Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sensacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sensacja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 marca 2018

DEMASKATOR


MĘŻCZYZNA, KTÓRY NIENAWIDZIŁ PRAWNIKÓW



Tytuł: „Demaskator”
Autor: John Grisham
Tłumacze: Andrzej Szulc, Anna Dobrzańska
Wydawca: Albatros 2017
Stron: 416
Dawno, dawno temu byłam fanką Grishama. Może nie najbardziej zagorzałą, ale jednak fanką. Kolejnych książek wyglądałam z niecierpliwością, kupowałam i czytałam, gdy tylko się pojawiły. Za każdym razem dostawałam to, czego się spodziewałam – kawał dobrej rozrywki. Przynajmniej do czasu. Aż nagle coś się stało. Przeczytałam, a właściwie przemęczyłam „Górę bezprawia”.  Nie będę się pastwić nad tą pozycją, bo nie o niej mam pisać. Wspominam owo przeżycie dlatego, że wtedy obiecałam sobie już nigdy po Grishama nie sięgać. Musiały minąć dwa lata, aż mi w końcu złość przeszła. Postanowiłam dać autorowi jeszcze jedną szansę. Czy było warto? I tak, i nie, ale nie wybiegajmy zbyt daleko na przód. Na podsumowanie przyjdzie jeszcze czas.
O niepowtarzalnym uroku książek Grishama decydowała rzadka umiejętność prezentowania w atrakcyjny sposób zawiłych mechanizmów prawa. Potyczki na kruczki prawne, wykorzystywanie luk i precedensów były naprawdę wciągające. Nie każdy potrafi tak zgrabnie opisać „paragrafy w akcji”. Od czasu do czasu Grisham porzucał jednak sprawdzony przepis i próbował sił w innym gatunku, jak chociażby w rewelacyjnym choć, moim zdaniem niesłusznie niedocenionym, „Malowanym domu”.  W „Demaskatorze” autor również odchodzi od utartego schematu thrillera prawniczego – tym razem na rzecz sensacji. Sensacji zaangażowanej społecznie.
Intryga zawiązuje się od razu na kilku pierwszych stronach, mogę więc bez większej szkody zdradzić to i owo. Pracownica Komisji Dyscyplinarnej Sędziów otrzymuje informację o korupcji. Sędzia Claudia McDover za sowitą opłata ukrywa przekręty finansowe związane z jednym z florydzkich kasyn. Ten ostatni wątek – kasyna prowadzone przez indiańskie plemiona – może być dość ciekawy dla polskiego czytelnika. Przy okazji wyjaśnia, że nie wszyscy poszukiwacze własnych korzeni, odkrywający w sobie nagle krew rdzennych Amerykanów (czyli, mówiąc po ludzku, Indian) kierują się wyłącznie szacunkiem dla przodków. Pobudki często bywają zacznie bardziej merkantylne.
Tak zgrabnie rozpoczęta fabuła rozwija się gracko i od razu wciąga. Niestety, tylko do czasu. Im dalej w las, tym więcej zgrzytów.
Pierwszym, co prawda niewielkim zgrzytem, wręcz zgrzycikiem, jest postać przekupnej sędzi. Prowadząca życie ponad stan, ostentacyjnie szastająca pieniędzmi kobieta zda się prowokować dochodzenie. Jakby nakleiła sobie na czole nalepkę „biorę łapówki”. Czy ktoś tak nierozsądny mógł zostać sędzią, chociażby prowincjonalnym? Tę nielogiczność można jednak dość łatwo usprawiedliwić. Ludzie różnie reagują na nieoczekiwanie wzbogacenie się – jedni traktują to jako nieoczekiwany uśmiech losu, inni głupieją. Szkoda, że autor tego elementu nie wyjaśnił, ale załóżmy, że liczył na domyślność czytelnika. Niech będzie. Gorzej, że i pozostali bohaterowie zachowują się, mówiąc delikatnie, niezbyt logicznie. Przestępcy, który przez lata drwili z prawa, nagle zaczynają popełniać głupie błędy i dają się złapać niczym ślepe szczenięta.
Nieco lepiej rzecz się ma z postaciami pozytywnymi. Co prawda na kartach powieści nie znajdziemy specjalnie głębokiej analizy psychologicznej, lecz bohaterowie są przynajmniej w miarę logiczni i (w miarę) wiarygodni. Inna sprawa, że są potraktowani dość szablonowo, przez co trudno się z nimi jakoś specjalnie związać emocjonalnie. Mówiąc krótko, bohaterowie „Demaskatora” są prości zarówno w czynach, jak i w motywacjach.
Równie prosta jest linia fabularna powieści. Nie ma niej tak pożądanych w sensacji nieoczekiwanych zwrotów akcji, zaskoczeń czy zagadek. Nie ma suspensu. Właściwie wystarczyłoby przeczytać sam początek i koniec, by dowiedzieć się wszystkiego. Wydarzenia „pomiędzy” niewiele wnoszą. Ot, taki literacki wypychacz.
Historia (literatury) uczy jednak, że dobry pisarz nawet dość wątłą fabułę potrafi tak ubrać w słowa, by powstał satysfakcjonujący efekt końcowy. Porzućmy więc rozważania o akcji „Demaskatora” i zajmijmy się formą. Tutaj czeka nas niemałe zaskoczenie. Początek książki jest naprawdę niezły. Napisany w starym, dobrym grishamowskim stylu. Mamy więc typową narrację trzecioosobową z bohaterem prowadzącym. Przez cały czas towarzyszymy bohaterom, obserwujemy ich działania, śledzimy emocje, wraz z nimi przeżywamy kolejne wydarzenia. Wykorzystując twórczo język informatyki, można by powiedzieć, że oglądamy całą historię  „w czasie rzeczywistym”. I nagle, tak gdzieś w dwóch trzecich powieści, coś się stało. Nie wiem, co. Może autor zmęczył się żmudnym pisaniem albo po prostu zaczęło go to nudzić? Może terminy zaczęły cisnąć? Może miał coś ważniejszego albo ciekawszego do roboty? Mam też inne podejrzenia, ale z obawy przed procesem o zniesławienie ich nie przytoczę (jak by nie było, Grisham jest prawnikiem, nie praktykującym, ale mimo wszystko prawnikiem). Styl zmienia się nie do poznania, jakby wyszedł spod zupełnie innego pióra. Bohater prowadzący znika, a na jego miejsce pojawia się wszechwiedzący narrator, kontynuujący opowieść jakby spoza kadru. Pędzi przy tym jak szalony, przeskakując dziarsko po kilka miesięcy. Tekst przypomina bardziej rozbudowany synopsis niż przyzwoitą powieść. Bardzo to niemiłe zaskoczenie. Oj, bardzo.
Po raz kolejny Grisham chce stawiać ważne pytania. Po raz kolejny pochyla się nad kondycją amerykańskiego sądownictwa, nad wypaczeniami systemu, który miast prawu, służy bezprawiu. To istotny problem i dobrze, że ktoś stara się zwrócić uwagę opinii publicznej na nieprawidłowości. Szkoda tylko, że forma nie nadąża za ambitnym zamierzeniem. To, co dostajemy w „Demaskatorze”, jest zbyt powierzchowne na powieść zaangażowaną, a jednocześnie zbyt rozwlekłe na sensacyjną. Co prawda, jest znacznie lepiej, niż w nieszczęsnej „Górze bezprawia”, od której rozpoczęłam ten tekst, ale do ideału jeszcze bardzo, bardzo daleko. Powieść dla wiernych miłośników Grishama. Można przeczytać, ale można bez większej straty sobie odpuścić.

środa, 4 października 2017

Mindhunter

ŁOWCA UMYSŁÓW



m więcej człowiek czyta, tym bardziej wybredny się staje. Coraz częściej dochodzi do wniosku, że wszystko już było. Kolejne fabuły wydają mu się coraz bardziej miałkie i wtórne. Z drugiej strony okazuje się, że życie wciąż potrafi go zadziwić. 

Każdemu przynajmniej raz w życiu przytrafiło się coś tak dziwnego, iż opisane w książce lub pokazane w filmie spotkałoby się jedynie z niedowierzaniem i opinią, że autora czy scenarzystę tym razem za bardzo poniosła wyobraźnia. Sama przeżyłam kilka takich epizodów, chociaż nie jestem osobą o specjalnie fascynującej biografii. Cóż więc dopiero mówić o ludziach z niebanalnymi życiorysami! Do takich należy, bez dwóch zdań, John Douglas – który stał się pierwowzorem postaci Jacka Crawforda, agenta z filmów o Hannibalu Lecterze. Spisał on swoje wspomnienia w książce. Teraz, po lekturze mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że to jeden z tych przypadków, gdy życie okazuje się bardziej zaskakujące niż fikcja. 

Debiutujący na polskim rynku wydawniczym „Mindhunter” nie jest pozycją nową. Liczy sobie ponad ćwierć wieku – powstał w roku 1995. Pewnie nigdy byśmy go nie poznali, gdyby nie zapowiedziany na połowę października serial Netflixa. Czekając na film, warto przeczytać książkę, bo choć nie jest wolna od wad, to z pewnością godna uwagi. 

„Mindhunter” jest autobiografią. Zdanie to, choć wydaje się truizmem, w rzeczywistości bardzo dobrze określa tę pozycję, wskazując, czym ona jest, a czym nie jest. Trzeba powiedzieć jasno: to ani kryminał, ani opowieść o FBI. To historia o Johnie Douglasie. Można ewentualnie potraktować ją jako swoiste studium powstawania i rozwoju profilowania, z tym jednak zastrzeżeniem, że niekompletne i subiektywne (co bynajmniej nie znaczy, że nie jest ciekawa). 

Książkę dałoby się podzielić na trzy części. To podział umowny, wymyślony przeze mnie na potrzebę tego tekstu i niemający nic wspólnego z rozdziałami wyznaczonymi przez autora. Z drugiej jednak strony – bardzo wyraźny. 

Część pierwszą pozwolę sobie nazwać roboczo celebrycką. Nie znajdziemy w niej zbyt wiele wiadomości ani o profilowaniu, ani o seryjnych mordercach. Poznamy za to młode lata autora, dowiemy się, jak kształtowała się jego osobowość, jak stał się tym, kim jest. Myślę, że są to informacje skierowane głównie do Amerykanów. Za oceanem, gdzie kult celebrytów rozrósł się do absurdalnych rozmiarów, John Douglas był swego czasu prawdziwą gwiazdą. Naszego, rodzimego czytelnika jego burzliwa młodość, perypetie rodzinne i zdrowotne mogą, ale nie muszą zaciekawić. Dużo zależy od oczekiwań. Dla zainteresowanych osobowością najsłynniejszego bodaj profilera informacje te będą bez wątpienia ciekawe, jednak fanom historii kryminalistyki mogą wydać się zbędnym balastem. 

Z czasem Douglas znalazł swoją drogę zawodową, a historia jego życia nierozerwalnie splotła się z historią FBI oraz nauk behawioralnych. I tak oto płynnie przechodzimy do drugiej części, prezentującej, zgodnie z obietnicą zawartą w podtytule, „Tajemnice elitarnej jednostki FBI zajmującej się ściganiem seryjnych przestępców”. No, może „tajemnice” to za dużo powiedziane. Nie ma tutaj zbyt wielu „technicznych” sekretów ani informacji wydobytych z tajnych akt FBI. Większość (jeśli nie wszystkie) wiadomości można by z pewnością wydłubać z doniesień prasowych. Bo „Mindhunter” nie jest podręcznikiem profilowania, lecz opowieścią o powstawaniu i ewolucji behawioralnego aspektu kryminalistyki; o długiej drodze, jaką przeszli Douglas i jego koledzy: od wyśmiewanych, traktowanych z wyższością szarlatanów do pełnoprawnych, szanowanych specjalistów. 

W końcu część trzecia, najbardziej kontrowersyjna, w której autor prezentuje swoje poglądy na temat działania systemu penitencjarnego, resocjalizacji i zapobiegania seryjnym przestępstwom. Są to poglądy bardzo zdecydowane i, nie ma co ukrywać, zdecydowanie tradycjonalistyczne. Gdyby nie fakt, że książka powstała wiele lat temu, napisałabym, iż wpisuje się w bardzo czytelny ostatnimi czasy nurt radykalizacji postaw konserwatywnych. Ta wyrazistość przekonań z pewnością przysporzy Douglasowi tyluż zwolenników, co wrogów. 

Cały czas piszę o jednym autorze, choć książka ma ich dwóch. Drugim, nieco wstydliwie pomijanym, jest Mark Olshaker. Żywię poważne podejrzenia, graniczące z pewnością, iż Douglas opowiadał, a Olshaker nadawał jego opowieści formę literacką. Oczywiście mogę się mylić, dlatego podkreślam – jest to tylko mój domysł, nie zaś wiedza. Załóżmy jednak, że Douglas dał treść, a Olshaker nadał jej formę. Jak mu poszło? 

„Mindhunter” napisany jest bardzo topornym językiem. Zauważyłam, iż to dość typowe dla anglosaskiej literatury wspomnieniowej. Kiedyś ta jej cecha mnie irytowała, ale z czasem doszłam do wniosku, że stanowi celowy zabieg, mający dodać tekstowi autentyzmu. Wszak to, że ktoś jest specjalistą w swoim fachu nie znaczy, iż musi mieć pióro giętkie niczym Jane Austen. Zrozumiałam i zaakceptowałam. Znacznie trudniej mi zaakceptować układ informacji. Do tekstu wkradł się spory chaos, sporo tu nieoczekiwanych przeskoków, urwanych nagle wątków i powtórzeń. Nieco to denerwujące. 

Gdybym miała ocenić książkę Douglasa i Olshakera jednym zdaniem, napisałabym: „interesująca pod względem informacyjnym, ale szwankuje tu i ówdzie, jeśli idzie o formę”. 

Tytuł: Mindhunter. Tajemnice elitarnej jednostki FBI zajmującej się ściganiem seryjnych przestępców
Autor: John Douglas, Mark Olshaker
Tłumacz: Jacek Konieczny
Wydawca: Znak Literanova 2017
Stron: 430
ISBN: ‎978-83-240-3747-6

x

piątek, 8 września 2017

GRÓB MOJEJ SIOSTRY

W POSZUKIWANIU KRYMINAŁU DOSKONAŁEGO


Tytuł: „Grób mojej siostry”
Autor: Robert Dugoni
Tłumacz:  Lech Z. Żołędziwoski
Wydawca: Albatros 2017
Stron: 398
ISBN: ‎978-83-7985-947-4


Wiek dojrzały zaczyna się wtedy, gdy po raz pierwszy powie się z całkowitą powagą „No cóż, za moich czasów…”. Granicę tę przekroczyłam czas jakiś temu. Myślę, że punktem zwrotnym był moment gdy zaczęłam narzekać, że nikt już nie pisze kryminałów tak, jak za moich czasów. Nie ograniczam się jednak do marudzenia i, jako człowiek czynu, cały czas nie ustaję w wysiłkach próbując znaleźć kryminał doskonały. Podczas tych poszukiwań natknęłam się na „Grób mojej siostry” pióra Roberta Dugoniego. Nie jest to może perfekcyjny kryminał, ale zasługuje co najmniej na miano dobrego, a nawet więcej niż dobrego. Książka zapewniała mi kilka wieczorów przedniej rozrywki, a o to przecież chodzi w literaturze popularnej.
W tym miejscu muszę chyba coś doprecyzować. „Grób mojej siostry” nie jest kryminałem w czystej postaci, takim jak pisywali klasycy gatunku. W niczym nie przypomina dzieł Christie, Gardnera czy rodzimego Edigeya. To powieść stricte współczesna, stanowiąca bardzo udany mariaż powieści detektywistycznej, kryminału sądowego i sensacji, zaprawiony tu i ówdzie delikatnym wątkiem erotycznym (nie odważyłabym się go nazwać romansowym). Ciekawe, że autor nie starał się utrzymać stałych proporcji między gatunkami. Wręcz przeciwnie, bawi się nimi, łączy, miesza i żongluje niczym wytrawny kuglarz.
Pierwsza część, jest wyraźnie bardziej klasyczna, powolniejsza, bardziej przypominająca prozę detektywistyczną. W części drugiej tempo zdecydowanie wzrasta, akcja staje się bardziej wartka, zwiększa się także udział sensacji: więcej tu gonitwy, ucieczek i przygód, mniej żmudnego śledztwa. To bardzo dobrze przemyślana kompozycja. Dugoni stopniowo buduje napięcie, podkręca akcję, zagęszcza mroczną atmosferę. Rzecz początkowo powolna, konsekwentnie nabiera prędkości, by na koniec zacząć gnać niczym dobrze rozpędzona lokomotywa. I z siłą pędzącej lokomotywa uderza czytelnika zupełnie zaskakującym finałem. Niektórzy mogą być może stwierdzić, że jest to finał lekko naciągany, ale w moim odczuciu, mieści się w granicach wyznaczonych przez gatunek. Wszak sensacja i kryminał opierają się na suspensie. Opowieści z życia wzięte to zupełnie inna kategoria.
Intryga powieści osnuta jest wokół zbrodni z przeszłości. Śledcza, Tracy Crosswhite, od dwudziestu lat usiłuje ustalić co tak naprawdę spotkało jej siostrę, Sarę. Nie wierzy w wyniki śledztwa sprzed lat, nie satysfakcjonuje jej wyrok, który wtedy zapadł.
Akcja toczy się równolegle w dwóch planach czasowych: wydarzenia z przeszłości przeplatają się ze chwilą obecną. Czytelnik na przemian, to obserwuje toczące się współcześnie śledztwo, to staje się świadkiem wydarzeń sprzed dwóch dekad. Autor bardzo umiejętnie i uporczywie wciąga nas w mroczny świat zbrodni. Z każdą kolejną stroną coraz pełniej uczestniczymy w rozwoju wypadków. Niezauważalnie z biernych świadków zmieniając się w zaangażowanych uczestników wydarzeń. I choć nie możemy bezpośrednio włączyć się do akcji, to emocjonalnie przenosimy się do świata literackich bohaterów.
Retrospekcje mają na celu nie tylko wprowadzenie nas w sprawę. Służą także, a może przede wszystkim, budowaniu postaci. Obserwując Tracy w dwóch planach czasowych – „teraz” i „wtedy” – możemy znacznie lepiej zrozumieć jej postępowanie, rozgryźć motywacje i, po prostu, polubić. Dugoni wie, że bez dobrego bohatera nie ma dobrej powieści. Na nic najciekawsze przygody, na nic najwymyślniejsze intrygi, na nic czające się zewsząd niebezpieczeństwa, jeśli los bohatera jest nam obojętny. Wie, i konsekwentnie tworzy wyraziste, ciekawe postaci, których losem naprawdę jesteśmy w stanie się przejąć. Dotyczy to nie tylko głównej bohaterki, lecz także postaci drugo-, a nawet trzecioplanowych.
W warstwie językowej książkę czyta się dobrze. Język i styl – nie za proste, ale i nie nadmiernie skomplikowane -  zostały dobrze dopasowane do zrywkowego charakteru powieści. Liczne dialogi dodają tekstowi dynamizmu, a opisy są w sam raz: na tyle długie by pobudzić wyobraźnię i na tyle krótkie, by nie znużyć.
Z notki wydawcy wynika, że „Grób mojej siostry” to pierwsza część cyklu o przygodach detektyw Tracy Crosswhite. To cieszy, bo z prawdziwą przyjemnością sięgnę po kolejne tomy. Obym nie musiała czekać na nie zbyt długo!




poniedziałek, 29 lutego 2016

MARUDZENIE STARSZEJ PANI

KOLEJNE ROZCZAROWANIE


Tytuł: Mózg Kennedy'ego 
Tytuł oryginału: Kennedy's brain
Autor: Henning Mankell
Tłumaczenie:  Ewa Wojciechowska
Wydawca:  W.A.B
Data wydania: 2013-03-20
Stron: 416
ISBN: 9788377478158

Albo jest to najgorsza rzecz Mankella jaką do tej pory czytałam, albo jestem na nią za głupia ewentualnie za mało wrażliwa. Tak czy siak, o ile Mankella lubię – może nie jestem oddanym fanem, ale jednakowoż lubię, o tyle ta konkretnie powieść mnie nie porwała. Powiem więcej, setnie mnie znudziła.
Zacznijmy od tego, o czym już kilkakrotnie pisałam – obiecując w notce coś, czego nie ma, wydawca robi książce ogromną krzywdę.  I tym razem też tak było. Obiecano mi kryminał, a dostałam powieść zaangażowaną społecznie. Nie mam nic przeciwko literaturze zaangażowanej (poza jednym wyjątkiem, ale to moja słodka tajemnica), ale kiedy sięgam po kryminał, chcę dostać kryminał. Nie sensację, nie romans, nie powieść historyczną tylko kryminał.  Gdy otrzymuję coś innego niż to, za co zapłaciłam swoimi ciężko zarobionymi pieniędzmi, od razu czuję się oszukana i wzrasta mi poziom sceptycyzmu, a książkę oceniam znacznie ostrzej. Myślę, że to bardzo ludzkie.
„Mózg Kennedy'ego” to powieść, której właściwie nie wypada krytykować. Autor podjął w niej kilka trudnych tematów: AIDS, pazerność wielkich korporacji, rasizm, relacje rodzice-dzieci. Zadanie ambitne, więc narzekając wychodzi się na osobę płytką i nieczułą. A mimo to odważę się jeszcze raz napisać otwartym tekstem – setnie się wynudziłam.
Fabuła zawsze była mocną stroną Mankella. Nieśpieszna, typowo skandynawska, jednak zawsze logiczna i konsekwentna. Tym razem jednak z konsekwencją krucho. Główna bohaterka, archeolog, Louise Cantor, prowadzi prywatne śledztwo w sprawie śmierci syna Henryka. Nie wierzy w przyjętą przez policję wersję samobójstwa. W poszukiwaniu prawdy miota się między Europą i Afryką, a trup wokół niej ściele się gęsto. Właściwie każdy, kto próbuje jej pomóc prędzej czy później pada trupem. Do tego okoliczności śmierci przypominają jako żywo amerykańskie filmy klasy „B”. Biedny świadek ma coś ważnego do powiedzenia, ale nie, nie powie dzisiaj tylko jutro. Dlaczego? Chyba tylko po to, by przestępcy mieli czas go uśmiercić. Najlepiej tak na trzy sekundy przed wyjawieniem prawdy. Nie jestem geniuszem  zła (ani żadnym innym geniuszem) i być może dlatego nie znajduję odpowiedzi na podstawowe pytanie: czy nie prościej byłoby po prostu ukatrupić wścibską panią archeolog? Mój prosty umysł inżyniera podpowiada, że byłoby to rozwiązanie najbardziej efektywne.
Gdyby to był jedyny mankament fabuły, ale gdzie tam!  W przypadku  literatury sensacyjnej grzechem śmiertelnym jest brak tajemnicy i zaskoczenia. Autorowi tak śpieszno do zdemaskowania diabolicznych knowań koncernów, że gdzieś w jednej trzeciej powieści właściwie wszystko zdradza, potem już tylko powtarza coś, o czym wiemy – koncerny są złe i pazerne.
A propos złych o pazernych.  Rozumiem, że „Mózg Kennedy'ego” to powieść zaangażowana, ale poziom dydaktyzmu i sztampowość postaci jest w niej nie do zniesienia. Jeśli ktoś jest biały, a do tego nie daj Boże nie przymiera głodem, z pewnością jest zły, chciwy i diaboliczny. Co innego czarni. Oni są dobrzy, a nawet jeśli kradną i rabują to i tak nie ich wina – gdyby nie byli biedni, byliby aniołami. Moje życiowe doświadczenie uczy (a mam już niejeden siwy włos na głowie), że nie ma prostej zależności między kolorem skóry i/lub stanem majątkowym, a zaletami ducha. W każdej grupie jest iluś tam ludzi dobry i ileś kanalii. Aczkolwiek w dobie poprawności politycznej takie stwierdzenie ociera się o rasizm.
Także rozwiązanie zagadki, a właściwie jego brak, jest mocno rozczarowujące. Znam pojęcie zakończenia otwartego i je rozumiem. Czym innym jest jednak zakończenie otwarte, a czym innym porzucenie wątku. Niestety w  „Mózgu Kennedy'ego” znajdziemy całe mnóstwo mniej lub bardziej rozwiniętych wątków, które nagle ni z tego ni z owego obumarły. Ot, pierwszy z brzegu przykład: Henryk z jakiegoś powodu opowiadał znajomym, że ma siostrę. Ba!, nawet pokazywał jej zdjęcie. Mankell poświęca temu całkiem sporo uwagi., sprawa co i rusz powraca, jakby autor chciał byśmy szczególnie zwrócili uwagę na ten detal. Dlaczego bohater to robił? Nie wiemy i już się raczej nie dowiemy. Takich uwiędłych pędów jest w powieści więcej.  O nieszczęsnym mózgu Kennedy'ego nie wspominając. Jak się ma on do reszty opowieści nie pojmuję, aczkolwiek muszę przyznać, że pod koniec bardziej przerzucałam karki niż czytałam, więc coś mogło mi umknąć. To znaczy, rozumiem, że tytułowy mózg symbolizuje skrzętnie skrywaną przez wielkich tego świata tajemnicę, ale i tak nie pojmuję koncepcji.
Na koniec mała, zupełnie niepoważna dygresja. Wiem, że jest nie na miejscu, ale nie mogę się oprzeć. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że jestem zapalonym trekkerem. Jeden z odcinków Star Treka nosi tytuł „Mózg Spocka”. Jest nawet nieoficjalna gra „Mózg Spocka”.  Zasady są proste: na stole stawiamy flaszkę i po kieliszku dla każdego gracza, włączamy rzeczony odcinek i za każdym razem, gdy z ekranu padną słowa „mózg Spocka” pijemy. Wygrywa ten, kto dotrwa do końca filmu. Mi osobiście nigdy się ta sztuka nie udała. Ofiarą pośrednią tej gry padła powieść Mankella. Za każdym razem gdy na kartach książki widziałam słowa „Mózg Kennedy'ego” (a powtarzają się one dość często) słyszałam „mózg Spocka”. Wiem, że to nie wina autora. Przepraszam!

niedziela, 15 marca 2015

PERŁA Z LAMUSA


KOLEKCJONER KOŚCI




Jeffery Deaver Kolekcjoner kości - okładka
Tytuł: Kolekcjoner kości
Tytuł oryginału: The Bone Collector
Autor: Jeffery Deaver
Tłumaczenie:  Konrad Krajewski

Wydawca:  Prószyński i S-ka
Data wydania: 2002
Stron: 380
ISBN:83-7337-212-1


Powiem wprost – bardzo dobra książka. Dawno lektura powieści sensacyjnej tak mnie nie wciągnęła.  Owszem, trafiały mi się ciekawe, a nawet bardzo ciekawe,  pozycje obyczajowe i SF, ale kolejne podejścia do powieści sensacyjnych kończyły się nieprzystojnym ziewnięciem i konstatacją, że wszystko już było.  Nie wiem, czy miałam pecha, czy rzeczywiście w dziedzinie sensacji zapanowała jakaś moda na wtórne, przegadane i  przekombinowane utwory. Tak czy siak, zdesperowana postanowiłam sięgnąć po powieść z końca ubiegłego wieku (1997) i nie zawiodłam się.  Co prawda od razu na wstępie popełniałam błąd. Zwabiona zdobiącą okładkę twarzą Angeliny Jolie, wybrałam powieść będącą drugą częścią cyklu.*) Z tego właśnie powodu kilka pierwszych stron szło mi nieco opornie. Na szczęście autor dyskretnie, ale skutecznie wprowadza czytelnika w realia opowieści, dzięki czemu szybko łapiemy wiatr w czytelnicze żagle i mkniemy do przodu połykając książkę strona po stronie.
Jakie cechy powinien mieć dobry thriller? Przede wszystkim intrygę, wartką akcję i niebanalne postaci.
„Kolekcjoner kości” ma to wszystko.
Zacznijmy od intrygi. Nie jest może odkrywcza ani rewolucyjna, tym niemniej jest niezła, szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę iż powstała dwadzieścia lat temu. W Nowym Jorku grasuje szaleniec. Porywa ludzi po czym morduje ich w wyjątkowo okrutny sposób. Chciałoby się wręcz powiedzieć w sposób wyszukany, gdyby nie to, że to określanie niesie w sobie pozytywne przesłanie, a „wyrafinowanie” przestępcy żadnych pozytywnych uczuć nie budzi. W zachowaniu mordercy zwraca uwagę jeden szczegół – pozostawianie przy ofiarach wskazówek, które mogą (choć wcale nie muszą) pomóc policji w uratowaniu kolejnych nieszczęśników. Takie swoiste rebusy, które policja musi rozwiązać. Gra, w  której stawką jest życie. I tak oto stajemy się świadkami zaciętego  pojedynku intelektualnego. Na scenę wkracza błyskotliwy kryminalistyk Rhyme.  Robi co w jego mocy by rozszyfrować wskazówki, zinterpretować ślady i przewidzieć kolejne posunięcia zbrodniarza.  Wnioski przekazuje swej pomocnicy – funkcjonariuszce Amelii Sachs, a gdy ona bierze się do roboty, cóż… Rozpoczyna się wartka akcja, czyli to, co w thrillerach lubimy najbardziej: wyścig z czasem,  pogoń, strzelanina, porwania. Cały czas coś się dzieje – od pierwszej do ostatniej strony nie można narzekać na nudę.
Duet Rhyme i  Sachs. Im też chciałabym poświęcić kilka słów. Nie ma dobrej powieści bez wyrazistych bohaterów (może nie być akcji, ale bohater musi być!). A ta dwójka wyszła autorowi wielce udatnie. Lincolna Rhyme. Obdarzony nadzwyczaj błyskotliwym umysłem, przykuty do łóżka inwalida, jest mimo swych ograniczeń nietuzinkowa osobowością. Trzeba przyznać Deaverowi, że kreując tę postać zachował wszelkie proporcje i uniknął pułapki poprawności politycznej  nie ulegając przy tym  modnemu obecnie trendowi przesadnego hiperrealizmu. Nie jest Lincoln ani herosem, co to bez słowa skargi zmaga się z przeciwnościami losu, ani też pogrążonym w depresji alkoholikiem. Jest człowiekiem, który ma zarówno wady, jak i zalety. Człowiekiem, któremu zdarzają się lepsze i gorsze dni, wzloty i upadki, przypływy entuzjazmu i momenty zniechęcenia. Swego czasu pisałam o innym kryminale, w którym główny bohater także jest inwalidą. O ile jednak w "Jedwabniku" (bo o nim mowa), kalectwo detektywa jest niejako przylepione na siłę (odniosłam wrażenie, że autorka nie miała lepszego pomysłu na „wyróżnik” postaci), o tyle u Deavera ten wątek „gra”. Ma znaczenie zarówno dla rozwoju akcji, jak i dla kreowania Rhyme’a.
Miło zaskoczyła mnie  Amelia Sachs. Spodziewałam się „klasycznej” super-womem, takiej co to każdego chłopa rozłoży na łopatki, nie zna strachu ani zmęczenia, a do tego powala seksapilem każdego napotkanego mężczyznę. Tymczasem nic z tych rzeczy! Amelia Sachs to dręczona przez artretyzm kobieta w średnim wieku, mająca powyżej uszu służby na ulicach, starająca się po prostu rzetelnie wykonywać swoją pracę. Kobieta,  w której istnienie można bez trudu uwierzyć. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że kartach powieści spotykamy wiele ciekawych, drugo- i  trzecioplanowych postaci.
Intryga, akcja, bohaterowie... Mamy już wszystko.  Czy można w powieści sensacyjnej zmieścić coś więcej? Okazuje się, że można! Bo poza warstwą rozrywkową jest „Kolekcjoner kości” głosem w dyskusji o eutanazji. Muszę przyznać, że bardzo przypadł mi do gustu sposób zaprezentowania problemu. Autor, choć nie ukrywa swoich przekonań, nie przemawia jednak do czytelnika  ex cathedra. Co więcej, obiektywnie (na ile to możliwe przy tak działającym na emocje temacie)  prezentuje argumenty obu stron. A że potem opowiada się za jedną z nich? Trudno, żeby było inaczej, na tym polega literatura zaangażowana, nawet jeśli to zaangażowanie pojawia się niejako przy okazji dostarczania rozrywki.

*) A jednak "Kolekcjoner kości" to część pierwsza. „Tańczący trumniarz” powstał rok później. Dziękuję  brak pomysłu za sprostowanie!

środa, 29 października 2014

BARDZO PRZYZWOITA KONTYNUACJA

LISA PRZYGÓD CIĄG DALSZY


Tytuł: Antykiler 2
Tytuł oryginału: Антикиллер 2
Autor: Danił Korecki
Tłumacz: Danuta Blank
Wydawca: Feeria
Data wydania: 2014-09-25 
Liczba stron: 504
ISBN:  978-83-7229-417-3 

Zachęcona pozytywnym wrażeniem, jakie zrobiła na mnie  powieść „Antykiler” Daniła Koreckiego (o książce pisałam tutaj), po część drugą sięgnęłam natychmiast gdy tylko ukazała się na polskim rynku. Jak to zwykle bywa z kontynuacjami, podchodziłam do niej z całą masą obaw. Czy aby autor nie ciągnie opowieści na siłę? Czy aby nie popsuję sobie dobrego wrażenia, jakie pozostawił tom pierwszy? Czy książka trzyma poziom? I tak dalej, i tak dalej… Ciekawość i chęć poznania dalszych losów bohatera przeważyły jednak nad wątpliwościami i raźno przystąpiłam do czytania. Teraz, gdy lektura już za mną, pora nad podsumowanie.
Pierwsze wrażenie: autor najwyraźniej doszedł do wniosku, że nie ma co ulepszać rzeczy dobrej. Konstrukcja Antykilera 2 jest dokładnie taka sama jak w tomie pierwszym: kilka prowadzonych równolegle wątków, które to splatają się to rozchodzą, te same barwne opisy świata przestępczego Rosji lat 90. ubiegłego wieku, ta sama świetna znajomość realiów, to samo miejsce akcji – Tichodońsk (dla dociekliwych – pierwowzorem miasta jest Rostów na Donem), ten sam główny bohater podpułkownik milicji, Korieniew, zwany Lisem. Mamy tylko jedną nowinkę, za to wielce smakowitą - przedstawione w retrospekcjach sceny z życia obywateli byłych republik wschodnich. Z jednej strony trochę szkoda, że Korecki wpadł w pewien schemat, z drugiej – dobrze, że nic nie zepsuł „ulepszając” na siłę.
Dość zdawkowo wspomniałam o bohaterze, a przecież to on jest siłą napędową książki. Żadne hasła, żadna propaganda, nie powiedzą nam tyle o narodzie, co wykreowany w literaturze obraz obrońcy prawa. To nie przypadek, że angielski detektyw to przede wszystkim znawca ludzkiej natury (taki jest Sherlock Holmes, taki jest Hercules Poirot, taka jest panna Marple), w Skandynawii królują detektywi z problemami, najczęściej na granicy alkoholizmu (albo tacy, którzy tą granicę dawno przekroczyli), Dziki Zachód stworzył samotnego szeryfa, obrońcę wdów i sierot, a Rosja… Korieniewa. Takiego co to chodzi własnymi drogami, nagina prawo, interpretuje je po swojemu, a do przełożonych stosunek ma, powiedzmy, ambiwalentny. Przede wszystkim jednak nienawidzi systemu, trochę przy tym tęskni za dawnymi czasami. Nie, nie za „dyktaturą proletariatu” i nie za „realnym socjalizmem”, ale za czasami, gdy przestępca nie miał więcej praw niż uczciwy człowiek. Oczywiście, jest w tej nostalgii trochę tęsknoty za utraconą władzą, za dniami gdy policjanta (oooops, przepraszam – milicjanta) poważano i bano się, ale… Gdy przypominam sobie paradoksy naszego systemu prawnego, gdzie bohatersko aresztuje się i sprawnie skazuje za kradzież batonika, a milionowe afery ciągną się latami, gdy policja dziarsko łapie się emeryta za przepaloną żarówkę w rozklekotanym maluchu, ale dresa w BMW gnającego jak wariat przez miasto nasi dzielni funkcjonariusze na wszelki wypadek nie zauważają, to zgadzam się z Korieniewem – zdecydowanie coś jest nie tak z naszymi stróżami porządku. I od razu bardziej lubię Lisa –  człowieka, któremu żyć przyszło najpierw w jednym, obłąkanym systemie, a potem w drugim - równie szalonym. Jego niechęć do przemian postrzegam nie jako marzenia kryptokomucha czekającego na powrót starej władzy lecz jako tęsknotę za normalnością.
Wracając jednakowoż do meritum. Antykiler 2 nie był takim objawieniem jak część pierwsza. Nie ma się co dziwić – „jedynka” była odświeżającą nowością po zalewie amerykańskiej sensacji, „dwójka” jest jedynie (albo „aż”) bardzo przyzwoitą kontynuacją. Na tyle przyzwoitą, że nie wytrzymałam i kolejne części (trzecią i czwartą) kupiłam w oryginale. To chyba najlepsze podsumowanie. 

piątek, 10 października 2014

CO ZA DUŻO, TO NIEZDROWO

TRZY GRZYBY W BARSZCZ, CZYLI JAK POPSUĆ DOBRY POMYSŁ

Alex Scarrow "Anioł śmierci" - okładka

Tytuł: Anioł śmierci
Tytuł oryginału: October Skies
Autor: Alex Scarrow
Tłumaczenie: Robert P. Lipski
Data wydania: 2010-06-02
Wydawca: Burda Książki
ISBN: 978-83-62343-01-0
Stron: 504


„Anioł śmierci” na początku zapowiadał się smakowicie. Uwielbiam opowieści
o rozwiązywaniu zagadek z przeszłości - nieważne czy będzie to książka czy film. Do tego autor, Alex Scarrow (mam nadzieję, że autor nie jest kobietą, chociaż z anglosaskimi imionami nigdy nic nie wiadomo), zastosował rozwiązanie, które bardzo lubię: część akcji umieścił w teraźniejszość (rok 2008), część w przeszłości (rok 1856). Dzięki temu możemy nie tylko śledzić zmagania bohatera z tajemnicą lecz jednocześnie, niemalże równolegle, podglądać jak to było naprawdę. A i sama tajemnica jest w najlepszym gatunku. XIX wiek. Grupa osadników wyrusza na zachód. Nim dotrą do celu, muszą pokonać Sierra Nevada. Wczesna zima zaskakuje ich po złej stronie gór. Nie mają innego wyjścia jak tylko rozbić obóz i za wszelką cenę doczekać wiosny.  Niestety, nie dali rady. Wszelki słuch o taborze zaginął. Dopiero odnaleziony współcześnie pamiętnik budzi nadzieję na rozwiązanie zagadki. Co stało się z osadnikami? Dlaczego nie zdołali przetrwać? Czy stali się ofiarami bezwzględnej przyrody, szaleńca, czy może sił nadprzyrodzonych?
Trzeba przyznać autorowi, że wątek mistyczny poprowadził po mistrzowsku. Niby wszystkie wydarzenia można logicznie wyjaśnić, niby nic nie trzeba tłumaczyć interwencją z zaświatów, a jednak cały czas czytelnik ma wątpliwości. A może jednak wszystko nie jest aż tak proste?... A może nic nie jest tym, czym się być wydaje?... Bez krwiożerczych zombie, bez wilkołaków czy wyjących duchów, Scarrow buduje atmosferę napięcia i tajemnicy.  Racjonalna część umysłu burzy się, stawia opór, szuka przyziemnych rozwiązań, a jednocześnie czujemy bliskość, niemalże dotknięcie, nieznanego. Podobnie jest z zakończeniem – niby jest, a jakoby go nie było. Jeszcze długo po zamknięciu książki czytelnika dręczy   pytanie „czy aby na pewno tak było?”. Mniam!
Po tych zachwytach muszę jednak, ku memu ogromnemu żalowi, dodać łyżkę dziegciu, do tej beczki miodu. Otóż jednym, nie do końca przemyślanym posunięciem, autorowi udało się bardzo skutecznie popsuć to, co tak pracowicie budował: atmosferę i nastrój. Z jakiegoś powodu Scarrow (nadal trzymajmy się tego, że jest/był mężczyzną) uznał, że dwa wątki to za mało. Postanowił ulepszyć powieść dodając jeszcze jeden element, pasujący do całości niczym kwiatek do kożucha. Cóż nam proponuje? Trzeci wątek z gatunku "ucieczki, pościgi, strzelanina".  Na drodze naszego bohatera stawia diabolicznego, złego polityka. Wprowadzony w ten sposób element sensacyjny, jest równie wiarygodny jak obietnice wyborcze, delikatny jak słoń w składzie porcelany i prawdopodobny jak śnieg w sierpniu. Najgorsze jednak jest to, że zamienia subtelną grę aluzji i niedopowiedzeń w komiksową opowieść o bohaterze, co to nadludzkim wysiłkiem potrafi wybrnąć z każdej opresji ratując przy okazji towarzysząca mu, słabą kobietę. To tak, jakby ktoś do koronkowej sukni założył gumofilce. A że objętościowo każdemu z wątków poświęcono w powieści mniej więcej tyle samo miejsca, wniosek jest prosty – jedna trzecia tekstu nie nadaje się do czytania. A co jeśli ktoś lubi tanią, toporną sensację (albo gumofilce?). Cóż, w takim przypadku wniosek jest jeszcze bardziej przygnębiający. Osoba taka, najprawdopodobniej uzna dwie trzecie książki za nudne.
I tak oto konkluzja nasuwa się sama: literacki barszcz zniesie dwa grzyby, ale trzy to już stanowczo za wiele. Co za dużo, to niezdrowo.

sobota, 7 czerwca 2014

MNIEJ UDANE DZIEŁO KLASYKA GATUNKU

MEANDRY PRAWA (AMERYKAŃSKIEGO)


Okładka John Grisham  "Kancelaria"
Autor:John Grisham
Tytuł: Kancelaria
Tytuł oryginału: The Litigators
Tłumacz: Krzysztof Obłucki
Wydawca: Albatros
Data wydania: 09-05-2012
Stron: 510
ISBN:  78-83-7659-632-7

Czy można napisać trzysta stron książki praktycznie bez akcji? Oczywiście, że można. Czy można napisać to tak, by czytelnik nie rzucił powieścią w kąt? Można, ale do tego trzeba być Johnem Grishamem.
Opowieść o książce „Kancelaria” nie bez przyczyny rozpoczęłam od pytań. I nie są, wbrew pozorom, pytania retoryczne. Taka jest właśnie najnowsza powieść mistrza thrillera prawniczego. Początkowe trzy czwarte "Kancelarii" w zasadzie pozbawione jest akcji. Autor sięga do swego ulubionego motywu, który tyle razy się sprawdził – mała, nic nieznacząca kancelaria prawnicza wytacza proces gigantycznemu, bezdusznemu koncernowi. Znacie? Znamy! To posłuchajcie. Tym razem jednak Grisham wprowadza ciekawą modyfikację – nie mamy ofiary, której praw dzielnie broni nasz bohater. Co więc mamy? Z jednej strony nieludzki koncern farmaceutyczny nastawiony na maksymalizację zysków i związanych z nim, bajecznie opłacanych prawników, z drugiej strony adwokatów-nieudczaników, cynicznie wykorzystujących absurdy amerykańskiego prawa. Nie ma w nich nic z Robin Hooda. Są takimi samymi hienami żerującymi na ludzkim nieszczęściu, tyle tylko, że natura dała im nieco mniej ostro zęby, przez co odgryzają mniejsze kąski. Jednym słowem obserwujemy starcie dwóch równie obrzydliwych stworów miotających się w labiryncie odrażających kruczków prawnych: naciąganych zeznań, przekupnych ekspertów, gry na emocjach przysięgłych. Z czasem gra robi się wciągająca. W zasadzie obu stronom życzymy przegranej, stąd i ciekawość jak to się wszystko skończy.
Ostatnim sprawiedliwym w tym kłębowisku żmij jest David Zinc, absolwent Harvardu. Pewnego dnia przeżywa załamanie nerwowe, rzuca pracę w prestiżowej kancelarii i zaczyna nowe życie. Jak rozumiem, czytelnik powinien polubić Davida. I pewnie niejeden rzeczywiście polubi. Ja, niestety, tej postaci nie kupiłam. O ile początkowo nawet wzbudził moją sympatię, a tyle z czasem stał się zwyczajnie nieznośny – przesłodzony i altruistyczny niczym z czytanki dla pierwszoklasistów.
Gdzieś w trzech czwartych książki, gdy czytelnik powoli zaczyna mieć dość – ile w końcu można czytać o amerykańskich procedurach sądowych – pojawia się akcja. Niestety, rachityczna niczym drzewko na pustyni i przewidywalna niczym obietnice wyborcze. A już finał, w którym David, wzorem obrońców wdów i sierot, oooops… - w tym przypadku wdowy i sieroty zastąpili niewydarzeni prawnicy, wykazuje się altruizmem rodem z opowiastek umoralniających plus mocno nachalny happy end spowodowały u mnie lekki opad szczęki. Mistrzu, dlaczego Mistrz mi to zrobił?
Przy wszystkich swych wadach, ma „Kancelaria” także szereg niezaprzeczalnych zalet. Płynny, wartki język, dzięki któremu nawet przydługie opisy, jakoś tak niepostrzeżenie „same wchodzą”, a stron ubywa w zadziwiającym tempie. Styl Grishama – przynajmniej w tej książce – nie jest wyszukany, ale w tym przypadku prostota formy wychodzi całości na dobre. Pasuje dobrze do dość prostej historii. Wysublimowany język byłby tu nie na miejscu, wręcz raziłby śmiesznością. Dobrze, że autor nie wpadł w tę pułapkę. Lekturę uprzyjemnia dodatkowo spora doza humoru rozsianego równomiernie na kartach powieści. Jest go akurat tyle ile trzeba – wystarczająco dużo, by ożywić opowieść, lecz na tyle mało, by nie zamienić jej w farsę.
Podsumowując. „Kancelaria” z pewnością nie zalicza się do najwybitniejszych dzieł Grishama. Można ją bez większego bólu przeczytać, ale i bez większego żalu pominąć.

