środa, 22 października 2014

OMIJAĆ SZEROKIM ŁUKIEM

MOCNY KANDYDAT DO TYTUŁU NAJNUDNIEJSZA LEKTURA ROKU


Tytuł: W otchłani Imatry
Tytuł oryginału: Под волнами Иматры
Autor: Aleksander Ławrow
Tłumaczenie: Agnieszka Papaj
Data wydania: 2012-12-02
Wydawca: Dobre Historie
ISBN: 978-83-63667-99-5
Stron: 254


Książka „W otchłani Imatry” od samego początku dostała u mnie taryfę ulgową. Zdawałam sobie sprawę, że sięgam po pozycję niemalże stuletnią, że powieść pochodzi z kraju wielkiej literatury (naprawdę wielkiej), ale niekoniecznie z tradycjami w dziedzinie popularnych powieści detektywistycznych.
Mam też świadomość, że u zarania gatunku nawet ci, którzy dziś uważani są za klasyków kryminału, pisali w sposób dość prosty – próżno by w ich dziełach szukać jakiejś specjalnie głębokiej analizy psychologicznej (jakaś tam czasem była, ale raczej płytka), porywających opisów, czy mnogości wątków. Ważna była zagadka i sposób jej rozwiązania.
Nie liczyłam więc ani na literacką ucztę, ani na spotkanie z arcydziełem. Czego w takim oczekiwałam?  No cóż, niewiele – linearnej opowieści z zaskakującym zakończeniem i odrobiny nastroju, wynikającego z wieku tekstu. Wiecie o co mi chodzi: te lekko trącące myszką słowa – niby w pełni zrozumiałe, ale zupełnie już nie używane, te nie do końca współczesne konstrukcje zdań, ta czasami lekko odmienna pisownia. Niestety, nic z tych rzeczy nie dostałam. Ani fabuła, ani język, ani rozwiązanie zagadki nie uzasadniają straty czasu na lekturę. Szczęście w nieszczęściu, że mamy do czynienia z pozycją niewielką, w sam raz na jeden wieczór.
Fabuła i rozwiązanie są przewidywalne do bólu. A to dla kryminału grzech śmiertelny. Wiele można wybaczyć, ale tego nie. Mniej więcej w okolicy dwudziestej strony widziałam już kto, jak i dlaczego zabił. Bynajmniej nie dlatego, że jestem taka bystra. Wręcz przeciwnie, w większości przypadków mam kłopot z odgadnięciem zakończenia nawet wtedy, gdy większość recenzji twierdzi, że rozwiązanie było oczywiste.  Jeśli więc nawet ja domyśliłam się wszystkiego w jednej czwartej powieści, to rozwiązanie musiało naprawdę walić czytelnika młotkiem po głowie i krzyczeć „A kuku! Tu jestem.” Na dokładkę mamy kilka wątków urwanych jakby je ktoś siekierą odciął. Ot, chociażby sprawa tajemniczego pierścienia, rozdęta do nieproporcjonalnych rozmiarów, więdnie z czasem niczym lotos na pustyni. O co chodziło? Tylko Autor wie. Co prawda „W otchłani Imatry” to pierwsza część cyklu – zamknięta, ale jednak pierwsza część. Być może, owe nieszczęsne wątki znalazły kontynuację w kolejnym tomie. Nie wiem, i pewnie się nie dowiem, bo nic nie wskazuje na to, by wydawnictwo miało zamiar rozpieścić nas kontynuacją.  Swoją drogą, biorąc pod uwagę objętość tekstu, można było obie części wydać spokojnie jako jedną książkę. Jak na współczesne standardy i tak nie byłaby gruba. Co najwyżej średnia, ze wskazaniem na cienka.
Nie ratuje „Otchłani Imatry” także język. No sorry, ale jeśli w książce napisanej na początku XIX pojawiają się słowa typu „nastolatka”, to ja wysiadam i jadę innym pociągiem. Podejrzewam tutaj niezbyt szczęśliwy zabieg tłumacza i/lub redaktora. Ktoś wpadł na pomysł uwspółcześnienia, „przybliżenia” dzieła współczesnemu czytelnikowi. Koncepcja tyleż popularna i równie mądra jak malowanie na kolorowo starych, czarno-białych filmów. Dla mnie – porażka.
Komu mogę polecić „W otchłani Imatry” Aleksandra Ławrowa?  Tylko zagorzałym badaczom historii kryminału (pewne rzeczy warto wiedzieć i znać nawet jeśli się nimi nie zachwycamy) oraz osobom zainteresowanym historią literatury rosyjskiej, szczególnie XIX-wiecznej. Choć ci ostatni pewnie przeczytają sobie w oryginale.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz