środa, 26 lutego 2014

L'ARPEGIATA W FILHARMONII NARODOWEJ


MÓJ KANDYDAT NA MIANO KONCERTU ROKU


Filharmonia Narodowa
25-02-2014

L’Arpeggiata
Christina Pluhar  Teorba
Nuria Rial Sopran
Vincenzo Capezzuto Alt
Doron Sherwin Cynk
Veronika Skuplik Skrzypce barokowe
Eero Palviainen  Arcylutnia i gitara barokowa
David Mayoral Perkusja
Francesco Turrisi Klawesyn
Boris Schmidt Kontrabas
Haru Kitamika Pozytyw

Nie od dziś wiadomo, że rzeczy niedopowiedziane poruszają bardziej niż wszelka dosłowność. Uruchamiają wyobraźnię, sięgają do najgłębszych pokładów świadomości, wydobywając z nich mniej lub bardziej oczywiste skojarzenia i wspomnienia. A co może być bardziej niedopowiedzianego niż muzyka – sztuka pozbawiona słów i obrazów, odwołująca się wyłącznie do wrażliwości i fantazji odbiorcy? Czy też tak macie, że słysząc kastaniety czujecie zapach wina i pomarańczy, a dźwięk siedmiostrunowej gitary sprawia, że zaczynacie szukacie ciepłego swetra? Dobry koncert potrafi przenieść nas wszędzie: do słonecznej Italii, albo do mroźnej Rosjii, na sawanny Afryki, albo zatłoczone ulice Nowego Jorku. Tym razem zespół L’Arpeggiata zaproponował nam wycieczkę w przeszłość. Za sprawą takich kompozytorów jak Claudio Monteverdi, Barbara Strozzi, Maurizio Cazzati, Benedetto Ferrari, Pandolfo Mealli i Giovanni Felice Sances, przenieśliśmy się do świata baroku.
Wiele osób nie przepada za muzyką dawną. Stosunkowo ograniczony materiał muzyczny i spore sformalizowanie kompozycji sprawia, że koncerty bywają monotonne – trzeba prawdziwego znawcy, by dostrzec i docenić subtelne różnice interpretacji kolejnych utworów. Takiego zarzutu nie można postawić koncertowi zespołu L’Arpeggiata. Wczorajszy wieczór to półtorej godziny przedniej rozrywki z najwyższej półki. Repertuar dobrano tak, by pokazać różne oblicza muzyki dawnej: utwory sakralne, dworskie, taneczne, ludowe. Od rzewnych hiszpańskich pieśni po tryskające życiem piosenki neapolitańskie. Artyści w niesamowity sposób manipulują nastrojem publiczności: w jednej chwili cała widownia pogrążona jest w zadumie, by za chwilę przejść w stan radosnego uniesienia. A całość przeplatana wspaniałymi żartami muzycznymi. Chyba po raz pierwszy słuchając utworu instrumentalnego popłakałam się ze śmiechu.
Do tego trzeba dodać ogromną wirtuozerię zarówno śpiewaków jak i instrumentalistów. Aż trudno uwierzyć, że można porwać publiczność wykonując pięciominutowy utwór na tamburynie – instrumencie, wydawałby się, o mocno ograniczonych możliwościach. A jednak się udało!
Nic więc dziwnego, że koncert zakończyły burzliwe owacje na stojąco, a artyści dwukrotnie bisowali. Dopiero koniec lutego, a ja już mam poważnego kandydata na koncert roku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz