Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygodowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygodowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 września 2018

SPARTAKUS. TOM 1 - GLADIATOR

KSIĄŻKA DLA CHŁOPCÓW


Ostatnimi laty, być może dzięki popularności serialu telewizyjnego, a może z jakiegoś zupełnie innego powodu (któż jest w stanie zrozumieć zawiłe ścieżki mody), opowieść o Spartakusie przeżywa swój kolejny renesans. Do grona pisarzy, którzy sięgnęli po historię najsłynniejszego bodajże gladiatora, dołączył  Ben Kane. Nic w tym dziwnego, przecież to autor specjalizujący się w gatunku „miecza i sandałów” - powieściach historycznych, których akacja osadzona jest w czasach starożytnego Rzymu. 
Gdybym miała jakoś sklasyfikować tę książkę, najchętniej posłużyłabym się starym, zapomnianym już nieco terminem, używanym w czasach, gdy o poprawności politycznej nikt jeszcze nie słyszał. Chodzi mi o określenie „książka dla chłopców”.  Dziś nikt już (chyba?) tak nie mówi, jednak „książka dla chłopców” wryła się głęboko w moją pamięć, jako powieść łącząca szereg bardzo konkretnych cech: szybka akcja (musi się dziać!), lekka pogarda autora dla prawdopodobieństwa opisywanych zdarzeń (prawdy historycznej szukamy w podręcznikach, literatura przygodowa ma przede wszystkim bawić!), płaskie, czarno-białe postacie (na psychologię jest miejsce w literaturze obyczajowej, czyli w „książkach dla dziewcząt”!).  
Od razu śpieszę wyjaśnić, że nie uważam podziału na literaturę „dla dziewcząt” i „dla chłopców” za dobry, ani też za nim nie tęsknię. Ot, po prostu takie skojarzenie mi się nasunęło. To co napisałam powyżej, mogłabym wyrazić w mniej kontrowersyjny sposób: „Spartakus” to powieść bardzo prosta, oparta na wartkiej akcji, z dość pobieżnie zarysowanymi postaciami. 
W tym miejscu czas na drobne zastrzeżenie: nie jestem fanem tego typu literatury, choć rozumiem, że są osoby, które lubią takie książki. Nie chcę przez to powiedzieć, że mam „lepszy” czy bardziej wyrafinowany gust. Piszę o tym tylko dlatego, by podkreślić, że z pewnością nie jestem grupą docelową tej akurat publikacji, stąd też mój osąd może być zbyt krytyczny, a opinia zbyt surowa.
Po „Spartakusie” spodziewałam się zdecydowanie czegoś innego niż dostałam. Biorąc do ręki dwutomowe dzieło (gwoli ścisłości - pierwszy tom dwutomowego dzieła) oczekiwałam, że zobaczę rozwój głównej postaci, powolne kształtowanie się osobowości, powolne dorastanie do roli przywódcy. Tymczasem - niestety - dostałam bohatera „wszystkomogącego”.  Czy to dobrze czy źle? Sama nie wiem. Takie rozwiązanie pozwala autorowi przejść od razu do tego, co chłopcy (i dziewczynki) lubią najbardziej w powieściach przygodowych: do walk, pojedynków i romansu.  Kto lubi podczas lektury podążać za akcją, z pewnością będzie zadowolony. Natomiast ktoś, kto ceni sobie realizm będzie raczej rozczarowany.
A propos realizmu. Książka to nie tylko fabuła, to także język. O ile fabuła „Spartakusa” jest jaka jest, o tyle język jest mocno niesatysfakcjonujący. Nie wiem kto zawinił: pisarz, tłumacz czy redaktor. Owszem, zdania są poprawne, błędów gramatycznych ani ortograficznych nie ma, ale całość jest niemiłosiernie drewniana, a styl zupełnie niedopasowany do treści. Język na wskroś współczesny od biedy ujdzie w komentarzu odautorskim, ale w dialogach doprawdy trudno go zaakceptować. Nie chodzi mi tutaj o brak stylizacji, wystarczyłby styl „przezroczysty”.  W języku „Spartakusa” zbyt  mocno wyczuwalny jest XXI wiek. I znowu, po raz kolejny podejrzewam, że moje marudzenie wynika z tego, że powieść Kane’a jest po prostu nie dla mnie. Wiem, że jest rzesza czytelników, dla których największym komplementem jakim można obdarzyć książkę jest „czyta się dobrze i szybko”, a współczesny język bez dwóch zdań sprzyja szybkiemu czytaniu. Cóż z tego, jeśli ja wolę czytać powoli?
Czas na podsumowanie. Myślę, że „Spartakus” znajdzie swoich zwolenników - osoby o guście nieco odmiennym od mojego. Dla mnie zaś nauka na przyszłość: dobierając lekturę muszę ostrożniej podążać za ogólnymi trendami, a w większym stopniu uwzględniać swoje osobiste preferencje.

Tytuł: Spartakus. Gladiator.
Autor: Ben Kane
Tłumacz: Arkadiusz Romanek
Wydawca: Znak Horyzont, 2018
Stron: 590
ISBN: 978-83-240-5459-6

poniedziałek, 1 września 2014

Samotny krzyżowiec. Miecz Salomona (tom 1)

PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZA


Tytuł: Samotny krzyżowiec. Miecz Salomona (tom 1)
Autor: Marek Orłowski
Data wydania: 2014-04-10
Wydawca: Instytut Wydawniczy Erica
ISBN: 9788364185557
Stron: 368

Wiele, wiele lat temu postanowiłam, że nie będę czytać niezakończonych cykli. Z wielu powodów. Przede wszystkim dlatego, że coraz częściej otrzymujemy ciągutki rozwleczone w nieskończoność. Autor zwietrzywszy stałe źródło dochodu postanawia pisać opowieść do końca życia i o jeden dzień dłużej (bywa, że taką niekończącą się opowieść podejmuje następca). Wydawca dzielnie go w tej działalności podtrzymuje, a ja, biedy czytelnik, wyciągam z kieszenie kolejne banknoty (albo obciążam kartę kredytową), w nadziei, że może tym razem dowiem
się jaki był finał. Zazwyczaj się nie dowiaduję, a zamiast satysfakcji z lektury odczuwam pewien niesmak, że oto znowu dałam się naciągnąć. Tak więc postanowiłam solennie – niedokończonym cyklom moje stanowcze, robotnicze „nie”. Nie złamałam się nawet wobec słynnego cyklu Martina. I dobrze mi z tym było, aż tu nagle wpadł mi do ręki „Samotny krzyżowiec”. No jak już stoi na półce, to przeczytam – pomyślałam. Jak postanowiłam, tak i zrobiłam. Czy była to słuszna decyzja? Uczucia mam ambiwalentne.
Czas spędzony nad lekturą „Ostatniego krzyżowca” upłynął mi przyjemnie i nieco leniwie, ma bowiem ta opowieść wszystkie cechy literatury wakacyjnej: jest przygoda, jest akcja, jest tajemnica, są gonitwy, pojedynki i regularne bitwy, jest niezłe tempo, nie ma za to rozważań filozoficznych ani psychologicznych. Ot, przygoda w czystej formie.  Autor dość zręcznie połączył znane elementy, dzięki czemu powstała całkiem smaczna, choć mało odkrywcza całość. Mamy więc przeklęty miecz, mamy starca z gór, mamy asasynów, mamy mrocznego rycerza, mamy złamane serce. Jak na razie nie mamy romansu (spokojnie mogę bez tego żyć). Mamy za to do wypęku walk i pojedynków.
Z całej powieści przebija fascynacja autora historią uzbrojenia. Nie jestem fachowcem, więc mogę się mylić, ale w moim odczuciu fragmenty militarystyczne zostały dobrze dopracowane. Orłowski wie, o czym pisze, nie wciska kitu, ciekawie i solidnie opisuje to, co go interesuje. No właśnie. Pierwszy problem z omawianą książką polega na tym, że autor skoncentrował się na bardzo wąskim wycinku rzeczywistości – na tym, co związane z wojną, walką i uzbrojeniem. Nie dostrzega innych aspektów życia. Wszak nawet krzyżowiec nie samą wojną żyje (gwoli ścisłości, wbrew tytułowi, główny bohater krzyżowcem nie jest, co najwyżej „sympatykiem”, że się tak współcześnie wyrażę). Efekt jest taki, jakby ktoś zajrzał do pokoju przez dziurkę od klucza i opisał tylko maleńki fragment, który udało mu się dojrzeć. Jest to bardzo ciekawe, ale nie do końca satysfakcjonujące. Przytoczę jeden przykład: w całym, dość pokaźnym tomie spotykamy tylko dwie kobiety, z czego jedna przewija się jedynie w kilku retrospekcjach  (bo w czasie gdy toczy się akcja od wielu lat już nie żyje), druga pojawia się na kilku stronach w epizodycznej roli. Gdyby świat tak wyglądał, ludzkość dawno by wyginęła. To samo jest z innymi aspektami życia. Co z rozrywkami? Dlaczego nikt nigdy nie zajdzie do kościoła (w owych czasach chyba by wypadało)? No, po prostu świat, gdzie nie istnieje nic poza walką. Jeśli już autor postanowił zredukować warstwę obyczajową do minimum, to coś powinien dać nam w zamian. Aż prosi się o rozbudowany wątek polityczny. Niby coś tam jest, ale jakieś takie rachityczne i wyłożone mocno łopatologicznie, bez miejsca na zagadkę i zaskoczenie.
I na koniec największa wada powieści, choć wiem, że dla wielu może ona być zaletą. Książka kończy się tak, jakby ktoś rękopis autorowi siłą wyrwał. Żadna z historii nie zostaje zamknięta, żadna tajemnica nie jest rozwiązana, mamy tylko typowy, amerykański cliffhanger.
Podsumowując: „Miecz Salomona” to typowy pierwszy tom większej całości, którego zadaniem jest jedynie zaprezentowanie głównych postaci i wstępne naszkicowanie intrygi. Czyta się nieźle, bez nudy, ale na koniec zostaje spory niedosyt i lekkie rozczarowanie. Pozostaje mieć nadzieję, że drugi tom (już zapowiedziany) będzie bardziej konkretny. Bo wstęp (inaczej niż wstępem „Miecza Salomona” nazwać nie można) sugeruje spory potencjał. Jak się dalej historia potoczy – czas pokaże.
 

środa, 25 czerwca 2014

KACPRA RYXA PRZYGÓD CIĄG DALSZY


 POŻEGNANIE Z RYXEM

Tytuł: Kacper Ryx i tyran nienawistny
Autor: Mariusz Wollny
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 2012
ISBN:
978-83-63-1623-82
Liczba stron: 488

Trzeci tom przygód Kacpra Ryxa. Już sam fakt, że po przeczytaniu dwóch części sięgnęłam po kolejną o czymś świadczy. Konkretnie, o tym, że powieść Mariusza Wollnego przypadła mi do gustu.  Swego czasu pisałam o pewnych różnicach w kompozycji tomu pierwszego (Kacper Ryx) i drugiego (Kacper Ryx i król przeklęty). „Kacper Ryx i tyran nienawistny” ewoluuje w kierunku wyznaczonym przez tom drugi. Coraz mniej mamy historii detektywistycznej, a więcej elementów przygodowych i sensacyjnych. Akcja obfituje w pościgi, bitwy, walki, ucieczki i pogonie. Najwyraźniej taka koncepcja lepiej się sprawdziła, a autor postanowił nie ulepszać tego, co jest dobre. I słusznie. Nie od dziś wiadomo, że lepsze jest wrogiem dobrego. Od chwili zakończenia przygód opisanych w tomie drugim  minęło kilka lat. Na tronie zasiada Stefan Batory. Mniej zorientowanym zdradzę, że  to właśnie ten władca, jakże wychwalany przez nauczycieli na lekcjach historii, jest owym, tytułowym tyranem nienawistnym. Dlaczego? A tego już nie powiem. Nie będę psuć przyjemności. 
Kacper postrzał się, ale nie na tyle, by sprawy sercowe zupełnie wywietrzały mu z głowy. Wręcz przeciwnie, jego uczucie do Janki przybiera znamiona obsesji. By zdobyć serce wybranki porzuca nasz bohater na czas jakiś Karków, by wraz z królem i jego wojskiem walczyć z Moskalami o Inflanty. Jak to na wojnie musi znosić wszelkie niewygody, pokonywać niebezpieczeństwa, stawać twarzą w twarz z okrucieństwem.  Przemierza przy tym kawał świata, a my wraz z nim. Autor po raz kolejny zabiera nas na wyprawę do XVI wiecznej Rzeczpospolitej, wspaniale pokazuje czasy i obyczaje, jak z rękawa sypie ciekawostkami.
Nad zaletami książki mogłabym się jeszcze długo rozwodzić, ale byłby to nudne powtórzenia. Wszystko dobre (i złe) co powiedziałam o dwóch poprzednich częściach odnosi się też do tomu trzeciego. Muszę jednak przyznać, że tom trzeci podobał mi się najmniej. Odniosłam wrażenie pewnego chaosu i mniej wyraźnej niż dotychczas linii przewodniej. Aczkolwiek, po chwili namysłu muszę dodać małe zastrzeżenie: moje niezadowolenie może (choć wcale nie musi) wynikać z tego, że znaczną część powieści „Kacper Ryx i tyran nienawistny” stanowią opisy bitew wszelakich, a nie są one tym, co lubię najbardziej. W zasadzie toleruję, ale bez scen bitewnych mogłabym się spokojnie obejść.

Tytuł: Kacper Ryx i król alchemików
Autor: Mariusz Wollny
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 2012
ISBN: 978-83-75-15199-2
Liczba stron: 560

Na szczęście, po tomie trzecim następuje tom czwarty, znacznie bardziej dopracowany i staranniej przemyślany. Autor nie miał zresztą innego wyjścia „Kacper Ryx i król alchemików” to ostatnia, zamykająca część cyklu. Trzeba rozwiązać wszystkie zagadki, pozamykać watki, dopowiedzieć to, co do tej pory pozostawało niedopowiedziane. I znowu pojawiło się to, co lubię – zagadki, tajemnice, śledztwo, knucie i intrygi. Mniej jest pościgów i bijatyki, chociażby ze względu na podeszły wiek i szwankujące coraz bardziej zdrowie naszego bohatera. Kacper Ryx nie jest już młodzieńcem, który może całymi dniami obywać się bez snu, jedzenia i wypoczynku. Jest nobliwym panem, którego tu strzyka a tam boli. Zachował jednak przenikliwy umysł i umiejętność docierania do sedna najbardziej zagmatwanych spraw. 
Kończąc cykl o Ryxsie, Mariusz Wollny przygotował dla czytelników jeszcze jedną niespodziankę. Dopuścił do głosu postacie stanowiące dotychczas tylko tło – na przykład Jankę i Kacpra junior. Na scenę powróci też kilku starych wrogów Kacpra.
Dla tych, którzy tak jak ja polubili pisarstwo Wollnego mam dobrą wiadomość. Autor przygotował ciąg dalszy cyklu, opowiadający o przygodach Kacpra Juniora. Ale o tym w następnym odcinku. Zapraszam do lektury bloga!

Opinia zgłoszona do wyzwania: Z literą w tle
Opinia zgłoszona do wyzwania: Klucznik

poniedziałek, 26 maja 2014

NIEJAKI NADMIAR SZCZĘŚCIA



INWSTYGATORA KRÓLEWSKIEGO PRZYGÓD CIĄG DALSZY


Tytuł: Kacper Ryx i król przeklęty
Autor: Mariusz Wollny
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 2012-02-29
ISBN: 978-83-7515-233-3
Liczba stron: 658

Pierwszy tom cyklu Mariusza Wollnego o przygodach Kacpra Ryxa, zatytułowany po prostu „Kacper Ryx”, mimo pewnych wad wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie. (Pisałam na ten temat tutaj). Nic więc dziwnego, że z radością i nadzieją sięgnęłam po tom drugi – „Kacper Ryx i król przeklęty”. Nawiązanie do słynnego cyklu Druona nie jest przypadkowe. Akcja dzieje się za czasów Henryka Walezego, władcy pochodzącego z rodu królów przeklętych do trzynastego pokolenia przez Wielkiego Mistrza Templariuszy.
Mam pewien kłopot z czytaniem cykli. Gdy kolejne części są do siebie zbyt podobne, zaczyna wiać nudą, ale gdy zbytnio różnią się od siebie, też narzekam, bo nie tego wszak się spodziewałam. „Kacper Ryx i król przeklęty” to przypadek drugi. Książka nie jest zła, ale niezupełnie tego oczekiwałam. Odmienność drugiego tomu można dostrzec na wielu płaszczyznach – tych mniej i bardziej oczywistych.
Pierwsze, co rzuca się w oczy, to znacznie większa objętość. Dodatkowe sto stron to nie w kij dmuchał. Choć ta akurat różnica jest powierzchowna i niezbyt istotna. Ani to zmiana na plus, ani na minus.
Rzecz druga, znacznie poważniejsza, to zmiana w psychice bohatera. Trochę nam się Ryx przez te kilka lat zestarzał, zmądrzał, wydoroślał i do tego zakochał  nieszczęśliwie. Wiem, że istnieją czytelnicy alergicznie reagujący na wątki miłosne w książkach przygodowych. Nie mam aż tak ekstremalnych poglądów, ba!, czasami nawet czytuję romanse (ze szczególnym uwzględnieniem mojej ukochane Jane Austen). Rozumiem też, że z upływem czasu bohater musi się rozwijać (nawet wieczny chłopiec James Bond jakoś nam ostatnimi czasy wydoroślał), ale zakochanego Ryxa nie kupiłam. Wolałam szaławiłę z pierwszego tomu. Zmiana na lekki minus.
Rzecz trzecia, tło historyczne. Tu uczucia mam najbardziej ambiwalentne. W tomie pierwszym urzekły mnie wtrącane tu i tam, niejako od niechcenia, anegdotki historyczne (często bardzo luźno, albo i wcale nie związane z treścią). W tomie drugim tło historyczne bardziej zrosło się z akcją. Autor roztacza przed nami szeroką panoramę życia w ówczesnej Polsce. O ile ciekawostki z tomu pierwszego w większości znałam (ale i tak z przyjemnością je sobie przypomniałam), o tyle z tomu drugiego dowiedziałam się kilku nowych rzeczy, szczególnie na temat życia w Akademii Krakowskiej. Niestety, odniosłam wrażenie, że chwilami autora zbyt ponosił entuzjazm i niejeden fragment książki zamiast pełną lekkości opowieścią jest przyciężkawym wykładem. I tak, zmianę oceniam na plus za wartości poznawcze i na minus za mniej atrakcyjną formę.
Punkt czwarty. Fabuła. O ile tom pierwszy opierał się w znacznej mierze na rozwiązywaniu zagadki (czyli na tym, co lubię najbardziej), o tyle tom drugi zdryfował w stronę powieści awanturniczo-sensacyjnej. Mniej tu pracy detektywa, więcej biegania i bijatyki. W zależności od indywidualnych preferencji czytelnika może to być zmiana albo na plus, albo na minus.
Jeśli już o fabule mowa. Jeden fragment zniesmaczył mnie okrutnie. Odniosłam wrażenie, że został niemal żywcem przepisany z „Szatana z siódmej klasy”. Faktem jest, że to nie Makuszyński wymyślił legendę o mędrcu z Buchary i jego ośle, trudno więc mówić o plagiacie, ale uważam, że takie zapożyczenie było zupełnie niepotrzebne. Zgrzytnęło mi niczym skorupa od orzecha w cieście z bakaliami. Da się z tym żyć, ale niesmak pozostaje.
A jeśli już o zgrzytaniu mowa... Nie wiem, czy to przeoczenie redakcji, czy tylko mi sie trafił egzemplarz z błędem składu, ale dostrzegłam rzecz zabawną. Kolejne części noszą tytuły - daty.  Coś w rodzaju "Kwiecień 1573". Rozwiązanie dość popularne, ułatwiające czytelnikowi umiejscowić kolejne wydarzania w czasie. Tylko że zgodnie z tytułami, Boże Narodzenie wypadło jakoś na przełomie marca i kwietnia. Wiem, że kalendarz liturgiczny zmieniał się na przestrzeni lat, ale nie sądzę, by aż tak.  
Tradycyjnie czas na podsumowanie. "Kacper Ryx" ustawił poprzeczkę bardzo wysoko. "Kacper Ryx i król przeklęty” podobał mi się nieco mniej niż część poprzednia (ale tylko ociupinkę), głównie ze względu na brak lekkości, która tak mnie urzekła w pierwszym tomie. Tym niemniej wciąż jest książką niezłą, a ja z pewnością za czas jakiś przeczytam tom trzeci.

piątek, 23 maja 2014

INWESTYGATOR JEGO KRÓLEWSKIEJ MOŚCI

PRZYGODY KRÓLEWSKIEGO INWESTYGATORA


Okładka - Kacper Ryx
Tytuł: Kacper Ryx
Autor: Mariusz Wollny
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 2007
ISBN: 978-83-75-15014-8
Liczba stron: 584

Książkę Mariusza Wollengo „Kacper Ryx” polecono mi jako kryminał historyczny. Teraz, gdy już powieść przeczytałam, odnoszę wrażenie, że było to określenie mocno nieprecyzyjne. Jest bowiem „Kacper Ryx” przede wszystkim powieścią historyczną z mocno rozbudowanym wątkiem kryminalnym. Mam na myśli głównie proporcje i rozłożenie akcentów, ale nie tylko.
Dlaczego sprzeciwiam się nazwaniu książki „kryminałem”? Po pierwsze, ze względu na kompozycję. W klasycznym kryminale wszystko kręci się wokół jednej, głównej zagadki. „Kto zabił” dowiadujemy się na ostatniej stronie, no, może przedostatniej. Struktura powieści Wollnego jest inna, bardziej przypominająca prawdziwe życie. Mamy do czynienia z kilkoma nakładającymi się na siebie w czasie zagadkami – jedne zostaną rozwiązane dość szybko, inne wymagają czasu. Sprawy czasem łączą się ze sobą czasem przeplatają, a czasem każda biegnie własnym torem. Jak w życiu, które za nic ma sobie zasady kompozycji. 
Teraz czas na "po drugie". Być może najważniejsze. Zagadka i śledztwo są w „Kacprze Ryxie” jedynie szkieletem, na którym osadzono to co w powieści najsmakowitsze – „mięseczko”, jak mawiała moja nieodżałowana polonistka. U Wollnego „mięseczkiem” jest literacka wyprawa w czasie.
Autor wielce udatnie zabiera czytelnika na wycieczkę po Polsce Zygmunta Augusta. Z wdziękiem oprowadza nas po Krakowie, pozwala podglądać staropolskie obyczaje i życie codzienne, sypie anegdotami historycznymi, jednym słowem „bawiąc uczy”. Całość bogato przeplata łacińskimi sentencjami (jakże by inaczej, wszak akcja dzieje się w XVI wieku!) i perełkami poezji staropolskiej
Niestety, Wollnemu nie udało się ustrzec grzechu typowego dla znacznej części powieści historycznych. Jeśli autor umieszcza akcję w przeszłości, to nieszczęsny bohater musi (no po prostu musi!) spotkać wszystkie znane osoby danej epoki. Tak jest i z Ryxem. Na kartach książki pozna Zygmunta Augusta, Jana Kochanowskiego, Łukasza Górnickiego, Mikołaja Sępa Szarzyńskiego, Jana Zamoyskiego, Jana Drohojowskiego, Erazma Czeczotkę i kilku biskupów na dokładkę. Co prawda Wollny dość dobrze „podprowadza” akcję uzasadniając taki, a nie inny rozwój wydarzeń, ale i tak trochę to naciągane.
Wielcy tego świata są oczywiście ważni, ale co z tytułowym bohaterem? Ten autorowi bardzo się udał. Sprytny, obrotny, nieznający swych rodziców podrzutek, wychowanek przytułku, a w czasie gdy rozgrywa się akcja powieści - żak Akademii Krakowskiej, wzbudził we mnie niekłamaną sympatię, bo choć wad ma bez liku, chociażby takich jak pociąg do trunków i swawolnych przedstawicielek płci pięknej, to i zalet mu nie brakuje. Jest lojalny, inteligentny, uczciwy i niewątpliwie ma dobre serce. Co tu dużo gadać – polubiłam hultaja i z pewnością niedługo sięgnę po drugi tom jego przygód. A potem po trzeci. I po czwarty.

czwartek, 8 maja 2014

POWIEŚĆ HISTORYCZNA W WYDANIU PRATCHETTA

TYM RAZEM BEZ ŚWIATA DYSKU

Okładka Spryciarz z Londynu - Terry Pratchett
Autor: Terry Pratchett
Tytuł: Spryciarz z Londynu
Tytuł oryginału:Dodger
Tłumaczenie: Maciej Szymański
Wydawca: Rebis
Data wydania: 16-04-2013
Stron: 416
ISBN: 978-83-7510-980-1

Jestem zagorzałym fanem Sir Terence’a Davida Johna Pratchetta, znanego powszechnie jako Terry. Gdy tylko na rynku ukazuje się nowa powieść Anglika, natychmiast trafia na moją półkę (albo na czytnik – zależy od cyklu). „Spryciarz z Londynu” nie był wyjątkiem. Książkę kupiłam w dniu premiery (to już rok, ależ ten czas leci!), ale jak to czasem bywa, odłożyłam „na chwilę”. Dalszego ciągu łatwo się domyśleć. „Spryciarz…” utknął gdzieś na dnie stosiku, przywalony „nowszymi nowościami” i stertą literatury fachowej, takiej do przeczytania na już. I pewnie leżałby tam sobie jeszcze długo, gdyby nie zapowiedź nowego, czterdziestego już (sic!) tomu z cyklu świata Dysku. Najpierw ze smutkiem skonstatowałam, że muszę czekać jeszcze ponad dwa tygodnie, a potem z radością przypomniałam sobie, że czeka na mnie jeden nieprzeczytany Pratchett. Hura!
„Spryciarz z Londynu” to Pratchett nietypowy. Nie ma w nim ani czarów, ani magii, ani metaforycznych światów. Jest za to stary, dobry (no dobrze, nie taki znowu dobry) dickensowski Londyn, ze wszystkimi  swymi atrybutami: mgłą, biedą i sprytnymi łobuziakami. Autor nie ukrywa inspiracji twórczością Dickensa, wręcz przeciwnie, co i raz je podkreśla, mrugając do czytelnika mniej lub bardziej wyraźną aluzją. A gdyby ktoś był na aluzje wyjątkowo odporny, wprowadza na karty książki… samego Karola Dickensa. Bardziej dobitnej wskazówki nie sposób wymyślić. Jeśli już o aluzjach mowa – urzekł mnie stary znajomy jednego z bohaterów, niejaki Karol, utrzymujący, że ludzie wyzyskują się nawzajem.
I tak oto stało się jasne, czym jest „Spryciarz z Londynu”. To owoc starcia Pratchetta z powieścią historyczną. Taką, w której trzeba stawić czoła realiom i nie można w magiczny sposób wyciągnąć bohatera z opresji. Jak autor poradził sobie z zadaniem?
Terry Pratchett nigdy nie był gigantem fabuły. W "Spryciarzu z Londynu"  widać to wyjątkowo wyraźnie. Akcja jest prosta jak kij od miotły, przewidywalna niczym kolejna porażka polskich piłkarzy i naiwna jakoby panna z dobrego domu. Ale nic to! Wszak nie o fabułę, w książkach Mistrza chodzi. Przynajmniej w większości z nich. Do wyjątków można zaliczyć cykl rozpoczęty „Długą ziemią” i może jeszcze kilka innych pozycji. Tym, za co kochamy Pratchetta jest przede wszystkim specyficzne, niepodrabialne poczucie humoru, cięta, ale nie złośliwa satyra, umiejętność dostrzegania magii tam, gdzie nikt jej nie widzi, skrzące się inteligencją nawiązania i aluzje oraz skrywane pod pozorem żartu refleksje. Niestety, w „Spryciarzu z Londynu” nieco mi tego brakowało. Oczywiście, autor nie zmienił całkowicie stylu. Dał czytelnikom to, do czego przyzwyczaił ich latami: humor, ironię i celne obserwacje obyczajowe. Jednak jak dla mnie, było tego za mało. Trawestując klasykę „za mało Pratchetta w Pratchettcie”. Jeśli dodać do tego bardzo prostą, wręcz naiwną fabułę, po lekturze pozostaje uczucie lekkiego rozczarowania.
Lekkiego, gdyż książce nie można odmówić wielu zalet. Przede wszystkim mamy fajnych, oryginalnych bohaterów, a wśród nich wiele postaci  historycznych. Poza wspomnianym już Dickensem, wspomnę chociażby o Robercie Peelu czy Banjaminie Disraelim. Niektóre osoby od razu polubimy, innym będziemy życzyć wszystkiego co najgorsze (tych jest na szczęście niewiele), ale żadna nie będzie nam obojętna.
Po drugie, mamy wspaniałą panoramę XIX-wiecznego Londynu. Nie ma w niej za dużo pałaców i sal balowych, są za to kanały, spelunki i podejrzane dzielnice. Trzeba przyznać, że w tej materii autor świetnie odrobił lekcje.
Mamy też, oczywiście, barwny, bogaty, potoczysty język. Tutaj ogromny ukłon w stronę tłumacza. Maciej Szymański dał radę, mimo że musiał zmierzyć się z legendą. Nie ma wątpliwości, że efekt jego pracy porównywany będzie z dokonaniami Piotra W. Cholewy. Szymański wyzwanie podjął i udźwignął.
Oj, jakoś mętnie mi dziś wyszło. Piszę i piszę, a wciąż nie wiadomo: podobał mi się „Spryciarz z Londynu” czy nie podobał? Migam się nieco od odpowiedzi, bo chyba sama do końca nie wiem. W sumie nie było źle, książkę przeczytałam z przyjemnością, ale zdecydowanie wolę świat Dysku.  "Spryciarz z Londynu" to książka skierowana raczej do młodego czytelnika, a ja z tej kategorii, niestety, dawno już wyrosłam. A żal.
 Ufff… chyba wybrnęłam z opresji.

niedziela, 13 kwietnia 2014

NIESZCZĘŚLIWY „SZCZĘŚLIWY POWRÓT”

DO POWIEŚCI MARYNISTYCZNEJ PODEJŚCIE DRUGIE


C.S. Forester "Sczęśliwy powrót"
Tytuł: „Szczęśliwy powrót”
Tytuł oryginału:   The Happy Return
Autor: C.S. Forester
Tłumacz: Paweł Stachura
Wydawca: REMI
Data wydania: 2011
Liczba stron: 310
ISBN: 978-83-931226-8-4 

Pisząc o tej książce należałoby podzielić tekst na dwie części: pierwszą poświęconą powieści Forestera, drugą – opowiadającą o wyrobie książkopodobnym wydawnictwa „Remi” (książką nazwać tego czegoś niepodobna, bez obrażania przyzwoitych wydawców).
Zacznijmy od rzeczy przyjemnych, czyli od powieści „Szczęśliwy powrót”. Choć rzecz jest, mówiąc delikatnie, niemłoda – Forester napisał "Szczęśliwy powrót" w roku 1937, opowieść o przygodach Hornblowera nadal czyta się świetnie. Książka ani trochę nie trąci myszką. No, może troszeczkę, ale w przypadku powieści historycznej jest to w pełni wybaczalne, wręcz nadaje książce stylu i uroku.
Czas jakiś temu pisałam o innej powieści marynistycznej („Dowódca Sophie” Patricka O'Briana). „Szczęśliwy powrót” bije tę pozycję na głowę. Ma wszystko to, czego „Dowódcy Sophie” zabrakło.
Po pierwsze, ma znacznie lepszą kompozycję. Widać, że autor starannie przemyślał całość, fabuła rozwija się w sposób logiczny wynikający z wcześniejszych wydarzeń. Oczywiście, co jakiś czas mamy nieoczekiwane zwroty akcji – bez nich opowieść byłaby nudna, ale są one zawsze dobrze uzasadnione. Wszak bohaterowie nie mogą przewidzieć wszystkich okoliczności zewnętrznych i zawirowań politycznych.
Po drugie, sama opowieść jest znacznie ciekawsza. Mamy intrygę, przygodę, wątek romansowy (na szczęście nie przesadny). Czytając „Szczęśliwy powrót” zwyczajnie chcesz widzieć co będzie dalej.
Po trzecie, wiedza marynistyczna jest podana w znacznie bardziej przystępny sposób. U Forestera, terminologia morska pojawia się w sposób naturalny, podczas gdy u O'Briana miałam wrażenie, że autor na siłę usiłuje wepchnąć do książki wszystko co wie, bez względu na to, czy ma to jakiekolwiek uzasadnienie fabularne, czy nie.
Lekturę uważałabym za wielce satysfakcjonująca, gdyby wydawnictwo Remi, nie zmieniło fajnej książki w potworka. Do ogólnej katastrofy przyłożyli się wszyscy: tłumacz, redaktor, korektor.
Moja technika czytania sprawia, że na ogół nie zauważam drobnych potknięć takich jak literówki, czy inne mniej istotne błędy, a nawet jeśli je zauważę, nie drę szat, wychodząc z założenia, że każdemu może się zdarzyć wpadka. Ale to, co zobaczyłam, wystawiło na próbę nawet moją, bardzo tolerancyjną postawę.
Rozumiem literówki, rozumiem błędy składu. Ale ortografy?!!! I nie chodzi mi tu o pisownię jakiś niezwykle wyszukanych lub mało znanych słów. Pozwolę sobie przytoczyć tylko jeden przykład, by zilustrować, o jakim kalibrze błędów mówimy - „rozruba” (jeśli ktoś nie wierzy, że coś takiego mogło się zdarzyć podaję stronę – 46, wiersz ósmy od dołu). 
Wiem, że słownictwo morskie, podobnie jak każde inne słownictwo specjalistyczne, może stanowić dla tłumacza wyzwanie. (Chociaż czasem lepiej posłuchać mądrości ludowej, która mówi „jak nie potrafisz, nie pchaj się na afisz”). Wiem. Mogłabym więc wybaczyć tłumaczowi pomylenie grota z fokiem, ba!, jako osoba wielce tolerancyjna, wybaczyłabym nawet nazwanie okrętu statkiem (choć to bluźnierstwo), nie mogę jednak wybaczyć totalnego braku konsekwencji. Jeśli tłumacz decyduje się używać terminu „midszypmen”, to niech, na Boga!, stosuje go konsekwentnie. Jednakże, z nieznanych powodów, w okolicach pięćdziesiątej strony, tłumacz zmienia zdanie i zamiast midszypmena mamy miczmana. Osobiście, jest mi wszystko jedno, którego terminu by użyto (aczkolwiek na brytyjskim okręcie, pochodząca z rosyjskiego forma miczman nieco razi), byleby tylko zrobiono to konsekwentnie. I jeszcze jedno pytanie. Jeśli nawet tłumacz się pomylił, to gdzie był redaktor? Gdzie?
A jeśli już o redakcji mowa. Nie mam ani czasu, ani ochoty wytykać wszystkich błędów, bo musiałabym chyba przepisać trzy czwarte książki. O ich zagęszczeniu niech świadczy fakt, że na jednej tylko kartce znalazłam takie dwa oto kwiatki:

- Ponieważ, mój panie, statek pocztowy, na którym byłam pasażerką płci pięknej, został zdobyty przez hiszpańskiego korsarza […]
WTF? A kim miała być? Pasażerką płci brzydkiej?
Pół strony wcześniej mamy:

- Otrzymałem, ale nie sądzę, by było rozsądne, by pani dołączyła do kompanii płynącej moim okrętem.
Wielokrotne powtórzenie słowa „pani” w tym nieporadnym zdaniu sprawiło, że kapitan poczuł się jeszcze bardziej niezręcznie.

