poniedziałek, 1 września 2014

Samotny krzyżowiec. Miecz Salomona (tom 1)

PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZA


Tytuł: Samotny krzyżowiec. Miecz Salomona (tom 1)
Autor: Marek Orłowski
Data wydania: 2014-04-10
Wydawca: Instytut Wydawniczy Erica
ISBN: 9788364185557
Stron: 368

Wiele, wiele lat temu postanowiłam, że nie będę czytać niezakończonych cykli. Z wielu powodów. Przede wszystkim dlatego, że coraz częściej otrzymujemy ciągutki rozwleczone w nieskończoność. Autor zwietrzywszy stałe źródło dochodu postanawia pisać opowieść do końca życia i o jeden dzień dłużej (bywa, że taką niekończącą się opowieść podejmuje następca). Wydawca dzielnie go w tej działalności podtrzymuje, a ja, biedy czytelnik, wyciągam z kieszenie kolejne banknoty (albo obciążam kartę kredytową), w nadziei, że może tym razem dowiem
się jaki był finał. Zazwyczaj się nie dowiaduję, a zamiast satysfakcji z lektury odczuwam pewien niesmak, że oto znowu dałam się naciągnąć. Tak więc postanowiłam solennie – niedokończonym cyklom moje stanowcze, robotnicze „nie”. Nie złamałam się nawet wobec słynnego cyklu Martina. I dobrze mi z tym było, aż tu nagle wpadł mi do ręki „Samotny krzyżowiec”. No jak już stoi na półce, to przeczytam – pomyślałam. Jak postanowiłam, tak i zrobiłam. Czy była to słuszna decyzja? Uczucia mam ambiwalentne.
Czas spędzony nad lekturą „Ostatniego krzyżowca” upłynął mi przyjemnie i nieco leniwie, ma bowiem ta opowieść wszystkie cechy literatury wakacyjnej: jest przygoda, jest akcja, jest tajemnica, są gonitwy, pojedynki i regularne bitwy, jest niezłe tempo, nie ma za to rozważań filozoficznych ani psychologicznych. Ot, przygoda w czystej formie.  Autor dość zręcznie połączył znane elementy, dzięki czemu powstała całkiem smaczna, choć mało odkrywcza całość. Mamy więc przeklęty miecz, mamy starca z gór, mamy asasynów, mamy mrocznego rycerza, mamy złamane serce. Jak na razie nie mamy romansu (spokojnie mogę bez tego żyć). Mamy za to do wypęku walk i pojedynków.
Z całej powieści przebija fascynacja autora historią uzbrojenia. Nie jestem fachowcem, więc mogę się mylić, ale w moim odczuciu fragmenty militarystyczne zostały dobrze dopracowane. Orłowski wie, o czym pisze, nie wciska kitu, ciekawie i solidnie opisuje to, co go interesuje. No właśnie. Pierwszy problem z omawianą książką polega na tym, że autor skoncentrował się na bardzo wąskim wycinku rzeczywistości – na tym, co związane z wojną, walką i uzbrojeniem. Nie dostrzega innych aspektów życia. Wszak nawet krzyżowiec nie samą wojną żyje (gwoli ścisłości, wbrew tytułowi, główny bohater krzyżowcem nie jest, co najwyżej „sympatykiem”, że się tak współcześnie wyrażę). Efekt jest taki, jakby ktoś zajrzał do pokoju przez dziurkę od klucza i opisał tylko maleńki fragment, który udało mu się dojrzeć. Jest to bardzo ciekawe, ale nie do końca satysfakcjonujące. Przytoczę jeden przykład: w całym, dość pokaźnym tomie spotykamy tylko dwie kobiety, z czego jedna przewija się jedynie w kilku retrospekcjach  (bo w czasie gdy toczy się akcja od wielu lat już nie żyje), druga pojawia się na kilku stronach w epizodycznej roli. Gdyby świat tak wyglądał, ludzkość dawno by wyginęła. To samo jest z innymi aspektami życia. Co z rozrywkami? Dlaczego nikt nigdy nie zajdzie do kościoła (w owych czasach chyba by wypadało)? No, po prostu świat, gdzie nie istnieje nic poza walką. Jeśli już autor postanowił zredukować warstwę obyczajową do minimum, to coś powinien dać nam w zamian. Aż prosi się o rozbudowany wątek polityczny. Niby coś tam jest, ale jakieś takie rachityczne i wyłożone mocno łopatologicznie, bez miejsca na zagadkę i zaskoczenie.
I na koniec największa wada powieści, choć wiem, że dla wielu może ona być zaletą. Książka kończy się tak, jakby ktoś rękopis autorowi siłą wyrwał. Żadna z historii nie zostaje zamknięta, żadna tajemnica nie jest rozwiązana, mamy tylko typowy, amerykański cliffhanger.
Podsumowując: „Miecz Salomona” to typowy pierwszy tom większej całości, którego zadaniem jest jedynie zaprezentowanie głównych postaci i wstępne naszkicowanie intrygi. Czyta się nieźle, bez nudy, ale na koniec zostaje spory niedosyt i lekkie rozczarowanie. Pozostaje mieć nadzieję, że drugi tom (już zapowiedziany) będzie bardziej konkretny. Bo wstęp (inaczej niż wstępem „Miecza Salomona” nazwać nie można) sugeruje spory potencjał. Jak się dalej historia potoczy – czas pokaże.
 

6 komentarzy:

  1. Witam. Jeśli masz ochotę zmienić lub odświeżyć szatę graficzną bloga nie czekaj i zajrzyj tutaj: https://www.facebook.com/wystrojbloga?ref=hl
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety nie przepadam za książkami wydawanymi w seriach i unikam takich jak tylko mogę, chociaż w tym przypadku fabuła brzmi ciekawie i myślę, że mogłabym się skusić

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja dam temu cyklowi szansę. Zobaczę jaki będzie drugi tom i zadecyduję - czytać dalej czy nie czytać.
      Szkoda, że Autor nie podał ile tomów planuje. Brak takiej informacji wskazuje na niekończącą się ciągutkę. Ale i one mają swoich zwolenników.

      Usuń
  3. Zaintrygowała mnie ta książka. Mimo że ma sporo wad, które mnie irytują, może mi się spodabać. Myślę, że ją przeczytam. Ja natomiast lubię bardzo serie. Nawet te niedokończone, bo wtedy moja wyobraźnia ma pole do popisu.
    Pozdrawiam ;)
    lustrzananadzieja.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, jedni unikają cykli, inni je bardzo lubią. I dobrze! Dzięki temu świat jest różnorodny.
      Ciekawe, jak Tobie spodoba się "Samotny krzyżowiec".

      Usuń
  4. Przepraszam za spam. Zapraszam Cię jednak do wzięcia udziału w mojej autorskiej akcji : "Poznaj Johna Grishama z Artemis"
    http://artemis-shelf.blogspot.com/2014/09/akcja-autorska-poznaj-johna-grishama-z.html
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń