Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obcojęzyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obcojęzyczne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 września 2016

SIERGIEJ ŁUKJANIENKO - KWAZI

Tytuł: Кваzи (Kwazi)
Autor: Siergiej Łukjanienko
TłumaczBrak wydania polskiego
ISBN978-5-17-098131-1.
Ilość stron: 352
Data wydania: sierpień 2016


Nie wszyscy wiedzą, że w Rosji książki, podobnie jak filmy mają kategorię wiekową. Najnowszą powieść Siergieja Łukjanienko „Kwazi” zaliczono do kategorii 16+, czyli de facto „dla dorosłych”. Dlaczego? Sądzę, że ze względu na wiele dość krwawych scen, a może sama tematyka zombi od razu kwalifikuje powieść jako „nie dla dzieci”? Nie wiem. Myślę, że każdy musi sobie na to pytanie odpowiedzieć sam. Ale po kolei, bo tak jakoś od środka mi się zaczęło.
Zawsze podziwiałam elastyczność i pomysłowość Serigieja Łukjanienko. Z jednej strony umie podążać za modą, z drugiej strony zachowuje jednak oryginalność. Bezbłędnie wyczuwa gorące trendy w literaturze popularnej, podąża za nim, ale płynie nieco "w poprzek". Modne były wampiry? Proszę bardzo, mieliśmy wampiry w „Patrolach”, ale zupełnie inne od reszty. Rzekłabym „łukjanienkowskie”. Teraz, gdy przyszła moda na zombie, Łukjanienko z lekkością mistrza proponuje nam własną wizję żywych trupów. I znowu jest to wersja nieortodoksyjna. W powieści zombi to tylko stopień pośredni między ludźmi, takimi jakich znamy, i quasi-ludźmi.
Tu pora na dygresję. Ci, którzy czytali moją pierwsza wzmiankę o powieści Łukjanineko, być może pamiętają rozważania na temat tłumaczenia tytułu. „Quasi” czy też „Kwazi”? Obecnie, gdy lekturę mam już za sobą, skłaniam się ku formie „Kwazi” gdyż słowo to zyskuje w książce nowe znacznie. Staje się nazwą własną nowej grupy istot. Kwazi to kolejny stopień rozwoju człowieka. Forma powstająca w pewnych okolicznościach (nie zdradzę jakich) z zombie.
W moim wydaniu brzmi to może nieco głupawo, ale u Łukjanienki składa się w całkiem udatną całość.
„Kwazi” czyta się dobrze. Jak zwykle u tego autora mamy wartką akcję, ciekawe postacie, niezgrane pomysły zgrabnie połączone z zapożyczeniami z najlepszej tradycji literatury rozrywkowej. Trochę kryminału noir, trochę powieści przygodowej, duet dobry glina i zły glina, mylne tropy, zwroty akcji i odległe echa niezapomnianych "Patroli". Do wyboru, do koloru.
Jednakże tym razem mam wrażenie, że chodzi o coś więcej niż tylko prostą przygodę. Być może dokonuje nadinterpretacji, ale popatrzcie sami. Oto nieoczekiwanie stykają się dwie kultury – ludzie i kwazi. Tacy sami a jednocześni inni. Ludzie to przede wszystkim istoty podążając za emocjami, kwazi, wręcz przeciwnie, emocji pozbawieni są całkowicie, kierują się wyłącznie rozsądkiem. Ludzkość staje przed jakościowo nowym dylematem. Jak zachować się w zderzeniu z nieznaną, odmienną kulturą? Co robić? I o tym właśnie jest książka: o różnych reakcjach na zaistniałą sytuację. Obserwujemy najróżniejsze podstawy: od skrajnej nienawiści, poprzez neutralną niepewność, aż po hura-optymistyczne przyjmowanie obcych z otwartymi rękami. Jedni obawiają się, że obcy wyprą obecną cywilizację zniszczą ją ze szczętem, inni wręcz przeciwnie, twierdzą, że nowe ubogaca istniejące. Czy czegoś wam to nie przypomina?
Powieść to jednak nie tylko treść, ale także forma. Czyli język. A tutaj Łukjanienko trzyma równy poziom. Kiedyś, gdy pisałam o „Szóstym patrolu” wspominałam, że w statystycznym ujęciu język tego autora wypada blado. Zakres słownictwa i średnia długość zdania sporo poniżej średniej dla gatunku, za to ilość dialogów znacznie powyżej przeciętnej (czytaj: mniej opisów). I co z tego? Statystyka statystyką, a życie życiem. Łukjanienko czyta się dobrze i tyle. Tego się będę trzymać.
Zbliżając się ku końcowi warto zaznaczyć, że choć główne wątki powieści zostały elegancko domknięte, to jednak wiele pytań pozostaje nadal bez odpowiedzi. Otwarte zakończenie sugeruje, że mamy do czynienia z początkiem kolejnego cyklu. Czyżby Łukjanineko szykował coś, co ma zastąpić "Patrole"? Tak mi się wydaje. Czy mam rację czas pokaże.

czwartek, 11 lutego 2016

KALEKI

GENOM - KONTYNUACJA



Tytuł: Геном
Cykl: Геном
Autor: Siergiej Łukjanienko
Wydawnictwo: ACT
Data wydania: 2014
Liczba stron: 768
ISBN:  978-5-17-082764-0

Od czasu do czasu pojawiają się na moim blogu wpisy o książkach obcojęzycznych. Zamieszczam je rzadko, zazwyczaj wtedy, gdy nie ma jeszcze wydania polskiego, traktując taką opinię jako swego rodzaju przedpremierową „zajawkę” . Z „Genomem” mam jednak kłopot. I to nie jeden. Po pierwsze, jakie książki wchodzą w skład cyklu? To co zna czytelnik rosyjski to: „Genom” (Геном), „Tańce na śniegu” (Танцы на снегу) i „Kaleki” (Калеки). Tak była kolejność powstawania i w takiej kolejności część wielbicieli twórczości Łukjanienki poznawała książki. Jednak „Tańce na śniegu” to prequel. Gdy cykl wydawany jest też jako jedno grube tomiszcze, kolejności czytania jest niejako narzucona przez wydawnictwo, które zdecydowanie preferuje wewnętrzną chronologię świata. I taką też kolejność w tej chwili zaleca sam autor. Jednakże w niektórych wydaniach "Tańce na śniegu" są opisane jako tom drugi, co może nieobeznaną z problemem osobę nieco zmylić, Polski czytelnik od początku przyzwyczajony jest do kolejności "chronologicznej" - najpierw "Tańce na śniegu", potem "Genom". I niech tak zostanie.
Nietrudno zauważyć, że tytuł jednego z tomów jest taki sam jak tytuł całego cyklu, co wprowadza jeszcze większe zamieszanie, gdyż nie zawsze do końca wiadomo co nasz interlokutor ma na myśli mówiąc/pisząc "Genom" - cały cykl, czy tylko jedną powieść.
Zanim przejdę do omawiania tekstu, pozwolę sobie na krótką, ale istotną dygresję. W języku polskim utwory prozatorskie można z grubsza podzielić na powieści i opowiadania. Wiem, wiem, że znawcy tematu mogą mnie oskarżyć o spłycanie problemu, ale chodzi mi tu o rozważania na poziomie zwykłego zjadacza chleba (i książek) oraz języka potocznego. Rosjanie oprócz powieści (роман) i opowiadania (рассказ) mają jeszcze повесть – coś co jest na powieść za krótkie, a na opowiadanie za długie. Najczęściej w języku polskim повесть utożsamiana jest z nowelą, co jest dobrym, chociaż nie stuprocentowo  prawdziwym przybliżeniem. Chyba najlepiej pasuje tutaj nieoficjalne określenie „mikropowieść”.  Jak zwał tak zwał, ważne, że wiemy o co chodzi,
„Kaleki” to właśnie  повесть  - prawdziwe wyzwanie dla wydawcy. Nie bardzo wiadomo co z tym zrobić – do zbioru opowiadań jest za długa, na samodzielną publikację za krótka. Może gdyby ktoś w Polsce wydał cykl Genom" w jednym tomie, tak jak to robią Rosjanie, dokleiłby i „Kaleki”, a tak… Nie wiem nawet, czy tekst został przetłumaczony i wydany w Polsce. Szukałam ale nie znalazłam. To oczywiście o niczym jeszcze nie świadczy – może się kiepsko starałam. Będę wdzięczna za każdą informację. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie…
