niedziela, 21 sierpnia 2016

XANGO Z BAKER STREET

Sherlock Holmes niejedną ma postać


Tytuł: Xango z Baker Street 
Tytuł oryginału: O Xangô de Baker Street 
Autor: Jô Sores 
Tłumacz: Wojciech Charchalis 
Wydawca: Rebis 
ISBN: 978-83-7818-899-5 
Stron: 256 

Do wszelkich sequeli, prequeli, spinoffów i wszelkiej maści  alternatywnych wersji znanych książek mam stosunek mocno ambiwalentny. Po pierwsze, gdy trafiam na tego typu publikację, rodzi się we mnie podejrzenie, że autor z braku własnych pomysłów żeruje na cudzym sukcesie. Po drugie, nigdy nie wiadomo, w którą stronę  pchnęło go natchnienie (albo wydawca). Czego mam się spodziewać? Jest przecież do wyboru cały wachlarz możliwości: od prostej kontynuacji (czasami opartej na mitycznych, odnalezionych w szufladzie zapiskach autora) poprzez mniej lub bardziej udane naśladownictwo i dzieła „inspirowane twórczością” po parodię. Niestety, zbyt często takie pasożytnicze byty literackie najpierw budzą ogromną nadzieję wśród fanów, by potem jedynie mocno rozczarować. Jednakże trend ten jest na tyle silny, że nie sposób go ignorować.  Mam wrażenie, że ofiarami tego procederu  padła większości powieści, które odniosły komercyjny lub medialny sukces, od „Przeminęło z wiatrem” po  sienkiewiczowską trylogię, że o fenomenie Conana nawet nie wspomnę. Na dobrą sprawę nawet Stary Testament doczekał się kontynuacji. Nic więc dziwnego, że i postać Sherloka Holmesa stała się inspiracją dla niejednego pisarza,  w tym także dla Brazylijczyka Jô Soresa.
Biorąc do ręki „Xango z Baker Street” zastanawiałam się, w którym kierunku podąży autor.  Powiem szczerze, że teraz, gdy lekturę mam już za sobą, nadal nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Książka Soaresa stanowi przedziwną mieszankę mrocznego, dołującego realizmu z żartem niebezpiecznie ocierającym się o groteskę. Powieść otwiera przygnębiająca  scena przedstawiająca pełen odrażających szczegółów poranek w dzielnicy biedoty w Rio,  której ukoronowaniem jest niezwykle naturalistyczny,  wręcz anatomiczny opis krwawej zbrodni. Czytelnik pogrąża się w mrocznej atmosferze, przechodzi do kolejnych rozdziałów, a tu… Zonk! Zmiana nastroju o sto osiemdziesiąt stopni. Autor serwuje nam potężną dawkę dowcipów, i to dowcipów bardzo specyficznych.  Poczucie humoru Soaresa, przynajmniej to zaprezentowane w „Xango z Baker Street”, jest bardzo rubaszne, rzekłabym, ludyczne. Bez dwóch zdań bliżej mu mentalnie do Benny Hilla niż do Kabaretu Starszych Panów. Prawdę mówiąc, nie wszystkie żarty przypadły mi do gustu. Nie jestem miłośniczką bohaterów potykających się o własne nogi ani anegdotek o zgubnych skutkach spożycia nadmiernej ilości oleju kokosowego. Ale co kto lubi. Różnych ludzi bawią różne rzeczy, co więcej, tę samą osobę różne rzeczy bawią na różnych etapach życia. W tym miejscu nie wartościuję kto jest lepszy, a kto gorszy, kto ma rację, a kto jej nie ma, a jedynie informuję, jak się rzeczy mają.
Soares bawi się konwencją, miesza style, naigrawa ze swych bohaterów, tu i ówdzie kpi z czytelnika. Momentami miałam wrażenie, że słyszę dobiegający z oddali chichot autora. Nie wątpię, że pracując nad powieścią, dobrze się bawił. Chwilami być może nawet lepiej niż odbiorca książki. Mogę się mylić, ale podejrzewam, że gdyby nieco okiełznał rozsadzający go entuzjazm, efekt końcowy byłby znacznie lepszy.
To jednak wszystko sztafaż. Najważniejszy jest bohater. Jaki jest Sherlock Holmes w wydaniu brazylijskim? Cóż, nie chcę psuć zabawy i zdradzać zbyt wielu szczegółów. Powiem tylko, że zarówno on, jaki  jego wierny przyjaciel, doktor Watson, poza nazwiskami i profesją niewiele mają wspólnego z postaciami stworzonymi przez Conan Doyla. Nawet mnie to nie dziwi – odkąd doktor Watson okazał się kobietą, do tego Azjatką, mało co pod tym względem jest mnie w stanie zaskoczyć. Oczywiście, potrzebowałam trochę czasu, żeby zaakceptować nowego Holmesa. Polubiłam go w sumie dość szybko. Zaproponowana „wersja” wielkiego detektywa raczej nie stanie się moją ulubioną – pozostaję wierna pierwowzorowi (wyjątek czyniąc jedynie dla Sherlocka w interpretacji Cumberbatha), tym niemniej bez oporu jestem w stanie ją zaakceptować, przynajmniej na czas lektury niezbyt w sumie obszernej powieści (256 stron).
Nie ma powieści, a tym bardziej kryminału, bez akcji, a tej w książce Soaresa nie brakuje. Mamy i zuchwałą kradzież, i seryjnego mordercę, i skandal z wyższych sfer. Mamy pogonie, bójki i sceny rodzajowe. Oj, dzieje się, dzieje, aż do samego zakończenia, gdy…. O nie! Oczywiście że nie zdradzę, jak się to wszystko skończyło. Powiem tylko, że zakończenie jest niewątpliwie zaskakujące, aczkolwiek czuję się troszeczkę oszukana. Kończąc kryminał, lubię pacnąć się dłonią w czoło z okrzykiem „Dlaczego na to nie wpadłam? Przecież to było oczywiste!”.  W przypadku „Xango z Baker Street” czytelnik nie dostał żadnej wskazówki pozwalającej zdemaskować złoczyńcę. Z drugiej strony to, co dla mnie jest mankamentem, dla wielu  może być zaletą. Ocenę pozostawiam czytelnikom.

wtorek, 26 lipca 2016

HOTEL ZŁAMANYCH SERC

CZASEM TRZEBA ZACZĄĆ OD NOWA


Tytuł: „Hotel Złamanych Serc”
Autor: Deborah Moggach
Tłumacz: Aleksandra Górska
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 352
Bywa tak, że w życiu coś się nie układa. Bywa, że nie układa się absolutnie nic. Czasem jest jeszcze gorzej, wszystko się wali, a zamiast zbawczej kawalerii dziarsko galopującej przy wtórze trąbki na ratunek, nadciąga jedynie totalna katastrofa: rozpada się wieloletni związek, przez firmę przechodzi fala zwolnień, dziura w budżecie domowym jest wielka niczym lej po bombie i co gorsza cały czas się powiększa. Jednym słowem –  nieoczekiwanie odkrywamy, że nasze dotychczasowe życie legło w gruzach. Trzeba coś z tym zrobić. Trzeba zacząć wszystko od początku. To trudne, bardzo trudne, bez względu na to, czy należy się do grupy wiekowej 30+, 40+, 50+ czy jeszcze starszej.
W takiej właśnie niełatwej sytuacji znaleźli się bohaterowie nowej książki Deborah Moggach „Hotel Złamanych Serc”. Wskutek przeróżnych życiowych perturbacji – zawinionych lub nie – stanęli na życiowym rozdrożu. Na kolejnych stronach powieści poznajemy całą plejadę nieudaczników. Każdy z nich ma swoją historię. Łączy ich jedno – postanowili odwiedzić dom noclegowy prowadzony przez innego życiowego rozbitka, byłego aktora Buffiego. Tutaj ich losy na chwilę się splatają, lecz jest to związek dość luźny. Prawdę mówiąc, „Hotel Złamanych Serc” przypomina raczej zbiór lekko powiązanych opowiadań niż klasyczną powieść. Związki między poszczególnymi wątkami są na tyle luźne, że na dobrą sprawę każdą z postaci można by bez większej szkody dla całości usunąć. Nawet głównego bohatera, Buffiego, można bez trudu podmienić na kogoś zupełnie innego, byleby tylko ostał się hotel, który – niczym mocny szew – spaja w całość ten barwny patchwork.
Taka formuła jest bardzo elastyczna, pozwala swobodnie łączyć w całość wiele oderwanych pomysłów, wplatać anegdotki i dowcipy, lecz wiąże się z nią także określone ryzyko: bardzo trudno jest wymyślić kilkanaście historii, które byłyby dla czytelnika równie interesujące. Niestety, autorka wpadła w tę pułapkę. Część opowieści jest naprawdę wciągająca i zabawna, inne ma się ochotę co najwyżej przebiec wzrokiem bez wnikania w szczegóły.
„Hotel Złamanych Serc” obrazowo można by przedstawić jako literacki odpowiednik operetki. Przez scenę przewija się galeria barwnych postaci, każda z nich ma swoje pięć minut, zabawia przez chwilę publiczność ucieszną kwestią  i znika, ustępując miejsca wykonawcy kolejnego numeru. Atmosfera cały czas jest radosna, bo choć każda opowieść zaczyna się od jakiegoś niepowodzenia, to nie budzi ono w nas smutku, a co najwyżej gorzko-słodki uśmiech i aprobujące potakiwanie głową. Cały czas czujemy, że to tylko na niby, że nikt tak naprawdę nie cierpi, że za chwilę wszystkie kłopoty znikną, nieporozumienia zostaną rozwiązane, rozkwitnie kolejny romans, a bohaterowie będą żyli długo i szczęśliwie, co najwyżej  z łezką nostalgii w oku wspominając minione perypetie.
Sceny zmieniają się szybko niczym w kalejdoskopie, krótkie rozdziały przerzucają czytelnika od jednej historii do drugiej, nie pozostawiając czasu na głębszą refleksję. Każda kolejna opowieść wypiera ze świadomości czytelnika poprzednią. Żaden z bohaterów nie wybija się na pierwszy plan, żaden nie jest jakoś specjalnie faworyzowany.
Całość nasycona jest ogromną ilością charakterystycznego dla Moggach humoru. Nie jest to druzgocąca satyra, a jedynie ciepła, pełna życzliwości kpina. Autorka podśmiewa się ze swoich bohaterów, pokazuje ich w krzywym zwierciadle, przerysowuje ich wady, dziwactwa i śmiesznostki, ale mimo to cały czas wiemy, że ich lubi. Sięgając po „Hotel Złamanych Serc”, nie oczekuj, drogi Potencjalny Czytelniku, tego rodzaju dowcipu, który powoduje nieopanowane parkosyzmy śmiechu albo nieprzerwany rechot. Lektura wywoła co najwyżej delikatny, dobroduszny uśmiech, ale gdy już zagości on na twej twarzy, nie zniknie do ostatniego zdania.
W „Hotelu Złamanych Serc” nie należy doszukiwać się ani ukrytej filozoficznej głębi, ani analizy psychologicznej, ani uniwersalnych prawd o życiu, bo i nie o to chodzi. Siła powieści tkwi w ogromnej dozie optymizmu i pozytywnego myślenia. Lektura niezbyt ambitna, aczkolwiek przyjemna – w sam raz na leniwy, deszczowy, wakacyjny dzień. Świetnie komponuje się z kawą i kawałkiem owocowego ciasta.
 „Hotel Złamanych Serc” przeczytałam bez bólu, ale i bez specjalnego zachwytu. Odniosłam wrażenie, że jest powieścią nieco wtórną, próbą odtworzenia nastroju, który zagwarantował sukces „Hotelu Marigold” , a taka sztuczka bardzo rzadko się udaje. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.

sobota, 16 lipca 2016

POZA KRAWĘDŹ ŚWIATA




ZAPACH CYNAMONU


Tytuł: „Poza krawędź świata”
Autor: Laurence Bergreen
Tłumacz: Jan Pyka
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 408

Wśród koszmarów mego dzieciństwa poczesne miejsce zajmuje stołówkowy kompocik – ciepławy, obrzydliwie słodki, doprawiony goździkami. Jeszcze wyżej plasuje się kaszka manna na mleku z cynamonem – plułam tym paskudztwem dalej niż widziałam. Do tej pory nienawidzę goździków i cynamonu (ubocznym skutkiem tej awersji jest niechęć do szarlotki). I pomyśleć, że były czasy, gdy goździki, cynamon, pieprz czy gałka muszkatołowa – przyprawy, które dziś od niechcenia kupujemy za grosze w supermarketach – ceniono nie tylko bardziej niż złoto, lecz nawet bardziej niż ludzkie życie.
Do tych właśnie czasów – epoki wielkich odkryć geograficznych – przenosi nas znakomita książka pióra Laurence’a Bergreena „Poza krawędź świata”.  Znany amerykański historyk i biograf tym razem zabiera czytelników w rejs dookoła świata, rejs, który odbędziemy wraz z dowodzoną przez Ferdynanda Magellana Armadą Molukańską.
Od razu zaznaczę – książka Bergreena nie jest powieścią. To bardzo rzetelna pozycja popularnonaukowa, przeznaczona nie tyle dla miłośników powieści awanturniczo-przygodowych, co dla czytelników ciekawych świata, pragnących  dowiedzieć się więcej o podróży ustępującej sławą jedynie wyprawie Krzysztofa Kolumba. Jeśli należysz do tego grona, „Poza krawędź świata” zachwyci  cię i wciągnie.
Określenie „popularnonaukowy” jest bardzo pojemne. Część zaliczanych do tej kategorii książek to pozycje bardziej „popularne”, inne ciążą raczej ku składowej „naukowe”. „Poza krawędź świata” bez wątpienia zalicza się do tej drugiej kategorii. Nie znajdziemy tu ani uciesznych anegdotek, ani pikantnych ploteczek z przeszłości, nie ma wyssanych z palca sensacji mających przyciągnąć masowego czytelnika. Są jedynie fakty. Sprawdzone i udokumentowane, ale przez to wcale nie mniej interesujące. Każda przeczytana strona po raz kolejny potwierdza nieco już wyświechtane, ale jakże prawdziwe stwierdzenie, że realne życie jest po stokroć ciekawsze od najwymyślniejszej fikcji.
Także język książki jest bardziej „naukowy” niż popularny. Ekonomia języka jest wręcz zadziwiająca. Weźmy pierwsze z brzegu zdanie: „Nazwisko Haro pochodziło od miasta w północno-środkowej Hiszpanii, kwitnącego ośrodka produkcji win oraz skupiska żydowskich złotników i bankierów, którzy zagrożeni w czternastym wieku wygnaniem zdecydowali się na zmianę wyznania i przyjęli chrześcijańskie nazwiska.”  (s. 50) Na pierwszy rzut oka nie ma w nim nic specjalnego, ale spójrzmy dokładniej. Ileż informacji w nim zawarto! Oprócz rzeczy  oczywistych, czyli jakiej narodowości i wyznania był Cristóbal Haro,  dowiadujemy się także o istnieniu miasta, o jego położeniu, mieszkańcach i historii. Toż inny autor zrobiłby z tego zdania pół rozdziału albo i cały. U Bergreena każe zdanie, każdy akapit napakowane są wiedzą niczym wielkanocny pudding rodzynkami. Cóż za miła odmiana po rozdętych do nieprzyzwoitości sagach. Całości „naukowego” charakteru dopełnia obszerna bibliografia i bardzo staranny indeks.
Dobór takiego, a nie inny języka, czyli formy, jest prostą konsekwencją zaplanowanej starannie treści. Aż dziw bierze, jak wiele informacji udało się umieścić na niespełna czterystu stronach. Autor dołożył  wszelkich starań, by pokazać nie tylko co i jak się stało, lecz także, by wytłumaczyć, dlaczego stało się tak, a nie inaczej.  Zarysowane z rozmachem tło historyczne, skrupulatny, a jednocześnie porywający opis oplatającej ówczesną Europę sieci powiązań i zależności pozwalają lepiej zrozumieć bieg wypadków. Uświadamia nam też skalę przedsięwzięcia i ogrom determinacji ówczesnych ludzi.  Dziś, gdy średnio rozgarnięty gimnazjalista wie na temat geografii więcej niż najtęższe umysły tamtych czasów, gdy w najodleglejsze miejsca świata doprowadzi nas nawigacja satelitarna, trudno wyobrazić sobie, czym były podróże w czasach Magellana. W czasach, gdy mapy były najpilniej strzeżonymi dokumentami wagi państwowej, pozbawiona kontaktu z resztą świata załoga statku przez długie miesiące mogła liczyć wyłącznie na siebie, a życie ludzkie nie było w cenie, żeglarski fach wymagał żelaznego charakteru. W porównaniu z osiągnięciami tamtych ludzi lot na Księżyc jest równie niebezpieczny jak popołudniowy niedzielny spacer.
Jest więc praca Bergreena opowieścią o ludziach i ich czasach. Opowieścią o odwadze, determinacji, ale także o ambicji, żądzy władzy i bogactwa. Ale nie tylko o tym. To także rzecz o przygodzie, o poznawaniu świata, o odkrywaniu nowych miejsc, o spotkaniach z nieznanymi ludami, z egzotyczną przyrodą, z zadziwiającymi obyczajami. Opowieść nie tylko wciągająca, ale i zachęcająca do dalszych, samodzielnych poszukiwań. Podczas lektury niejedną godzinę spędziłam próbując wytropić w Internecie mapy, zdjęcia i dodatkowe informacje. Jeśli ja, mająca niejeden siwy włos na głowie, tak zareagowałam, to co dopiero młodszy czytelnik! Lektura książki Bergreena może być dla niego początkiem nowej fascynacji i wielkiej intelektualnej  przygody.
last but not least. Dawno już nie widziałam tak pięknie wydanej książki. Twarda okładka, obwoluta, przepiękna szata graficzna, wysokiej jakości kolorowe ilustracje, a do tego, o cudzie nad cudy!, książka nie jest klejona, tylko szyta. Wiem, że to myśl płytka, ale nawet dla samego wyglądu, dla przyjemności obcowania z pięknym przedmiotem, warto mieć „Poza krawędź świata” na półce.
Powiem krótko – „Poza krawędź świata” to mocny kandydat do tytułu mojej prywatnej książki roku.

sobota, 11 czerwca 2016

PODRÓŻ DO TRANSYLWANII

POLECAĆ, CZY NIE POLECAĆ?


Tytuł: „Podróż do Transylwanii”
Tytuł oryginału: "Поездка в Трансильванию"
Autor: Czingiz Abdułłajew
Tłumacz: Iwona Tsanew
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 264
ISBN: 978-83-8062-719-2

Z natury  jestem osobą dość konserwatywną i niezbyt skorą do eksperymentów. Na wakacje jeżdżę w znane miejsca, w restauracji wybieram znane dania, w księgarni kupuję książki autorów, których znam i lubię. Jednak od czasu do czasu nawet tak zachowawczą osobę jak ja dopada ochota, by spróbować czegoś nowego i niezwykłego. W takim właśnie nastroju będąc, natrafiłam na książkę Czingiza Abdułłajewa „Podróż do Transylwanii”. Być może nie jest to przygoda na miarę zdobycia Kilimandżaro, daleko jej do wizyty w restauracji serwującej dania z insektów, ale nie da się zaprzeczyć, że azerbejdżański kryminał jest na naszym rynku czymś mocno egzotycznym. Przyznam się szczerze, że dotychczas nie wiedziałam nic o tym autorze, ryzyko było więc całkiem spore. Przez chwilę się wahałam, w końcu jednak zwyciężył duch przygody. Jest ryzyko, jest zabawa.
Do lektury zabrałam się bez uprzedzeń, ale i bez większych oczekiwań. Trochę wystraszyła mnie umieszczona na ostatniej stronie okładki wzmianka, że „Podróż do Transylwanii” jest jedną z około stu pozycji opowiadających o przygodach agenta Drongo. Stu! Toż to produkcja niemalże taśmowa. Po tej informacji poziom nieufności  podskoczył mi gwałtownie. Nie byłabym sobą, gdybym nie zweryfikowała tej rewelacji. I w rzeczy samej, „Podróż do Transylwanii” to 95. (słownie: dziewięćdziesiąta piąta) z serii 115. (słownie: stu  piętnastu) pozycja serii „Drongo”. Dlaczego na powitanie uraczono nas dziewięćdziesiątą piątą częścią, nie pierwszą, nie setną, nie ostatnią, ale jakąś tak dziwnie wyjętą ze środka – nie pojmuję. Cóż, niepojęte są ścieżki, którymi kroczy wydawca.
Jakoś tym razem strasznie ugrzęzłam w rozważaniach ogólnych, najwyższa więc pora przejść do konkretów. Chyba podświadomie odwlekałam ten moment, bo mam kłopot z jednoznaczną oceną. Książka Abdułłajewa jest pozycją bardzo, ale to bardzo nierówną. Stąd moje bardzo mieszane uczucia i dylemat: polecać czy też nie polecać?
Cały tekst można podzielić na dwie części – i to dwojako: dosłownie i umownie. Podział dosłowny polega na wydzieleniu początkowych około sześćdziesięciu stron i oddzieleniu ich od całej reszty. Powiedzmy to bez ogródek: początek  jest słaby, nawet bardzo słaby. W  tym fragmencie dominują dialogi, stanowiąc, tak „na oko” około osiemdziesiąt procent tekstu. W samych dialogach nie ma nic złego, co więcej, taki  sposób pisania jest charakterystyczny dla wielu klasycznych kryminałów. Rzecz w tym, że muszą to być dialogi dobre. Tymczasem Abdułłajew próbuje upchnąć w nich mnóstwo informacji, które zazwyczaj umieszcza się w komentarzu odautorskim: przedstawia postaci, określa czas i miejsce akcji, przypomina wydarzenia z poprzednich części. Wyobraźcie sobie międzynarodową konferencję, na której omawiana jest zasadność przyjęcia Rumunii do Unii Europejskiej. Wydawać by się mogło, że jej uczestnicy mają jako takie pojęcie o geopolityce. Tymczasem w dialogach tłumaczą jeden drugiemu, gdzie leży Mołdawia, i że to była republika radziecka (sic!). Przypominam: chodzi o prelegentów, nie o personel pomocniczy. Aczkolwiek sądzę, że nawet średnio rozgarnięta rumuńska sprzątaczka wie, gdzie leży nieszczęsna Mołdawia. W takie rozmowy po prostu nie da się uwierzyć. Także padające w pogawędkach aluzje do wcześniejszych przygód Drongo są niezrozumiałe dla polskiego czytelnika, który poprzednich tomów zwyczajnie nie miał szans poznać.
Na szczęście gdzieś tak około sześćdziesiątej strony autor łapie drugi oddech, akcja rozkręca się, język nabiera barw, postaci  zachowują się i mówią coraz bardziej naturalnie. Słowem, jest lepiej, a po dalszych kilkunastu stronach jest nawet bardzo dobrze. Można jedynie przyczepić się do poziomu patosu, który od czasu do czasu niepokojąco wzrasta, ale z drugiej strony patos  jest immanentną częścią wszelkich opowieści o superbohaterach. W przypadku historii Drongo autor i tak zachował w tej materii pewien umiar.
Tyle na temat podziału dosłownego. A co z podziałem umownym? O co chodzi? „Podróż do Transylwanii” jest z jednej strony prostym, klasycznym kryminałem: jest trup (a nawet dwa), jest śledztwo, jest zagadka, są mylne tropy, jest wartka akcja i tak dalej, i tak dalej. Te fragmenty czyta się wyśmienicie i raczej dość szybko. Ot, lektura miła, łatwa i przyjemna.  Rozrywka w czystej postaci. Niestety, autor uznał za stosowane wykorzystać okazję do zaprezentowania swych poglądów politycznych. Ktoś może się oburzyć, argumentując, że takie rozwiązanie zmienia płytki kryminał w powieść wielopłaszczyznową. Kłopot w tym, że poglądy te mogą być trudne do zaakceptowania dla osób urodzonych na zachód od Buga. Osobiście przeczytałam wywnętrzenia głównego bohatera spokojnie, ale ja tak mam, że nawet jeśli się z kimś nie zgadzam, to lubię go wysłuchać, chociażby dlatego, że znajomość argumentów przeciwnika ułatwia późniejszą dyskusję. Jednakże rozumiem, że nie każdy ma naturę badacza poglądów dziwnych, a czytanie, na przykład, o korzyściach płynących dla Polski z paktu Ribbentrop – Mołotow może przekroczyć granice wytrzymałości niejednego czytelnika. O czym, zachęcając do lektury, lojalnie ostrzegam.

czwartek, 2 czerwca 2016

ŚLEDZTWA KSIĘCIA SETNY


POŁEBKIZM


Tytuł: „Przeklęty grobowiec”
Cykl: „Śledztwa księcia Setny”
Autor: Christian Jacq
Tłumacz: Monika Szewc-Osiecka
Wydawca: Rebis 2016
Stron: 370

Post opublikowany pierwotnie na portalu Fahrenheit.

Starożytny Egipt to samograj. Takiego nagromadzenia tajemnic, intryg i mitów, takiego pola do popisu dla wyobraźni, takich możliwości do błyśnięcia erudycją, nie znajdziecie nigdzie indziej jakbyście nie szukali w czasie i przestrzeni. Wydawać by się więc mogło, że nie da się napisać kiepskiej książki osadzonej w takich realiach. A jednak Christian Jacq dokonał niemożliwego. Napisał powieść, delikatnie rzecz ujmując, mierną. Książkę, która nie broni się prawie na żadnej płaszczyźnie.  „Prawie”, bo jednego nie można Jacqowi  odmówić – obszernej, drobiazgowej wiedzy na temat Egiptu. Wiedzy, której starczyłoby na napisanie niejednego podręcznika.  Czytając opisy obyczajów, strojów czy wierzeń możemy w pełni autorowi zaufać. I na tym zalety „Śledztw księcia Setny” się kończą. Cóż z tego, jeśli wiedzy tej nie potrafi sprzedać w interesujący sposób.
Długo zastanawiałam się dla kogo przeznaczona jest ta powieść, zanim w końcu doznałam olśnienia.  Jest to pozycja odpowiednia dla tak zwanej młodszej młodzieży, czyli, po bożemu, do dzieci w wieku 11-12 lat, takich które już sprawnie składają literki i nawet ze zdaniem podrzędnie złożonym sobie poradzą, ale jeszcze zbyt skomplikowanych treści w małej główce nie są w stanie dłużej utrzymać. Z tym, że bardziej rozgarnięty dwunastolatek grupą docelową już nie będzie.  Wiele uproszczeń i naiwności można tłumaczyć młodym wiekiem i brakiem wyrobienia potencjalnego odbiorcy. Chociaż, z drugiej strony, czy młody wiek czytelnika to wystarczający powód by go nie traktować poważnie?
Beletrystyka, a w szczególności ta popularna, fabułą stoi. Tym razem fabuła jest prosta jak budowa cepa. Było dwóch braci, jeden dobry, drugi zły, obaj kochali piękną dziewczynę, a ona oczywiście wolała dobrego, choć biednego.  A śledztwa? No są gdzieś tam w tle, i bynajmniej nie książę Setna je prowadzi, a jego przyjaciel. Książę Setna jest zajęty czytaniem mądrych ksiąg i byciem zakochanym od pierwszego wejrzenia. Intryga w sam raz dla miłośniczek seriali „My Little Pony” albo „Troskliwe Misie”. Z całym szacunkiem dla tych osiągnięć X muzy.
Literatura piękna to sztuka snucia opowieści. Jacq opowiadać nie umie. W sposób wołający o pomstę do nieba marnuje wcale nie mały potencjał prezentowanej historii. Kolejne wydarzenie przedstawia w iście telegraficznym skrócie. Wiele epizodów, które nawet średnio wprawnemu pisarzowi wystarczyłby na niezłe opowiadanie, a przynajmniej a kilka stron krwistej prozy,  on zbywa jednym, maksymalnie dwoma suchymi akapitami. Mamy w „Przeklętym grobowcu” i bitwę decydującą o losach państwa, i rytuał wtajemniczenia egipskiej kapłanki, i schadzki zakochanych, i magię, i politykę. Do wyboru, do koloru. Toż to materiał na całą sagę! Ileż emocji – od strachu, aż po głębokie wzruszenie, można by w czytelniku wywołać. Tymczasem wszystko to przedstawiono w sposób tak skrótowy i suchy, że całość jest po prostu nudna, a miejscami wręcz żenująca. Czytając czułam się jakby autor w pośpiechu oprowadzał mnie po wystawie hieroglifów. Widzieliście kiedyś wycieczkę z przewodnikiem gnającą kurs galopkiem przez muzeum? „Na tym obrazie widzimy dwie brzozy i konia. Idziemy dalej!”. Gdzie wyobraźnia?! Gdzie własna interpretacja?! Byle szybciej, byle dalej, po łebkach. Na potrzeby opisania stylu autora stworzyłam nawet nowe słowo „połebkizm”. Inaczej specyfiki dzieła oddać nie potrafię. I znowu wraca wizja jedenastoletniego czytelnika. Może nie zauważy?
W tym pobieżnie naszkicowanym świecie, przeżywają swoje pobieżnie opisane przygody, do bólu szablonowe postaci. Czarno-białe jak… Hmmm… zabrakło mi porównania. Nawet czarno-biała telewizja oferowała jakieś tam odcienie szarości.  Tutaj na szarość nie ma miejsca. Albo ktoś jest zły, albo dobry. Kropka.
Książka to jednak nie tylko akcja i bohaterowie. Książka to także, a może przede wszystkim język.  Tu jest on tyleż uproszczony (żeby nie rzec prostacki) co niedopasowany do treści. Wyobraźcie sobie świat, w którym działa magia. Tak, tak – działa.  Po prawdzie większość problemów rozwiązują nasi bohaterowie za pomocą magii.  Do narodzenia Chrystusa zostało nam z grubsza licząc tysiąc trzysta lat (mamy wszak okres panowania Ramzesa Wielkiego), do narodzin Roberta Kocha kolejne dwa tysiące (plus minus sto lat), a tymczasem nasza bohaterka maluje oczy kredką która „nie tylko podkreślała spojrzenie pięknych, uwodzicielskich oczu w kolorze głębokiej zieleni ale także chroniła przed zakażeniami i zarazkami”. (s. 47 ). W innej scenie bohater pyta „Czyżby zagrażał nam gang Syryjczyków” (s. 219).  Żołnierze noszą „nowe mundury” (s. 64),ba, mamy nawet „mundur generalski” (s.78). Dokładnie tak jak  zacytowałam. Nie „elementy umundurowania” jeno pełnoprawny mundur. Wspominać hadko. Ręce opadają.
Czas na podsumowanie. Nigdy bym nie uwierzyła, że coś takiego kiedykolwiek napiszę, a jednak… Szczerze radzę – zamiast czytać idź na spacer. Czerwcowe dni są takie piękne.

niedziela, 22 maja 2016

KRIVOKLAT

FORMA IDEALNIE DOPASOWANA DO TREŚCI


Tytuł: „Krivoklat”
Autor: Jacek Dehnel
Wydawca: Znak literanova
Data wydania: 18-05-2016
Stron: 240 
ISBN:978-83-2403-628-8

Moje spotkanie z „Krivoklatem”  pióra Jacka Dehnela można podzielić na kilka etapów: zaciekawienie, zauroczenie, zdumienie, fascynację, znużenie (nie mylić ze znudzeniem), powrót i smuteczek. A było to tak.
Zaciekawienie. Postać Jacka Dehnela  nie jest mi obca.  Wielokrotnie czytałam o nim zarówno w tradycyjnej prasie – tej staromodnie drukowanej na papierze (należę do skazanego na wyginiecie  gatunku, polującego na ten coraz rzadszy pokarm duchowym) jak i w Internecie. Pisarz, poeta, tłumacz, wielokrotnie nagradzany,  nominowany, podziwiany, tłumaczony na wiele języków.  Posługując się terminologią współczesnych mediów  Dehnel to gorące nazwisko.  A jednak, choć staram się nadążać  za tym, co w trawie piszczy, jakoś tak się złożyło, że dotychczas nie czytałam żadnego tekstu, który wyszedł spod jego pióra. Nic więc dziwnego, że gdy na półkach księgarń pojawił się „Krivoklat” poczułam zaciekawienie. „O co z tym Dehnelem chodzi” - pomyślałam i zrozumiałam, że oto nadarza się wspaniała okazja by poznać odpowiedź na to, dość w sumie naturalne, pytanie.  A co może być lepszym bodźcem do działania niż ciekawość? I tak oto „Krivoklat” znalazł się na mojej czytelniczej półce.
Zauroczenie. Mówią, że nie należy oceniać książki po okładce. Może i nie należy, ale natury nie oszukasz. Starannie wydana pozycja przyciąga wzrok i zachęca do zakupu. I choć w powieści  liczy się przede wszystkich treść, to jednak prawdziwy miłośnik książek odczuwa fizyczną wręcz przyjemność dotykając pięknej okładki, oglądając ją, gładząc, ba!, są nawet tacy, którzy książki wąchają by poczuć zapach papieru i świeżej farby drukarskiej. W „Krivoklacie” zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Urzekł mnie starannością wydania i fascynującą okładką: wysublimowaną, niestandardową, realistyczną a jednocześnie pozbawianą płytkiej dosłowności.
Zdumienie. Okładka okładką, ale mimo wszystko najważniejsze jest to, co w środku. A w środku niespodzianką. Przynajmniej pod względem formy jest „Krivoklat” powieścią nieszablonową. Zazwyczaj niechętnym okiem patrzę na wszelkie eksperymenty formalne, ale w „Krivoklacie” rezygnacja z ogólnie przyjętych rozwiązań nie jest, przynajmniej w moim odczuciu, żadnym eksperymentem, a dobrze przemyślanym, wręcz perfekcyjnym, dostosowaniem formy do treści. Autor stosuje przemyślny zabieg: całkowicie rezygnuje z użycia akapitów, tworzy niezwykle długie, rozbudowane zdania, ciągnące się czasami przez kilka stron, pełne wtrąceń dygresji, i powtórzeń. Trzeba chwili by do takiego tekstu przywyknąć, ale gdy już przestawimy się  na inny odbiór, „kupimy” zaproponowane rozwiązanie, odkrywamy, że jest idealne. Dlaczego? Główny bohater, tytułowy Krivoklat, jest wszak szaleńcem (przynajmniej w kategoriach społeczeństwa, w którym przyszło mu żyć), a powieść jest owego szaleńca monologiem. Wyrzucanym szybko, chaotycznie, na jednym oddechu. Jest to jednak szaleństwo z metodą. W naszym świecie tylko szaleniec, nieskrępowany ciasnym gorsetem norm, może szczerze mówić o tym co najważniejsze – o sztuce i o miłości. Monolog Krivoklata jest tylko pozornie bezładny.
