Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 lipca 2017

SIEDEM SIÓSTR

(NIE)SZCZĘŚLIWA SIÓDEMKA



Tytuł: „Siedem sióstr”
Autor: Lucinda Riley
Tłumacz:  Marzenna Rączkowska i Maria Pstrągowska
Wydawca: Albatros 2017
Stron: 544
ISBN: 978-83-7985-943-6

Zdanie rozpoczynające tekst jest niezwykle ważne. Jest niczym pierwsze wrażenie podczas zawierania nowej znajomości. Często decyduje o tym, czy ktoś zada sobie trud przeczytania zdania drugiego, a potem trzeciego. I kolejnych.
Ok. Udało mi się dotrzeć do miejsca, którego z pewnością nie można nazwać nie tylko pierwszym zdaniem, ale nawet pierwszym akapitem. Mogę więc już spokojnie napisać tego koszmarka. Książka autorstwa Lucindy Riley „Siedem sióstr” to pierwsza część siedmiotomowego cyklu „Siedem sióstr”. Ufff… Mam to już za sobą. A teraz do rzeczy.
Cykl ten, to saga opowiadająca o losach sióstr poszukujących swych korzeni. Wbrew tytułowi, sióstr jest tak naprawdę sześć, a do tego nie są właściwie siostrami. To dziewczynki pochodzące z różnych stron świata, które przygarnął i adoptował tajemniczy milioner – Pa Salt. Okoliczności jego nagłej, owianej mrokiem tajemnicy śmierci są osią łączącą poszczególne części cyklu. Wątek ten potraktowano jednak (przynajmniej w pierwszym tomie) nieco po macoszemu. Ot, kilkanaście stron na początku i kilka stron na końcu. Jest on niczym kolorowa fuga łączącą ozdobne kafelki – pełni głównie funkcję dekoracyjną, ale jak na razie za wiele nie wnosi. A szkoda, bo zagadka Pa Sala bardzo mnie zaintrygowała. Pozostaje mieć nadzieję, że w kolejnych tomach dowiemy się czegoś więcej. Cóż, w końcu mamy do czynienia z sagą, a saga, z definicji, powinna być długa. Albo bardzo długa. Przed nami jeszcze sporo czytania, pewnie i dla Pa Salta znajdzie się w końcu miejsce.
Saga rodzinna to bardzo pojemny termin. Może się pod nim kryć wszystko: powieść obyczajowa, historyczna, społeczna, a nawet kryminalna. Dlatego też biorąc do ręki „Siedem sióstr” nie wiedziałam na dobrą sprawę, z czym mam do czynienia. Teraz, gdy lekturę mam już za sobą mogę z całą pewnością stwierdzić, że chodzi o romans. A właściwie dwa romanse w jednym, bo akcja toczy się w dwóch płaszczyznach czasowych. Wraz z losami Mai – najstarszej z siedmiu sióstr, śledzimy równolegle historię jej prababki Izabeli.
Gdy piszę, że książka jest romansem, nie jest to zarzut, a jedynie stwierdzenie faktu. Od dawna bronię romansu, konsekwentnie walczę z pogardliwym traktowaniem tego gatunku i pracowicie dowodzę, że romans, jak każda inna książka – sensacyjna, obyczajowa, fantastyczna, kryminalna – może być albo dobra albo zła. Wszystko zależy od pomysłu oraz warsztatu i  talentu pisarza.
Czy „Siedem sióstr” to romans dobry? Powieść Lucindy Riley to z pewnością książka nie dla każdego. Jest to pozycja bardzo klasyczna, przypadnie więc do gustu tym, którzy akceptują reguły i ograniczenia rządzące gatunkiem. Co się za tym, dość  ogólnym, stwierdzeniem kryje?
Po pierwsze, specyficzne podejście do opisywanych wydarzeń i emocji. Emocje mają być pozytywne Nawet gdy dzieje się coś smutnego czy wręcz tragicznego. Jak to możliwe? Już śpieszę z wyjaśnieniami. Wyobraźcie sobie film, bardzo smutny film, w którym umiera nasza ulubiona bohaterka. Jeśli po wyjściu z kina skomentujemy „jakaż smutna/tragiczna/dołująca była jej śmierć!” znaczy to, że oglądaliśmy dramat. Jeśli jednak, ze łzą w oku wychlipiemy „jakżeż pięknie ona umierała!” to znaczy, że trafiliśmy na melodramat. Łapiecie różnicę?  Tak właśnie jest w „Siedmiu siostrach”. Choć wiele opisanych wydarzeń jest (teoretycznie) smutne, to przedstawiono je tak, że na myśl nasuwa się raczej określenie „rzewne” niż „tragiczne”.  Jakby bohaterowie poruszali się w świecie utkanym z waty cukrowej – wszystko wokół ma słodkawy smak. Nawet cierpienie.
Po drugie, prostota i przewidywalność. Romans nie jest od tego żeby zadziwiać niespotykanymi pomysłami, bo od tego mamy fantastykę. Romans nie jest od tego żeby trzymać w napięciu ani  zaskakiwać nagłymi zwrotami akcji, bo od tego mamy sensację. Romans nie jest od tego by dostarczać nam wyrafinowanych zagadek, bo od tego mamy kryminał. Romans ma wzruszać. Kropka. Jeśli masz dość pogoni, ucieczek, strzelanin i intryg, jeśli masz ochotę na odrobinę nieco staromodnych nostalgicznych wzruszeń, to „Siedem sióstr” jest dla ciebie.
Piękny romans potrzebuje pięknej oprawy niczym obraz ramy. Autorka zadbała więc o to, by akcja toczyła się w ciekawych, malowniczych i przemawiających do wyobraźni miejscach. Zabiera nas do tchnącej spokojem Szwajcarii, egzotycznej Brazylii i tętniącego życiem, XIX wiecznego Paryża. Odbywając wraz z Lucindą Riley podróż w czasie i przestrzeni nie tylko poznajemy losy stworzonych przez nią bohaterów lecz także stajemy się świadkami jednego z najbardziej fascynujących przedsięwzięć artystycznych – tworzenia posągu Cristo, czyli słynnej, górującej nad Rio  de Janeiro figury Chrystusa Odkupiciela.
Gdybym miała wskazać jedną, wyraźną wadę książki, bez wahania wybrałabym język. Jest to język co prawda poprawny, ale w bardzo specyficzny, szkolny sposób. Owszem, nie znajdziemy tam ani rażących błędów gramatycznych czy stylistycznych, ani tym bardziej ortograficznych. Zadania są okrągłe, wypolerowane, ale takie jakieś… nijakie. Jest to język jakim posługuje się na maturze pracowita prymuska, która brak polotu nadrabia pracowitością i dokładnością. O ile jeszcze w komentarzu odautorskim taki styl jakoś się broni, o tyle w dialogach jest naprawdę ciężkostrawny. Żadnego zróżnicowania językowego, żadnych emocji, jakby bohaterowie odczytywali swe kwestie z kartki.
W pierwszym odruchu chciałam skrytykować tłumaczki, ale coś mnie tknęło i zerknęłam do oryginału, a właściwie tylko do drobnego fragmentu udostępnionego bezpłatnie w formie „przynęty”. Wygląda na to (o ile mogę osądzać na podstawie niewielkiego urywka tekstu), że praca  translatorska została wykonana poprawnie. Po prostu autorka ma taki styl.
Dodam jeszcze, że choć mamy do czynienia z książką otwierającą cykl, to jest ona w zasadzie zamkniętą całością. Jeśli ktoś waha się – czytać czy nie czytać, uważam, że może zaryzykować. Jeżeli powieść nie go porwie, może spokojnie zakończyć przygodę po pierwszym tomie. A jeśli historia zainteresuje go, to cóż – nie pozostanie nic innego jak cierpliwie czekać na kolejne tomy.