Opinia zgłoszona do wyzwania: Czytamy literaturę amerykańską
Opinia zgłoszona do wyzwania: Klucznik

niedziela, 4 maja 2014

O TYM, CO PRZECZYTAŁAM W MAJOWY WEEKEND

SENSACJA ZE WSCHODU


Tytuł: Antykiler
Tytuł oryginału: Антикиллер
Autor: Danił Korecki
Tłumacz: Danuta Blank
Wydawca: Feeria
Data wydania: 2014-03-05 
Liczba stron: 650
ISBN:  978-83-7229-371-8 

Wspominałam już wcześniej, że książki sensacyjne nie należą do moich ulubionych lektur. Oczywiście, zdarzają się wyjątki. Wyjątkiem takim, rzekłabym bardzo „wyjątkowym wyjątkiem”,  jest „Antykiler” Daniła Koreckiego. Książka trafiła do mnie całkiem przypadkiem – wygrałam ją w konkursie internetowym. Gdyby nie to, nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy sięgnąć po opasłe tomiszcze z wizerunkiem snajpera na okładce. I tak oto, szczęśliwym zrządzeniem losu, dostałam do rąk pozycję, która z pewnością będzie należała do najlepszych powieści, jakie poznałam w tym roku (mimo że mamy dopiero początek maja). „Antykilera” przeczytałam niemalże jednym tchem, nie zauważając upływu czasu. Dzięki temu, nawet kiepska pogoda w długi majowy weekend nie bardzo mnie martwiała. Właściwie, to nawet ucieszyła – miałam pretekst, by zamiast wychodzić z domu „dla zdrowia”, leżeć pod kocykiem, pić gorącą herbatę (z nutką pomarańczy) i delektować się lekturą.
Książka Daniła Koreckiego, zawiera wszystko to, co musi mieć powieść sensacyjna, żeby „się sprzedawała”: mamy przemoc, seks, politykę (w różnych konfiguracjach), ale ma jeszcze coś – fabułę i to nie fabułę pretekstową, ale fabułę z prawdziwego zdarzenia, której podporządkowano wszystkie środki artystyczne. Rzeczone przemoc i seks pojawiają się wtedy, i tylko wtedy, gdy rzeczywiście są potrzebne, czy to dla wzmożenia wyrazistości opowieści, czy to dla lepszego nakreślenia postaci. A postaci mamy mnóstwo. Różnych. Tych dobrych i tych złych, gdyż akcja dzieje się równolegle w dwóch środowiskach: wśród mafii fikcyjnego miasta Tichodonska (pierwowzorem był położony w południowej Rosji Rostów na Donem) i wśród służb bezpieczeństwa wszelkiej maści - na brak takowych Rosjanie nie mogą narzeka, choć ich skuteczność i, co tu ukrywać, uczciwość bywa niekiedy mocno dyskusyjna. 
Sylwetki bohaterów autor buduje  po mistrzowsku. Zamiast walić czytelnika po głowie tasiemcowymi opisami, pozwala stopniowo zagłębiać się w świat książki, odkrywać jasne i ciemne strony kolejnych postaci. Jeśli coś można zarzucić w tej materii autorowi, to może tylko nadmierną omnipotencję tytułowego Antykilera. Ale to chyba ułomność większości książek sensacyjnych, nie wyłączając dzieł amerykańskich klasyków gatunku.
Tam, gdzie mamy mnogość postaci można spodziewać się i różnorodności akcji. Tak właśnie jest w „Antykilerze”.  Kolejne wątki wrzucają nas w wir pasjonujących, pozornie nie związanych ze sobą wydarzeń. Jednak dość szybko i zgrabnie wszystko łączy się w całość i prowadzi do nieuchronnego końca. I tu Koreckiemu udała się rzecz wręcz niesamowita. Już czas jakiś temu zauważyłam, skądinąd pewnie niezbyt odkrywczo, że gdy fabuła składa się z kilku wątków, tylko część z nich jest interesująca. Czytając tak skonstruowaną książkę często łapię się na tym, że dokładnie czytam jedynie wybrane fragmenty, a inne tylko przerzucam. Badanie przeprowadzane na niezbyt reprezentatywnej próbce (podpytałam kilku znajomych płci obojga) wykazało, że nie tylko ja tak mam, choć – co oczywiste – różne osoby uznają różne wątki za interesujące. W wypadku „Antykilera” stał się cud - całą książkę przestudiowałam z jednakową uwagą. Od pierwszej do ostatniej strony. Słowo daję!
I jeszcze jedna zaleta powieści, o której nie sposób nie wspomnieć. Świat opisany przez Koreckiego jest tyleż barwny, co wiarygodny. Być może tu i ówdzie nieco przerysowany, momentami zaskakujący, ale wiarygodny. A gdy przewróciłam ostatnią stronę, z odmętów pamięci głębokich niczym rów Mariański wypłynął fragment wiersza „Умом Россию не понять”*). I to chyba najlepsze podsumowanie „Antykilera”.

PS. Danił Korecki napisał „Antykilera” w roku 1995. W latach 1998, 2009, 2012 powstały kolejne tomy. Nie wiem, czy starczy mi cierpliwości by czekać na polskie tłumaczenie. Chyba skuszę się na oryginały. Aczkolwiek, z drugiej strony, trochę się boję, czy dalsze części dorównują pierwszej. Różnie to bywa.

*) „Rozumem Rosji nie pojmiesz” – fragment czterowiersza Fiodora Iwanowicza Tiutczewa, w moim, bardzo nieporadnym tłumaczeniu.