WTF numer dwa. Liczyłam i liczyłam, ale jak bym nie rachowała (mogę pokazać indeks z zaliczonymi na najwyższą oceną czterema semestrami wyższej matematyki), za każdym razem wychodziło mi, że to wielokrotne powtórzenie równa się 1 (słownie jeden). Doprawdy, nie trzeba być wybitnym polonistą, żeby zauważyć, że w tym zdaniu coś nie gra. Wystarczy odrobina logicznego myślenia. I uczciwe podejście do wykonywanej pracy. O szacunku dla czytelnika nie wspomnę.
Teraz, mądra po szkodzie, odkryłam dwa inne wydania (oba w tłumaczeniu Henryki Stępień), jedno z roku 1970, drugie z 1991. Osobom zainteresowanym książką, z całego serca radzę, rozejrzeć się za którymś z nich.

Opinia zgłoszona do wyzwania: Klucznik.

piątek, 7 marca 2014

„DOWÓDCA SOPHIE” PATRICK O'BRIAN

MORSKIE OPOWIEŚCI NIE TYLKO DLA CHŁOPCÓW



TytułDowódca „Sophie”
Tytuł oryginału  Master And Commander
AutorPatrick O’Brian
TłumaczBernard Stępień
Wydawca: Zysk i S-ka
Data wydania: 2004 (wznowienie)
Liczba stron: 448
ISBN: 83-7150-280-X 

Zanim przejdę do dalszych dywagacji muszę od razu na wstępie zrobić jedno zastrzeżenie: nie znam się w ogóle na sprawach morskich, a na żeglarstwie w szczególności. Jedyne fachowe słowo z tej dziedziny jakie znam to "handszpak" - zostało mi w pamięci z czasów wczesnej młodości, gdy zaczytywałam się znakomitym "Znaczy kapitanem". Tak więc wszystkie dalsze wywnętrzenia będą impresjami profana, za co z góry wszystkich prawdziwych znawców tematu przepraszam.
„Dowódca Sophie” to pierwsza część większego cyklu. Znacznie większego. Doliczyłam się dwudziestu jeden tomów. Więcej nie będzie z przyczyn oczywistych - Patrick O’Brian zmarł w roku 2000.
Tom pierwszy – „Dowódca Sophie” to początek przygód Jacka Aubreya  i Stephena Maturina (tak, tak! to ci sami panowie, których znamy z filmu "Pan i władca: na końcu świata"). Jack po raz pierwszy w życiu obejmuje dowództwo okrętu. Podczas kompletowania (a właściwie uzupełniania) załogi poznaje Stephena Maturina. Ten typowy szczur lądowy, jest wyjątkowo cennym nabytkiem – rzadko która jednostka może poszczycić się prawdziwym lekarzem. Oprócz leczenia załogi, Maturin ma jeszcze jedno, czysto literackie zadanie. Jako kompletny laik może dopytywać się o wszystko. Dzięki temu czytelnik mniej obeznany z tematem, nie pogubi się w tych wszystkich tajemniczych gaflach, sztakslach i innych bombramstengach. Oczywiście można takie „trudne” słowa zignorować, zastępując je na własne potrzeby określeniami „jakiś żagiel” czy „jakiś tam kawałek masztu”, ale co to za przyjemność?! Aczkolwiek i tak od czasu do czasu musiałam wspierać się internetem, a były chwile, gdy nawet polska wikipedia nie dawała rady. Ustalenie jak wygląda barcalonga albo polakra zajęło mi nieco czasu.
„Dowódca Sophie” to opowieść o życiu i obyczajach Royal Navy na przełomie XVIII i XIX wieku. Książce brak wyraźnej linii fabularnej – jest to raczej zbiór luźno powiązanych morskich opowieści. „Sophie” krąży po Morzu Śródziemnym wykonując kolejne zadania, głównie „gania za pryzami” jak to z pogardą komentuje jeden z członków załogi. Taka konstrukcja to, wbrew pozorom, ogromne wyzwanie dla autora. Patrick O’Brian nie do końca sobie z nim poradził. Momentami historia jest zbyt chaotyczna, wręcz „szarpana”, wątki urywają się w najmniej oczekiwanym miejscu, jakby autor zapomniał dopisać końcówki albo składacz niechcący zgubił akapit czy dwa. Chwilami cofałam się o kilka stron by sprawdzić, czy aby nie skleiły mi się kartki, by potem przekonać się, że opowieść została dokończona, ni z tego, ni z owego kilka akapitów dalej. Być może jest to podejście nowatorskie, lecz mi osobiście nie przypadło do gustu - artystycznie nic nie wniosło, a tylko naruszało płynność czytania.
Największą zaletą książki Patricka O’Briana jest wierność realiom, i niesamowite nagromadzenie faktów oraz ciekawostek, o których nie zawsze wiedzą nawet entuzjaści literatury marynistycznej. Wynagradzają one niedoskonałości warsztatowe. Ot chociażby taka, że w pewnych okolicznościach bryg może być nazywany slupem. W jakich? Nie powiem, żeby nie psuć przyjemności z lektury. 
Bez dwóch zdań lektura „Dowódcy Sophie” wzbogaciła moją wiedzę, ale to chyba trochę za mało, bym miała ochotę od razu sięgnąć po drugi tom. Chociaż może za jakiś czas? Kto wie?

Moja ocena: 5/10
Książkę zgłaszam do wyzwania: Z literą w tle



Statystyki, katalog stron www, dobre i ciekawe strony internetowe