Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historyczne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 grudnia 2018

NIEPOKORNE DAMY


MARSZAŁEK, KTÓRY UKRADŁ KSIĄŻKĘ


Nie lubię rozbijania świata na „kobiecy” i „męski”.  Wiem, że przez lata rola kobiet w historii i kulturze była umniejszana, wiem, że obecnie wiele osób próbuje załatać dziurę w świadomości społecznej, wiem, że publikacje poświęcone wyłącznie kobietom cieszą się dużą popularnością, i tak dalej, i tak dalej. Wiem. Doceniam. Rozumiem.  Cieszę się, że kobiety powoli odzyskują swe miejsce w historii, ale w całej tej beczce miodu jest spora łyżka dziegciu. Gdy czytam książki, artykuły, czy eseje poświęcone roli kobiet w tej czy innej dziedzinie, wyczuwam w tym sporą dozę  postfraternalistycznej wyższości, żeby nie powiedzieć lekceważenia. Jakby fakt, że kobieta potrafi robić to samo co mężczyźni był ewenementem na miarę narodzin cielęcia o dwóch głowach. Czy komuś przyszłoby od głowy napisać książkę lub artykuł „Mężczyźni w dziejach Polski (albo dowolnego innego kraju)”? Albo „Stu mężczyzn, którzy byli malarzami”?. Nie sądzę. Nie bez powodu po dziś dzień niektóre pisarki przyjmują męskie pseudonimy, bo chcą być postrzegane przez pryzmat swej twórczości, a nie płci. Stąd też moje mieszane uczucia względem książki Kamila Janickiego „Niepokorne Damy. Kobiety, które wywalczyły niepodległą Polskę”. Książki na tyle udanej, że nawet mimo wyłuszczonych przed chwilą zastrzeżeń, uważam ją za jedną z ważniejszych pozycji wydanych w tym roku.

Porzućmy więc moje osobiste uprzedzenia i przejdźmy do meritum, czyli do omówienia książki. „Niepokorne Damy” to pozycja napisana bardzo ciekawie. Kamil Janicki jest wspaniałym gawędziarzem. Snuje swą historię płynnie, wręcz chce się powiedzieć „z gracją”. Opowieść pełna ciekawostek i dygresji wciąga, nie pozwala czytelnikowi nudzić się ani przez chwilę.
W tekście nie ma nic podręcznikowego. Postaci są żywe, przekonywujące, ludzkie. Autor nie ulega pokusie upiększania rzeczywistości. Janicki nie szczędzi nam też informacji dotyczących realiów, w których przeszło żyć jego bohaterkom. Uświadomienie sobie pozycji kobiet, ich miejsca w społeczeństwie oraz panujących (i niestety, pokutujących w niektórych kręgach do dziś) przekonań o ich niższości nie tylko fizycznej ale i intelektualnej, pozwala lepiej zrozumieć jak wielkiego wyczynu dokonały  wykraczając poza przypisaną im od wieków rolę.

Największą zaletą „Niepokornych Dam” jest zupełnie nowe podejście do ukazywania roli kobiet w odzyskaniu niepodległości. To nie żony i matki, które co najwyżej „w ciemnych izbach haftowały na sztandarach” i czekały w domach na powrót mężów i synów lecz aktywne uczestniczki walki. „Prawdziwe wojowniczki”, jak pisze o nich autor. 

Na paradoks zakrawa natomiast fakt, że w książce poświęconej kobietom, najwięcej miejsce poświecono… Józefowi Piłsudskiemu. Nie jest to jednak Marszałek jakiego znamy. Piłsudski z „Niepokornych Dam” to człowiek, mówiąc delikatnie, mało sympatyczny: egoistyczny niewdzięczny mizogin. Cieszy więc fakt, że w osobie Janickiego znalazł się człowiek, odkłamujący historię, człowiek, który zdobył się na odwagę powiedzenia prawdy o postaci z pomnika. Jednak to, że Piłsudski skradł lwią część publikacji poświęconej kobietom, na które zwykł był patrzeć z góry, zakrawa na chichot historii. Choć opowieść o Marszałku jest niewątpliwie ciekawa, wolałabym, by nieco więcej miejsce poświęcono bohaterkom, nawet kosztem uszczuplenia „wątku marszałkowskiego”.

Warto też zwrócić uwagę na „dodatki”: bogaty materiał ilustracyjny, obszerną bibliografię i bogate przypisy. Widać, że autor bardzo poważnie podszedł do tematu. Niby to oczywista oczywistość, ale… „Niepokorne Damy” to pozycja jak by nie było okolicznościowa, nie bez powodu wydana w setną rocznicę odzyskania niepodległości. Bardzo często zdarza się, że tego typu publikacje tworzone są pośpiesznie, bez należytej staranności. Na szczęście tym razem nic takiego nie miało miejsca.cKamil Janicki wykonał kawał porządnej roboty. W efekcie powstała rzecz, która mimo drobnych mankamentów, jest  ze wszech miar godna polecenia.

Tytuł: Niepokorne Damy. Kobiety, które wywalczyły niepodległość
Autor: Kamil Janicki
Wydawca: Znak Horyzont, 2018
Stron: 428
ISBN: 978-83-240-5476-3

niedziela, 30 września 2018

SPARTAKUS. TOM 1 - GLADIATOR

KSIĄŻKA DLA CHŁOPCÓW


Ostatnimi laty, być może dzięki popularności serialu telewizyjnego, a może z jakiegoś zupełnie innego powodu (któż jest w stanie zrozumieć zawiłe ścieżki mody), opowieść o Spartakusie przeżywa swój kolejny renesans. Do grona pisarzy, którzy sięgnęli po historię najsłynniejszego bodajże gladiatora, dołączył  Ben Kane. Nic w tym dziwnego, przecież to autor specjalizujący się w gatunku „miecza i sandałów” - powieściach historycznych, których akacja osadzona jest w czasach starożytnego Rzymu. 
Gdybym miała jakoś sklasyfikować tę książkę, najchętniej posłużyłabym się starym, zapomnianym już nieco terminem, używanym w czasach, gdy o poprawności politycznej nikt jeszcze nie słyszał. Chodzi mi o określenie „książka dla chłopców”.  Dziś nikt już (chyba?) tak nie mówi, jednak „książka dla chłopców” wryła się głęboko w moją pamięć, jako powieść łącząca szereg bardzo konkretnych cech: szybka akcja (musi się dziać!), lekka pogarda autora dla prawdopodobieństwa opisywanych zdarzeń (prawdy historycznej szukamy w podręcznikach, literatura przygodowa ma przede wszystkim bawić!), płaskie, czarno-białe postacie (na psychologię jest miejsce w literaturze obyczajowej, czyli w „książkach dla dziewcząt”!).  
Od razu śpieszę wyjaśnić, że nie uważam podziału na literaturę „dla dziewcząt” i „dla chłopców” za dobry, ani też za nim nie tęsknię. Ot, po prostu takie skojarzenie mi się nasunęło. To co napisałam powyżej, mogłabym wyrazić w mniej kontrowersyjny sposób: „Spartakus” to powieść bardzo prosta, oparta na wartkiej akcji, z dość pobieżnie zarysowanymi postaciami. 
W tym miejscu czas na drobne zastrzeżenie: nie jestem fanem tego typu literatury, choć rozumiem, że są osoby, które lubią takie książki. Nie chcę przez to powiedzieć, że mam „lepszy” czy bardziej wyrafinowany gust. Piszę o tym tylko dlatego, by podkreślić, że z pewnością nie jestem grupą docelową tej akurat publikacji, stąd też mój osąd może być zbyt krytyczny, a opinia zbyt surowa.
Po „Spartakusie” spodziewałam się zdecydowanie czegoś innego niż dostałam. Biorąc do ręki dwutomowe dzieło (gwoli ścisłości - pierwszy tom dwutomowego dzieła) oczekiwałam, że zobaczę rozwój głównej postaci, powolne kształtowanie się osobowości, powolne dorastanie do roli przywódcy. Tymczasem - niestety - dostałam bohatera „wszystkomogącego”.  Czy to dobrze czy źle? Sama nie wiem. Takie rozwiązanie pozwala autorowi przejść od razu do tego, co chłopcy (i dziewczynki) lubią najbardziej w powieściach przygodowych: do walk, pojedynków i romansu.  Kto lubi podczas lektury podążać za akcją, z pewnością będzie zadowolony. Natomiast ktoś, kto ceni sobie realizm będzie raczej rozczarowany.
A propos realizmu. Książka to nie tylko fabuła, to także język. O ile fabuła „Spartakusa” jest jaka jest, o tyle język jest mocno niesatysfakcjonujący. Nie wiem kto zawinił: pisarz, tłumacz czy redaktor. Owszem, zdania są poprawne, błędów gramatycznych ani ortograficznych nie ma, ale całość jest niemiłosiernie drewniana, a styl zupełnie niedopasowany do treści. Język na wskroś współczesny od biedy ujdzie w komentarzu odautorskim, ale w dialogach doprawdy trudno go zaakceptować. Nie chodzi mi tutaj o brak stylizacji, wystarczyłby styl „przezroczysty”.  W języku „Spartakusa” zbyt  mocno wyczuwalny jest XXI wiek. I znowu, po raz kolejny podejrzewam, że moje marudzenie wynika z tego, że powieść Kane’a jest po prostu nie dla mnie. Wiem, że jest rzesza czytelników, dla których największym komplementem jakim można obdarzyć książkę jest „czyta się dobrze i szybko”, a współczesny język bez dwóch zdań sprzyja szybkiemu czytaniu. Cóż z tego, jeśli ja wolę czytać powoli?
Czas na podsumowanie. Myślę, że „Spartakus” znajdzie swoich zwolenników - osoby o guście nieco odmiennym od mojego. Dla mnie zaś nauka na przyszłość: dobierając lekturę muszę ostrożniej podążać za ogólnymi trendami, a w większym stopniu uwzględniać swoje osobiste preferencje.

Tytuł: Spartakus. Gladiator.
Autor: Ben Kane
Tłumacz: Arkadiusz Romanek
Wydawca: Znak Horyzont, 2018
Stron: 590
ISBN: 978-83-240-5459-6

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

JAK ZRUJNOWAĆ KRÓLOWĄ

FAKTY CIEKAWSZE OD FIKCJI


Tytuł: Jak zrujnować królową
Autor: Jonathan Beckman
Tłumacz: Anna Gralak
Wydawca: Znak literanova 2017
Stron: 416
ISBN: 978-83-240-3554-0

Diamentowy naszyjnik wart fortunę, Maria Antonina, kardynał Rohan i spowity mrokiem tajemnicy Józef Balsamo vel Cagliostro. Miłośnicy powieści awanturniczej z pewnością od razu pomyśleli o „Naszyjniku królowej” pióra Aleksandra Duma (ojca).  Ci, którzy nie czytali tej powieści mogą, oczywiście nadrobić braki, ale nie jest to konieczne. Nieznajomość tej konkretnej  pozycji nie stanowi szczególnie poważnej luki w wykształceniu i erudycji. Mam lepszą propozycję – zamiast fikcji poznajcie prawdę, wydarzenia historyczne, które nie tylko stały się kanwą dla jednej z najbardziej znanych powieści, ale przede wszystkim zmieniły bieg historii. Zachęcam do sięgnięcia po książkę Jonathana Beckamana, o nieco przydługim, barokowym tytule „Jak zrujnować królową. Maria Antonina, skradzione diamenty i skandal, który zachwiał tronem Francji”.

W przypadku książki popularno-naukowej autor staje przed niełatwym zadaniem – musi tak dobrać treść, tak zakomponować całość, by mniej obeznany z historią czytelnik nie poczuł się zagubiony, a jednocześnie tak, by nie znudzić osób dobrze znających epokę. Z tym problemem musiał uporać się także Beckman. Nie wiedząc z jakiego pułapu wiedzy startuje potencjalny czytelnik, postanowił w miarę szybko wprowadzić go w sytuację. W skondensowanej formie szkicuje skomplikowaną sytuację polityczną i społeczną w XVIII wiecznej Europie.  Stąd dwa pierwsze rozdziały nie są specjalnie porywające. Próba upchnięcia w jak najmniejszej ilości tekstu jak największej ilości informacji zaowocowała suchym, podręcznikowym stylem, a osoba znająca i lubiąca epokę nie znajdzie zbyt wielu nowych informacji. Ale nie zniechęcajcie się! Warto przez ten początek przebrnąć, bo dalej jest lepiej, znacznie lepiej, a wręcz wyśmienicie. Język robi się o wiele bardziej przystępny, mniej suchy, postaci nabierają życia, treść (a właściwie akcja, choć w przypadku literatury faktu nie uchodzi używać tego słowa) wciąga – mówiąc krótko całość zyskuje rumieńce. Ani się czytelnik obejrzy, jak książka go porywa niczym najwytrawniejszy kryminał.

W „Podziękowaniach” autor wspomina, że praca nad tekstem trwała blisko sześć lat. To widać. „Jak zrujnować królową” to, poza wszystkim innym, kawał rzetelnej literatury historycznej. Widać, że Beckman wykonał ogromna pracę zbierając i weryfikując informacje. Sama bibliografia to piętnaście stron drobnym maczkiem, przy czym znaczną część stanowią teksty z epoki. Kolejne czterdzieści stron to bardzo szczegółowe przypisy. Brzmi strasznie? Nie ma się czego bać! Beckman reprezentuje bowiem starą, dobrą szkołę literatury popularno-naukowej, która mówi, że autor ma obowiązek przekopać się przez nudne dokumenty, opracowania i rozprawy, przetrawić to wszystko, a potem podać czytelnikowi w atrakcyjnej i przystępnej formie. W efekcie otrzymujemy lekką, przyjemną, a jednocześnie pouczającą lekturę. Ech, gdyby tak pisano podręczniki przyswajanie wiedzy byłoby znacznie milsze.

Backman nie ogranicza się do suchych faktów. Snuje własne teorie, formułuje przeróżne przypuszczenia – czasami całkiem daleko idące. Zawsze jednak wyraźnie zaznacza, co jest rzeczą udowodnioną, a co jedynie domniemaniem. Jakże wielu dziełom brakuje takiego klarownego rozgraniczenia. I tak oto autor zarobił u mnie kolejny plus.

A jeśli już o autorze mowa. Każde dzieło mówi nam wiele o swoim twórcy. Co widzimy tym razem? Z kart książki wyłania się obraz Beckmana-erudyty. Gawędziarza o rozległej wiedzy i zainteresowaniach, uwielbiającego wszelkiego rodzaju dygresje i poboczne wątki. Zwiększa to niewątpliwie atrakcyjność pozycji, ale z drugiej strony sprawia, że dość łatwo jest się pogubić w wątkach i meandrach tekstu. Taka kompozycja wymaga od czytelnika dużej dozy skupienia, dlatego „Jak zrujnować królową” to, przynajmniej w moim odczuciu, lektura nadająca się bardziej na jesienny wieczór przy kominku, niż na gorącą plażę. A że w chwili gdy piszę te słowa, lato właśnie chyli się ku końcowi, a jesień nadciąga wielkimi krokami, jest teraz najlepszy moment by sięgnąć po książkę Beckmana. Warto!




środa, 15 marca 2017

IKONY

TROCHĘ TAK, TROCHĘ NIE


Tytuł: „Ikony”
Autor: Stefan Türschmid
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 400

Każdy ma swoje ukryte lęki – ja  boję się fanatyków. Fanatyków wszelkiej maści, nawet takich, z którymi ideologicznie mi po drodze. Fanatyzm przeraża, ale i fascynuje. Jak to się dzieje, że jakaś idea potrafi owładnąć człowiekiem, wyprzeć wszystkie inne motywacje? Co sprawia, że ktoś w imię większego dobra rzuca na szalę życie swoje i innych? Od fanatyzmu do terroryzmu tylko jeden krok. I o nich właśnie, o ludziach, którzy ten krok zrobili, opowiada najnowsza książka Stefana Türschmida „Ikony”,  poświęconą rosyjskim terrorystom działającym na przełomie XIX i XX w.
„Ikony” to zbiór bardzo luźno powiązanych ze sobą opowiadań, traktujących o  tak słynnych postaciach jak Wiera Zasulicz („Żegnaj, Wieroczka!”), Siergiej Diegajew („Mały wesoły Pell”), Borys Sawinkow („Trzecia Rosja”) oraz Maria Spiridonowa („Pięć kopiejek”). Ponadto w siedmiu miniaturkach połączony wspólnym tytułem „Siedem” poznajemy historię zamachów na cara Aleksandra II.
Książkę czyta się bardzo dobrze. Język Türschmida jest płynny, akcja toczy się wartko, wciąga, a autor uatrakcyjnia ją, dodatkowo wrzucając od czasu do  ciekawostkę lub anegdotkę mniej lub bardziej związaną z fabułą. Jestem przekonana, że lektura „Ikon” zainteresuje niejedną osobę i być może skłoni do dalszego, samodzielnego pogłębiania wiedzy.
Największą zaletą książki są wnikliwe portrety psychologiczne bohaterów. Türschmid stara się zrozumieć pobudki, którymi kierowały się opisane przez niego postacie, pokazuje ich psychiczną i moralną ewolucję. Aby uprawdopodobnić tekst, zgrabnie żongluje narracją pierwszo- i trzecioosobową. „Ikony” są więc w pewnym sensie także powieścią psychologiczną. Wyraźnie widać, że ten aspekt opowiadanej historii najbardziej fascynował autora.
Im dalej zagłębiałam się w lekturę, tym bardziej upewniałam się w przekonaniu, że głównym źródłem inspiracji były dla autora powieści – od „Biesów” po „Archipelag GUŁAG”. Książki to zacne, nie ma więc nic zdrożnego w takiej fascynacji. Gorzej, że trochę zabrakło czasu na poszukiwania w tekstach naukowych.  Pół biedy, że w żadnym z opowiadań autor nie wychodzi poza powszechnie znane fakty – w końcu „Ikony” to pozycja beletrystyczna, a nie naukowa. Gorzej, że czasami mija się z prawdą. Żeby nie być gołosłowna podaję pierwszy z brzegu przykład.
Punktem kulminacyjnym opowieści o Wierze Zasulicz jest zamach na Trepowa, proces i emigracja. Oto co pisze autor (str. 76):
Wiera wyjeżdża do Szwajcarii.  Bardzo długo nie może wrócić do Rosji, bo zostałaby natychmiast aresztowana. Wraca dopiero po latach, po ogłoszeniu przez cara amnestii”.
Tymczasem  zamach na Trepowa i proces miały miejsce w roku 1878. Po ogłoszeniu wyroku Zasulicz rzeczywiście za namową przyjaciół wyjechała do Szwajcarii, ale wróciła już 1879 r.! Trudno to nazwać powrotem po latach. Fakt, że nie zabawiła w kraju zbyt długo i w 1880 roku ponownie wybrała emigrację. Tym razem naprawdę długą, bo trwającą do roku 1898. Niby więc przekłamanie niewielkie, ale jednak zgrzyta. Takich drobiazgów jest w książce więcej.
A jeśli już o drobiazgach mowa, to i redakcja to i owo przepuściła. Odwołam się znowu do opowiadania „Żegnaj Wieroczka!”. Ostatni podrozdział nosi tytuł „Moskwa, piętnaście lat później, lipiec 1919 roku”.  Prosta matematyka wskazuje, że poprzedniej wydarzenia powinny  mieć miejsce w  roku 1904. Nijak się to nie zgadza z datą wyjazdu na emigrację. Ani pierwszą, ani drugą.  Nie pasuje też data powrotu z emigracji (1898). Właściwie nic nie pasuje.
A skoro już o redakcji mowa. Przepraszam, ale nie mogę się powstrzymać. Taki mój prywatny bzik, czyli niekonsekwencja w tłumaczeniu rosyjskich nazw. I tak na stronie 9. mamy „okna Aleksiejewskiego bastionu” (a więc szyk zdecydowanie obcy polszczyźnie, żywcem przeniesiony z rosyjskiego), a nieco dalej, na stronie 14 mamy już Prospekt Angielski (czyli szyk zmieniono na polski, bo po rosyjsku jest Anglijskij Praspekt). Dla większości czytelników nie ma to znaczenia, ale zawsze trafi się jakaś maruda, taka jak ja.
Czy polecam tę książkę? Trochę tak, a trochę nie. Wszystko zależy od tego, czego oczekuje potencjalny czytelnik. Jeśli ktoś szuka dobrej powieści historycznej, z pewnością „Ikony” go nie zawiodą. Jeśli jednak wiesz już co nieco na temat historii Rosji przełomu wieków, i chcesz pogłębić wiedzę, poszukaj czegoś innego. „Ikony” nie dostarczą ci zbyt wielu informacji, a miejscami mogą nawet zwieść na manowce.

czwartek, 2 marca 2017

FURIA LUDZI PÓŁNOCY

ŁAGODNA FURIA


Tytuł: „Furia ludzi Północy”
Autor: Philip Parker
Tłumacz: Norbert Radomski
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 488

Powiedzmy to szczerze – wikingowie są na topie. W końcu mają swoje pięć minut! Gdzie się człowiek nie obejrzy, tam natknie się na jakiś ich ślad. A to nordyccy bogowie spoglądają na nas z kart komiksów Marvela i z plakatów filmu „Thor” , a to Kanadyjczycy do spółki z Irlandczykami serwują nam serial Michaela Hirsta  „Wikingowie”, a to Bernard Cornwell wyda cykl „Wojny wikingów”. Wikingomania dopadła także rodzimych autorów, że wspomnę chociażby o bardzo chwalonym cyklu Artura Szrejtera „Wojny wikingów i Słowian”. Prawdę mówiąc, ta akurat moda jakoś mnie ominęła.   Postanowiłam w końcu zbadać „o co z tymi wikingami chodzi”, bo muszę przyznać, że z moją bezbrzeżną ignorancją zaczynałam coraz częściej się czuć wyobcowana z grona znajomych bardziej biegłych w tym temacie.
Dodatkowym bodźcem do uzupełnienia braków w erudycji okazało się polskie wydanie książki pióra Philipa Parkera „Furia ludzi Północy”. Pozycja ukazała się w mojej ukochanej (i wielokrotnie przeze mnie chwalonej) rebisowskiej serii „Historia”. I tym razem także się nie zawiodłam. Pięknie wydana książka (elegancka okładka, solidne wykonanie, ciekawe ilustracje – to cechy charakterystyczne serii) ma równie satysfakcjonującą zawartość.
Autor zdobył się na odważny krok.  Nie podążył utartą ścieżką, wyrwał się poza obowiązujący schemat wikinga – krwiożerczej bestii i łupieżcy, który z pianą na ustach, w bitewnym szale bezlitośnie szatkuje przeciwników. Oczywiście, wikingowie Parkera to nadal wojownicy, ale autor pokazał też inne aspekty kultury ludów Północy: poznajemy zaradnych osadników, utalentowanych artystów i polityków.
„Furia ludzi Północy” pomyślana została i zrealizowana z ogromnym rozmachem. Parker portretuje wikingów wielopłaszczyznowo. Najazdy, podboje, sztuka walki, technika wojskowa i szkutnicza to tylko drobny ułamek tego, co znalazło się w książce. Autor wyjaśnia jak funkcjonowało społeczeństwo wikingów, jakie obowiązywało w nim prawo,  prezentuje ich poezję, religię i architekturę. Nagromadzenie informacji aż przyprawia o zawrót głowy. A wszystko to okraszone mitami, legendami i ciekawostkami.
Jak już wspominałam, nie jestem znawcą tematu, trudno jest mi więc ocenić książkę pod względem merytorycznym. Tym niemniej odniosłam wrażenie, że „Furia ludzi Północy” to pozycja przygotowana bardzo starannie.  Świadczy o tym chociażby obszerna bibliografia, szczegółowy indeks czy liczne przypisy. Przez cały czas czuć, że autor podszedł do tematu bardzo poważnie. Rzekłabym wręcz, że chwilami  za poważnie. Momentami zdarza mu się zbaczać z kursu literatury popularnonaukowej i ostro dryfować w kierunku publikacji akademickiej. Tekst niewątpliwie nabiera przez to powagi, ale za to trochę trąci podręcznikiem. Jest to szczególnie wyczuwalne w warstwie językowej.  Nie ma w nim obiecanej w tytule furii, jest jedynie bardzo rzetelna wiedza. Czytając o wikingach, chciałoby się oczyma wyobraźni zobaczyć starego woja opowiadającego nordycką sagę, tymczasem z kart książki spogląda na nas profesor w tweedowym garniturze.
Podsumowując. „Furia ludzi Północy” to z pewnością pozycja bardzo wartościowa, bogate kompendium wiedzy o dziejach wikingów od czasów legendarnych aż po ich wpływ na współczesność.  Lektura wymaga jednak sporego skupienia. To nie jest książka do poczytania w pociągu.

piątek, 17 lutego 2017

WOJNA WINSTONA

WOJNA TO NIE TYLKO BITWY



Tytuł: Wojna Winstona
Tytuł oryginału: Winston's War
Autor: Michael Dobbs 
Tłumacz: Anna Gralak
Wydawca: Znak Literanova 
Data wydania: 2017-02-01
ISBN978-83-2403-732-2
Stron: 560


„Wojna Winstona” trafiła do mojej  biblioteczki już jakiś czas temu, jednak chwilkę to trwało zanim w końcu zabrałam się za pisanie opinii. Dlaczego? Bo książkę trzeba najpierw przeczytać (choć wiem, że trafiają się tacy recenzenci od siedmiu boleści, którzy wcale nie uważają tego etapu za konieczny), a powieść Dobbsa nie jest pozycją lekką. Ponad 500 stron (dość drobnym drukiem)  tekstu ciekawego, ale zdecydowanie ciężkiego. Tej książki  nie da się czytać szybko, należy jej poświecić sporo czasu, ale, na szczęście, nie jest to czas stracony.
Akcja „Wojny Winstona”  toczy się między  1 października 1938 a 10 maja 1940. Główną linię fabularną osnuto wokół konfliktu i walki o przywództwo między premierem Nevillem Chamberlainem a Winstonem Churchillem.  Z mojego, subiektywnego, punktu widzenia trudno o ciekawszy temat. W historii zawsze dużo bardziej od działań militarnych interesowało mnie to, co je poprzedzało – konflikty, negocjacje, traktaty. Od tego co się stało znacznie ciekawsze wydaje mi się dlaczego stało się tak  a nie inaczej. Zdecydowanie bardziej od przebiegu bitwy interesuje mnie, dlaczego do niej w ogóle doszło. A czy myśleliście kiedyś o bitwach, które się nie odbyły,  albo o wojnach, które nie wybuchły? „Wojna Winstona” o tym właśnie opowiada. O wielkiej dyplomacji i jej kulisach, o negocjacjach i przepychankach, o układach i zależnościach z pozoru drobnych, a jednak wpływających na losy całych narodów, o tym, że w polityce czyjś sukces zawsze jest jednocześnie czyjąś klęską. Takie ukryte rozgrywki  zawsze mnie intrygowały. Nic więc dziwnego, że książka Dobbsa wciągnęła mnie od samego początku.
„Wojna Winstona” to kawał rzetelnej, dobrze osadzonej w realiach historycznych prozy. Autor oparł się na ogólnie znanych faktach i zweryfikowanych informacjach. Nie szczędzi nam przy tym licznych, mocno rozbudowanych detali,  co z pewnością jest dużą zaletą z punktu widzenia poznawczego.  Oczywiście, powieść to nie podręcznik, ale dobrze jest gdy zawiera rzetelną wiedzę.  Pod tym względem Dobbs spisał się świetnie, aż chce się powiedzieć, że za dobrze, bo trochę brakowało mi anegdot i ploteczek. Niechby nawet troszkę naciąganych – wszak literatura piękna ma służyć nie tylko nauce, ale i rozrywce.
I tak oto dochodzimy do małego kłopociku, z którym borykają się autorzy powieści historycznych. Trudno jest zaskoczyć czymś czytelnika i jednocześnie zachować wierność faktom. Szczególnie gdy pisze się o ludziach i wydarzeniach powszechnie znanych. Czym niby miał mnie Dobbs zadziwić? Z góry wiedziałam, że Hitler zajmie Czechosłowację. Atak na Polskę też mnie nie zaskoczył. Ani wojna zimowa. Nawet pociąg Churchilla do alkoholu nie wzbudził mojego zdumienia J
Cóż ma począć biedny pisarz w takiej sytuacji? Albo złożyć ofiarę z prawdy na ołtarzu atrakcyjności, albo wprowadzić postaci fikcyjne. Dobbs poszedł tą drugą drogą. Zgrabnie żongluje fikcją i faktami. Wydarzenia historyczne przeplatają się z opowieścią stworzoną w wyobraźni autora.  Co ciekawe, proporcje zmieniają się. Raz przeważa fantazja, raz prawda. Ma to istotny wpływ na tempo akcji. Tam, gdzie autor i jego kreatywność  mają  wolną rękę wydarzenia  toczą się wartko, tam gdzie na scenę wkracza prawdziwa historia tempo wyraźnie spada.  Rezultatem  tego  zabiegu jest przyjemna mieszanka. Powstała historia wielowątkowa. Opowieść o ludziach i wydarzeniach pozornie ze sobą nie powiązanych , których historie jednak w końcu ładnie się łączą. 
A jaki jest główny bohater? Jaki jest Churchill? Właściwie trudno powiedzieć, bo choć niewątpliwie jest postacią centralną, to – paradoksalnie – dość rzadko pojawia się na kartach książki. Znacznie częściej spotykamy Chamberlaina, Burgessa, czy liczni bohaterowi drugoplanowi. Winston jest tym, o którym wszyscy mówią (lub piszą) lecz sam dość oszczędnie pojawia się na scenie. Trochę mi go brakuje. Szczerze mówiąc  wolałabym więcej Churchilla w Churchillu.
Chociaż może tak jest lepiej? Mam wrażenie, że postaci historyczne wyszły Dobbsowi słabiej niż fikcyjne. Zarówno Chamberlain jak i Churchill są nieco schematyczni. Być może autor bał się zaryzykować i wyjść poza utarte schematy, a może po prostu sympatie polityczne przeważyły nad duchem twórczym? Tak czy siak, choć książka traktuje o Churchillu moją ulubioną postacią stał się  bohater drugoplanowy (aczkolwiek ważny), Mac – fryzjer męski.  Ciekawe, kogo polubią inni czytelnicy!


czwartek, 9 lutego 2017

URODZONY W TYBECIE

MARCEPANOWY TYBET


Tytuł: „Urodzony w Tybecie”
Autor: Chögyam Trungpa Rinpocze
Tłumacz: Joanna Grabiak-Pasiok i Anna Zdziemborska
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 304

Od kilku lat, mniej lub bardziej systematycznie (w zależności od humoru i czynników obiektywnych), spisuję swoje wrażenia po lekturze. Uparcie odmawiam nazywania tych tekstów recenzjami i trwam przy określeniu „opinie”. Upierałam się przy tym, upieram i upierać się będę. Dlaczego? A dlatego, że recenzja – przyzwoita, profesjonalna recenzja – powinna być przede wszystkim bezstronna, oparta na uczciwej analizie literackiej i obiektywnej (na ile to możliwe) ocenie wartości artystycznych oraz  poznawczych danego dzieła. Tymczasem opinia ma prawo być subiektywna, może bazować na słynnych „misiach” – podobało/nie podobało mi się. Powiedzmy szczerze – każdemu nie raz i nie dwa zdarzało się przeczytać książkę, o której na poziomie intelektualnym wiedział, że jest dobra, ba!, być może nawet świetna, ale na poziomie emocjonalnym nie zachwyciła. Bywa, że – choć wstyd się przyznać – momentami znudziła. Pisząc recenzję, musiałabym taką książkę,  częściowo wbrew sobie, pochwalić. Pisząc opinię, mogę sobie ponarzekać.
Co bardziej domyślny czytelnik pewnie już zgadł, że książka „Urodzony w Tybecie” mnie nie porwała. Doceniam walory poznawcze i wymiar filozoficzno-etyczny tej pozycji, ale czytało mi się średnio. Być może moja zachodnia wrażliwość (a właściwie jej brak) połączona z wrodzonym cynizmem nie pozwoliły mi otworzyć się na przesłanie ze Wschodu.
Tym przydługim wstępem nie chcę nikogo zniechęcić. Wręcz przeciwnie – ostrzegam, że część narzekań jest niezwykle subiektywna. A teraz do rzeczy.
„Urodzony w Tybecie” to historia  Chögyam Trungpa Rinpocze, ręką jego własną spisana.  Poznajemy niemalże całego życie autora – od wypełnionych zgłębianiem filozofii, nauk Buddy i treningiem medytacyjnym dzieciństwa oraz młodości, poprzez dramatyczną ucieczkę z opanowanego przez Chińczyków Tybetu, aż po ostatnie lata poświęcone krzewieniu dharmy na Zachodzie.  Historia z potencjałem, bez dwóch zdań ciekawa, tym bardziej że opowiedziana przez naocznego świadka, jednak sposób narracji sprawia, że ciężko jest się przejąć opisywanymi wydarzeniami.
Przedstawiony świat jest słodki, wręcz cukierkowy. Sądzę, że częściowo wynika to z typowej dla każdego człowieka tendencji do idealizowania własnych wspomnień. Zadziałała też niewątpliwie bariera kulturowa, niepozwalająca mi dostrzec subtelności przekazu.
Z książki niewiele dowiemy się o historii i konfliktach wstrząsających regionem. Autor co najwyżej poinformuje nas, że z tego czy innego miejsca „docierały niepokojące wieści”. Mało emocjonująca informacja, musicie przyznać. Dopiero gdy pod te słowa podłożymy wiadomości  zdobyte samodzielnie z innych źródeł, zdamy sobie sprawę, o czym tak naprawdę czytamy: palenie klasztorów, mordowanie mnichów, zastraszanie miejscowej ludności. Tyle tylko, że w „Urodzonym w Tybecie” tej wiedzy jest jak na lekarstwo. Autor – człowiek Wschodu i wyznawca buddyzmu – koncentruje się na aspekcie duchowym. „Prawa karmy nie da się zmienić; każdy musi się zmierzyć ze swoim przeznaczeniem; każdy musi kierować się własnym sumieniem”. Ten cytat najlepiej oddaje zarówno ducha, jak i treść książki. Odniosłam wręcz wrażenie, że dobór faktów podporządkowano tej nadrzędnej  tezie, nie raz  ze szkodą dla spójności opowieści.  A jest to dobór zaiste dziwny. Oto przykład. Opisując pobyt w Stanach Zjednoczonych, Chögyam Trungpa wspomina: „ W tym okresie Diana wróciła do Anglii, żeby przywieźć do USA mojego ośmioletniego, tybetańskiego syna […]”. Niby nic dziwnego, gdyby nie to, że przedtem ani razu nie wspomniał o takim „drobiazgu” jak syn. Że o matce owego syna nie wspomnę. Znacznie ważniejsze jest napisanie wiersza. Ot, osobliwe są ścieżki, którymi podążają myśli buddyjskiego mnicha.
I tu dochodzimy do paradoksu. Dziwne (miejscami wręcz pokrętne jak na mój gust) postrzeganie świata jest tym, co mnie w „Urodzonym w Tybecie” wciągnęło najbardziej. Próba choć częściowego zrozumienia, przestawienia umysłu na zgoła mi obcy sposób myślenia, okazała się nie lada wyzwaniem intelektualnym. Prezentacja duchowości i filozofii Wschodu, zaproszenie czytelnika na wycieczkę w świat duchowości, jest najmocniejszym atutem „Urodzonego w Tybecie”.  I o to chyba w tej książce chodzi. Nie o historię lecz o aspekt duchowy.

niedziela, 29 stycznia 2017

ŻONA OFICERA

GDY NIEBO SIĘ WALI


Tytuł: „Żona oficera”
Autor: Philippa Gregory
Tłumacz:Urszula Gardner
Wydawca: Książnica 2014
Stron: 504
ISBN:  978-83-24581-44-3

Nie mogę pojąć co przyświeca wydawnictwu „Książnica” gdy w sposób wołający o pomstę do nieba zmienia tytuły książek Philippy Gregory. Dziwi to tym bardziej, że wszystkie pozycje tłumaczone są bardzo dobrze, a korekta i  redakcja przeprowadzane naprawdę staranne. Żeby chociaż zmieniali na coś intrygującego, ale gdzie tam! Za co tak gorzki los spotkał „Fallen Skies” zamienione na „Żonę oficera”?  Jeśli dodać do tego naturalistyczną okładkę (taka maniera) skojarzenie jest jedno – jak nic, jakieś podrzędne romansidło. Do tego grubaśne. Tymczasem „Żona oficera” to bardzo dobra powieść, poruszająca bolesny i niełatwy problem traumatyzacji psychiki całego pokolenia ludzi, które los rzucił na fronty I Wojny Światowej.
Choć główną bohaterką – tytułową żoną oficera – jest była śpiewaczka Lily Valance, to w istocie jej historia jest jedynie pretekstem do opowieści o nieszczęśliwym losie jej męża  Stephana Wintersa. Jest on doprawdy postacią tragiczną. Choć udało mu przetrwać, choć wrócił do domu, to w pewnym sensie wojna dla  niego nie skończyła się i nigdy się nie skończy. Jest symbolem całego pokolenia mężczyzn, którzy walczyli na frontach Wielkiej Wojny. Jak w soczewce skupia obraz cierpień tych, którzy jakoby szczęśliwie wrócili do domu.
Temat niezwykle niebezpieczny dla pisarza – łatwo jest popaść tani sentymentalizm, podświadomie zastosować schematy, uprościć motywacje bohaterów. Jednak Gregory nie wpadła w tę pułapkę. Jej postaci są wielowymiarowe, ich motywacje niejednoznaczne. Jaka część problemu Stephena tkwi w przeżyciach wojennych, a jaka w zadawnionych ranach gryzących duszę jeszcze w dzieciństwie? 
Walka Stephena z najgorszym wrogiem, z samym sobą, rzuca się cieniem nie tylko na jego życie, lecz także na życie wszystkich jego bliskich. Walka tyleż rozpaczliwa, co z góry skazana na przegraną. Być może w innych czasach, w innym społeczeństwie Stephen miałby szanse na szczęście. A może nie?
Akcja powieści rzucona jest na szerokie, pięknie odmalowane tło obyczajowe. Gregory po mistrzowsku buduje obraz brytyjskiej wyższej klasy średniej.  Sztywne zasady, zakłamanie, doprowadzona do absurdu podległość żony mężowi  - to nie jest obraz starej, dobrej Anglii z popołudniową herbatka, ciasteczkami i pnącymi różami na ganku. To obraz świata, w którym niełatwo jest żyć i niełatwo  jest umrzeć. Świat, który młodej, naiwnej Lily jawił się jako kraina marzeń, lecz gdy wreszcie tam dotarła okazał się więzieniem. Bez krat, bez strażników, ale i bez drogi ucieczki.
„Żona oficera” to intrygująca, dająca do myślenia powieść, którą z pewnością warto przeczytać.

wtorek, 10 stycznia 2017

ZDOBYWCY

MORZA I OCEANY ŚWIATA

Tytuł: „Zdobywcy. Jak Portugalczycy zdobyli Ocean Indyjski i stworzyli pierwsze globalne imperium”
Autor: Roger Crowley
Tłumacz: Tomasz Hornowski
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 448

Gdy myślimy o epoce wielkich odkryć geograficznych, pierwszym, co przychodzi nam do głowy, jest oczywiście Krzysztof Kolumb. Po chwili z otchłani pamięci wyłania się jeszcze Ferdynand Magellan. A co z nie mniej zasłużonymi i ciekawymi postaciami, takimi jak Vasco da Gama,  Afonso de Albuquerque i jego brat Francisco? Co z Francisco de Almeidą? Co z Duarte Pacheco Pereirą? Co z Pedro Escobarem? Oni także tworzyli historię! Co z ich osiągnięciami? To dzięki nim niewielka Portugalia stała się na początku XVI wieku potężnym morskim mocarstwem. O tym właśnie, o niezwykłych czynach portugalskich konkwistadorów, opowiada Roger Crowley w swej książce „Zdobywcy. Jak Portugalczycy zdobyli Ocean Indyjski i stworzyli pierwsze globalne imperium.”.
Rzadko kto jest w stanie tak jak Crowley łączyć ogromną wiedzę z niekwestionowanym talentem literackim.  Choć opowieść pełna jest szczegółów, dygresji  i pobocznych wątków, choć nie jest pozycją beletrystyczną, to wcale nie nuży. Wręcz przeciwnie, czyta się ją z zapartym tchem  niczym najlepszą powieść przygodową. Autor potrafi nie tylko ciekawie przedstawić fakty, lecz także (a może przede wszystkim?) umie tchnąć życie w opisywane postaci. Dawno już żadna książka nie zafascynowała mnie tak jak „Zdobywcy”. Wciągnęła od pierwszej strony i trzymała w napięciu do ostatniej linijki. Tak bardzo żal mi było rozstawać się z lekturą, że przeczytałam nawet, ignorowane zazwyczaj, podziękowania. Ot, taki czytelniczy odpowiednik wylizywania pustego talerza.
„Zdobywcy” to opowieść, nad którą unosi się duch walki, przygody i wielkiej polityki widzianych jednak z innej niż to zazwyczaj bywa perspektywy. Wielkie odkrycia geograficzne zwykliśmy rozpatrywać z punktu widzenia ekonomii: poszukiwania nowych szlaków handlowych, podboju nowych ziem, budowania potęgi państwa. Tymczasem w książce Crowleya Portugalczycy są spadkobiercami uczestników wypraw krzyżowych. Ich działania, okupione licznymi wyrzeczeniami, cierpieniami i ofiarami, są kolejną krucjatą, walką z islamem. Tak, jakby po cichu marzyli o kolejnym oswobodzeniu Jerozolimy.  Są więc „Zdobywcy” także opowieścią o zderzeniu dwóch kultur – chrześcijańskiej i muzułmańskiej.  Muszę przyznać, że ten aspekt historii do tej pory mi umykał, dostrzegałam gównie wątek spotkania cywilizacji europejskiej z amerykańską.
A jeśli Portugalia, to oczywiście Lizbona. Crowley zaprasza nas na wycieczkę do prężnie rozwijającego się, tętniącego życiem miasta pełnego bohaterów i awanturników. Do miasta ludzi, którzy zmienili historię. Co takiego miała w sobie Lizbona, że szukali tu szczęścia żeglarze z całego ówczesnego świata?  Aż mi się w głowie taka myśl zalęgła: czy by tak czasem nie zacząć ciułać grosików na wakacje w Portugalii, czy by nie wyruszyć latem na poszukiwania śladów tamtych wydarzeń? A nuż coś się zachowało?
„Zdobywcy” Rogera Crowleya to kolejna już pozycja w wyśmienitej serii Rebisu „Historia”. Należące do niej książki niezmiennie wyróżnia ogromna dbałość edytorska. Począwszy od ciekawej  szaty graficznej, w tym urzekającej, stylowej (twardej!) okładki i obwoluty,  poprzez staranne tłumaczenie, redakcję językową i korektę (cóż, dożyliśmy czasów, gdy brak literówek nie jest normą a rzeczą wartą wzmianki!) aż po wnikliwą redakcję merytoryczną. Serce raduje się na myśl, że w czasach wszechogarniającej pulpy, gdy na półkach księgarń panoszą się byle jak wydane gnioty, gdy wyroby książkopodobne być może nie  rozsypują się po pierwszym czytaniu jak to onegdaj bywało, ale niewątpliwie gwałcą poczucie estetyki kiczowatością szaty graficznej, gdy wydawnictwa typu vanity zalewają nas makulaturą niegodną nawet miana książki, komuś wciąż chce się pięknie wydawać pozycje przeznaczone dla wymagającego odbiorcy. Książki, które być może nie zostaną bestsellerami, lecz z pewnością znajdą swoją niszę. Oby więcej takich inicjatyw. I tego właśnie sobie – i wszystkim miłośnikom książek – życzę w nowym roku!

piątek, 21 października 2016

SPADOCHRONIARZ HITLERA

SKANDALU NIE BĘDZIE

Tytuł: „Spadochroniarz Hitlera”
Tytuł orginału Hitler's Paratrooper
Autor: Gilberto Villahermosa
Tłumacz:  Mirosław P. Jabłoński
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 456
ISBN978-83-8062-035-3

„Spadochroniarz Hitlera” to opowieść o Rudolfie Witzigu, niemieckim spadochroniarzu, który przeszedł do historii   przede wszystkim jako oficer, który zaplanował i przeprowadził operację zdobycia fortu Eben-Emael.
Urodziłam się w czasach, gdy taka książka nie mogłaby powstać.  Nie z powodu cenzury czy zakazów prawnych, ale głównie dlatego, że nikomu nie przyszłoby do głowy czegoś takiego napisać. Wspomnienia wojny były zbyt żywe.  Lecz oto niepostrzeżenie dorosło nam pokolenie, dla którego wojska Hitlera są równie abstrakcyjne jak armia Aleksandra Macedońskiego.  Nikt nie zastanawia się nad tym, że Aleksander tak naprawdę był najeźdźcą. Podziwiamy jedynie jego geniusz militarny.
 Szczerze cieszy mnie fakt, że dożyłam czasów, gdy spokojnie mogę oglądać niemiecki czołg i widzieć w nim przede wszystkim przykład świetnej roboty inżynierów.  (Co prawda musiałam w tym celu wybrać się do muzeum w Finlandii, ale to inna historia.)  Nie, nie popieram wojny – wręcz przeciwnie, jestem zadeklarowaną pacyfistką. Nie, nie popieram faszyzmu ani nacjonalizmu w żadnej postaci – nienawidzę ich z całego serca. Cieszy mnie to, że rany się zabliźniły, a stosunki z sąsiadem uładziły.
Po co ten przydługi wstęp? Ano po to, by jednoznacznie spozycjonować książkę. To nie jest pochwała ideologii faszystowskiej – kwestie ideologiczne autor w wielu miejscach omija, a tam, gdzie o nich wspomina, przemawia z chłodnym, analitycznym i pozbawionym uczuć tonem bezstronnego badacza historii i naukowca. Tym, co fascynuje autora, jest nie faszyzm, a sprawność i skuteczność doborowej formacji militarnej. A tego z pewnością niemieckim siłom powietrzno-desantowym  nie można odmówić. Wspominając o nazizmie Villahermosa po wielokroć powtarza, że Witzig – choć był pupilkiem Hitlera – nigdy nie wstąpił do NSDAP.
 Jeśli więc, Drogi Potencjalny Czytelniku, łakniesz taniej sensacji, poszukaj  czegoś innego, bo książka Villahermosy nie jest dla ciebie.
„Spadochroniarz Hitlera” to pozycja bardzo staranna. Autor z pewnością wie, o czym pisze. Jest absolwentem West Point , ma za sobą 33 lata służby wojskowej, opublikował liczne artykuły poświęcone historii wojskowości, ma też na koncie kilka książek o tej tematyce. Podczas lektury cały czas czułam, że Villahermosa potraktował temat bardzo poważnie.  Wszystkie podane informacje mają poparcie w tekstach źródłowych.  Przypisy i bibliografia zajmują około pięćdziesięciu stron – to wynik przywodzący na myśl publikację akademicką, a nie popularną. Podziw budzi też mnogość szczegółów. Jeśli już autor bierze się za opis jednostki, to dowiemy się o niej wszystkiego. Niemalże co do ostatniego guzika wymienionego w stanie magazynowym.
Dla pełności obrazu trzeba dodać, że mimo bardzo starannych badań i rzetelnego przygotowania nie udało się autorowi uniknąć drobnych potknięć. I tak pisze on na przykład, że lotnictwo polskie w roku 1939 zostało zniszczone na ziemi przez bombardowania niemieckie, co nie jest prawdą, bo przebazowano je na lotniska polowe tuż przed agresja. Są to jednak pomyłki sporadyczne, nie deprecjonujące  książki.
Wisienką na torcie są liczne ilustracje. Autor musiał poświęcić sporo czasu i energii, gromadząc pokaźny materiał ikonograficzny. Uważam, że się opłacało. Suchy język Villahermosy nie pobudza zbytnio wyobraźni, na szczęście rekompensuje to „wspomaganie” w postaci zdjęć.
Takie niezwykle rzetelne i drobiazgowe podejście jest, paradoksalnie, zarówno największą zaletą, jak i największą wadą książki. Bo jedyną rzeczą, którą można autorowi zarzucić, to całkowity, kompletny brak finezji. Nie uświadczysz w tekście ani anegdotek, ani próby interpretacji.  Fakty, fakty i tylko fakty.
Literatura popularnonaukowa przyzwyczaiła nas do tego, że autor spekuluje, stawia własne hipotezy – im bardziej są one kontrowersyjne, tym lepiej z punktu widzenia sprzedaży. Villahermosa nie tylko nie stosuje takich tanich chwytów, lecz wręcz przeciwnie, popada w drugą skrajność. Tam, gdzie nie ma stuprocentowo pewnej (przynajmniej w jego mniemaniu) odpowiedzi, pozostawia pytanie otwarte. Ot, chociażby nie wyjaśniona nigdy do końca sprawa akcji przeciwpartyzanckich, za które Francja ścigała Witziga aż do śmierci. Tyleż uparcie, co bezskutecznie, bo Bundeswhera do końca chroniła  Witziga – ze swym doświadczeniem był dla niej zbyt cenny.
Ze „Spadochroniarza Hitlera” dowiemy się  o Rudolfie Witzigu wszystkiego… no, prawie wszystkiego, ale nie zobaczymy człowieka.  Trochę mi tego aspektu ludzkiego brakowało. Powiem przekornie, że ogromną frajdę sprawiły mi te nieliczne fragmenty, gdy Villahermosa na chwile zapominał o obowiązku naukowego obiektywizmu i  pozwalał na chwilę przemówić swym uczuciom i pasjom. Zafascynowany spadochroniarzami  delikatnie  wybiela Witziga, podając w wątpliwość niektóre przypisywane mu czyny, takie jak choćby udział w skierowanych przeciwko partyzantom akcjach we Francji (wspominałam już o tym wyżej) czy uczestnictwo w mordach na cywilach na Krecie. W tych ostatnich wydarzeniach Witzig rzeczywiście nie brał udziału,  bynajmniej jednak nie z pobudek moralnych, lecz dlatego, że został ranny w boju.
Wbrew tytułowi, „Spadochroniarz Hitlera” to nie tylko biografia Rudolfa Witziga. To także opowieść  o powstawaniu i rozwoju nowego rodzaju broni. Temat z pewnością niezwykle interesujący dla miłośników historii, choć dla osób dopiero wkraczających w tę dziedzinę może okazać się zbyt hermetyczny.
Dla kogo jest w takim razie książka Gilberta Villahermosy? Przede wszystkim dla osób zainteresowanych historią II wojny światowej, dla tych, którzy już posiadają pewną wiedzę na ten temat, i doszli do etapu zagłębiania się w szczegóły.

niedziela, 18 września 2016

TULIPANOWA GORĄCZKA

NIE TYLKO O TULIPANACH


Tytuł: „Tulipanowa gorączka”
Autor: Deborah Moggach
Tłumacz:  Maja Justyna
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 304
Czy macie ochotę na wyprawę do XVII-wiecznego Amsterdamu?  Czy chcecie zobaczyć, co się działo się w pracowniach malarzy, którzy budowali i umacniali sławę holenderskiego malarstwa? Czy nie kusi was, by zajrzeć do domów ich mecenasów,  potem wpaść na chwilę do  tawerny i przemknąć przez dzielnicę biedoty? Czy nie byłoby ciekawie zanurzyć się w niepowtarzalnej atmosferze kraju opanowanego tulipanową gorączką, gdzie na spekulacjach cebulkami zbijano majątki i równie szybko je tracono? To możliwe. Nie zbudowano jeszcze co prawda wehikułu czasu, ale od czegóż wyobraźnia? Deborah Moggach zabiera czytelników w zaczarowaną podróż.  Wystarczy sięgnąć po jej powieść „Tulipanowa gorączka”.
Drogi Czytelniku Tej Recenzji, z góry uprzedzam – to nie jest obiektywny tekst.  Chociaż minął już dobry tydzień od chwili, gdy skończyłam czytać „Tulipanową gorączkę” nadal jestem nią zauroczona i – jak każdy beznadziejnie zadurzony – niby wiem o wadach obiektu moich westchnień, ale nie przyjmuję ich do wiadomości, i tyle. Powieść Deborah Moggach uwiodła mnie od pierwszego akapitu i uczucie to przetrwało do ostatniej kropki.
Wyobraźcie sobie galerię złożoną z obrazów holenderskich mistrzów, przedstawiających kolejne  epizody pewnej historii. Taki XVII-wieczny komiks. Tak właśnie skonstruowana  jest powieść Moggach. Każdy rozdział to oddzielna scena opisana tak, że przed oczami jawi się nam wciągajace malowidło – mroczne, pełne ciężkiej, duszącej atmosfery, skrywanych tajemnic i buzujących tuż pod powierzchnią ogromnych emocji i namiętności.  Obraz,  w którym każdy szczegół – od leżącego na stole jedzenia, poprzez trzymaną w ręce chusteczkę czy list, aż po  ukradkowe spojrzenia i starannie przemyślane gesty – niesie za sobą wiele znaczeń.
Już pierwsza, na pozór banalna scena, ma w sobie ogromną moc. Scena rodzajowa niczym z arcydzieła holenderskiego mistrza: rodzinna kolacja, na stole ryba, pęknięta bułka, w kieliszkach skrzy się wino. Zamożny kupiec pragnie utrwalić ulotne chwile codziennego szczęścia, zamawia u wziętego artysty portret rodzinny. Nie wie tego, co my już podświadomie wyczuwamy, tego, że ta na pozór niewinna decyzja zapoczątkuje ciąg wydarzeń wiodących nieuchronnie do katastrofy.
I tak oto rozpoczyna się historia o miłości,  namiętności, pożądaniu i zdradzie. Historia o tym, jak przypadek zmienia ludzkie życie.  Historia o przekraczaniu barier i ograniczeń – tych najtrudniejszych do pokonania, bo wzniesionych nie przez innych lecz przez nas samych.  Jakże często trudno jest bohaterom powieści mierzyć się z wyborami, których dokonali sami, z własnej, nieprzymuszonej woli. Potrzeba niezwykłego splotu wydarzeń, niezwykle silnego bodźca, by zejść z raz obranej drogi. A może to nie przypadek tylko przeznaczenie, którego uniknąć nie sposób? Kto to wie…? Emocje zmuszające bohaterów  „Tulipanowej gorączki” do działania są tak silne, że przesłaniają im wszystkie inne motywacje. Nie liczy się rozsądek, bezpieczeństwo, uczciwość, podjęte zobowiązania. Ważne jest jedynie osiągniecie celu – wbrew wszystkim i wszystkiemu, chociażby nawet przyszło im oszukać cały świat.
Taki bezmyślny pęd musi skończyć się tragicznie.  Nagle, w jednej chwili, świat wali wszystkim – i oszustom, i  oszukanym. Ale czy aby na pewno katastrofa jest końcem wszystkiego? Przecież koniec jest jednocześnie początkiem czegoś nowego. Każdy z uczestników dramatu coś stracił, ale wydarzenia, które zepchnęły ich z utartej drogi, kazały też odnaleźć nową ścieżkę. Wyboistą, krętą, ale własną. Ścieżkę, którą podążając, mogą żyć życiem trudnym, pozostając za to w zgodzie z samym sobą. A czy to nie jest warte każdej ceny?
Addendum. Po namyśle postanowiłam jednak nadać recenzji pozory obiektywizmu i troszeczkę sobie ponarzekać.
Na kartach książki spotykamy barwną galerię postaci reprezentujących wszystkie warstwy ówczesnego społeczeństwa: bogatego kupca Cornelisa, jego żonę Sophię, zakochaną w sprzedawcy ryb Willemie służącą Marię, wziętego malarza Jana van Loosa, jego przyjaciół Mattheusa i Lysbeth, ucznia Jacoba oraz sługę – pijaczynę Gerrita. Ten ostatni jawi mi się niczym figura zabłąkana z zupełnie innej bajki. Przerysowany, groteskowy, jest jak klaun żonglujący piłeczkami w środku wielkiego monologu Hamleta. I choć odgrywa ważną rolę w fabule, to zwyczajnie nie pasuje mi do całości. Wykreśliłabym go z książki z taką samą ochotą, z jaką z „Władcy pierścienia” wymazałabym Toma Bombadila.

