 27 kwietnia 2014

KOLEJNA ODSŁONA HISTORII JULIUSZA CEZARA


 RZECZ NIEZŁA, CHOĆ RACZEJ DLA MŁODZIEŻY
 


Imperator. Bramy Rzymu. Conn Iggulden. - okładka
Tytuł: Imperator. Bramy Rzymu
Tytuł oryginału: Emperor. The Gates of Rome
Autor: Conn Iggulden
Tłumacz: Bogumiła Malarecka
Wydawca: Rebis
Data wydania: 2003
Liczba stron: 366
ISBN: 83-7301-442-X


Onegdaj, dziecięciem będąc, uwielbiałam historię jako taką i powieści historyczne w szczególności. Myślałam nawet o studiowaniu historii. Z czasem jednak wygrało podejście pragmatyczne i zostałam specem od obrabiarek sterowanych numerycznie. Jednakże sentyment do książek historycznych pozostał.
Szukając wśród bibliotecznych półek lektury na Wielkanoc (nie, nie chodzi mi o żadne przeżycia mistyczne, a jedynie o dodatkowy dzień wolny, który można poświęcić na czytanie), zwróciłam uwagę na pięknie wydaną przez  Rebis trylogię „Imperator”. Niewiele myśląc, zdjęłam z półki dwa pierwsze tomy i dziarsko potupałam do domu. (Dla dociekliwych dodaję, że nie ukradłam książek. Zostały zapisane na moim koncie czytelniczym).
Teraz, gdy lekturę pierwszego tomu mam już za sobą, nie wiem, czy był to dobry wybór. Z pewnością nie najgorszy, ale i nie najlepszy. Powieść Igguldena nie jest zła, ale nie do końca trafia w mój gust. Jest po temu kilka powodów.
Po pierwsze, rozpoczynający cykl tom „Bramy Rzymu” opowiada o dzieciństwie i wczesnej młodości naszego bohatera. Nigdy nie byłam sześcioletnim chłopcem, więc przeżycia tego rodzaju istoty są mi z gruntu obce i, co tu ukrywać, nieszczególnie mnie interesują. Co więcej, wizja kilkuletnie brzdąca, który już od małego zdradza zadatki wielkości nie przemawia do mnie. Z perspektywy życiowego doświadczenia wiem, że największe sukcesy odnoszą te dzieci, które w dzieciństwie nie zapowiadały się wcale na geniuszy. Wyjątek od tej reguły stanowią niekiedy osoby uzdolnione artystycznie.
Po drugie, książka (a przynajmniej tom pierwszy) skierowany jest do czytelnik młodego. Nie chodzi mi o dzieci, lecz o osoby, które biorąc do ręki powieść historyczno-przygodową, bardziej interesują się częścią przygodową niż historyczną. Nie jest to zarzut ani względem autora, ani względem czytelników o takich, a nie innych preferencjach. To raczej moja wina, że sięgnęłam po pozycję przeznaczoną dla innego rodzaju odbiorcy.
Po trzecie, odczuwam niedobór „knujstw” wszelakich. Zawsze bardziej interesowały mnie zakulisowe rozgrywki, knucie i intrygi, niż bitwy i potyczki. Zainteresowania autora – a tym samym rozkład akcentów w powieści – jest dokładnie odwrotny. I znowu – nie jest to zarzut pod adresem pisarza lecz zwykłe stwierdzenie faktu.
Po czwarte, postaci. Tutaj doznałam rozczarowania na całej linii. Bohaterowie są płascy niczym naleśnik i przewidywalni do bólu. Paradoksalnie, jedyną naprawdę ciekawą, wielowymiarową, postacią jest Reniusz, były gladiator, osoba w stu procentach fikcyjna.
Podczas lektury nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autor nie ma zbyt wysokiego mniemania o erudycji czytelnika i na wszelki wypadek, tłumaczy jak chłop krowie na rowie, rzeczy oczywiste – kim był konsul, jakie przywileje i obowiązki mieli trybuni ludowi, kim był pater familias, i tak dalej, i tak dalej. Wtręty te, znacznie spowalniały akcję i zaburzały płynność czytania. Zastosowanie takiego chwytu potwierdza moje podejrzenia (miejscami graniczące z pewnością), że powieść skierowana jest do osób młodych, dopiero rozpoczynających swoją przygodę z historią. Podsumowując, skoro już przytargałam do domu drugi tom, to go pewnie przeczytam, ale, jak mawia młodzież, na razie szału nie ma.

 Moja ocena: ocenię dopiero po przeczytaniu całego cyklu.

Opinia zgłoszona do wyzwania czytelniczego: Klucznik
Opinia zgłoszona do wyzwania czytelniczego: Z literą w tle




 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz