poniedziałek, 15 kwietnia 2019

STRAŻNIK KRUKÓW

RAVENMASTER

„Strażnik kruków” Christophera Skaife’a jest dokładnie tym, co obiecuje wydawca: opowieścią o pracy, która z czasem stała się fascynacją. Historią napisaną ze swadą, wciągającą, pełną zabawnych anegdot i pouczających historii.
Każdy, kto był w Londynie, z pewnością odwiedził Tower, a gdy już tam dotarł nie mógł, po prostu nie mógł, nie zauważyć ogromnych, czarnych kruków i czuwających nad nimi mężczyzny w dziwnym stroju, a jeśli nie jego samego, to przynajmniej któregoś z kilku jego pomocników. Tym facetem w dziwnym stroju jest właśnie Christofer Skaife, starszy sierżant Królewskiego Pułku Księżnej Walii. Strażnik kruków.
Skaife to urodzony gawędziarz, aż trudno uwierzyć, że do powstania książki nie przyłożył ręki doświadczony pisarz, bo to publikacja w pełni profesjonalna. Wszystko jest tu tak jak być powinno. Niejeden twórca prozy non-fiction mógłby Skaife’owi pozazdrościć talentu i umiejętności.
Zacznijmy od języka, płynnego, potoczystego, świetnie dopasowanego do treści – choć tu, jak rozumiem, brawa należą się też tłumaczce, Aleksandrze Kamieńskiej. To się po prostu czyta. Pamiętam, że wielokrotnie podczas lektury przeróżnych pamiętników i wspomnień, musiałam przebijać się przez chropawy, czasami wręcz toporny język. Jednak nie tym razem. Styl Skaife’a jest naprawdę dobry.
Cała książka została świetnie przemyślana i po mistrzowsku zaplanowana. I tym razem autorowi udało się uniknąć kolejnej pułapki, w jaką często wpadają pamiętnikarze – chaosu. „Strażnik kruków” ma nie tylko starannie przemyślaną strukturę, ale wyśmienicie rozłożone akcenty. Fragmenty zabawne przeplatają się z poważniejszymi, informacje naukowe z anegdotami, opowieści historyczne z osobistymi wspomnieniami. Dzięki temu opowieść cały czas przykuwa uwagę, bawi, uczy i ani przez chwilę nie nuży. Ani się człowiek obejrzy, a wchłonie taką porcję wiedzy, z historii, literatury i ornitologii, jaką w szkole musiałby zdobywać miesiącami. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że będzie się przy tym wyśmienicie bawił. Naprawdę rzadko można trafić na pozycję tak wdzięcznie łączącą humor, rozrywkę i wiedzę.
Czego tu nie ma! Są gawędy o obyczajach kruków, jest historia wielkiej kruczej ucieczki, są legendy i historie o duchach, są dykteryjki z życia strażników londyńskiej Tower, a nawet opowieści o krukach pojawiających się w literaturze i filmie (a jest tego naprawdę niemało!). Autor opowiada też nieco o sobie: o swym dzieciństwie, o służbie w wojsku, a także o blaskach i cieniach swej obecnej pracy. I tu znowu pozytywnie mnie zaskoczył: zazwyczaj takie osobiste wtręty służą jedynie mniej lub bardziej ukrytej autopromocji. U Skaife’a jest inaczej. Elementy autobiograficzne pełnią niezwykle ważną rolą. Dzięki nim dowiadujemy się jak można zostać strażnikiem w Tower (czy zastawialiście się kiedyś nad tym skąd w XXI biorą się yeomani?), na czym polega ich praca, jakich wymaga  predyspozycji i umiejętności. Okazuje się, że sprawa wcale nie jest taka prosta!
Uwaga, „Strażnik kruków” ma jedną wadę: uzależnia! To prawdziwy pożeracz czasu! Jeśli zaczniecie czytać, to nie będziecie się w stanie oderwać.
Polecam gorąco!
Tytuł: Strażnik kruków. Moje życie wśród kruków w Tower

