poniedziałek, 24 lutego 2014

ARNALDUR INDRIDASON "GŁOS"

DRUGIE SPOTKANIE Z ISLANDZKIM KRYMINAŁEM




Tytuł: Głos
Tytuł oryginału: Roddin
Autor: Arnaldur Indridason
Tłumacz: Jacek Godek
Wydawca: WAB
Data wydania: 2011
Liczba stron: 340
ISBN: 978-83-7747-527-0

„Głos” to druga książka Arnaldura Indridasona jaką przyszło mi przeczytać. Tym razem autorowi udało się uniknąć większości grzechów popełnionych w „Grobowej ciszy” (http://polekturze.blogspot.com/2014/02/arnaldur-indridason-grobowa-cisza.html). Książka jest spójna, kompozycja dojrzała, zagadka nie jest oczywista, a wszelkie błędne tropy, wiodące głównego bohatera (i czytelnika) na manowce dobrze przemyślano.
W Reykjaviku, w samym środku zimy – tuż przed świętami Bożego Narodzenia, w dużym hotelu zamordowany zostaje Święty Mikołaj. Oczywiście, nie prawdziwy Mikołaj, lecz mający odegrać jego rolę portier (a właściwie "złota rączka"). Sceneria zbrodni wskazuje, że w tle leży historia „tylko dla dorosłych”. Prowadzącemu śledztwo komisarzowi Erlendurowi początkowo trudno jest popchnąć sprawę do przodu. Śledztwo zdaje się stać w miejscu. Nie oznacza to jednak, że w książce nic się nie dzieje. Wręcz przeciwnie, akcja jest nadspodziewanie wartka i wciągająca.
Arnaldur Indridason nie popadł też, na szczęście, w irytującą manierę pisarzy skandynawskich, nakazującą szczegółowo opisać każdy mebel z Ikei stojący w domu bohatera i dołączyć do powieści pełną specyfikację techniczną lodówki, z której to detektyw wyjął mleko (2,3% tłuszczu) i dwa jaja (z chowu ściółkowego). Wręcz przeciwnie, styl Indridasona jest zwięzły, a liczba szczegółów sprowadzona do niezbędnego minimum, co w rezultacie daje książkę niezbyt obszerną jak na współczesne standardy.
Autor nie byłby Skandynawem, gdyby w jego prozie nie dominowały problemy socjologiczne. Wykreowany w „Głosie” obraz współczesnego społeczeństwa islandzkiego jest mocno przygnębiający. Nie byłam nigdy ani w Reykjaviku, ani nawet w jego okolicach, ale jakoś trudno mi uwierzyć w istnienie społeczeństwa składającego się wyłącznie z prostytutek, narkomanów, alkoholików, homoseksualistów i dilerów. Aha, są jeszcze rozwiedzeni, zdołowani policjanci (z córkami narkomankami) i pracownicy opieki społecznej (z lekka nieudolni). Z pewnością nie jest to miejsce, gdzie chciałabym zamieszkać chociażby na krótko.
Podsumowując. „Głos” Arnaldura Indridasona to kawał dobrego, klasycznego kryminału.

Moja ocena: 7/10


2 komentarze:

  1. Mnie jednak nieco znudziły problemy egzystencjalne szacownego komisarza. W jakiś odległy sposób przypominał mi tego nudziarza Maigreta. I jeszcze jedno - policja jest jakaś dziwnie ugrzeczniona daje sobą pomiatać i nie wiadomo dlaczego wszyscy do wszystkich mówią na "ty". Taki obyczaj miejscowy? Czy autor nieudolny?

    OdpowiedzUsuń
  2. Albo tłumacz. Nie wiem jakie są w tej materii islandzkie obyczaje. Może czas się dowiedzieć?

    OdpowiedzUsuń