sobota, 14 lipca 2018

SEANS W DOMU EGIPSKIM

Profesorowa Szczupaczyńska na tropie


Tytuł: Seans w Domu Egipskim
Autor: Maryla Szymiczkowa
Wydawca: Znak Literanova, 2018
Stron: 300
ISBN:978-83-240-4785-7

Powiedzmy to otwarcie: Zofia Szczupaczyńska wpadła w szpony uzależnienia. Uzależniła się emocji, od ekscytacji, od podniecenia, towarzyszącego śledztwu.  Los sprzyja pani profesorowej (choć jednocześnie obchodzi się okrutnie z ludźmi, z którymi nasza bohaterka ma do czynienia) i co i rusz stawia na jej drodze nową zagadkę kryminalną. W prowincjonalnym (gdzież mu do Wiednia!), spokojnym Krakowie, gdzie na pozór nic się nie dzieje, buzują skrywane głęboko emocje, a trup się ściele gęsto.

I tak oto, za sprawą dziwnego splotu okoliczności pani Zofia staje twarzą w twarz z kolejną tajemniczą śmiercią, Tym razem jest to łamigłówka najklasyczniejsza z klasycznych - typowa (bron Boże, nie w znaczeniu pejoratywnym!) zagadka zamkniętego pokoju.

Wiek XIX chyli się ku końcowi, minęły święta Bożego Narodzenia, życie towarzyskie ożywa, zaczyna się czas przyjęć wszelakich. Na jedno z nich - urządzony przez doktorostwo Beringerów w ich ekscentrycznym Domu Egipskim seans spirytystyczny, połączony z podziwianiem zaćmienia księżyca, udaje się nasza Szczupaczyńska. Niestety, seans zostaje przerwany nagłą śmiercią jednego z gości. NIkt nie ma wątpliwości - winnym musi być któryś z uczestników spotkania. Profesorowa z entuzjazmem przystępuję do dzieła, niezmordowanie drążąc tajemnice.

Tym razem okoliczności sprawiają, że nie musi zagłębiać się w mroczne zaułki miasta jak to miało miejsce w poprzednich tomach. W trakcie śledztwa odwiedza głównie mieszczańskie domy, spotyka się nawet z autentycznym hrabią, ale że życie nigdy nie bywa idealne, trafia też w kręgi krakowskiej bohemy, której przewodzi „Szatan”, znany nam bardziej jako Stanisław Przybyszewski. Nie jest to środowisko budzące szacunek szacownej mieszczki. Wywołuje u niej co najwyżej lekko pogardę doprawioną odrobiną strachu. 

Tu pora na pierwszy osobisty wtręt. W książkach Maryli Szymiczkowej na równi sobie cenię intrygę kryminalną i historyczno-obyczajowe tło. Niestety, tym razem autorka zrobiła mi psikusa, osadzając akcję w świecie artystycznym. Nic na to nie poradzę, ale z Młodą Polską nigdy nie było mi po drodze. Intelektualnie ogarniam, że to ważni twórcy, że przełom, że  nowe idee, itd., itp., ale na poziomie emocjonalnym jakoś tego prądu nie kupuję. Dlatego tez tym razem moje zainteresowanie tłem - a jest to tło bardzo rozbudowane - było znacznie mniejsze. Do tego tyrady Przybyszewskiego męczyły mnie niepomiernie, co niewątpliwie wpłynęło na mój mniej entuzjastyczny odbiór lektury. 

Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że nie wszyscy podzielają moje uprzedzenia. Wiele osób jest szczerze zainteresowanych tym okresem i bez wątpienia z dużą przyjemnością zanurzą się one w niepowtarzalną atmosferę Krakowa anno domini 1898. Ale, uwaga! Maryla Szymiczkowa nie jest bezmyślną wielbicielką wszystko co krakowskie. Do wszystkiego i wszystkich podchodzi z dystansem i właściwym sobie poczuciem humory. Nie boi się wbijać szpilek sławom, nawet samemu Szatanowi! Nie waha się nawet posunąć momentami do jawnej kpiny.

W warstwie kryminalno-fabularnej „Seans w Domu Egipskim” skonstruowany jest precyzyjnie, zgodnie ze wszystkimi zasadami sztuki. Oprócz głównego wątku - śledztwa prowadzącego do rozwikłania tajemnicy, mamy liczne wątki poboczne, mamy wskazówki rozsiane po całym tekście sprytnie przemieszane z mylnymi tropami. Czytelnik może więc nie tylko śledzić akcję, ale także próbować samodzielnie rozwiązać zagadkę - ma do dyspozycji wszystkie  (no, może prawie wszystkie kawałki układanki). Nieco rozczarowujący jest jedynie sposób w jaki Zofia Szczupaczyńska zmusza złoczyńcę do przyznania się do winy.  Zastosowane  rozwiązanie (mimo wszystko nie powiem jakie) było już wykorzystywane w kryminałach dziesiątki, jeśli nie setki razy.

„Seans w domu Egipskim” napisano pięknym, zróżnicowanym językiem, gdzie trzeba w pełni współczesnym, gdzie trzeba lekko stylizowanym nie na tyle jednak, by brzmiał sztucznie. Czyta się to wyśmienicie. Książkę łyknęłam w dwa wieczory.

Dobra wiadomość (przynajmniej ja ją uważam za dobrą) jest taka, że Przybyszewski mieszkał w Krakowie około roku, jest więc nadzieja, że Zofia Szczupaczyńska więcej nie natknie się ani na niego, ani na jego akolitów. Bo mimo wszystko, mimo drobnych zastrzeżeń uważam trzeci tom jej przygód za godny polecenia ze wszech miar i z niecierpliwością czekam na część czwartą.

poniedziałek, 9 lipca 2018

MIŁOŚĆ MADE IN CHINA

ŻYCIE NA MARSIE


Tytuł: Miłość made in China
Autor: Dorian Milovic
Tłumacz: Ewa Kucharska
Wydawca: Znak Horyzont, 2018
Stron: 348
ISBN: 978-83-240-4258-6

Ze wstydem niejakim muszę przyznać, że choć lubię literaturę faktu, to reportaż podróżniczy jako forma literacka, plasuje się dość nisko na liście moich preferencji czytelniczych. Zdecydowanie wolę  oglądać świat własnymi oczami, a jeśli już gdzieś dotrzeć nie mogę - czy to ze względów organizacyjnych, czy to ze względów finansowych - to zdecydowanie przedłożę film podróżniczy nad opowieść drukowaną. Dlatego też po książkę Doriana Malovica „Miłość made in China” sięgnęłam z pewnym ociąganiem. Niesłusznie. Książka wciągnęła mnie dosłownie od pierwszych stron. Czytałam ją z zapartym tchem jak najlepszą fikcję. Być może wiele tłumaczy fakt, że „Miłość made in China” to, wbrew mym oczekiwaniom (błędnym), nie pozycja podróżnicza lecz społeczno-obyczajowa.
Współczesne Chiny to przede wszystkiem kraj wielkich przemian, których skalę trudno jest sobie nam, Europejczykom, wyobrazić. W ciągu ostatnich stu lat Chiny przeżyły dwa wstrząsy ekonomiczne i polityczne, które nie mogły nie odbić się na obyczajowości i życiu codziennym. Najpierw socjalizm i rewolucja kulturalna zabiły tradycje, potem, po dziesięcioleciach przywrócono je do łask. Przynajmniej częściowo.
Jak na te przemiany reagują zwykli ludzie? Z jednej strony do łask wracają stare obyczaje i rytuały, z drugiej strony do społeczeństwa przenikają nowe idee z zachodu. A jak to często bywa, nowe pozostaje w sprzeczności ze starym. Powoduje to liczne konfuzje i zamęt w psychice współczesnych Chińczyków. Wielu z nich czuje się zagubionych w nowej rzeczywistości. Rozdarcie między nowym a starym najbardziej drastycznie widoczne jest w najintymniejszej sferze ludzkiej egzystencji - w życiu rodzinnym.
Temat podjęty przez Malovica jest niezwykle szeroki, dlatego też, by nadać publikacji bardziej uporządkowany charakter, autor podzielił ją na cztery główne części: „Poszukiwanie i uwodzenie” - poświęconą kojarzeniu małżeństw, „Podwójne szczęście” - to opowieść o współczesnych obyczajach ślubnych i weselnych, „Życie małżeńskie” - ten tytuł nie wymaga chyba objaśniania i „Chaos uczuciowy” - czyli związki pozamałżeńskie, konkubinat i prostytucja. Sporo miejsca poświęcono także życiu mniejszości seksualnych, które po latach prześladowań, powoli próbują znaleźć swoje miejsce.
Nie lubię używać wielkich słów, ale tym razem powiem nieco bombastycznie. „Miłość made in China” zaszokowała mnie. Autentycznie zaszokowała. Nie chodzi o to, że poczułam się jakoś specjalnie zgorszona czy oburzona. Jestem dużą dziewczynką, co to nie jedno widziała i o niejednym czytała. Mam na myśli zaskoczenie i niedowierzanie. To, o czym pisze Malovic, jest tak odległe od tego co znam i do czego przywykłam, że równie dobrze mogłabym czytać o życiu na Marsie. 
Lektura książki Malovica to spotkanie z odmiennością. Nie podejmuję się, ba!, nie mam odwagi, oceniać bohaterów reportażu, bo ich charaktery i postawy ukształtowane zostały w diametralnie innych warunkach. NIe mogę jednak ukryć zaskoczenia i braku zrozumienia dla pewnych postaw. Szczególnie uderzył mnie fatalizm Chińczyków. Słowa „nie mam wyboru”, „nie mam wyjścia” powtarzane są przez kolejnych bohaterów reportażu niczym mantra. Jeśli kiedyś poczujecie się przygnieceni presją społeczną, która zmusza was do zrobienia czegoś, na co nie macie ochoty, pomyślcie o Chińczykach, praktycznie pozbawianych wolnej woli. Przy czym największa presja pochodzi wcale nie od opresyjnej władzy (choć ten element ten jest bardzo ważny), ale… z własnej psychiki. Strach przed utratą twarzy, przeciwstawieniu się rodzicom, niespełnieniem obowiązków narzuconych przez tradycję jest nie do przezwyciężenia. Z kart książki wyłania się obraz społeczeństwa nieszczęśliwego, zagubionego i głęboko sfrustrowanego. 
Aczkolwiek, z drugiej strony… Zastanawiam się, czy „Miłość made in China” nie jest nieco tendencyjna. Czy nie jest trochę tak, że autor dobierał fakty i ludzi pasujących do postawionej tezy. Szukając rozmówców wśród klientów biur matrymonialnych, portali randkowych i pracownic domów publicznych, raczej nie znajdzie się osób o stabilnym, satysfakcjonującym życiu uczuciowym. Mogę się oczywiście mylić, kierowana wrodzonym optymizmem. Jaka by nie była prawda, jeśli nawet obraz odmalowany przez autora nie jest pełny, to i tak „Miłość made in China” jest pozycją ze wszech miar godną uwagi, pouczającą i ciekawą. Szczerze polecam!

piątek, 11 maja 2018

NEUROEROTYKA. ROZMOWY O SEKSIE I NIE TYLKO

WYWIAD - RZEKA


Autor: Jerzy Vetulani, Maria Mazurek
Wydawca: Znak Horyzont  2018
Stron: 302
Tytuł: Neuroerotyka. Rozmowy o seksie i nie tylko
ISBN: 978-83-240-4273-9


Niełatwo jest pisać o seksulaności człowieka. Z jednej strony autorowi grozi popadnięcie w infantylizm, gdy powodowany pruderią będzie się starał zbyt często unikać nazywania rzeczy po imieniu. Z drugiej strony, nadmiernie formalny styl sprawia, że tekst sprowadza całość zagadnienia do poziomu wyprutej z emocji, czysto zwierzęcej fizjologii. Co gorsza, język tutaj nie pomaga. Polszczyzna, choć bogata, w tej dziedzinie też popada w skrajności. Mamy do wyboru głównie albo słowa wulgarne, albo bardzo naukowe, brzmiące jakby żywcem wyjęte z podręcznika anatomii. Bardzo trudno jest znaleźć określenia neutralne.  A to ci zagwozdka! A mówimy tylko o warstwie zewnętrznej, językowej, nie wspominając nawet o meritum.
Na szczęście zawsze byli ludzie, którzy potrafili się świetnie z tym, jakże niełatwym problemem, uporać. Należy do nich niewątpliwie profesor Jerzy Vetulani - wybitny uczony i niestrudzony propagator wiedzy. To urodzony gawędziarz, posługujący się niezwykle sprawnie niełatwym narzędziem, jakim jest język. Jego styl gdzie trzeba jest poważny, gdzie trzeba pikantny, gdzie trzeba zabawny. I przede wszystkim wciągający. Ach, jak to się czyta!
Na uwagę zasługuje także nieugięta postawa profesora. Zajmując się tematyką tak kontrowersyjną i jak mało która zideologizowaną, nie zrezygnował z obiektywizmu. Bez trudu mógł przecież stać się twarzą, hołubionym przedstawicielem tej czy innej strony. Jakież by to było wygodne! Jednak profesor był ponad to. Nie opowiada się po żadnej ze stron. Zgodnie z sumieniem chwali lub gani zarówno  zatwardziałych tradycjonalistów jak i nadmiernie optymistycznych postępowców. Nie nagina swych słów tak, by pasowały do wybranej tezy. Dla autora niego liczyła się tylko prawda - fakty potwierdzone badaniami naukowymi. Jakaż to rzadka postawa w naszych czasach! Taka jest też „Neuroerotyka” - rzetelna, rzeczowa, fachowa.
Rodzi się pytania, po co w dzisiejszych czasach pisać o seksie? Czego jak czego, ale informacji na ten temat nam nie brakuje. Wręcz przeciwnie, jest ich aż nadto, przez co erotyka, odarta z tajemnicy, traci część swojego uroku. NIby tak, jest jednak jedno małe „ale”. Właściwie wcale nie takie małe. Całkiem duże. Chodzi o jakość informacji. Gdzie szukać rzetelnej wiedzy, a nie wyssanych z palca bzdur? Raczej nie w szkole (choć szkoda!), w gabinetach lekarskich też wcale nie jest różowo (u lekarza pierwszego kontaktu zdarzało mi się słyszeć rewelacje niczym ze Średniowiecza), a o jakości i wiarygodności rzeczy publikowanych przez samozwańczych ekspertów w internecie nawet nie warto wspominać.
Na szczęście ten medal ma i drugą, lepszą stronę. W dzisiejszych czasach nikt już nie rumieni się na dźwięk słowa „seks”. Stwarza to klimat dla rzeczowego omówienia zagadnienia. Tą właśnie drogą szedł Jerzy Vetulani. Używam czasu przeszłego, bo profesora, niestety, nie ma już wśród nas. „Neuroerotyka” to jego ostatnie dzieło. Niedokończone. Przerwane tragiczną śmiercią.
Czy nam się to podoba czy nie, seks wpływa praktycznie na wszystkie dziedziny naszego życia. Prawdziwe jest też stwierdzenie odwrotne. Wszystko co robimy, czy to jako jednostka, czy jako społeczeństwo, w jakiś sposób kształtuje nasze zachowania seksualne. Profesor jest tego świadom jak mało kto. Opowiada więc o najróżniejszych aspektach ludzkiego życia: biologicznych, psychologicznych, socjologicznych, ba!, nawet historycznych. Po co nam seks? Co decyduje o płci dziecka? Skąd u ludzi tendencja do zdrady? Czym się kierujemy wybierając partnera? Czy antykoncepcja jest szkodliwa? Jak wygląda seks po sześćdziesiątce? To tylko część z wielu pytań, które pojawiają się w „Neuroerotyce”. Jednak, co ważniejsze, na każde z postawionych pytań pada odpowiedź. Fachowa, przystępna i ciekawa.  Od czasu do czasu profesor wtrąca dygresję: żarcik, anegdotkę, ciekawostkę.  Czytelnik ma wrażenie, że uczestniczy w rozmowie. Bo i w rzeczy samej jest „Neuroerotyka” zapisem rozmowy, którą z Jerzym Vetulanim przeprowadziła Maria mazurek. Co bardziej wnikliwe osoby, pewnie się już tego domyśliły na podstawie podtytułu „Rozmowy o seksie i nie tylko”. Zwróćcie przy okazji uwagę również na określenie „i nie tylko”. Idealnie oddaje ono ducha publikacji. Mamy do czynienia z prawdziwym popisem erudycji. 
Książkę wydano zarówno w formie tradycyjnej jak i w postaci ebooka. Oczywiście, liczy się przede wszystkim treść, jednak warto też zwrócić uwagę na bardzo wysoki poziom edytorski. Twarda oprawa, przejrzysty układ, staranna redakcja i korekta. Całość zdobią interesujące ilustracje: zabawne, pikantne ale nie wulgarne. Takie jak cała książka. 

piątek, 13 kwietnia 2018

BARONÓWNA

JAK RODZI SIĘ PASJA


Autor: Michał Wójcik
Wydawca: Znak Literanova 2018
Stron: 320
Tytuł: Baronówna

ISBN: 978-83-240-3825-1

Od dłuższego czasu (dłuższy oznacz tutaj lata, a nie miesiące) obserwują stały wzrost zainteresowania literaturą faktu, a szczególnie historią. Tak przynajmniej wnioskuję z oznak pośrednich. Z roku na rok coraz więcej książek o tej tematyce pojawia się na półkach księgarń. Można więc założyć, że jest to odpowiedź na zmieniające się gusty czytelników.
Lubię historię, a do tego literaturę faktu od pewnego czasu przedkładam nad fikcję, zasadniczo więc cieszy mnie ten trend, ale… Zawsze jest jakieś „ale”. Jak wiadomo, nie zawsze ilość idzie w parze z jakością. Do tego zauważam pewno rozwarstwienie literatury historycznej. Wydawcy, a może autorzy, często popadają w jedną z dwóch skrajności: albo serwują nam publikacje do bólu poważne, bez dwóch zdań wartościowe, ale nudne jak flaki z olejem i porywające niczym szkolny podręcznik, albo starają się uwieść czytelnika sensacją tyleż tanią co bzdurną. Chodzi mi o rewelacje typu „Winston Churchill był kobietą w przebraniu”,  „Królowa Elżbieta II nieślubną córką kucharki”, „Stalin to tajny agent carskiej ochrany”, itd., itp. Czujecie?
Jeśli do tego dodać fakt, że II Wojna Światowa nie jest moim ulubionym okresem – zdecydowanie bardziej interesują mnie okresy odleglejsze – nie ma się co dziwić, że po „Baronównę” sięgałam z pewną taką nieśmiałością. Tymczasem książka Michała Wójcika zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Zarówno treść, jak i sposób jej podania są bardzo interesujące. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że mamy do czynienia z pozycją ze wszech miar godną uwagi.
Sama historia Wandy Kronenberg to literacki samograj. Piękna, młoda kobieta, sekrety wywiadu, niewyjaśnione  tajemnice, knowania, intrygi. Toż to materiał nie tylko na dobrą książkę, ale i na niejeden film, albo nawet serial. Dodajmy jeszcze, że w przeciwieństwie do wielu epizodów II Wojny Światowej, opowieść o Wandzie Kronenberg nie została wyeksploatowana. Prawdę mówiąc, jest to postać praktycznie nieznana. Doprawdy intrygujące jest jak to się stało, bo wydawać by się mogło, że o II Wojnie napisano już praktycznie wszystko. Czasem mam wrażenie, ze przeliczono nawet guziki żołnierzy walczących po obu stronach. A tu taka gratka! Coś nowego.
 „Baronówna” nie pretenduje do miana pozycji akademickiej. Wójcik bardzo sprawnie korzysta ze swobody jaką daje autorowi formuła popularno-naukowa. Fragmenty „czystej” historii przeplata elementami fabularyzowanymi, sprawiającymi, że opisywane postaci nabierają życia, przestają być abstrakcyjnymi bytami historycznymi, a stają się prawdziwi ludźmi z krwi i kości. Pozwala sobie na dygresje, czasem usuwa główną bohaterkę z pierwszego planu, każąc jej na chwile skromnie poczekać gdzieś w tle i ustąpić miejsca innym postaciom.  Między czytelnikiem a bohaterami niezauważalnie rodzi się  więź, opowieść zaczyna nie tylko interesować na płaszczyźnie czysto intelektualnej lecz także budzi emocje. Swoboda w prezentowaniu informacji nie wpływa jednak w najmniejszym nawet stopniu na ich rzetelność. Autor wyraźnie zaznacza gdzie mamy do czynienia ze zweryfikowanymi faktami, a gdzie mówimy o domysłach czy spekulacjach.
Prawdziwą gratką dla miłośników historii jest aneks zawierający przedruk najważniejszych, a może po prostu najciekawszych zdaniem autora, dokumentów wygrzebanych w archiwach podczas poszukiwania materiałów do książki. Gdyby komuś tego było jeszcze mało, może kontynuować samodzielne pogłębianie wiedzy wspierając się liczącą kilkadziesiąt pozycji bibliografią.
„Baronówna” została też podobno wzbogacona materiałem ilustracyjnym. Piszę „podobno”, bo mój egzemplarz recenzyjny zawiera jedynie spis ilustracji i informacje o źródłach ich pochodzenia. (Egzemplarze recenzyjne często są wydaniami uproszczonymi). Trudno mi więc ocenić ich jakość. Na podstawie spisu mogę jedynie domniemywać, że  to materiał ciekawy.
A teraz czas na wstydliwe wyznanie. Choć wszystko to co napisałam powyżej jest szczerą prawdą, to autor „kupił” mnie zupełnie czym innym. Spójrzmy na okładkę. Cóż tam widzimy oprócz tytułu? Podtytuł: „Na tropie Wandy Kronenberg – najgroźniejszej polskiej agentki. Śledztwo dziennikarskie”.
Domyślcie się już o co mi chodzi? Ciepło… Ciepło… „Baronówna” to książka nie tylko o Wandzie Kronenberg. To także książka o śledztwie.
Wójcik zdecydował się na ciekawy krok. Pozwala by czytelnik towarzyszył mu cały czas w procesie twórczym. Dzięki temu poznajemy dzieje publikacji od momentu gdy zrodził się pomysł, poprzez wszystkie kolejne etapy. Widzimy jak to, co początkowo miało być jedynie realizacją kolejnego zlecenia zmienia się w pasję, a wręcz w obsesję. I to jest właśnie druga opowieść, przeplatająca się z pierwszą. Opowieść o rodzeniu się pasji. Równie ciekawa jak opowieść o kobiecie-szpiegu.

środa, 4 kwietnia 2018

W SZOKU

WSZYSCY JESTEŚMY PACJENTAMI


Tytuł: W szoku
Autor: Rana Awdish
Tłumacz: Rafał Śmietana
Wydawca: Znak Literanova 2018
Stron: 320
ISBN: ‎ 978-83-240-4766-6



x

Gdybym miała zgadywać, skąd się wzięło „W szoku”, obstawiałbym, że to pokłosie sesji terapeutycznej. Amerykańscy psychoanalitycy często radzą pacjentom, by opisali swe traumatyczne przeżycia. Czasem powstają z tego publikacje. To oczywiście moje spekulacje i prawda mogła być zupełnie inna. Myślę jednak, że takie „podejrzenie”, nawet jeśli jest kompletnie błędne, dobrze oddaje ducha książki. 

Autorka, dr Rana Awdish, pracowała jako lekarka na oddziale intensywnej terapii, aż któregoś dnia przewrotny los sprawił, że niespodziewanie znalazła się po drugiej stronie – została pacjentką tam, gdzie jeszcze niedawno leczyła. I wtedy na własnym przykładzie przekonała się, jak to jest być chorym, zdanym na łaskę i niełaskę ludzi w białych fartuchach. Jak pewnie się domyślacie, przeżycie było koszmarne. 

Problem relacji między lekarzem i pacjentem jest tyleż ważny, co trudny. Niby cel mają wspólny – obu stronom chodzi wszak o to, by chory jak najszybciej powrócił do zdrowia – a jednak zupełnie inaczej postrzegają szpitalną rzeczywistość. Pacjenci zarzucają lekarzom brak empatii, pazerność i niekompetencję; lekarze uskarżają się na roszczeniowość pacjentów, brak współpracy, a wręcz utrudnianie leczenia. W przypadku dr Awdish powstała sytuacja nietypowa – oto pojawiła się osoba zdolna popatrzeć na problem z obu punktów widzenia.W żaden sposób nie można zarzucić jej ani stronniczości, ani braku kompetencji. Jest w pełni predestynowana do szukania odpowiedzi na pytanie, po czyjej stronie leży prawda. 

Wszyscy jesteśmy (albo byliśmy, albo będziemy) pacjentami. Wszyscy wiemy, że służbie zdrowia daleko do doskonałości. A jednak nasze żale często kwitowane są machnięciem ręki jako narzekania profanów. Z drugiej strony wiele umyka nam po prostu z braku wiedzy. Są błędy i zaniedbania, które może dostrzec jedynie osoba z odpowiednimi kwalifikacjami i doświadczeniem medycznym. Już chociażby dlatego „W szoku” to pozycja ważna, godna uwagi i dająca do myślenia. 

Jednak każdy medal ma dwie strony. Choć osobiste doświadczenia pozwoliły dr Awdish spojrzeć na problem z różnych perspektyw, jednocześnie pozbawiły ją obiektywizmu. Pisze ona bardzo, ale to bardzo emocjonalnie, w wielu miejscach wpada wręcz w nieznośną egzaltację. Zamiast poważnej publicystyki dostajemy afektowany tekst ocierający się o najgorsze wzorce kiepskiego czytadła. Wymyślne porównania i metafory, rozbudowane opisy przeżyć wewnętrznych w małej dawce wzbogaciłyby książkę, ale nadużyte – znacznie ją spłyciły. 

Autorka koncentruje się na tym, co dla niej ważne, często niestety ze szkodą dla opowieści. Tu i ówdzie po prostu wieje nudą. Czytelnik sięgający po reportaż oczekuje faktów, „mięsa”, a nie ckliwych rozważań. Ciągnąca się przez kilkadziesiąt stron historia o tym, jak doszło do choroby i jak ogromnie bohaterka cierpiała, byłaby jak najbardziej na miejscu w powieści obyczajowej. Mogłaby pewnie niejedną łzę wycisnąć, szczególnie u co wrażliwszych czytelniczek. W literaturze faktu męczy. 

W pewnej chwili dr Awdish wykonuje karkołomną woltę i zmienia punkt widzenia. Po tym, gdy już jasno stwierdziła, że lekarze postępują źle, zaczyna drążyć, dlaczego tak jest. Wyjaśnienie tej kwestii z pewnością byłoby pożądane. Jeśli chcemy zobaczyć pełny obraz, musimy poznać racje obu stron. Jednak i tu szybko emocje biorą górą i autorka znowu wpada w ckliwo-pompatyczne tony. Czytelnikowi nie pozostaje nic innego, jak tylko uronić łzę nad ciężkim losem lekarzy. I tak oto „W szoku” maluje świat, w którym wszyscy chcą dobrze, tylko im nie wychodzi, bo padli ofiarami systemu. Zamiast pozycji obiektywnej powstała nieintencjonalnie rzecz nijaka, pozbawiona tezy i myśli przewodniej. Owszem, „W szoku” zawiera wiele ciekawych obserwacji i przemyśleń, ale czytelnik musi sam odsiać wiedzę od emocji. 

Na koniec nie mogę powstrzymać się od dygresji. Od jakiegoś czasu polska służba zdrowia chwali się zmianami, w szczególności wprowadzaniem nowoczesnych procedur. Z rozważań dr Awdish wynika natomiast, że w wielu przypadkach procedury te czynią więcej złego niż dobrego. Rutyna wypiera myślenie, przepisy zastępują rozsądek, a pacjentów nikt nie słucha. Smutny to wniosek. I nie jedyny po lekturze „W szoku”. Opowiedziane przez autorkę historie, jej obserwacje i rozważania skłaniają do refleksji i do samodzielnego drążenia tematu. Dlatego, choć sporo dostrzegam w tej publikacji wad, zachęcam mimo wszystko do lektury, ale zrozumiem, jeśli z niektórymi fragmentami zapoznacie się jedynie pobieżnie. Te, które przeczytacie wnikliwie, bez dwóch zdań są warte uwagi. 


piątek, 23 marca 2018

TRUPIA FARMA. NOWE ŚLEDZTWA.



NIE TYLKO DETEKTYW

Tytuł: Trupia farma. Nowe śledztwa
Autor: Bill Bass, Jon Jefferson
Tłumacz: Janusz Ochab
Wydawca: Znak Literanova 2018
Stron: 430
ISBN: ‎978-83-240-4757-4

Większość opowieści kryminalnych i kryminalno-sensacyjnych koncentruje się na tym, co robi detektyw. Trud pracowitych mrówek, równie ważnych, a może nawet ważniejszych dla sukcesu śledztwa, zazwyczaj kwitowany jest rzucanym od niechcenia pytaniem „Technicy już skończyli?”. Czasem jeszcze gdzieś tam, w tle pojawia się jako postać drugoplanowa ekscentryczny patolog. Pełni on jednak głównie rolę wesołego przerywnika rozluźniającego na chwilę ciężką atmosferę kryminalnego dramatu. Dopiero amerykańska franczyza „CSI” zrobiła tu pewien wyłom i sprawiła, że więcej osób zainteresowało się tym, co się dzieje w laboratoriach kryminalistycznych. Dla tej właśnie grupy, do której i ja należę, nowa książka Billa Bassa i Jona Jeffersona jest prawdziwą gratką. „Trupa Farma. Nowe śledztwa” to nie zwykła odpowiedź na pytania „jak oni to robią?”. To odpowiedź z pierwszej ręki, udzielona przez fachowca. Legendarnego (nie lubię tego mocno nadużywanego słowa, ale w tym przypadku jest ono jak najbardziej na miejscu) „detektywa kości”. 

Warto w tym miejscu nadmienić (na wypadek, gdy komuś umknęło), że „Nowe śledztwa” stanowią kontynuację bestselerowej „Trupiej Farmy”. Warto zapoznać się wcześniej z pierwszą częścią, ale nie jest to konieczne i można drugą potraktować jako samodzielną pozycję bez szkody dla zrozumienia zawartych w niej treści. O ile tom pierwszy poświęcony jest historii „Trupiej Farmy”, czyli unikatowego przedsięwzięcia naukowego mającego na celu ustalenie, co dzieje się z ludzkim ciałem po śmierci, o tyle „Nowe śledztwa” pokazują kryminalistykę i medycynę sądową w działaniu. Bass prezentuje trzynaście różnych spraw. Dobrał je bardzo starannie. W każdej z nich przedstawia zastosowanie innej dziedziny wiedzy. Dowiadujemy się więc, jak wygląda w praktyce kryminalistycznej wykorzystanie ultrafioletu, zdjęć rentgenowskich, mikroskopii elektronowej, sonaru i komputera. Poznajemy przedstawicieli przeróżnych profesji, takich jak antropologia sądowa, stomatologia sądowa czy entomologia sądowa. Autor opowiada też o bodajże jedynej na świecie, a z pewnością jedynej w USA, osobie z tytułem naukowym w dziedzinie sztuki sądowej (tak, tak! Okazuje się, że istnieje taka specjalizacja!). 

Bass nie stara się epatować makabrą, wręcz przeciwnie, przedstawia kolejne zagadnienia w sposób bardzo wyważony, jednak miejscami nie jest to pozycja dla osób o słabym żołądku. O ile praca antropologa podczas badań historycznych ma w sobie sporą dozę przygody, o tyle działania na miejscu katastrofy czy podczas ekshumacji są, mówiąc delikatnie, mało apetyczne. Nie polecam tej książki jako lektury podczas śniadania. 

Przyjęta koncepcja doboru spraw ma pewien efekt uboczny. Autora interesuje tylko drobny wycinek dochodzenia. Taka zagadka w zagadce: kim jest ofiara. Czasem rzuca też nieco światła na okoliczności śmierci. Na tym kończy się jego praca – z aktywnego uczestnika wydarzeń staje się jedynie obserwatorem. Stąd spory odsetek spraw opisanych w "Nowych śledztwach" pozostaje zagadkami bez odpowiedzi. Bo nie ich rozwiązanie jest istotą książki, lecz opowieść o rozwoju kryminalistyki, o jej wzlotach i upadkach. 

„Trupia Farma. Nowe śledztwa” nie stanowi publikacji stricte popularnonaukowej. To przede wszystkim pamiętnik i opowieść o ludziach wytyczających nowe ścieżki medycyny sądowej. Stąd liczne wstawki, dygresje i akcenty osobiste. Znacznie uprzyjemniają one treść, czynią ją lżejszą i bliższą literaturze rozrywkowej, aczkolwiek tendencja Bassa do odbiegania od głównego wątku – bardzo ceniona w pozycjach gawędziarskich – tutaj może nieco utrudniać odbiór. 

Aby nieco ułatwić lekturę i zaoszczędzić czytelnikowi zbyt częstego zaglądania do Internetu w poszukiwaniu wyjaśnienia niezrozumiałych słów i określeń, książkę wzbogacono o aneks zawierający schemat ludzkiego szkieletu oraz czaszki, a także o słownik najważniejszych terminów antropologicznych i sądowych. Muszę przyznać, że ten ostatni wielce mnie bawił. Wyraźnie przetłumaczono go z wersji anglojęzycznej nie zastanawiając się, które słowa rzeczywiście wymagają dodatkowego objaśnienia. O ile terminy takie jak „dystalny”, „proksymalny” czy „puparium” nie są może ogólnie znane, o tyle określenia „pośmiertny”, „przedśmiertny”, „żuchwa” albo „lekarz sądowy” nie nastręczą trudności nawet średnio rozgarniętemu odbiorcy. Co więcej – sądzę, że ktoś, kto nie rozumie tych słów jest… po prostu zdecydowanie za młody na taką książkę. Ale to doprawdy drobny mankament. 

niedziela, 11 marca 2018

DEMASKATOR


MĘŻCZYZNA, KTÓRY NIENAWIDZIŁ PRAWNIKÓW



Tytuł: „Demaskator”
Autor: John Grisham
Tłumacze: Andrzej Szulc, Anna Dobrzańska
Wydawca: Albatros 2017
Stron: 416
Dawno, dawno temu byłam fanką Grishama. Może nie najbardziej zagorzałą, ale jednak fanką. Kolejnych książek wyglądałam z niecierpliwością, kupowałam i czytałam, gdy tylko się pojawiły. Za każdym razem dostawałam to, czego się spodziewałam – kawał dobrej rozrywki. Przynajmniej do czasu. Aż nagle coś się stało. Przeczytałam, a właściwie przemęczyłam „Górę bezprawia”.  Nie będę się pastwić nad tą pozycją, bo nie o niej mam pisać. Wspominam owo przeżycie dlatego, że wtedy obiecałam sobie już nigdy po Grishama nie sięgać. Musiały minąć dwa lata, aż mi w końcu złość przeszła. Postanowiłam dać autorowi jeszcze jedną szansę. Czy było warto? I tak, i nie, ale nie wybiegajmy zbyt daleko na przód. Na podsumowanie przyjdzie jeszcze czas.
O niepowtarzalnym uroku książek Grishama decydowała rzadka umiejętność prezentowania w atrakcyjny sposób zawiłych mechanizmów prawa. Potyczki na kruczki prawne, wykorzystywanie luk i precedensów były naprawdę wciągające. Nie każdy potrafi tak zgrabnie opisać „paragrafy w akcji”. Od czasu do czasu Grisham porzucał jednak sprawdzony przepis i próbował sił w innym gatunku, jak chociażby w rewelacyjnym choć, moim zdaniem niesłusznie niedocenionym, „Malowanym domu”.  W „Demaskatorze” autor również odchodzi od utartego schematu thrillera prawniczego – tym razem na rzecz sensacji. Sensacji zaangażowanej społecznie.
Intryga zawiązuje się od razu na kilku pierwszych stronach, mogę więc bez większej szkody zdradzić to i owo. Pracownica Komisji Dyscyplinarnej Sędziów otrzymuje informację o korupcji. Sędzia Claudia McDover za sowitą opłata ukrywa przekręty finansowe związane z jednym z florydzkich kasyn. Ten ostatni wątek – kasyna prowadzone przez indiańskie plemiona – może być dość ciekawy dla polskiego czytelnika. Przy okazji wyjaśnia, że nie wszyscy poszukiwacze własnych korzeni, odkrywający w sobie nagle krew rdzennych Amerykanów (czyli, mówiąc po ludzku, Indian) kierują się wyłącznie szacunkiem dla przodków. Pobudki często bywają zacznie bardziej merkantylne.
Tak zgrabnie rozpoczęta fabuła rozwija się gracko i od razu wciąga. Niestety, tylko do czasu. Im dalej w las, tym więcej zgrzytów.
Pierwszym, co prawda niewielkim zgrzytem, wręcz zgrzycikiem, jest postać przekupnej sędzi. Prowadząca życie ponad stan, ostentacyjnie szastająca pieniędzmi kobieta zda się prowokować dochodzenie. Jakby nakleiła sobie na czole nalepkę „biorę łapówki”. Czy ktoś tak nierozsądny mógł zostać sędzią, chociażby prowincjonalnym? Tę nielogiczność można jednak dość łatwo usprawiedliwić. Ludzie różnie reagują na nieoczekiwanie wzbogacenie się – jedni traktują to jako nieoczekiwany uśmiech losu, inni głupieją. Szkoda, że autor tego elementu nie wyjaśnił, ale załóżmy, że liczył na domyślność czytelnika. Niech będzie. Gorzej, że i pozostali bohaterowie zachowują się, mówiąc delikatnie, niezbyt logicznie. Przestępcy, który przez lata drwili z prawa, nagle zaczynają popełniać głupie błędy i dają się złapać niczym ślepe szczenięta.
Nieco lepiej rzecz się ma z postaciami pozytywnymi. Co prawda na kartach powieści nie znajdziemy specjalnie głębokiej analizy psychologicznej, lecz bohaterowie są przynajmniej w miarę logiczni i (w miarę) wiarygodni. Inna sprawa, że są potraktowani dość szablonowo, przez co trudno się z nimi jakoś specjalnie związać emocjonalnie. Mówiąc krótko, bohaterowie „Demaskatora” są prości zarówno w czynach, jak i w motywacjach.
Równie prosta jest linia fabularna powieści. Nie ma niej tak pożądanych w sensacji nieoczekiwanych zwrotów akcji, zaskoczeń czy zagadek. Nie ma suspensu. Właściwie wystarczyłoby przeczytać sam początek i koniec, by dowiedzieć się wszystkiego. Wydarzenia „pomiędzy” niewiele wnoszą. Ot, taki literacki wypychacz.
Historia (literatury) uczy jednak, że dobry pisarz nawet dość wątłą fabułę potrafi tak ubrać w słowa, by powstał satysfakcjonujący efekt końcowy. Porzućmy więc rozważania o akcji „Demaskatora” i zajmijmy się formą. Tutaj czeka nas niemałe zaskoczenie. Początek książki jest naprawdę niezły. Napisany w starym, dobrym grishamowskim stylu. Mamy więc typową narrację trzecioosobową z bohaterem prowadzącym. Przez cały czas towarzyszymy bohaterom, obserwujemy ich działania, śledzimy emocje, wraz z nimi przeżywamy kolejne wydarzenia. Wykorzystując twórczo język informatyki, można by powiedzieć, że oglądamy całą historię  „w czasie rzeczywistym”. I nagle, tak gdzieś w dwóch trzecich powieści, coś się stało. Nie wiem, co. Może autor zmęczył się żmudnym pisaniem albo po prostu zaczęło go to nudzić? Może terminy zaczęły cisnąć? Może miał coś ważniejszego albo ciekawszego do roboty? Mam też inne podejrzenia, ale z obawy przed procesem o zniesławienie ich nie przytoczę (jak by nie było, Grisham jest prawnikiem, nie praktykującym, ale mimo wszystko prawnikiem). Styl zmienia się nie do poznania, jakby wyszedł spod zupełnie innego pióra. Bohater prowadzący znika, a na jego miejsce pojawia się wszechwiedzący narrator, kontynuujący opowieść jakby spoza kadru. Pędzi przy tym jak szalony, przeskakując dziarsko po kilka miesięcy. Tekst przypomina bardziej rozbudowany synopsis niż przyzwoitą powieść. Bardzo to niemiłe zaskoczenie. Oj, bardzo.
Po raz kolejny Grisham chce stawiać ważne pytania. Po raz kolejny pochyla się nad kondycją amerykańskiego sądownictwa, nad wypaczeniami systemu, który miast prawu, służy bezprawiu. To istotny problem i dobrze, że ktoś stara się zwrócić uwagę opinii publicznej na nieprawidłowości. Szkoda tylko, że forma nie nadąża za ambitnym zamierzeniem. To, co dostajemy w „Demaskatorze”, jest zbyt powierzchowne na powieść zaangażowaną, a jednocześnie zbyt rozwlekłe na sensacyjną. Co prawda, jest znacznie lepiej, niż w nieszczęsnej „Górze bezprawia”, od której rozpoczęłam ten tekst, ale do ideału jeszcze bardzo, bardzo daleko. Powieść dla wiernych miłośników Grishama. Można przeczytać, ale można bez większej straty sobie odpuścić.