niedziela, 18 września 2016

TULIPANOWA GORĄCZKA

NIE TYLKO O TULIPANACH


Tytuł: „Tulipanowa gorączka”
Autor: Deborah Moggach
Tłumacz:  Maja Justyna
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 304
Czy macie ochotę na wyprawę do XVII-wiecznego Amsterdamu?  Czy chcecie zobaczyć, co się działo się w pracowniach malarzy, którzy budowali i umacniali sławę holenderskiego malarstwa? Czy nie kusi was, by zajrzeć do domów ich mecenasów,  potem wpaść na chwilę do  tawerny i przemknąć przez dzielnicę biedoty? Czy nie byłoby ciekawie zanurzyć się w niepowtarzalnej atmosferze kraju opanowanego tulipanową gorączką, gdzie na spekulacjach cebulkami zbijano majątki i równie szybko je tracono? To możliwe. Nie zbudowano jeszcze co prawda wehikułu czasu, ale od czegóż wyobraźnia? Deborah Moggach zabiera czytelników w zaczarowaną podróż.  Wystarczy sięgnąć po jej powieść „Tulipanowa gorączka”.
Drogi Czytelniku Tej Recenzji, z góry uprzedzam – to nie jest obiektywny tekst.  Chociaż minął już dobry tydzień od chwili, gdy skończyłam czytać „Tulipanową gorączkę” nadal jestem nią zauroczona i – jak każdy beznadziejnie zadurzony – niby wiem o wadach obiektu moich westchnień, ale nie przyjmuję ich do wiadomości, i tyle. Powieść Deborah Moggach uwiodła mnie od pierwszego akapitu i uczucie to przetrwało do ostatniej kropki.
Wyobraźcie sobie galerię złożoną z obrazów holenderskich mistrzów, przedstawiających kolejne  epizody pewnej historii. Taki XVII-wieczny komiks. Tak właśnie skonstruowana  jest powieść Moggach. Każdy rozdział to oddzielna scena opisana tak, że przed oczami jawi się nam wciągajace malowidło – mroczne, pełne ciężkiej, duszącej atmosfery, skrywanych tajemnic i buzujących tuż pod powierzchnią ogromnych emocji i namiętności.  Obraz,  w którym każdy szczegół – od leżącego na stole jedzenia, poprzez trzymaną w ręce chusteczkę czy list, aż po  ukradkowe spojrzenia i starannie przemyślane gesty – niesie za sobą wiele znaczeń.
Już pierwsza, na pozór banalna scena, ma w sobie ogromną moc. Scena rodzajowa niczym z arcydzieła holenderskiego mistrza: rodzinna kolacja, na stole ryba, pęknięta bułka, w kieliszkach skrzy się wino. Zamożny kupiec pragnie utrwalić ulotne chwile codziennego szczęścia, zamawia u wziętego artysty portret rodzinny. Nie wie tego, co my już podświadomie wyczuwamy, tego, że ta na pozór niewinna decyzja zapoczątkuje ciąg wydarzeń wiodących nieuchronnie do katastrofy.
I tak oto rozpoczyna się historia o miłości,  namiętności, pożądaniu i zdradzie. Historia o tym, jak przypadek zmienia ludzkie życie.  Historia o przekraczaniu barier i ograniczeń – tych najtrudniejszych do pokonania, bo wzniesionych nie przez innych lecz przez nas samych.  Jakże często trudno jest bohaterom powieści mierzyć się z wyborami, których dokonali sami, z własnej, nieprzymuszonej woli. Potrzeba niezwykłego splotu wydarzeń, niezwykle silnego bodźca, by zejść z raz obranej drogi. A może to nie przypadek tylko przeznaczenie, którego uniknąć nie sposób? Kto to wie…? Emocje zmuszające bohaterów  „Tulipanowej gorączki” do działania są tak silne, że przesłaniają im wszystkie inne motywacje. Nie liczy się rozsądek, bezpieczeństwo, uczciwość, podjęte zobowiązania. Ważne jest jedynie osiągniecie celu – wbrew wszystkim i wszystkiemu, chociażby nawet przyszło im oszukać cały świat.
Taki bezmyślny pęd musi skończyć się tragicznie.  Nagle, w jednej chwili, świat wali wszystkim – i oszustom, i  oszukanym. Ale czy aby na pewno katastrofa jest końcem wszystkiego? Przecież koniec jest jednocześnie początkiem czegoś nowego. Każdy z uczestników dramatu coś stracił, ale wydarzenia, które zepchnęły ich z utartej drogi, kazały też odnaleźć nową ścieżkę. Wyboistą, krętą, ale własną. Ścieżkę, którą podążając, mogą żyć życiem trudnym, pozostając za to w zgodzie z samym sobą. A czy to nie jest warte każdej ceny?
Addendum. Po namyśle postanowiłam jednak nadać recenzji pozory obiektywizmu i troszeczkę sobie ponarzekać.
Na kartach książki spotykamy barwną galerię postaci reprezentujących wszystkie warstwy ówczesnego społeczeństwa: bogatego kupca Cornelisa, jego żonę Sophię, zakochaną w sprzedawcy ryb Willemie służącą Marię, wziętego malarza Jana van Loosa, jego przyjaciół Mattheusa i Lysbeth, ucznia Jacoba oraz sługę – pijaczynę Gerrita. Ten ostatni jawi mi się niczym figura zabłąkana z zupełnie innej bajki. Przerysowany, groteskowy, jest jak klaun żonglujący piłeczkami w środku wielkiego monologu Hamleta. I choć odgrywa ważną rolę w fabule, to zwyczajnie nie pasuje mi do całości. Wykreśliłabym go z książki z taką samą ochotą, z jaką z „Władcy pierścienia” wymazałabym Toma Bombadila.

sobota, 4 października 2014

POWRÓT PO DŁUŻSZEJ NIEOBECNOŚCI

ŚREDNIOWIECZE Z PARKU DISNEYA

Tytuł: Sekrety kobiet złotnika
Autor: Jeanne Bourin
Tłumaczenie: Anna Michalska
Data wydania: 2014-06-20
Wydawca: Noir Sur Blanc
ISBN:  978-83-7392-433-8
Stron: 478

Lubię książki historyczne. Praktycznie wszystkie, bez względu na podgatunek: romanse, przygodowe, kryminalne. Przy czym, jak już wielokrotnie wspominałam, historia kończy się dla mnie gdzieś w okolicach bitwy pod Azaincourt, dalej zaczyna się nudna współczesność. Jedyny wyjątek robię dla Henryka VIII i jego licznych żon. Gdy więc w oko wpadł mi opis zaczynający się od słów „Jest rok 1246…” zaczęłam węszyć niczym pies na polowaniu. Gdy do tego dowiedziałam się, że autorka jest z wykształcenia historykiem, a z pod jej pióra (a może klawiatury?) wyszła pokaźna liczba powieści osadzonych w realiach średniowiecza,
zaśliniłam się niczym pies Pawłowa. „Muszę to mieć!” – pomyślałam, nieświadomie cytując wyświechtany slogan reklamowy. Zdobyłam, zobaczyłam, zwyciężyłam. Tak, zwyciężyłam, bo fakt, żem nie rzuciła książki w kąt, jenom dobrnęła do końca, uważam za małe, osobiste zwycięstwo.
Teraz, wspominając czas spędzony z „Sekretami kobiet złotnika” francuskiej pisarki Jeanne Bourin, widzę, że mogłabym go podzielić na kilka etapów. Pierwszy – nadzieja i radość towarzyszące oczekiwaniu na fajną opowieść. Drugi – „ło matko, co to jest!”. Trzeci – „może się jeszcze rozkręci”. Czwarty – „w końcu daje radę”. Piąty – „skończyłam, nie żałuję, ale tęsknić nie będę”.
Przejdźmy do szczegółów. Tym, co od samego początku uderzyło mnie (in minus) to drewniany język, szczególnie zgrzytający w dialogach. Nie znam, niestety, języka Moliera, trudno mi więc orzec, czy to wina oryginału, czy tłumaczenia. Gramatycznie i ortograficznie wszystko w porządku. Ale styl! „Nic mi nie wiadomo o tym fakcie” – tymi słowy świeżo poślubiony małżonek reaguje na wiadomość, że bandyci próbowali porwać i zgwałcić jego żonę. Trudno nazwać tę wypowiedź spontaniczną. Albo emocjonalną.
A jeśli już o gwałceniu mowa. Cała książka kręci się wyłącznie wokół spraw męsko-damskich. Nie, nie! Nie jest to średniowieczny odpowiednik „50 twarzy Greya”. Nie w tym rzecz. Na kartach „Sekretów kobiet złotnika" nie znajdziecie pikantnych opisów. To i owo owszem, pokazano, ale dyskretnie i z umiarem. Kłopot w tym, że wszystkie postaci – kobiety i mężczyźni, starzy i młodzi – mają tylko jedną motywację. Co nią jest? Tak, zgadliście! Seks, ewentualnie jego brak. Rozumiem, że jest to bardzo ważny element życia, ale, na Boga!, nie jedyny. Na poczekaniu przychodzi mi do głowy kilka innych: żądza władzy, chciwość, fanatyzm, czy z bardziej pozytywnych: patriotyzm, poczucie honoru, ambicja. Świat nie kończy się na łóżku!
Popatrzmy jednak na ówże świat, świat stworzony przez pisarkę-historyka. Dziwny jest, bardzo dziwny. Z jednej strony daje się wyczuć dogłębna znajomość obyczajów. Widać ją w opisach strojów, obchodów świąt czy serwowanych potraw, ale z drugiej strony tak średniowiecze mógłby sobie wyobrazić scenarzysta w studiu Disneya. Wszyscy są czyściutcy, doprasowani, pachnący niczym w reklamie proszku do pranie. Jeśli nawet gdzieś trafi się błoto, to tylko po to, by bohaterka z gracją mogła je ominąć. Ech… nawet w XXI nie jesteśmy aż tak sterylni. Zapomniałam dodać, że świat powieści zamieszkują głównie piękni i bogaci (jedna sierota wiosny nie czyni), aczkolwiek nie zawsze młodzi i nie zawsze szczęśliwi.
Po tych wszystkich narzekaniach rodzi się pytanie: po co w takim razie czytałam do końca, po co brnęłam w znoju przez ponad czterysta pięćdziesiąt stron?
Początkowo, głównie z braku alternatywnej lektury (zaczęłam czytać podczas wyjazdu), a potem… potem polubiłam postaci, pogodziłam się z cukierkową konwencją i nawet się nie obejrzałam jak zaczęłam mnie dręczyć odwieczne „co dalej”. A gdy przewróciłam ostatnią kartkę, cóż – nie żałowałam czasu poświęconego „Sekretem kobiet złotnika”, ale wiem, że wracać do tej pozycji raczej nie będę. Jak dla mnie rzecz raczej jednorazowa. Chociaż kto wie? Nigdy nie mów nigdy!

Statystyki, katalog stron www, dobre i ciekawe strony internetowe