niedziela, 22 stycznia 2017

GRA POZORÓW

HISTORIA STRACONEGO CZASU (I PIENIĘDZY)



Tytuł: „Gra pozorów”
Autor: Carolyn G. Hart
Tłumacz: Emilia Skowrońska.
Wydawca:  Edipresse Książki 2016
Stron: 288


„Gra pozorów” to pierwszy tom „tasiemcowego”, bo liczącego sobie aż 26 tomów, cyklu „Morderstwo na życzenie” autorstwa Carolyn G. Hart. Bądźmy szczerzy, po takiej masowej produkcji nie należy oczekiwać zbyt wiele. Do lektury przystąpiłam wiec bez większych oczekiwań. Wszystko na co liczyłam to lekkie czytadło, odpowiednie na wieczór po męczącym dniu, gdy na nic ambitniejszego nie ma się siły.Niestety, nawet te, doprawdy skromne, wymagania okazały się przesadne. Muszę powiedzieć wprost – książka nie dała rady. Jest po prostu niesamowicie nudna. Ale po kolei…Na początku rzecz  zapowiadała się nieźle. Mała księgarnia specjalizująca się w sprzedaży kryminałów, miła główna bohaterka, dyskretny wątek romansowy i to, co miłośnicy klasycznych historii detektywistycznych lubią najbardziej – zagadka zamkniętego pokoju. Brzmi zachęcająco, nieprawdaż?

Jednak, jak mówi przysłowie (a przysłowia nie na darmo nazywane są mądrością narodów), miłe złego początki. „Im dalej w las, tym gorzej” – że pozwolę sobie sparafrazować kolejne porzekadło. Akcja jest wątła niczym nowo narodzone pisklę. Mimo że „Gra pozorów” jest kryminałem, to jej najsłabszym punktem jest… śledztwo. Zupełnie nie wciąga, a do tego przedstawione jest w sposób nieporadny. Ot, po kolei dowiadujemy się jaki powód do zabójstwa mogły mieć kolejne osoby, a na koniec główna bohaterka w jakiś, dla niej tylko wiadomy, sposób odkrywa kto jest mordercą. Żadnych zwrotów akcji, żadnych  niespodzianek, żadnych zaskoczeń.

Odniosłam wrażenie, że autorka, w życiu nie przeczytała nawet jednego kryminału. Świadczy o tym zarówno kompletny brak umiejętności prowadzenia akcji,  jak i wołające o pomstę do nieba błędy merytoryczne. Ot, chociażby taki: pisze, że Amy (bohaterka) urządziła spotkanie podejrzanych na wzór tego, które zorganizował Poirot w „Godzinie Zero”.  Rzecz w ty, że słynny Belg w tej książce w ogóle nie występuje! Litości! Jak nie wiesz, to milcz.
Carolyn G. Hart miała pomysł na króciutkie opowiadanie, które na siłę rozdęła do rozmiarów książki. Leje wiec wodę niemiłosiernie, serwując co i rusz rozbudowane do absurdu opisy. Choć, w przeciwieństwie do większości czytelników, nie mam nic przeciwko opisom przyrody, to doprawdy, niekoniecznie muszę wiedzieć, jakie były tytuły wszystkich książek stojących na regale, ani jak wyglądał każdy chwast w przydrożnym rowie.

Czytając „Grę pozorów” co i rusz łapałam się na tym, że nie rozumiem co czytam. Aż zaczęłam się zastanawiać, czy nie wybrać się do lekarza (serio, serio), bo jeśli nie mogę pojąć banalnego kryminału, to może coś jest ze mną nie tak. Na szczęście rozwiązanie zagadki okazało się mniej dramatyczne. Rzecz jest tak nudna, że mój mózg niby na poziomie świadomości przetwarzał literki i składał je w słowa lecz jednocześnie pozwalał myślom błądzić w zupełnie innych rejonach, nie przyjmując w ogóle do wiadomości czytanych treści.

Na koniec powiem wprost: odradzam. Szkoda czasu.

PS. Pomyślałam, że może pierwszy tom jest niereprezentatywny, że może dalej cykl się rozkręci. Przeczyłam dwa kolejne tomy: „Morderstwo na zamówienie” i „Czarny scenariusz”. Są równie kiepskie. Po tom czwarty z pewnością nie sięgnę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz