Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 grudnia 2016

WDOWA

Nie tylko morderca



Tytuł: „Wdowa”
Autor: Fiona Barton
Tłumacz:  Agata Ostrowska
Wydawca: Czarna Owca 2016
Stron: 456
Cena: ‎39,90 zł

Każdemu z pewnością chociaż raz w życiu zdarzyło się, że miał ochotę rzucić książką o ścianę. Też tak ostatnio miałam. I bynajmniej nie dlatego, że trafiłam na rzecz złą. Wręcz przeciwnie, „Wdowa” pióra Fiony Barton to powieść dobra, wciągająca, napisana sprawie i nieźle wydana (choć kilka drobiazgów korekta  przeoczyła). To powieść, którą mogę z czystym sumieniem polecić na długie, jesienne i zimowe wieczory.  Skąd więc zrodziła się we mnie chęć do takich chuligańskich wybryków? Już śpieszę z wyjaśnieniami.

 „ Wdowa” to proza psychologiczna. Fiona Barton nie jest co prawda  Dostojewskim ani  Eco (mimo wszystko mamy do czynienia z powieścią skierowaną do masowego odbiorcy, a nie do wybranych intelektualistów), tym niemniej zaprezentowała nam kawał dobrej, wnikliwej analizy zachowań i postaw bohaterów. Celowo użyłam liczby mnogiej, bo autorka nie skupia się na jednej postaci. Zmieniając narrację, pozwala czytelnikowi spojrzeć na historię z różnej perspektywy: detektywa prowadzącego śledztwo, matki ofiary, reporterki żerującej na tragedii i oczywiście tytułowej wdowy – żony oskarżonego. Tylko tej ostatniej autorka pozwala przemawiać w pierwszej osobie.

To ciekawe ujęcie, bo w literaturze kryminalnej i okołokryminalnej pisarze najczęściej skupiają się na postaci mordercy (albo, mówiąc ogólniej, przestępcy) i toczącego z nim walkę detektywa. Rzadziej obiektem analizy bywają bliscy ofiary. A co z rodziną przestępcy? Ta najczęściej stanowi tło, a jeśli już się pojawia, to głównie w postaci matki przekonanej, że jej syneczek nie mógł nic złego zrobić. Tymczasem u Barton jest inaczej. Jej bohaterka, Jean, jako dziewiętnastolatka wyszła za mąż za Glena – swoją pierwszą miłość. Małżeństwo przeżywało wzloty i upadki, aż stanęło przed najcięższą próbą. Glen został oskarżony o porwanie i zamordowanie dwuletniej dziewczynki.  „Małej, ślicznej blondyneczki.” Rozpoczyna się śledztwo. Grzebanie w brudach. Na światło dzienne wychodzą skrzętnie skrywane tajemnice. Jean poznaje drugą twarz męża, a jednak trwa u jego boku. Co czuje? Czy mu ufa, czy naprawdę wierzy w jego niewinność,  czy może ukrywa jego zbrodnię w imię lojalności? Jak radzi sobie z niepewnością?  Jak dramatyczne przeżycia odbiją się na jej dalszym życiu?

Zbrodnia zaburza świat wszystkich, którzy się z nią zetknęli. Dotyka nie tylko ofiary. Dla prowadzącego dochodzenie detektywa staje się obsesją, dla reporterów – nieustającą szansą na „supernewsa”, dla Jean – drogą wiodącą ku szaleństwu. Najsłabiej na tym tle wypada Dawn – matka porwanego dziecka. To postać szablonowa i mało wyrazista.
„Wdowa” napisana jest poprawnym, ale dość prostym językiem: krótkie zdania, niewyszukane słownictwo, sporo dialogów. Czuć w tym rękę byłej dziennikarki piszącej dla szerokiego odbiorcy (autorka pracowała w kilku brytyjskich gazetach).  Paradoksalnie, takie uproszczenie przemówiło do mnie. Powieść nabiera cech autentyzmu. Jakbym czytała dobrze napisany artykuł opowiadający o prawdziwych wydarzeniach.  A przecież w beletrystyce o to właśnie chodzi – żeby oszukać czytelnika. Skłonić go, by na kilka godzin zawiesił niewiarę.  Uległam tej iluzji. Zapomniałam, że czytam bajkę dla dorosłych. Zagłębiłam się w mroczny świat bohaterów.  Jednym współczułam, innych nienawidziłam, a jeszcze inni wkurzali mnie tak, że miałam ochotę rzucić książką o ścianę. „Pirzgnąć”, jak mawia się u mnie na wsi.

Do kogo skierowana jest „Wdowa”? Na okładce książki napisano, że jest to thriller psychologiczny. Nie do końca zgadzam się z tą klasyfikacją. Osobiście określiłabym tę pozycję mianem prozy psychologicznej, odrzucając słowo „thriller”, dodane chyba głównie ze względów marketingowych.  Owszem, mamy w powieści i zbrodnię, i zagadkę kryminalną, ale stanowią one jedynie kościec, szkielet, na którym osadzono to, co najważniejsze – opowieść  o  ludziach. Jeśli jesteś miłośnikiem sensacji, brawurowych ucieczek, emocjonujących pościgów i  strzelaniny, to raczej możesz sobie „Wdowę” darować. Owszem, coś z tego się znajdzie, ale, powiedzmy sobie szczerze, w ilościach szczątkowych. Nawet śledztwo ukazane jest w sposób realistyczny: nie jako porywająca  przygoda, lecz  jako wciągająca, ale jednocześnie żmudna i męcząca praca. Jeśli natomiast lubisz powieść obyczajową, spokojną, nieśpieszną, skoncentrowaną na emocjach, to „Wdowa” bez wątpienia dostarczy ci wielu miłych czytelniczych przeżyć.

poniedziałek, 16 maja 2016

ZNIECZULENIE

POWTÓRKA Z ROZRYWKI


Tytuł: „Znieczulenie”
Tytuł oryginału: "Host"
Autor: Robin Cook
Tłumacz: Maciej Szymański
Wydawca: Rebis
Data wydania: 2016
Stron: 454
ISBN: 978-83-7818-747-9

Opinia opublikowana pierwotnie na portalu Fahrenheit.

Być może stwierdzenie, że jestem wielbicielką twórczości Robina Cooka, jest nieco przesadzone, ale prawdą jest, że lubię jego pisarstwo. Co więcej, choć niespecjalnie przepadam za thrillerami i horrorami, to thrillery medyczne czytuję w miarę często i z przyjemnością. Dlaczego? Myślę, że odpowiedź jest prosta. O ile na co dzień nie mam styczności z superszpiegami i spiskami międzynarodowych korporacji, o ile nikt nie biega za mną z piłą łańcuchową (namolny sprzedawca w Leroy Merlin się nie liczy), nie atakują mnie zastępy zombi, nie prześladują złośliwe duchy, nie napadają wilkołaki ani wampiry, ba!, nawet komputer jakoś specjalnie nie czyha na moje życie (co najwyżej czasem tylko wkurzy), o tyle ze służbą zdrowia miewam od czasu do czasu do czynienia. Powiedziałabym nawet, że ostatnio za często jak na mój gust.  Świadomość, że powierzam swoje zdrowie, a może nawet i życie, zupełnie obcemu człowiekowi, jest mocno niepokojąca. Jest więc thriller medyczny opowieścią o czymś, co znam, opowieścią odwołująca się do moich prawdziwych lęków. Gatunek ten, w przeciwieństwie do klasycznego horroru, potrafi mnie naprawdę przestraszyć. Jeśli dodać do tego sprawne pióro i niewątpliwy talent literacki Robina Cooka, „Znieczulenie” zapowiadało się doprawdy smakowicie. Niestety, gotowy produkt nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań.
Zacznijmy od akcji. Rozumiem, że „Znieczulenie” to trzydziesta piąta powieść Cooka. Rozumiem, że w końcu nawet najpłodniejszemu umysłowi mogą skończyć się pomysły, rozumiem, że autor z czasem powiela pewne sprawdzone wzorce i rozwiązania, ale tym razem posunął się w moim odczucia za daleko. Książka powinna nosić tytuł „Coma – wydanie poprawione i rozszerzone”. Gdzieś w okolicach czterdziestej strony byłabym w stanie bez dalszego czytania dopowiedzieć ciąg dalszy.
Mamy więc niezbyt oryginalny zarys głównej linii fabularnej. A co z detalami? Z przykrością stwierdzam, że też nie jest najlepiej. Całość jest bardzo, ale to bardzo naciągana. Nie będę zdradzać szczegółów – wszak nie o streszczenie powieści chodzi. Powiem krótko: dwójka studentów ostatniego roku, podejrzewając błąd w sztuce medycznej lub zaniedbanie, rozpoczyna prywatne śledztwo. Bez większych trudności uzyskują dostęp do pilnie strzeżonych tajemnic, mafia mordująca z zimną krwią każdego, kto jej stanie na drodze, nie daje rady ich powstrzymać, a rosyjski programista okazuje się idiotą i naiwniakiem, którego można przekupić parą słuchawek i kompletem „empetrójek”. I na dodatek słynny efekt kawalerii nadciągającej dwie sekundy przed katastrofą.  O tym, że student czwartego (ostatniego) roku medycyny łamiący świadomie zalecania HIPAA (akt prawny zapewniający prawną ochronę dokumentacji medycznej pacjenta), a tym samym ryzykujący wydalenie z uczelni na kilka tygodni przed uzyskaniem dyplomu w imię jakiegoś mglistego podejrzenia, jest równie prawdopodobny jak śnieg w sierpniu, naprawdę nawet wspominać nie warto.
Na domiar złego przez trzy czwarte książki akcja toczy się dość niemrawo, a przynajmniej znacznie wolniej niż to zwykle u Cooka bywa. Dzieje się tak głównie za sprawą niezliczonych powtórzeń. Rozumiem, że bohater musi sobie pewne rzeczy kilka razy przemyśleć, ale czytelnikowi wystarczy przedstawić takie rozważania tylko raz. Kolejną sesję rozmyślań wystarczyłoby jedynie zasygnalizować.
Najbardziej jednak zgniewało mnie zakończenie. Jakby czując na karku zbliżający się termin oddania rękopisu, autor nagle przyśpiesza akcję w najgorszy z możliwych sposobów – zaczyna opisywać wydarzenia po łebkach, byle jak, kwitując rozwiązanie kluczowych wątków jednym, dwoma zdaniami.
Niestety, całości nie ratują też postacie, które tym razem wyszły Cookowi raczej kiepsko. Mamy więc dwójkę bohaterów pozostających w tajemniczym  platonicznym związku. On – błyskotliwy, przystojny i czarny. O tym ostatnim szczególe autor nie pozwala nam zapomnieć. Co i rusz przypomina nam, że Michael jest czarny. Inteligentny i czarny. Przebojowy i czarny. Przystojny i czarny. O czym by akurat nie szła rzecz, i tak za chwilę będzie nam przypomniane, że Michael jest czarny. Czyżby autor podejrzewał czytelnika o mocno zaawansowaną sklerozę? A „najlepszy” w tym wszystkim jest fakt, że kolor skóry bohatera nie ma najmniejszego znaczenia. Nic by się nie zmieniło, gdyby nieszczęsny student był żółty, czerwony albo nawet fioletowy. Wiem, że bohater musi jakoś wyglądać, wiem, że trzeba go opisać, ba!, nawet takich opisów pożądam. Tym niemniej proszę o trochę wiary w pamięć czytelnika!
Teraz ona. Lynn Peirce, niezwykle uzdolniona studentka o krok od dyplomu, ale o mentalności siedmiolatki. Od osoby w jej wieku oczekiwałabym nieco więcej odpowiedzialności. Ktoś, kto kompletnie nie przejmuje się konsekwencjami swych działań, powinien pomyśleć o specjalności innej niż medycyna. Wyjątkowo irytująca osóbka.
Aha, czy pisałam już o drewnianych dialogach? Nie? No to właśnie piszę.
Żeby jednak być sprawiedliwą, muszę dodać, że „Znieczulenie” nie jest pozbawione plusów. Największym z nich jest płynny, potoczysty język, dzięki któremu ten dość miałki tekst dość dobrze „wchodzi”. Nawet długie fragmenty dość hermetycznych rozważań z zakresu anestezjologii, onkologii i farmakologii podano całkiem przyjemną polszczyzną i w sposób zrozumiały także dla laika.
Trzeba też przyznać Cookowi, że nie uległ panującej obecnej modzie na epatowanie dosłownością. Choć mamy w książce sceny brutalnych morderstw, pobicia czy gwałtów, to są one przedstawione bardzo umownie. Zamiast stosować literacki odpowiednik „keczupu na ekranie”, autor pozostawia pole do popisu wyobraźni czytelnika, a że na brak wyobraźni nie narzekam, takie rozwiązanie oddziaływuje na mnie znacznie silniej niż szczegółowy opis z detalami.
Pora przejść do konkluzji. „Znieczulenie” jest pozycją zdecydowanie wtórną. Nie jest być może książką bardzo złą, ale w najlepszym przypadku można ją określić jako pozycję dość przeciętną, taką, którą przeczytać można, ale niekoniecznie trzeba. Ot, takie czytadło, po które sięgamy w wolnej chwili. Raczej dla zagorzałych fanów Cooka i osób badających całokształt twórczości pisarza. Całej reszcie świata zdecydowanie bardziej polecam „Comę” z 1977 roku.

czwartek, 21 stycznia 2016

PODOBIEŃSTWA I RÓŻNICE


THRILLER THRILLEROWI NIERÓWNY


Są czytelnicy, którzy dobierając lektury stosują swoisty płodozmian: jedni nigdy nie czytają pod rząd dwóch książek tego samego autora, inni idą dalej i zmieniają gatunki, ba!, są nawet tacy, co lubią zmienić język publikacji. Istnieje też druga grupa czytelników, których na własne potrzeby nazywam "maratończykami". To tacy, którzy nie spoczną dopóki nie przeczytają wszystkich dostępnych na rynku książek  danego autora. Mentalnie bliżej mi do grupy drugiej, aczkolwiek bez przesady. Ostatnio zastosowałam metodę pośrednią. Przeczytałam dwie powieści, które co prawda są dziełami różnych autorów, ale mają ze sobą wiele wspólnego. 
Oto co łączy wypomniane pozycje: obie książki to thrillery psychologiczne, obie wyszły spod piór kobiet, obie koncentrują się na analizie toksycznych związków (różnego rodzaju), z obu emanuję podobna ciążka atmosfera,  nawet sposób narracji jest nieco podobny - historie nie są opowiadane z jednego punktu widzenia, lecz z trzech.
Oczywiście, są też różnice, Jako główną wymieniłabym rozłożenie akcentów. Thriller psychologiczny - jak sama nazwa wskazuje - ma dwie składowe: element sensacji i element psychologii. O ile w "Dziewczynie z pociągu" nacisk położono na "thriller", o tyle w "Przerwanym milczeniu" chodzi przede wszystkim o składową "psychologiczny". Motyw  sensacyjny to dla "Dziewczyny z pociągu" kręgosłup, na którym trzyma się całość. Po jego usunięciu niewiele by zostało, natomiast "Przerwane milczenie" po takim zabiegu pozostałoby nadal pełnowartościową, ciekawą powieścią, bo zbrodnia, choć krwawa, jest tu tylko pretekstem do opowieści o mrocznych tajemnicach.

Ale skończmy z ogólnikami. Czas na garść szczegółów.


"Dziewczyna z pociągu" to debiut literacki Pauli Hawkins, który szturmem wdarł się na listy światowych bestsellerów. O czym traktuje powieść, która uwiodła serca (i portfele) milionów czytelników?
Rachel, rozwódka i alkoholiczka, znalazła się na życiowym zakręcie. Dojeżdżając codziennie do Londynu obserwuje z okna pociągu życie dwójki młodych ludzi. Widzi ich każdego dnia, gdy pociąg zatrzymuje się pod semaforem. Postój trwa tylko kilka chwil, ale to wystarczy, by Rachel dorobiła do tego co widzi cała wyimaginowaną historię. Nawet nadaje imiona obserwowanej parze, nazywa ich Jess i Janson. Snuje marzenia o ich życiu, życiu jakie sama chciałaby wieść - cudownym, idealnym, wręcz bajkowym. Ten wyidealizowany obraz nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością, a słodka bajka okazuje się mroczną baśnią, pełną upiorów i nieszczęść. Pomysł ten, aczkolwiek nie nowy, dość mi przypadł do gustu. To, że nasze marzenia i rojenia często nie mają wiele wspólnego z prawdą nie jest specjalnym odkryciem, a jednak za każdym razem uzmysławiając sobie ową oczywistą oczywistość zdumiewamy się niepomiernie, nieprawdaż?
Dość ciekawy, choć też nie nowy, jest sposób prowadzenia narracji. Co chwila zmieniamy punkt widzenia, obserwując historię oczami to jednego, to drugiego bohatera. Co więcej, chronologia również jest mocno pokrętna. Część historii dziejąca się w teraźniejszości poprzerywana jest licznymi retrospekcjami. Ten sposób prowadzenia opowieści nazwałabym narracją w stylu Tarrantino. Czyż nie przypomina wam to kultowego "Pulp fiction"? Gdyby Quentin T. nie kręcił filmów lecz pisał książki, tak z pewnością wyglądałaby narracja.
Rzecz czyta się dobrze. Język jest płynny, potoczysty, dialogi dobrze skonstruowane, akcja toczy się wartko. Pod względem fabularnym powieść ma wszystko to, co dobry thriller mieć powinien: zagadkę, liczne tropy - te pomocne i te mylące. Co i rusz wychodzi na jaw jakaś tajemnica z przeszłości, która jednak niczego nie tłumaczy, a jedynie rodzi nowe pytania.
Autorka niczym pracowita pszczółka zbiera różne rozwiązania i przędzie z nich pajęczynę opowieści. Oj, pszczółka przędąca pajęczynę?! Chyba nieco się zagalopowałam w przenośniach.
I nie tylko ja. Mam wrażenie, że zagalopowała się także autorka, robiąc wszystko by skomplikować na siłę dość prostą historię. Co i rusz dodaje kolejne, coraz mniej prawdopodobne wątki, psychika bohaterów jest coraz bardziej pokręcona, aż chce się wrzasnąć "jednego normalnego bohatera poproszę!"
W pewnej chwili zaczęłam jednak odczuwać przesyt zarówno treścią jak i formą. Rwąca się narracja wymagała znacznie więcej skupienia niż na to zasługuje błaha w istocie książka. Do tego zarówno postępowanie postaci jak i ich motywacje uważam za mocno niewiarygodne, a tym samym nieprzekonywujące. Po prostu trudno było mi uwierzyć, zapomnieć, że mam do czynienia jedynie z fikcją literacką, a to z kolei uniemożliwiło mi  w pełni zaangażować się w lekturę. Gdybym miała podsumować wrażanie z lektury jednym zdaniem, napisałabym "Przyjemna, ale przekombinowana".


A co z drugą, wspominaną na początku powieścią? Książka Charlotte Link to dzieło autorki doświadczonej i uznanej. W "Przerwanym milczeniu" pisarka skupia się na analizie wzajemnych relacji w niewielkiej grupie nierozłącznych przyjaciół. A są to relacje naprawdę toksyczne, prowadzące w konsekwencji do przerażającej zbrodni. 
Rzecz zaczyna się niewinnie: grupa niemieckich turystów wypoczywa na angielskiej prowincji. Jednak szybko wychodzi na jaw, że ta mała społeczność kryje wiele mrocznych tajemnic. Ich zachowanie pełne jest zakłamania, dwulicowości i przemocy.
Fabułę skonstruowano misternie i z żelazną logiką. Zdarzenia następują nieuchronnie jedno po drugim, nawet drobne, nieistotne na pierwszy rzut oka epizody mają swoje miejsce i znaczenie. Nic nie pozostawiono przypadkowi. Wyraźnie widać, że autorka przedkłada logikę nad suspens, przez co akcja, choć ciekawa, jest miejscami mocno przewidywalna. 
Jednak to nie akcja lecz precyzyjna i wnikliwa kreacja postaci jest najmocniejszą stroną "Przerwanego milczenia". Rzekłabym, że momentami proza Charlotte Link jest aż nazbyt drobiazgowa. Tu i ówdzie można trafić na fragmenty nieco przegadane, a wtedy palec aż sam się rwie do szybszego przewracania kartek w poszukiwaniu bardziej ożywionej akcji. Podkreślam jednak, że są to przypadki sporadyczne, nie psujące przyjemności płynącej z czytania.
Wracając do bohaterów. Żaden z nich nie pozostawiania czytelnika obojętnym - jedni budzą sympatię, inni niechęć, jeszcze inni irytują albo wręcz wkurzają. Czasami miałam ochotę nawrzucać tej czy innej osobie, zapominając, że to przecież tylko twory kreacji literackiej. Daleko posunięty realizm i wiarygodność postaci sprawiają, że książka niemieckiej autorki jest naprawdę przerażająca. To, o czym opowiada, mogło zdarzyć się tuż za ścianą, mogło przydarzyć się mnie albo tobie. Przemoc psychiatryczna i fizyczna, to zło, które czai się wszędzie, a przyzwalające to zło milczenie to jedna z wielkich bolączek naszego społeczeństwa. Iluż nieszczęść i tragedii można by uniknąć, gdybyśmy na widok zła nie odwracali wzroku w drugą stronę, gdybyśmy nie milczeli, nie mówili "to nie moja sprawa".
Ogólnie pozytywne wrażenie z lektury, psuje niestety nieco ostatni rozdział. Autorka wie, że musi podomykać poboczne wątki, robi to jednak dość niezręcznie. Odniosłam wrażenie, że ta część powieści dopisana została niejako z musu, bez polotu, jakby ktoś stał nad głową pisarki i krzyczał "szybciej, szybciej". Jakby tego było mało, przyklejony na siłę happy end, zupełnie nie pasuje do mrocznej, przygnębiającej atmosfery powieści. "Żyli długo i szczęśliwie" to historia ewidentnie zapożyczone z innej bajki. Trochę szkoda, bo zakończenie to coś, co najdłużej pozostaje w pamięci czytelnika. Niezręczna końcówka jest niczym łyżka dziegciu w beczce miodu - okrutnie psuje całość.

Tytuł: Dziewczyna z pociągu
Tytuł oryginału: The Girl on the Train
Autor: Paula Hawkins
Tłumacz: Jan Kraśko
Wydawca: Świat książki
Data wydania: 14-10-2015
Liczba stron: 328
ISBN: 978-83-8031-450-4 

Tytuł: Przerwane milczenie
Tytuł oryginału: Am Ende des Schweigens
Autor: Charlotte Link
Tłumacz: Sława Lisiecka
Wydawca: Sonia Draga
Data wydania: 12-08-2013
Liczba stron: 560

ISBN: 978-83-7508-815-1 




sobota, 28 marca 2015

W CIENIU

KILKA RAZY CIARKI MNIE PRZESZŁY


A.S.A. Harrison "W cieniu" - okładka
Tytuł: W cieniu
Tytuł oryginału: The Silent Wife
Autor: A.S.A Harrison
Tłumaczenie: Dorota Malina
Wydawca: Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Data wydania: 2015-01-12
Stron: 350
ISBN: 978-83-240-2657-9

Powieść A.S.A Harrison „W cieniu” to jedna z lepszych książek na jakie natknęłam się ostatnimi czasy.  Powiem bombastycznie, że to jedna z tych pozycji, dzięki którym można odzyskać wiarę w istnienie wydawców, którym nie jest wszystko jedno co wypuszczają na rynek i autorów, dla których ważna jest nie tylko wysokość nakładu.
Niech cię, czytelniku, nie zmyli lekko kiczowata okładka, sugerująca coś z pogranicza „Zmierzchu” i „50 twarzy Greya”. Nie daj się zwieść wydrukowanemu wielkimi literami słowu „thriller”. „W cieniu”  to przede wszystkim wysmakowana powieść obyczajowa, co najwyżej z elementami thrillera. Nieśpiesznie tocząca się akcja jest podporządkowana nadrzędnemu celowi – dogłębnej, subtelnej analizie rozpadu wieloletniego związku.
Główna para bohaterów, czyli ona – Jodi i on – Todd są ze sobą od dwudziestu lat. Choć większość znajomych, nawet tych bliskich, uważa ich za małżeństwo, w rzeczywistości nigdy nie sformalizowali związku pozostając jedynie "małżeństwem zwyczajowym". Poznajemy ich tuż przed przełomem. On, zapracowany właściciel firmy budowlanej, ma kolejny z wielu romansów, na które partnerka latami przymykała oko. Ona sama przed sobą ukrywa jałowość swej egzystencji, zapełniając dni mnóstwem błahych zajęć: zakupami, spotkaniami z koleżankami, wizytami w SPA. Na pracę poświęca zaledwie kilka godzin przed południem, nie angażując się przy tym nadmiernie.
On, zmęczony rutyną codzienności, szuka ucieczki w drobnych przyjemnościach. Ona zadowolona z istniejącego status quo za wszelką cenę stara się nie dopuścić do zmian. Gdy nagle całe dotychczasowe życie staje na głowie, oboje nie potrafią stawić czoła sytuacji. On w nieskończoność odwleka podjęcie ostatecznej decyzji, ona udaje, że o niczym nie wiem.
Pozornie, w powieści niewiele się dzieje, jednakże gdzieś „podskórnie”, aż kipi od emocji. Obserwujemy subtelne zmiany w zachowaniu i sposobie myślenia bohaterów, kolejne gesty i drobne posunięcia mówią nam o ich psychice więcej, niż zrobiłby wielostronicowy zapis rozmyślań postaci. (Na szczęście tego ostatniego autorka nam oszczędziła). Widzimy jak powoli lecz nieubłaganie miłość i przywiązanie zastępuje nienawiść, jak niezachwiana pewność własnych racji zmienia się w kompletne zagubienie, jak trudno pogodzić się z konsekwencjami własnych wyborów i decyzji, jak trudno przed nawet samym sobą przyznać się do błędu, jak podświadomie winą obarczana jest druga strona
Opowieść poprowadzona jest w narracji trzecioosobowej, lecz co i rusz zmienia się punkt widzenia: historię obserwujemy na przemian to z pozycji Jodi, to z pozycji Todda. Autorka stara się zachować przy tym obiektywność, nie faworyzuje żadnego z bohaterów. Choć ani przez chwilę nie ma wątpliwości, że postępowanie Todda jest naganne, to i Jodi nie jest bez winy. Muszę się przyznać, że kilkakrotnie postawy bohaterów zdenerwowały mnie tak, że miałam ochotę cisnąć książką z okrzykiem „jak można być takim matołem!”, by dopiero po chwili przypomnieć sobie, że przecież wszystko o czym czytam jest jedynie czystą fikcją literacką.
I tak oto doszliśmy do największej zalety „W cieniu” – realizmu. Zwykle, czytając beletrystykę, muszę w większym bądź w mniejszym stopniu odłożyć na bok niewiarę. W tym przypadku było inaczej – bezwarunkowo wierzyłam w każde słowo. Właśnie ten naturalizm sprawia, że powieść jest naprawdę przerażająca. Trudno mnie przestraszyć czymś, w co nie potrafię uwierzyć. Dlatego niezbyt poruszają mnie horror i przekombinowane książki sensacyjne z geniuszem zła w roli czarnego charakteru. Ale „W cieniu” to zupełnie co innego. To wszystko naprawdę mogło się zdarzyć. To mogłoby się dziać nawet gdzieś blisko, tuż za ścianą. Aż mnie kilka razy ciarki przeszły gdy sobie uświadomiłam do czego potrafi zwykłego człowieka doprowadzić rozpacz i desperacja.
Czas spędzony na lekturze minął mi niepostrzeżenie. Sama nie wiem kiedy dotarłam do zakończenia, które wcale nie jest takie oczywiste, jakby się mogło wydawać na podstawie krążących w Internecie opinii. Nieprawdą jest jakoby blurb (Pfuj! Co za  obrzydliwe, ale jakże poręczne, słowo) zdradzał wszystko. Nie zdradza lecz raczej „podpuszcza”. Myślisz, czytelniku, że wszystko wiesz? Że wiesz jak skończy się ta historia? Uważaj, bo możesz się zdziwić!
Gorąco polecam!

Statystyki, katalog stron www, dobre i ciekawe strony internetowe