Moja ocena: 10/10

Książka zgłoszona do wyzwania:  Z literą w tle

piątek, 4 kwietnia 2014

JAK WAŻNA JEST KOLEJNOŚC

JO NESBØ –„POLICJA”


JO NESBØ – POLICJA
Tytuł: Policja
Tytuł oryginału: Politi
Autor: Jo Nesbø
Tłumacz: Iwona Zimnicka
Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie
Data wydania: 2013
Liczba stron: 472
ISBN: 978-83-245-9406-1 

Po wyśmienitej, wręcz rewelacyjnej książce „Czerwone gardło” (http://polekturze.blogspot.com/2014/03/jo-nesb-czerwone-gardo.html) nie byłam w stanie oprzeć się promocji i z niekłamanym entuzjazmem kupiłam kolejną powieść Jo Nesbø „Policja”. Nie na darmo jednak przysłowie mówi, że chytry dwa razy traci. „Policja” to dziesiąta książka z cyklu o Harrym Hole. W przeciwieństwie do „Czerwonego gardła” bardzo mocno związana z poprzednimi tomami. Wiele wątków i aluzji było dla mnie najzwyczajniej w świecie niezrozumiałe, a tym samym nudne. Jestem niemal pewna, że gdybym czytała po kolei wrażenia byłyby znacznie lepsze. Ale cóż... promocja -50%. Sami rozumiecie. Czuję się usprawiedliwiona, bo z „Czerwonym gardłem” (trzecia z kolei książka cyklu) takich problemów nie miałam. Jeśli nawet to i owo mi umknęło, to i tak lektura była więcej niż satysfakcjonująca. Obawiam się, że wspomniana okoliczność wpłynęła znacznie na mój odbiór „Policji”. Prawdopodobnie jestem względem tej książki zbyt krytyczna. Proszę więc Czytelnika o uwzględnienie tego faktu.
„Policja” to skrzyżowanie sensacji z klasycznym kryminałem: mamy zagadkę rozwiązaną dopiero na ostatnich stronach, mamy też dynamiczną akcję. Powieść, choć obszerna, nie jest przegadana, ma dobrą fabułę i ciekawy rytm. Brakuje jej jednak tego „czegoś”, co miało „Czerwone gardło”. Czegoś, co sprawia, że nie jesteśmy w stanie oderwać się od lektury. „Policję” owszem, czytałam z zainteresowaniem, ale bez wypieków na twarzy. Bez większego wewnętrznego sprzeciwu odkładałam książkę na bok, gdy nadchodził czas na spacer z mopsami albo oglądanie „Komisarza Aleksa” (wiem, wiem, że to kiepski serial, ale cóż na to poradzę, że go lubię?). I w tym miejscu właściwie mogłabym zakończyć, bo co to za kryminał, który przegrywa konkurencję z polskim serialem?
Nie jest jednak tak źle. Przede wszystkim mamy w powieści to, za co szczególnie polubiłam Nesbø - dobrze zarysowane, ciekawe postaci. Możemy je lubić, albo nie, ale na pewno nie są nam obojętne. Szczerze niepokoimy się ich losem, tym bardziej, że u norweskiego pisarza nikt (może poza samym Harrym Hole) nie ma niesławnej „ochrony scenariuszowej”. Nigdy nie możemy być pewni, co za chwilę przytrafi się któremuś z bohaterów.
Po drugie, fabuła, choć oparta na dość ogranym pomyśle seryjnego zabójcy, jest naprawdę ciekawa, a niektóre pomysły – zdrowo odjechane (że pozwolę sobie użyć slangu). Autor nie cacka się z czytelnikiem, nie owija niczego w bawełnę, nie łagodzi okrucieństwa i, co niezwykle ważne, nie próbuje flirtować ze złem. Być może jestem staroświecka, ale trudno jest mi zaakceptować popularną ostatnimi czasy w pop kulturze koncepcję sympatycznych seryjnych morderców i miłych płatnych zabójców („No cóż, gościu ma taką pracę, ale poza tym jest cool”). Na szczęście u Nesbø nic takiego nie ma. Zło jest złe, mroczne i przerażające. Nie ma w nim nic pociągającego. A najstraszniejsza jest jego siła. Nie ma co ukrywać – kilkakrotnie podczas lektury poczułam na plecach nieprzyjemne dreszcze.
I tak mimo początkowych zastrzeżeń, nie zniechęciłam się bynajmniej do twórczości Nesbø. Z pewnością w niedługim czasie sięgnę po kolejne pozycje tego autora, lecz tym razem będę czytała jak Pan Bóg przykazał – po kolei, od pierwszego tomu począwszy.

Moja ocena: 8/10

Książka zgłoszona do wyzwania Klucznik

środa, 5 marca 2014

JO NESBØ "CZERWONE GARDŁO"

KRYMINAŁ NA OPAK WYWRÓCONY


Tytuł: Czerwone gardło
Tytuł oryginału:  Rødstrupe
Autor: Jo Nesbø
Tłumacz: Iwona Zimnicka
Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie
Data wydania: 2006
Liczba stron: 424
ISBN: 83-7384-515-1

Nie wiem skąd wzięła się tendencja nazywania książek sensacyjnych „kryminałami”. Prawdą jest, że dla niektórych osób, każda książka, w której pojawia się trup jest kryminałem. Jednak dla mnie kryminałem jest powieść/opowiadanie/nowela (niepotrzebne skreślić), której istotą jest rozwiązanie zagadki. Może to być morderstwo, kradzież, tajemnicze zniknięcie – nieważne. Istotna jest kolejność zdarzeń. Najpierw zbrodnia – przy czym zbrodnia jako fakt dokonany, a potem żmudne dociekanie. Gdy znamy przestępcę, a fabuła zasadza się na pytaniu „czy uda się złu zapobiec”, to nie jest kryminał. Jest to kryminał na opak wywrócony, czyli sensacja.
„Czerwone gardło” jest więc sensacją. W zasadzie nie lubię sensacji.
Akcja powieści Jo Nesbo toczy się dwutorowo: współcześnie i w okresie II wojny światowej. W zasadzie nie czytuję powieści wojennych.
I tak oto wpadła mi w ręce książka będąca połączeniem dwóch gatunków, za którymi, mówiąc oględnie, nie przepadam. A jednak nie tylko przeczytałam powieść od deski do deski, lecz zrobiłam to niemalże za jednym zamachem. Ani się obejrzałam jak akcja wciągnęła mnie na dobre.  A potem był już poranek dnia następnego.
„Czerwone gardło” jest jak ogr. Albo jak cebula. Ma warstwy. Pierwsza, zewnętrzna to, oczywiście, warstwa fabularna. Kto? (Tego dowiadujemy się w miarę szybko). Dlaczego? (Na odpowiedź musimy chwilę poczekać). Co? (To wcale nie jest takie oczywiste). Czy mu się uda? (Czy jak kto woli „czy mu się nie uda”).
Pod spodem tkwi sobie warstwa druga – rozliczeniowa. Ciekawe, że blisko siedemdziesiąt lat po wojnie Norwegowie nadal nie potrafią zakończyć historycznych obrachunków. Dla Polskiego czytelnika (szczególnie tego starszego lub w średnim wieku) nowością jest spojrzenie na blokadę Leningradu z drugiej strony. Niby nic odkrywczego – w każdej wojnie są dwie strony, ale zawsze to jakaś ciekawostka.
Jeszcze głębiej, warstwa trzecia – socjologiczna, opowiadająca o ludziach oszukanych przez ideologię, o radykalizacji postaw, o odradzaniu się ruchów nacjonalistycznych.
A jeszcze głębiej, w samym sercu ogra (cebuli), tkwi człowiek, z jego marzeniami, ideałami, porażkami i sukcesami.
Jedna rzecz mi się nie podobała. Polski tytuł - jakiś taki odrażający. A przecież „czerwone gardło” to po polsku „rudzik”. Rozumiem, oczywiście, symboliczny wymiar takiego tłumaczenia, ale i tak „Rudzik” podoba mi się bardziej.

Moja ocena: 9/10
Statystyki, katalog stron www, dobre i ciekawe strony internetowe