czwartek, 2 czerwca 2016

ŚLEDZTWA KSIĘCIA SETNY


POŁEBKIZM


Tytuł: „Przeklęty grobowiec”
Cykl: „Śledztwa księcia Setny”
Autor: Christian Jacq
Tłumacz: Monika Szewc-Osiecka
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 370

Post opublikowany pierwotnie na portalu Fahrenheit.

Starożytny Egipt to samograj. Takiego nagromadzenia tajemnic, intryg i mitów, takiego pola do popisu dla wyobraźni, takich możliwości do błyśnięcia erudycją, nie znajdziecie nigdzie indziej jakbyście nie szukali w czasie i przestrzeni. Wydawać by się więc mogło, że nie da się napisać kiepskiej książki osadzonej w takich realiach. A jednak Christian Jacq dokonał niemożliwego. Napisał powieść, delikatnie rzecz ujmując, mierną. Książkę, która nie broni się prawie na żadnej płaszczyźnie.  „Prawie”, bo jednego nie można Jacqowi  odmówić – obszernej, drobiazgowej wiedzy na temat Egiptu. Wiedzy, której starczyłoby na napisanie niejednego podręcznika.  Czytając opisy obyczajów, strojów czy wierzeń możemy w pełni autorowi zaufać. I na tym zalety „Śledztw księcia Setny” się kończą. Cóż z tego, jeśli wiedzy tej nie potrafi sprzedać w interesujący sposób.
Długo zastanawiałam się dla kogo przeznaczona jest ta powieść, zanim w końcu doznałam olśnienia.  Jest to pozycja odpowiednia dla tak zwanej młodszej młodzieży, czyli, po bożemu, do dzieci w wieku 11-12 lat, takich które już sprawnie składają literki i nawet ze zdaniem podrzędnie złożonym sobie poradzą, ale jeszcze zbyt skomplikowanych treści w małej główce nie są w stanie dłużej utrzymać. Z tym, że bardziej rozgarnięty dwunastolatek grupą docelową już nie będzie.  Wiele uproszczeń i naiwności można tłumaczyć młodym wiekiem i brakiem wyrobienia potencjalnego odbiorcy. Chociaż, z drugiej strony, czy młody wiek czytelnika to wystarczający powód by go nie traktować poważnie?
Beletrystyka, a w szczególności ta popularna, fabułą stoi. Tym razem fabuła jest prosta jak budowa cepa. Było dwóch braci, jeden dobry, drugi zły, obaj kochali piękną dziewczynę, a ona oczywiście wolała dobrego, choć biednego.  A śledztwa? No są gdzieś tam w tle, i bynajmniej nie książę Setna je prowadzi, a jego przyjaciel. Książę Setna jest zajęty czytaniem mądrych ksiąg i byciem zakochanym od pierwszego wejrzenia. Intryga w sam raz dla miłośniczek seriali „My Little Pony” albo „Troskliwe Misie”. Z całym szacunkiem dla tych osiągnięć X muzy.
Literatura piękna to sztuka snucia opowieści. Jacq opowiadać nie umie. W sposób wołający o pomstę do nieba marnuje wcale nie mały potencjał prezentowanej historii. Kolejne wydarzenie przedstawia w iście telegraficznym skrócie. Wiele epizodów, które nawet średnio wprawnemu pisarzowi wystarczyłby na niezłe opowiadanie, a przynajmniej a kilka stron krwistej prozy,  on zbywa jednym, maksymalnie dwoma suchymi akapitami. Mamy w „Przeklętym grobowcu” i bitwę decydującą o losach państwa, i rytuał wtajemniczenia egipskiej kapłanki, i schadzki zakochanych, i magię, i politykę. Do wyboru, do koloru. Toż to materiał na całą sagę! Ileż emocji – od strachu, aż po głębokie wzruszenie, można by w czytelniku wywołać. Tymczasem wszystko to przedstawiono w sposób tak skrótowy i suchy, że całość jest po prostu nudna, a miejscami wręcz żenująca. Czytając czułam się jakby autor w pośpiechu oprowadzał mnie po wystawie hieroglifów. Widzieliście kiedyś wycieczkę z przewodnikiem gnającą kurs galopkiem przez muzeum? „Na tym obrazie widzimy dwie brzozy i konia. Idziemy dalej!”. Gdzie wyobraźnia?! Gdzie własna interpretacja?! Byle szybciej, byle dalej, po łebkach. Na potrzeby opisania stylu autora stworzyłam nawet nowe słowo „połebkizm”. Inaczej specyfiki dzieła oddać nie potrafię. I znowu wraca wizja jedenastoletniego czytelnika. Może nie zauważy?
W tym pobieżnie naszkicowanym świecie, przeżywają swoje pobieżnie opisane przygody, do bólu szablonowe postaci. Czarno-białe jak… Hmmm… zabrakło mi porównania. Nawet czarno-biała telewizja oferowała jakieś tam odcienie szarości.  Tutaj na szarość nie ma miejsca. Albo ktoś jest zły, albo dobry. Kropka.
Książka to jednak nie tylko akcja i bohaterowie. Książka to także, a może przede wszystkim język.  Tu jest on tyleż uproszczony (żeby nie rzec prostacki) co niedopasowany do treści. Wyobraźcie sobie świat, w którym działa magia. Tak, tak – działa.  Po prawdzie większość problemów rozwiązują nasi bohaterowie za pomocą magii.  Do narodzenia Chrystusa zostało nam z grubsza licząc tysiąc trzysta lat (mamy wszak okres panowania Ramzesa Wielkiego), do narodzin Roberta Kocha kolejne dwa tysiące (plus minus sto lat), a tymczasem nasza bohaterka maluje oczy kredką która „nie tylko podkreślała spojrzenie pięknych, uwodzicielskich oczu w kolorze głębokiej zieleni ale także chroniła przed zakażeniami i zarazkami”. (s. 47 ). W innej scenie bohater pyta „Czyżby zagrażał nam gang Syryjczyków” (s. 219).  Żołnierze noszą „nowe mundury” (s. 64),ba, mamy nawet „mundur generalski” (s.78). Dokładnie tak jak  zacytowałam. Nie „elementy umundurowania” jeno pełnoprawny mundur. Wspominać hadko. Ręce opadają.
Czas na podsumowanie. Nigdy bym nie uwierzyła, że coś takiego kiedykolwiek napiszę, a jednak… Szczerze radzę – zamiast czytać idź na spacer. Czerwcowe dni są takie piękne.
Statystyki, katalog stron www, dobre i ciekawe strony internetowe