Ci, którzy czytali „Genom” (cykl) wiedzą, że tom pierwszy i drugi są ze sobą powiązane niemalże symbolicznie. Akcja obu książek rozgrywa się w tym samym uniwersum, ale ani postaci, ani fabuła nie mają ze sobą nic wspólnego. Trochę inaczej rzecz się ma gdy idzie o „Kaleki” – z „Genomem” (powieścią) łączy je postać głównego bohatera, Alexa Romanowa, specpilota. Jednakże w całym tekście jest tylko jedna, delikatna aluzja do tego, co się działo w powieści. Wzmianka ta nie wnosi nic ważnego do treści „Kalek”, a jedynie sygnalizuje czytelnikowi, że to ten sam Alex, tylko nieco starszy i po przejściach.
Sam tekst, to jak zwykle u Łukjanienki, kawał dobrego, pisarskiego rzemiosła – przyjemne, przygodowe SF, w sam raz na jeden wieczór. No, może dwa. Wciągająca, wartka akcja, ciekawe postaci, dobrze dozowane napięcie. Do tego w treść sprytnie wplecione są drobne rozważania natury ogólnej o istocie człowieczeństwa, o naszych lękach, słabościach i mocnych stronach.  To też znak charakterystyczny Łukjanienki – w swoich powieściach i opowiadaniach zawsze stara się poruszać jakiś problem. Nie nachalnie, bez zbędnej dydaktyki, bez rozwlekania, aczkolwiek też bez nadmiernej finezji. Nie jest to ani głęboka, ani specjalnie odkrywcza filozofia. Czytelnikowi starszemu, bardziej wyrobionemu, niektóre rozważania mogą się wydać banalne, ale dla tych, którzy zbytnio skoncentrowali się na przygodzie, jest taki mały szturchaniec, zmuszający do zastanowienia się "co autor chciał nam przez to powiedzieć". Czego chcieć więcej?
Łukjanienko sprawnie opowiada historię ekipy specjalizującej się w… poskramianiu statków kosmicznych, które z jakiegoś powodu wymknęły się spod kontroli.  O ile w powieściach znaczną rolę odgrywała kreacja świata, to tym razem autor koncentruje się przede wszystkim na ludziach. A mamy tu ciekawą zbieraninę. Wspomniany już Alex - pochodzący z ZIemi specpilot, Hasan - technik, specjalista zajmujących się niestandardowym oprzyrządowaniem, Weronika - ziemianka, psycholog, Damian - specbojownik z planety Moskowia i Tracy - haker z planty Olimp. 
Znajomość poprzednich części (szczególnie „Genomu”) jest podczas lektury przydatna - dzięki niej "widzimy" bardziej szczegółowo świat otaczający bohaterów i lepiej rozumiemy niektóre ich rozterki,  ale i bez tego czytelnik powinien dać radę. 
Na koniec mała ciekawostka. Postaram się przy tym nie zdradzić zbyt dużo, żeby nie zepsuć przyjemności czytania (gdyby komuś udało się jednak znaleźć polskie wydanie, albo gdyby zdecydował się na oryginał). Otóż pierwotnie opowieść kończyła się zupełnie inaczej. Jednak przed przesłaniem tekstu do wydawcy Łukjanienko posłał rękopis (komputeropis?) Nikowi Pierumowowi z prośbą o przyjacielską opinię. Co dokładnie Nik powiedział Łukjanience, tego nie wiem, wiem natomiast, że namówił go do zmiany końcówki na weselszą. Łukjanienki nie trzeba było zresztą długo przekonywać, bo to człowiek z natury dobry, który źle nie życzy nikomu - nawet bohaterom literackim.

wtorek, 26 stycznia 2016

LITERATURA WAGONOWA

DLA DOSKONALĄCYCH ANGIELSKI (I NIE TYLKO)


Tytuł: A killer collection
SeriaA Collectible Mystery
Autor: Ellery Adams
Wydawca: J.B. Stanley
Data wydania: 2006-01-03
Liczba stron: 224
ISBN:  978-04-2520-745-1

Na własny użytek stworzyłam onegdaj specjalną kategorię książek i nadałam jej nazwę "literatura wagonowa". Określenie to bierze się stąd, że są to pozycje w sam raz do czytania w wagonie pociągu, tramwaju lub metra (jeśli akurat jesteśmy w mieście, które się metra dorobiło), czyli wszędzie tam, gdzie nie bardzo jest możliwość skupienia się nad bardziej wyrafinowaną lekturą. Alternatywne miejsca zastosowania literatury wagonowej: w poczekalni u lekarza albo dentysty, czekanie z farbą na głowie u fryzjera, długa kolejka po bilet (dowolny) i inne tego typu atrakcje. Powiem wprost - szkoda marnować dobrą książkę na czytanie w takich warunkach, z drugiej jednak strony szkoda tracić czas na czytanie książek złych. I tu w sukurs przychodzą nam pozycje nie tyle złe, co błahe, czyli owa właśnie literatura wagonowa. Prym w tej kategorii wiodą romanse i kryminały, wytworzyła się też cała grupa pisarzy specjalizujących się w masowej produkcji (bo trudno nazwać ten proces tworzeniem) tego typu dzieł. Skoncentrujmy się na kryminałach, jako że jest to gatunek bliższy mojemu sercu. Na blogu wspominałam kilkakrotnie (tutaj, tutaj i tutaj) pozycje pióra M.C. Beaton twórczyni takich postaci jak Hamish Macbeth czy Agatha Raisin. Inną, znaną polskiemu czytelnikowi pisarka uprawiająca ten gatunek jest Carola Dunn, "matka" Daisy D,. czyli Daisy Darlymple. Książki tych pań zajmują po kilka półek we wszystkich większych amerykańskich księgarniach. Tam też natknęłam się na kolejną pisarkę (czyżby była to domena kobiet?) tworzącą masowo takie lekkie, króciutkie, kryminały. Chodzi o Ellery Adams, autorkę czternastu powieści kryminalnych (przynajmniej ja tylu się doliczyłam). Czternaście książek to sporo, ale do rekordzistek jej daleko - w przypadku Marion Chesney doliczyłam się 139 publikacji (pod różnymi pseudonimami, jeden z nich to M.C. Beaton).
Książka "A killer collection" to pierwszy tom serii „A Collectible Mystery” opowiadającej o przygodach Molly Appleby. Bohaterka interesuje się wszelkiego rodzaju rękodziełem oraz antykami. Jest to pasja zarówno prywatna - miłością do kolekcjonowania zaraziła ją matka, jak i zawodowa - Molly pisuje artykuły do magazynu "Collector’s Weekly ". Podczas z wizyt na jednej z imprez związanych ze sprzedażą ceramiki Molly staje się świadkiem podejrzanej śmierci kolekcjonera. Dodajmy bardzo niemiłego i ogólnie znienawidzonego osobnika. Zagadka nie daje naszej bohaterce spokoju, więc pod pretekstem zbierania materiałów do kolejnego artykułu, zaczyna węszyć. Co było dalej, nie powiem, żeby nie psuć zabawy.
Akcja powieści jest dość prosta, ale zgrabnie poprowadzona. Postaci dość sympatyczne, wyraziste, choć nie da się ukryć, że dość płytkie i jednowymiarowe.   Jak to często bywa w przypadku książek rozpoczynających cykl, początek powieści to swoista rozbiegówka poświęcona prezentacji postaci. Na zbrodnię musimy czekać aż do trzeciego rozdziału. Na szczęście rozdziały nie są specjalnie długie, więc nie ma tragedii. Można też mieć nadzieję, że w kolejnych tomach autorka szybciej przejdzie do rzeczy. 
Trzeba też przyznać  że Ellery Adams "odrobiła lekcje".   "A killer collection" ma, o dziwo!, pewne walory edukacyjne. Ktoś, kto nigdy nie zetknął się z garncarstwem może całkiem sporo dowiedzieć się zarówno na temat samego rzemiosła jak i obyczajów panujących w zamkniętym światku kolekcjonerów ceramiki. Informacje podane zostały w sposób nieinwazyjny. Rozsiane tu i tam po tekście nie sprawiają wrażenia wykładu. Dzięki temu wiedzę przyswajamy niejako mimochodem, nie wiadomo kiedy.  Zaznaczam jednak, że nie jest to wiedza specjalnie głęboka. Ot, taka garść ciekawostek, niewątpliwie interesujących dla kompletnego laika, takiego jak ja.
"A killer collection" nie została przetłumaczona na polski, i, mówiąc szczerze, wątpię, by się kiedyś doczekała polskiego wydania. Zazwyczaj nie piszę  takich pozycjach. Jeśli już wspominam książkę obcojęzyczną, to zwykle są to pozycje które za jakiś czas pojawią się na naszym rynku. Ot, taka forma opinii przedpremierowej. Tym razem zrobię wyjątek. Uważam, że jest to świetna pozycja dla osób pragnących połączyć przyjemne z pożytecznym. Masz ochotę podszlifować angielski, niekoniecznie nudząc się nad kolejną czytanką? Chcesz czytać literaturę anglojęzyczną, ale z jednej strony nie masz ochoty na wersje "retold by" z zakresem leksykalnym okrojonym do 500 podstawowych słów, a z drugiej strony nie czujesz się na siłach walczyć ze zdaniami poczwórnie podrzędnie złożonymi? W takim przypadku "A killer collection" jest dla Ciebie. Książkę bez trudu i bez słownika przeczyta każdy władający językiem na poziomie "Upper Intermediate". Osobiście, podczas całej lektury sprawdziłam w słowniku jeden wyraz *)
Z zakupem lub wypożyczeniem wersji papierowej może być kłopot, gdyż w Polsce nie jest dostępna, można jednak bez trudu kupić wersję elektroniczną, zarówno tego kryminału jak i innych książek Ellery Adams.

*) Dla dociekliwych. Chodzi o słowo "kiln" (piec do wypalania, prażenia, suszenia)

poniedziałek, 16 lutego 2015

PROSTO SPOD IGŁY

SZÓSTY PATROL


Tytuł: Шестой Дозор (Szósty Patrol)
Autor: Siergiej Łukjanienko
Tłumacz: Brak wydania polskiego
ISBN: 978-5-17-087844-4
Ilość stron: 266
Data wydania: grudzień 2014

Jakoś tak jesienią ubiegłego roku wydawnictwo MAG wznowiło serię "Patroli" Siergieja Łukjanienko. Zwieńczeniem tego przedsięwzięcia była publikacja piątej części cyklu - "Nowy patrol". Tym niemniej nie o nim chciałam pisać lecz o absolutnej nowości "prosto spod igły", a właściwie "prosto spod klawiatury".  Jako, że dziwne literki nie przerażają mnie, a wręcz je lubię, skorzystałam skwapliwie z tego, że w dobie e-booków i internetu mogłam najnowsze dzieło Łukjanienki kupić (jak najbardziej zgodnie z prawem) już w dniu premiery. I to za 7,90 zł. Już dawno zwróciłam uwagę na bardzo atrakcyjne ceny e-booków na wschodzie. I rzecz nie tylko w kursie rubla (choć nie jest on całkiem bez znaczenia) lecz w strategii wydawców - większość książek elektronicznych jest w Rosji po prostu znacznie tańsza od wydań papierowych. I już.
Nieco dziś utonęłam w dygresjach, tym niemniej pozwolę sobie na jeszcze jedną. Chciałabym w kilku słowach podsumować "Patrole" wydane przez MAG-a. Co różni je od wydania KiW? 
Po pierwsze, tłumacz: tym razem wszystkie tłumaczenia wyszły spod pióra Ewy Skórskiej.  Może to i lepiej, bo choć przekład Zbigniewa Landowskiego bardzo mi się podobał, to jednak przy czytaniu kolejnych tomów tłumaczonych przez panią Skórską czuło się wyraźną różnicę pióra.
Po drugie, wizualna strona wydania: na plus trzeba zaliczyć MAGowi przygotowanie dwóch wersji okładek: nowej nawiązującej do stylistyki KiW (niektórzy bibliofile cenią sobie jednorodność serii) i nowej. Aczkolwiek co do wartości artystycznej okładki uczucia mam "zmieszane". Jak dla mnie zarówno stary, jak i nowy projekt są paskudne. Ponadto bardzo żałuję, że chociażby niewielka część nakładu nie została wydana w twardych okładkach. Z pewnością taką bym kupiła, aczkolwiek...
Po trzecie, czyli "aczkolwiek": jakość tego co mamy w środku. Auuuu! Boli! Auuuu! Takiej ilości literówek nie widziałam od czasu słynnych "klubówek". Moja technika czytania sprawia, że większość drobnych błędów pisowni zwyczajnie nie zauważam. (Z przykrością muszę się przyznać, że nie dostrzegam ich także we własnych tekstach).  Nie widzę i już - tak  jak osoby pozbawione słuchu muzycznego nie słyszą fałszywej nuty. Jeśli więc nawet JA zauważyłam, że jest ich mnóstwo, to musi być źle. Naprawdę źle. Niektóre, są doprawdy irytujące, np. "powiedziałam" zamiast "powiedziałem" sprawia, że czytelnik przez chwilę czuje się zagubiony.
A teraz nadszedł czas, by przejść do sedna. Już sam tytuł "Szósty Patrol" sprawił, że się uśmiechnęłam. Autor niejako wychodzi na przeciw prześmiewcom, zarzucającym mu ciągnięcie opowieści w nieskończoność. Puszcza oko do czytelników - tak, tak moi drodzy, to już szósty patrol. Inna sprawa, że potem w tekście wznosi karkołomną konstrukcję, by wytłumaczyć dlaczego "szósty patrol" a nie "patrol sześciu". Ma jednak na tyle sprawne pióro, że z próby wychodzi zwycięsko. 
Sama powieść, jak na szóstą część cyklu, jest nadspodziewanie udana. Oczywiście, podczas lektury nie ma tego uczucia świeżości i zaskoczenia, co podczas spotkania z "Nocnym Patrolem". Tamta powieść była czymś nowym, innym, zaskakującym. W "Szóstym Patrolu" może zaskakiwać (albo i nie - zależy na ile ktoś jest domyślny) rozwiązanie konkretnej zagadki, ale wykreowany przez Łukjanienkę świat jest nam już znany i wręcz oswojony. To nie zarzut, raczej stwierdzenie oczywistej oczywistości.
Także postaci, które spotykamy w "Szóstym Patrolu" są nam w większości znane: Anton Gorodecki, Swietłana, Heser, Zawulon oraz plejada postaci drugoplanowych wraz z moim ukochanym Łasem (przy najbliższej okazji planuję poprosić Łukjanienkę o zwiększenie zawartości procentowej Łasa w tekście).
Akcja, jak to u Łukjanienki zwykle bywa, toczy się wartko, by od czasu do czasu niemal stanąć. Zauważyliście, że autor lubi zrobić tu i ówdzie przerwę na rozważania o naturze życia i świata? To bardzo charakterystyczne dla Rosjan w ogóle. Nie raz widziałam taką scenę: zabawa trwa w najlepsze, tańce, śpiewy (Rosjanie kochają śpiewać), śmiechy i nagle ni stąd ni zowąd towarzystwo dopada zbiorowy atak filozofii. Pogadają przez chwilę o sensie życia, o bycie i niebycie, o dylematach moralnych inteligenta pracującego, by po chwili jakby nigdy nic wrócić do zabawy. Taka właśnie, bardzo rosyjska, jest narracja Łukjanienki. Mnie osobiście bardzo odpowiada, ale rozumiem, że niektórych  czytelników, zwłaszcza młodszych - wychowanych na reklamach i teledyskach, przyzwyczajonych do szybkiego tempa przetwarzania informacji, może nieco irytować. Sprawa gustu.
Fabuła. W moich omówieniach przeczytanych książek staram się unikać streszczania fabuły. Nie o to przecież chodzi. Pozwolę sobie tylko na uwagę ogólną, dotyczącą całej serii. Z tomu na tom, powoli, ale bardzo konsekwentnie zmienia się rozłożenie akcentów. Początkowo autor koncentrował się głównie na spiskach i intrygach - zarówno tych wewnętrznych, jak i na walce na linii Zawulon-Heser. W kolejnych tomach intryg stopniowo staje się coraz mniej, a ich miejsce znajdują coraz liczniejsze elementy sensacyjne: pogonie, walki, otwarte ataki i bezpośrednie starcia. Mniej jest polityki, mniej knucia. Trochę szkoda, bo knujstwa wszelakie to jest to, co najbardziej lubię. Oczywiście, tylko w literaturze  i filmie - broń Boże  nie w życiu.
Ewolucji podlega także struktura kolejnych części. Od pierwszej książki cyklu autor konsekwentnie dzieli tekst na trzy opowieści. W "Nocnym Patrolu" były to niemal oddzielne opowiadania, dość luźno ze sobą powiązane, dopiero na końcu splatające się w całość. Skądinąd bardzo udatnie się splatające. Z każdym tomem ten podział jest coraz bardziej umowny, by w "Szóstym Patrolu" stać się wyłącznie zabiegiem formalnym zapewniającym spójność całości.
Czy polecam "Szósty Patrol"? Myślę, że to pytanie nie ma większego sensu. Komu podobały się poprzednie części, z pewnością przeczyta powieść z przyjemnością. Kogo poprzednie tomy nie przekonały do świata wykreowanego przez Łukjanienkę, tego i szósty tom nie przekona.
Czytając "Patrole" po rosyjsku, miałam cały czas wrażenie, że język oryginału jest znacznie bardziej potoczny niż język tłumaczenia. W wydaniu polskim, tekst jest bardziej "literacki". W przekonaniu o tym, że mam rację utwierdziła mnie taka oto ciekawostka. Na stronie wydawcy znalazłam następujące dane statystyczne:

Aktywny zasób leksykalny: średni (2837 unikatowych słów na 10000 słowa tekstu)
Średnia długość zdania: 47 znaków - znacznie poniżej średniej (82)
Procentowy udział dialogów w tekście: 47% - znacznie powyżej średniej (36%)

Jako że nie każdy z odwiedzających mój blog ma możliwość (lub ochotę) przebrnąć przez blurba w oryginale, na koniec pozwolę sobie przytoczyć tekst z ostatniej strony okładki.

 "Na przestrzeni całej historii ludzkości Inni - Jasni i Ciemni - przeciwstawiają się sobie na wzajem, utrzymując równowagę sił Światła i Ciemności. Magowie, wiedźmy, wilkołaki i pozostali Inni żyją obok ludzi, którzy nawet nie podejrzewają ich istnienia. [...]
Nadciąga Apokalipsa. Inni są zmuszeni stworzyć nowy - Szósty Patrol, zdolny obronić przed niemalże nieuchronną zgubą wszystko co żywe na Ziemi."

PS. Do cyklu "Patrole"  formalnie należą także następujące pozycje

  •  "Oblicze Czarnej Palmiry" (Лик чёрной Пальмиры) Władimir Wasiliew 
  •  "Мелкий дозор" (opowiadanie - brak wydania polskiego) Siergiej Łukjanienko
  •  "Новогодний Дозор"  (opowiadanie - brak wydania polskiego) Siergiej Łukjanienko
  •  "Время инверсий" (brak wydania polskiego)  Władimir Wasiliew
  •  "Печать Сумрака" (brak wydania polskiego)  Siergiej Łukjanienko, Iwan Kuzniecow
  •  "Дозоры 3:Участковый" (brak wydania polskiego) Siergiej Łukjanienko, Aleks de Klemiesze
Statystyki, katalog stron www, dobre i ciekawe strony internetowe