Autor: Christopher Skaife

Tłumacz: Aleksandra Kamińska
Wydawca: Znak Literanova, 2019
Stron: 286
ISBN: 978-83-240-5618-7

czwartek, 24 stycznia 2019

SPRAWA DLA KORONERA

BLASKI I CEINIE ŻYCIA KORONERA


Żaden przyzwoity, zachodni kryminał, a także kryminał rodzimy osadzony w  anglosaskich realiach, nie może się obejść bez koronera. Jest on zazwyczaj postacią drugo- albo i trzecioplanowa, przewijająca się gdzieś tam w tle na początku opowieści, ale  bez niego dzieło byłby niepełne. Z drugiej strony, wokół roli koronera narosło wiele nieporozumień. Często mylony jest on z lekarzem sądowym, albo śledczym. Tymczasem okazuje się, że żeby być koronerem, nie potrzeba nawet mieć matury, a największe szanse na uzyskanie tego stanowiska mają byli pracownicy zakładów pogrzebowych! Te, i wile innych ciekawostek na temat tego zawodu znajdziecie w książce Johna Batesona „Sprawa dla koronera, Kulisy zawodu, który codziennie spotyka śmierć”. 
Początkowo miałam z tą książką problem, bo nie jest ona do końca tym, czego można by się po przeczytaniu zapowiedzi na okładce, ale gdy już poczułam, o co w tej publikacji chodzi, czytało mi się całkiem dobrze.
Zacznę od tego, czym „książka jest” i jakie ma plusy. „Sprawa dla koronera” to pozycja biograficzna, opowiadająca o życiu Kena Holmesa, koronera z Kalifornii. Przepracował w zawodzie wiele lat, nie ma więc wątpliwości co do tego, że wie o czym mówi. Karierę zawodową bohatera śledzimy od samego początku, można wręcz rzec „od prehistorii”, bo od lat dziecinnych, kiedy to kształtowała się jego osobowość. To, wbrew pozorom, bardzo ciekawa lektura, bo odpowiada na pytanie, co skłoniło Holmesa do podjęcia pracy, która większości ludzi wydaje się mało atrakcyjna, a wręcz makabryczna.
W dalszej części poznajemy najciekawsze i najsłynniejsze sprawy, z którymi Holmes miał do czynienia. Nie zawsze są to opowieści o przestępstwach. Wszak jednym z podstawowych zadań koronera jest ustalenie, czy w danym przypadku mamy do czynienia ze śmiercią naturalną, samobójstwem czy morderstwem.
Holmes jest prawdziwą kopalnią opowieści: od zabawnych, przez smutne, po makabryczne. Nie zdziwię chyba nikogo gdy napiszę, że tych pierwszych jest stosunkowo mało. Przeważają smutne i makabryczne.
Na plus książki zaliczam także sposób przekazywania informacji: kulturalny i rzeczowy. Autor przedstawia fakty, nie szukając taniej sensacji tam gdzie jej nie ma. 
Język opowieści jest naturalny i nieskomplikowany. Z pewnością nie jest to najbardziej wyrafinowana polszczyzna z jaką miałam w życiu do czynienia, ale sądzę, że był to zabieg celowy. Poszczególne opowieści są krótkie i dość proste w przekazie. Płynne, choć niezbyt rozbudowwane zdania, nadają tekstowi naturalność. Czytelnik chwilami ma wrażenie, że naprawę przysłuchuje się rozmowie Batesona z Holmesem. Barokowe frazy byłby tu zwyczajnie nie na miejscu. 
A teraz czas na część drugą moich wywodów: czym książka nie jest i jakie ma wady. „Sprawa dla koronera” nie jest książką o medycynie sądowej, choć tak można by mniemać na podstawie blurba Owszem, poznajemy kulisy pracy koronera, ale głównie od strony organizacyjno-psychologicznej. Bardzo niewiele dowiemy się o technikaliach. Osobiście chciałabym, aby więcej miejsca poświęcono tłumaczeniu w jaki sposób nasz bohater doszedł do tego czy innego wniosku. Być może się czepiam, być może takie a nie inne podejście wynika ze specyfiki zawodu. Koroner pojawia się na miejscu zbrodni, dokonuje oględzin i zasadniczo na tym kończy się jego udział w śledztwie. Czasem pojawia się jeszcze na samym końcu, by złożyć zeznania przed sądem. Interpretacja faktów, rozwiązywanie zagadki i poszukiwanie winnego, leżą w gestii zupełnie innych specjalistów.
Znacznie poważniejszym zarzutem wobec dzieła Batesona jest brak obiektywizmu. Autor nie kryje, że książka powstała jedynie na podstawie relacji samego Holmesa. Nie mamy możliwości poznania opinii i punktu widzenia innych uczestników zdarzeń. To o tyle istotne, że pod adresem niektórych z nich padają całkiem poważne oskarżenia. Elegancko byłoby dać im możliwość przedstawienia swojej perspektywy wydarzeń.
W ostatecznym rozrachunku plusów jest jednak znacznie więcej niż minusów. „Sprawa dla koronera” to pozycja, która z pewnością przypadnie do gustu osobom amatorsko zainteresowanym  kryminalistyką.

Tytuł: Sprawa dla koronera. Kulisy zawodu, który codziennie spotyka śmierć

Autor: John Bateson
Tłumacz: Anna Sak
Wydawca: Znak Literanova, 2019
Stron: 428
ISBN: 978-83-240-4898-4



sobota, 22 grudnia 2018

NIEPOKORNE DAMY


MARSZAŁEK, KTÓRY UKRADŁ KSIĄŻKĘ


Nie lubię rozbijania świata na „kobiecy” i „męski”.  Wiem, że przez lata rola kobiet w historii i kulturze była umniejszana, wiem, że obecnie wiele osób próbuje załatać dziurę w świadomości społecznej, wiem, że publikacje poświęcone wyłącznie kobietom cieszą się dużą popularnością, i tak dalej, i tak dalej. Wiem. Doceniam. Rozumiem.  Cieszę się, że kobiety powoli odzyskują swe miejsce w historii, ale w całej tej beczce miodu jest spora łyżka dziegciu. Gdy czytam książki, artykuły, czy eseje poświęcone roli kobiet w tej czy innej dziedzinie, wyczuwam w tym sporą dozę  postfraternalistycznej wyższości, żeby nie powiedzieć lekceważenia. Jakby fakt, że kobieta potrafi robić to samo co mężczyźni był ewenementem na miarę narodzin cielęcia o dwóch głowach. Czy komuś przyszłoby od głowy napisać książkę lub artykuł „Mężczyźni w dziejach Polski (albo dowolnego innego kraju)”? Albo „Stu mężczyzn, którzy byli malarzami”?. Nie sądzę. Nie bez powodu po dziś dzień niektóre pisarki przyjmują męskie pseudonimy, bo chcą być postrzegane przez pryzmat swej twórczości, a nie płci. Stąd też moje mieszane uczucia względem książki Kamila Janickiego „Niepokorne Damy. Kobiety, które wywalczyły niepodległą Polskę”. Książki na tyle udanej, że nawet mimo wyłuszczonych przed chwilą zastrzeżeń, uważam ją za jedną z ważniejszych pozycji wydanych w tym roku.

Porzućmy więc moje osobiste uprzedzenia i przejdźmy do meritum, czyli do omówienia książki. „Niepokorne Damy” to pozycja napisana bardzo ciekawie. Kamil Janicki jest wspaniałym gawędziarzem. Snuje swą historię płynnie, wręcz chce się powiedzieć „z gracją”. Opowieść pełna ciekawostek i dygresji wciąga, nie pozwala czytelnikowi nudzić się ani przez chwilę.
W tekście nie ma nic podręcznikowego. Postaci są żywe, przekonywujące, ludzkie. Autor nie ulega pokusie upiększania rzeczywistości. Janicki nie szczędzi nam też informacji dotyczących realiów, w których przeszło żyć jego bohaterkom. Uświadomienie sobie pozycji kobiet, ich miejsca w społeczeństwie oraz panujących (i niestety, pokutujących w niektórych kręgach do dziś) przekonań o ich niższości nie tylko fizycznej ale i intelektualnej, pozwala lepiej zrozumieć jak wielkiego wyczynu dokonały  wykraczając poza przypisaną im od wieków rolę.

Największą zaletą „Niepokornych Dam” jest zupełnie nowe podejście do ukazywania roli kobiet w odzyskaniu niepodległości. To nie żony i matki, które co najwyżej „w ciemnych izbach haftowały na sztandarach” i czekały w domach na powrót mężów i synów lecz aktywne uczestniczki walki. „Prawdziwe wojowniczki”, jak pisze o nich autor. 

Na paradoks zakrawa natomiast fakt, że w książce poświęconej kobietom, najwięcej miejsce poświecono… Józefowi Piłsudskiemu. Nie jest to jednak Marszałek jakiego znamy. Piłsudski z „Niepokornych Dam” to człowiek, mówiąc delikatnie, mało sympatyczny: egoistyczny niewdzięczny mizogin. Cieszy więc fakt, że w osobie Janickiego znalazł się człowiek, odkłamujący historię, człowiek, który zdobył się na odwagę powiedzenia prawdy o postaci z pomnika. Jednak to, że Piłsudski skradł lwią część publikacji poświęconej kobietom, na które zwykł był patrzeć z góry, zakrawa na chichot historii. Choć opowieść o Marszałku jest niewątpliwie ciekawa, wolałabym, by nieco więcej miejsce poświęcono bohaterkom, nawet kosztem uszczuplenia „wątku marszałkowskiego”.

Warto też zwrócić uwagę na „dodatki”: bogaty materiał ilustracyjny, obszerną bibliografię i bogate przypisy. Widać, że autor bardzo poważnie podszedł do tematu. Niby to oczywista oczywistość, ale… „Niepokorne Damy” to pozycja jak by nie było okolicznościowa, nie bez powodu wydana w setną rocznicę odzyskania niepodległości. Bardzo często zdarza się, że tego typu publikacje tworzone są pośpiesznie, bez należytej staranności. Na szczęście tym razem nic takiego nie miało miejsca.cKamil Janicki wykonał kawał porządnej roboty. W efekcie powstała rzecz, która mimo drobnych mankamentów, jest  ze wszech miar godna polecenia.

Tytuł: Niepokorne Damy. Kobiety, które wywalczyły niepodległość
Autor: Kamil Janicki
Wydawca: Znak Horyzont, 2018
Stron: 428
ISBN: 978-83-240-5476-3

niedziela, 30 września 2018

SPARTAKUS. TOM 1 - GLADIATOR

KSIĄŻKA DLA CHŁOPCÓW


Ostatnimi laty, być może dzięki popularności serialu telewizyjnego, a może z jakiegoś zupełnie innego powodu (któż jest w stanie zrozumieć zawiłe ścieżki mody), opowieść o Spartakusie przeżywa swój kolejny renesans. Do grona pisarzy, którzy sięgnęli po historię najsłynniejszego bodajże gladiatora, dołączył  Ben Kane. Nic w tym dziwnego, przecież to autor specjalizujący się w gatunku „miecza i sandałów” - powieściach historycznych, których akacja osadzona jest w czasach starożytnego Rzymu. 
Gdybym miała jakoś sklasyfikować tę książkę, najchętniej posłużyłabym się starym, zapomnianym już nieco terminem, używanym w czasach, gdy o poprawności politycznej nikt jeszcze nie słyszał. Chodzi mi o określenie „książka dla chłopców”.  Dziś nikt już (chyba?) tak nie mówi, jednak „książka dla chłopców” wryła się głęboko w moją pamięć, jako powieść łącząca szereg bardzo konkretnych cech: szybka akcja (musi się dziać!), lekka pogarda autora dla prawdopodobieństwa opisywanych zdarzeń (prawdy historycznej szukamy w podręcznikach, literatura przygodowa ma przede wszystkim bawić!), płaskie, czarno-białe postacie (na psychologię jest miejsce w literaturze obyczajowej, czyli w „książkach dla dziewcząt”!).  
Od razu śpieszę wyjaśnić, że nie uważam podziału na literaturę „dla dziewcząt” i „dla chłopców” za dobry, ani też za nim nie tęsknię. Ot, po prostu takie skojarzenie mi się nasunęło. To co napisałam powyżej, mogłabym wyrazić w mniej kontrowersyjny sposób: „Spartakus” to powieść bardzo prosta, oparta na wartkiej akcji, z dość pobieżnie zarysowanymi postaciami. 
W tym miejscu czas na drobne zastrzeżenie: nie jestem fanem tego typu literatury, choć rozumiem, że są osoby, które lubią takie książki. Nie chcę przez to powiedzieć, że mam „lepszy” czy bardziej wyrafinowany gust. Piszę o tym tylko dlatego, by podkreślić, że z pewnością nie jestem grupą docelową tej akurat publikacji, stąd też mój osąd może być zbyt krytyczny, a opinia zbyt surowa.
Po „Spartakusie” spodziewałam się zdecydowanie czegoś innego niż dostałam. Biorąc do ręki dwutomowe dzieło (gwoli ścisłości - pierwszy tom dwutomowego dzieła) oczekiwałam, że zobaczę rozwój głównej postaci, powolne kształtowanie się osobowości, powolne dorastanie do roli przywódcy. Tymczasem - niestety - dostałam bohatera „wszystkomogącego”.  Czy to dobrze czy źle? Sama nie wiem. Takie rozwiązanie pozwala autorowi przejść od razu do tego, co chłopcy (i dziewczynki) lubią najbardziej w powieściach przygodowych: do walk, pojedynków i romansu.  Kto lubi podczas lektury podążać za akcją, z pewnością będzie zadowolony. Natomiast ktoś, kto ceni sobie realizm będzie raczej rozczarowany.
A propos realizmu. Książka to nie tylko fabuła, to także język. O ile fabuła „Spartakusa” jest jaka jest, o tyle język jest mocno niesatysfakcjonujący. Nie wiem kto zawinił: pisarz, tłumacz czy redaktor. Owszem, zdania są poprawne, błędów gramatycznych ani ortograficznych nie ma, ale całość jest niemiłosiernie drewniana, a styl zupełnie niedopasowany do treści. Język na wskroś współczesny od biedy ujdzie w komentarzu odautorskim, ale w dialogach doprawdy trudno go zaakceptować. Nie chodzi mi tutaj o brak stylizacji, wystarczyłby styl „przezroczysty”.  W języku „Spartakusa” zbyt  mocno wyczuwalny jest XXI wiek. I znowu, po raz kolejny podejrzewam, że moje marudzenie wynika z tego, że powieść Kane’a jest po prostu nie dla mnie. Wiem, że jest rzesza czytelników, dla których największym komplementem jakim można obdarzyć książkę jest „czyta się dobrze i szybko”, a współczesny język bez dwóch zdań sprzyja szybkiemu czytaniu. Cóż z tego, jeśli ja wolę czytać powoli?
Czas na podsumowanie. Myślę, że „Spartakus” znajdzie swoich zwolenników - osoby o guście nieco odmiennym od mojego. Dla mnie zaś nauka na przyszłość: dobierając lekturę muszę ostrożniej podążać za ogólnymi trendami, a w większym stopniu uwzględniać swoje osobiste preferencje.

Tytuł: Spartakus. Gladiator.
Autor: Ben Kane
Tłumacz: Arkadiusz Romanek
Wydawca: Znak Horyzont, 2018
Stron: 590
ISBN: 978-83-240-5459-6

środa, 29 sierpnia 2018

MINDHUNTER. PODRÓŻ W CIEMNOŚĆ

Kontynuacja bestsellera 


Tytuł: Mindhunter. Podróż w ciemność
Autor: John Douglas, Mark Olshaker
Tłumacz:  Łukasz Muller
Wydawca: Znak Literanova, 2018
Stron: 458
ISBN:978-83-240-4240-3

Są książki dobre. Są książki złe. Są książki przeciętne. Większość książek można zaliczyć do którejś z tych kategorii. Jednak tym razem mam z tym spory problem. Książka, o której piszę jest wyjątkowo nierówna. Najnowsze dzieło duetu Douglas-Olshaker momentami jest lekturą bardzo ciekawą, a miejscami po prostu nudną.
„Mindhunter. Podróż w ciemność” to kontynuacja bestselerowego „Mindhuntera” pióra tego samego duetu. Część pierwsza opowiadała o początkach profilowania i o trudnościach, jakie przyszło przezwyciężać twórcom tej nowej dziedziny wiedzy. Część druga poświęcona została „profilowaniu w działaniu”. Tym razem John E. Douglas opowiada o sprawach, w których uczestniczył. Jest to logiczna kontynuacja. Z mojego, subiektywnego punktu widzenia, tematyka części drugiej jest znacznie ciekawsza, ale jak wiadomo, de gustibus… 
W jednym z początkowych rozdziałów autor tłumaczy jakie cechy powinien mieć dobry profiler. Zaznacza, między innymi, że na stanowisku tym nie sprawdzają się umysły o zacięciu technicznym. Może w tym leży mój problem: mój ścisły umysł nie do końca jest zgodny z mocno chaotycznym stylem autora. Prawdę mówiąc, w ogóle nie jest zgodny. Liczne dygresje często zupełnie nie związane z tematem, odbieganie od głównego wątku, brak spójnego prowadzenia narracji, nierówne tempo opowieści, wszystko to sprawiało, że w warstwie literackiej oceniam książkę dość nisko.
Publikacja wypada znacznie lepiej, gdy spojrzy się na nią nie pod kątem formy, lecz pod kątem wartości informacyjnej. Ogromne fragmenty są naprawdę ciekawe, można się z nich sporo nowego dowiedzieć. Przykuwają uwagę, wciągają, wręcz trudno się od lektury oderwać. Szczególnie przypadły mi do gustu te części, gdzie po krótkim opisie zbrodni autor od razu przechodził do rzeczy, czyli do tłumaczenie jak krok po kroku powstawał profil przestępcy. W końcu takich właśnie informacji poszukuje czytelnik sięgający po „Mindhuntera”, nieprawdaż?
Gorzej, że te naprawdę wciągające kawałki są poprzeplatane nudnymi, przydługimi i często powtarzającymi się wywodami. Rozumiem, że John E. Douglas jest wybitym profilerem, że jego zasługi dla rozwoju kryminalistyki są doprawdy nieocenione, ale jego ego jest równie wielkie. Podkreślanie swoich zasług, opowieści o problemach rodzinnych, zdrowotnych i ogólnie o własnym poświęceniu dla sprawy jako-tako pasowały do części pierwszej, historycznej. Niestety, w części drugiej, poświęconej, przypominam, praktycznym zastosowaniom profilowania, są po prostu nieznośne. A już rozważania typu „znalazłbym tego mordercę, ale nikt mnie o zdanie nie zapytał” (to, oczywiście, moja trawestacja) są z lekka dziecinne. Ze wstydem muszę przyznać, że od czasu do czasu ulegałam pokusie, by ten czy ów, mniej udany fragment przebiec jedynie pobieżnie wzrokiem i przejść dalej, do ciekawszych rozważań
I jeszcze jedna uwaga. Tym razem neutralna. Zarówno na pierwszej, jak i na ostatniej stronie okładki autor obiecuje nam opowieść o seryjnych mordercach. Tymczasem znaczna część historii dotyczy osób, które dokonały tylko jednego morderstwa, co nijak ma się do definicji seryjnego mordercy. To akurat nie obniża wartości poznawczej publikacji, ale jednakowoż stanowi mały zgrzyt.
Podsumowując: „Mindhunter. Podróż w ciemność”, to pozycja, po którą warto sięgnąć, należy jednak przygotować się na liczne mankamenty.


sobota, 14 lipca 2018

SEANS W DOMU EGIPSKIM

Profesorowa Szczupaczyńska na tropie


Tytuł: Seans w Domu Egipskim
Autor: Maryla Szymiczkowa
Wydawca: Znak Literanova, 2018
Stron: 300
ISBN:978-83-240-4785-7

Powiedzmy to otwarcie: Zofia Szczupaczyńska wpadła w szpony uzależnienia. Uzależniła się emocji, od ekscytacji, od podniecenia, towarzyszącego śledztwu.  Los sprzyja pani profesorowej (choć jednocześnie obchodzi się okrutnie z ludźmi, z którymi nasza bohaterka ma do czynienia) i co i rusz stawia na jej drodze nową zagadkę kryminalną. W prowincjonalnym (gdzież mu do Wiednia!), spokojnym Krakowie, gdzie na pozór nic się nie dzieje, buzują skrywane głęboko emocje, a trup się ściele gęsto.

I tak oto, za sprawą dziwnego splotu okoliczności pani Zofia staje twarzą w twarz z kolejną tajemniczą śmiercią, Tym razem jest to łamigłówka najklasyczniejsza z klasycznych - typowa (bron Boże, nie w znaczeniu pejoratywnym!) zagadka zamkniętego pokoju.

Wiek XIX chyli się ku końcowi, minęły święta Bożego Narodzenia, życie towarzyskie ożywa, zaczyna się czas przyjęć wszelakich. Na jedno z nich - urządzony przez doktorostwo Beringerów w ich ekscentrycznym Domu Egipskim seans spirytystyczny, połączony z podziwianiem zaćmienia księżyca, udaje się nasza Szczupaczyńska. Niestety, seans zostaje przerwany nagłą śmiercią jednego z gości. NIkt nie ma wątpliwości - winnym musi być któryś z uczestników spotkania. Profesorowa z entuzjazmem przystępuję do dzieła, niezmordowanie drążąc tajemnice.

Tym razem okoliczności sprawiają, że nie musi zagłębiać się w mroczne zaułki miasta jak to miało miejsce w poprzednich tomach. W trakcie śledztwa odwiedza głównie mieszczańskie domy, spotyka się nawet z autentycznym hrabią, ale że życie nigdy nie bywa idealne, trafia też w kręgi krakowskiej bohemy, której przewodzi „Szatan”, znany nam bardziej jako Stanisław Przybyszewski. Nie jest to środowisko budzące szacunek szacownej mieszczki. Wywołuje u niej co najwyżej lekko pogardę doprawioną odrobiną strachu. 

Tu pora na pierwszy osobisty wtręt. W książkach Maryli Szymiczkowej na równi sobie cenię intrygę kryminalną i historyczno-obyczajowe tło. Niestety, tym razem autorka zrobiła mi psikusa, osadzając akcję w świecie artystycznym. Nic na to nie poradzę, ale z Młodą Polską nigdy nie było mi po drodze. Intelektualnie ogarniam, że to ważni twórcy, że przełom, że  nowe idee, itd., itp., ale na poziomie emocjonalnym jakoś tego prądu nie kupuję. Dlatego tez tym razem moje zainteresowanie tłem - a jest to tło bardzo rozbudowane - było znacznie mniejsze. Do tego tyrady Przybyszewskiego męczyły mnie niepomiernie, co niewątpliwie wpłynęło na mój mniej entuzjastyczny odbiór lektury. 

Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że nie wszyscy podzielają moje uprzedzenia. Wiele osób jest szczerze zainteresowanych tym okresem i bez wątpienia z dużą przyjemnością zanurzą się one w niepowtarzalną atmosferę Krakowa anno domini 1898. Ale, uwaga! Maryla Szymiczkowa nie jest bezmyślną wielbicielką wszystko co krakowskie. Do wszystkiego i wszystkich podchodzi z dystansem i właściwym sobie poczuciem humory. Nie boi się wbijać szpilek sławom, nawet samemu Szatanowi! Nie waha się nawet posunąć momentami do jawnej kpiny.

W warstwie kryminalno-fabularnej „Seans w Domu Egipskim” skonstruowany jest precyzyjnie, zgodnie ze wszystkimi zasadami sztuki. Oprócz głównego wątku - śledztwa prowadzącego do rozwikłania tajemnicy, mamy liczne wątki poboczne, mamy wskazówki rozsiane po całym tekście sprytnie przemieszane z mylnymi tropami. Czytelnik może więc nie tylko śledzić akcję, ale także próbować samodzielnie rozwiązać zagadkę - ma do dyspozycji wszystkie  (no, może prawie wszystkie kawałki układanki). Nieco rozczarowujący jest jedynie sposób w jaki Zofia Szczupaczyńska zmusza złoczyńcę do przyznania się do winy.  Zastosowane  rozwiązanie (mimo wszystko nie powiem jakie) było już wykorzystywane w kryminałach dziesiątki, jeśli nie setki razy.

„Seans w domu Egipskim” napisano pięknym, zróżnicowanym językiem, gdzie trzeba w pełni współczesnym, gdzie trzeba lekko stylizowanym nie na tyle jednak, by brzmiał sztucznie. Czyta się to wyśmienicie. Książkę łyknęłam w dwa wieczory.

Dobra wiadomość (przynajmniej ja ją uważam za dobrą) jest taka, że Przybyszewski mieszkał w Krakowie około roku, jest więc nadzieja, że Zofia Szczupaczyńska więcej nie natknie się ani na niego, ani na jego akolitów. Bo mimo wszystko, mimo drobnych zastrzeżeń uważam trzeci tom jej przygód za godny polecenia ze wszech miar i z niecierpliwością czekam na część czwartą.

poniedziałek, 9 lipca 2018

MIŁOŚĆ MADE IN CHINA

ŻYCIE NA MARSIE


Tytuł: Miłość made in China
Autor: Dorian Milovic
Tłumacz: Ewa Kucharska
Wydawca: Znak Horyzont, 2018
Stron: 348
ISBN: 978-83-240-4258-6

Ze wstydem niejakim muszę przyznać, że choć lubię literaturę faktu, to reportaż podróżniczy jako forma literacka, plasuje się dość nisko na liście moich preferencji czytelniczych. Zdecydowanie wolę  oglądać świat własnymi oczami, a jeśli już gdzieś dotrzeć nie mogę - czy to ze względów organizacyjnych, czy to ze względów finansowych - to zdecydowanie przedłożę film podróżniczy nad opowieść drukowaną. Dlatego też po książkę Doriana Malovica „Miłość made in China” sięgnęłam z pewnym ociąganiem. Niesłusznie. Książka wciągnęła mnie dosłownie od pierwszych stron. Czytałam ją z zapartym tchem jak najlepszą fikcję. Być może wiele tłumaczy fakt, że „Miłość made in China” to, wbrew mym oczekiwaniom (błędnym), nie pozycja podróżnicza lecz społeczno-obyczajowa.
Współczesne Chiny to przede wszystkiem kraj wielkich przemian, których skalę trudno jest sobie nam, Europejczykom, wyobrazić. W ciągu ostatnich stu lat Chiny przeżyły dwa wstrząsy ekonomiczne i polityczne, które nie mogły nie odbić się na obyczajowości i życiu codziennym. Najpierw socjalizm i rewolucja kulturalna zabiły tradycje, potem, po dziesięcioleciach przywrócono je do łask. Przynajmniej częściowo.
Jak na te przemiany reagują zwykli ludzie? Z jednej strony do łask wracają stare obyczaje i rytuały, z drugiej strony do społeczeństwa przenikają nowe idee z zachodu. A jak to często bywa, nowe pozostaje w sprzeczności ze starym. Powoduje to liczne konfuzje i zamęt w psychice współczesnych Chińczyków. Wielu z nich czuje się zagubionych w nowej rzeczywistości. Rozdarcie między nowym a starym najbardziej drastycznie widoczne jest w najintymniejszej sferze ludzkiej egzystencji - w życiu rodzinnym.
Temat podjęty przez Malovica jest niezwykle szeroki, dlatego też, by nadać publikacji bardziej uporządkowany charakter, autor podzielił ją na cztery główne części: „Poszukiwanie i uwodzenie” - poświęconą kojarzeniu małżeństw, „Podwójne szczęście” - to opowieść o współczesnych obyczajach ślubnych i weselnych, „Życie małżeńskie” - ten tytuł nie wymaga chyba objaśniania i „Chaos uczuciowy” - czyli związki pozamałżeńskie, konkubinat i prostytucja. Sporo miejsca poświęcono także życiu mniejszości seksualnych, które po latach prześladowań, powoli próbują znaleźć swoje miejsce.
Nie lubię używać wielkich słów, ale tym razem powiem nieco bombastycznie. „Miłość made in China” zaszokowała mnie. Autentycznie zaszokowała. Nie chodzi o to, że poczułam się jakoś specjalnie zgorszona czy oburzona. Jestem dużą dziewczynką, co to nie jedno widziała i o niejednym czytała. Mam na myśli zaskoczenie i niedowierzanie. To, o czym pisze Malovic, jest tak odległe od tego co znam i do czego przywykłam, że równie dobrze mogłabym czytać o życiu na Marsie. 
Lektura książki Malovica to spotkanie z odmiennością. Nie podejmuję się, ba!, nie mam odwagi, oceniać bohaterów reportażu, bo ich charaktery i postawy ukształtowane zostały w diametralnie innych warunkach. NIe mogę jednak ukryć zaskoczenia i braku zrozumienia dla pewnych postaw. Szczególnie uderzył mnie fatalizm Chińczyków. Słowa „nie mam wyboru”, „nie mam wyjścia” powtarzane są przez kolejnych bohaterów reportażu niczym mantra. Jeśli kiedyś poczujecie się przygnieceni presją społeczną, która zmusza was do zrobienia czegoś, na co nie macie ochoty, pomyślcie o Chińczykach, praktycznie pozbawianych wolnej woli. Przy czym największa presja pochodzi wcale nie od opresyjnej władzy (choć ten element ten jest bardzo ważny), ale… z własnej psychiki. Strach przed utratą twarzy, przeciwstawieniu się rodzicom, niespełnieniem obowiązków narzuconych przez tradycję jest nie do przezwyciężenia. Z kart książki wyłania się obraz społeczeństwa nieszczęśliwego, zagubionego i głęboko sfrustrowanego. 
Aczkolwiek, z drugiej strony… Zastanawiam się, czy „Miłość made in China” nie jest nieco tendencyjna. Czy nie jest trochę tak, że autor dobierał fakty i ludzi pasujących do postawionej tezy. Szukając rozmówców wśród klientów biur matrymonialnych, portali randkowych i pracownic domów publicznych, raczej nie znajdzie się osób o stabilnym, satysfakcjonującym życiu uczuciowym. Mogę się oczywiście mylić, kierowana wrodzonym optymizmem. Jaka by nie była prawda, jeśli nawet obraz odmalowany przez autora nie jest pełny, to i tak „Miłość made in China” jest pozycją ze wszech miar godną uwagi, pouczającą i ciekawą. Szczerze polecam!

Statystyki, katalog stron www, dobre i ciekawe strony internetowe