Fascynacja. Gdy już zanurzymy się  w świat wykreowany przez Dehnela zauważymy, że każdego słowo jest tam starannie przemyślane, że z pozornego chaosu niczym z barwnych plamek na obrazie Renoira (nota bene znienawidzonego przez Krivoklata :) )  wyłania się spójny wizerunek świata.  Autor snuje opowieść niezwykle konsekwentnie, a jednocześnie cały czas nie przestaje nas zadziwiać. Zdania skrzą się inteligencją i dowcipem. Przy czym jest to żart najwyższej próby: delikatny, nienachlany, mądry, ironiczny ale nie złośliwy, z elementami uwielbianego  przeze mnie czarnego humoru. Bo „Krivoklat” to przede wszystkim powieść prześmiewcza, oparta na wielopiętrowej ironii – czasem trudno się zorientować z kogo tak naprawdę się śmiejemy: z wyśmiewanego czy z prześmiewcy? Przepyszna rozrywka intelektualna.
Znużenie. Muszę teraz szczerz się przyznać, że mimo świetnej zabawy, jakiej dostarczył mi „Krivoklat”, nadeszła w końcu chwila, gdy poczułam się lekko znużona lekturą. Zwyczajnie, fizycznie, zmęczona.  Wspomniana już wcześniej przeze mnie forma – długie, wielowarstwowe, zdania, dygresje, brak akapitów – sprawiają, że czytanie wymaga sporego skupienia. Jest jak gra w szachy – dostarcza niezapomnianych emocji, ale jednak męczy. Jest też aspekt czysto praktyczny. Książki nie da się czytać „z doskoku” – w metrze, w autobusie czy w poczekalni do lekarza. Trzeba wygospodarować sporo czasu poświęconego wyłącznie obcowaniu z powieścią. I nie chodzi mi nawet o koncentrację, bo znam osoby, które potrafią skupić się w każdych warunkach. Mam na myśli aspekt czysto praktyczny. Głupio jest odłożyć książkę  w połowie zdania. A w przypadku „Krivoklata” doczytanie do kropki może oznaczać dobry kwadrans. Oczywiście, znam książki jeszcze bardziej „nieprzyjazne” pod tym względem, chociażby słynne „Bramy raju” Andrzejewskiego składająca się z jednego tylko zdania (słusznie zwrócono mi uwagę, że formalnie z dwóch zdań, aczkolwiek drugie jest bardzo krótkie), ale nie zmienia to faktu, że nie jest to forma wygodna.  Mówiąc krótko – poczułam przesyt i postanowiłam odpocząć.
Powrót. Porzucony „Krivoklat” leżał sobie kilka dni na półce, podczas gdy ja pozwalałam odetchnąć mózgowi robiąc skarpetki na drutach (niezwykle odstresowujące zajęcie – polecam wszystkim zagonionym i zabieganym). Nie trwało to jednak długo. Dość szybko poczułam wewnętrzną potrzebę zanurzenia się ponownie w wykreowany przez Dehnela świat. W każdym związku, czy jest to małżeństwo, przyjaźń, czy relacja czytelnik-książka, czasami potrzebny jest chwila oddechu. Krótkie rozstanie dobrze nam zrobiło. Po przerwie „Krivoklat” wciągnął mnie jeszcze bardziej. Nawet nie zauważyłam kiedy dotarłam do końca.
Smuteczek. Potem był już tylko smuteczek. Żal, że to już koniec, że pora rozstać się z „Krivoklatem” i jego światem. Na otarcie łez pozostała mi tylko nadzieja, że Dehnel, będąc wszak pisarzem młodym, w pełni sił twórczych, nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i za czas jakiś znowu nas czymś zaskoczy.

piątek, 20 maja 2016

KOŚCI ZMARŁYCH

KRÓLIK Z KAPELUSZA


Tytuł: „Kości zmarłych”
Tytuł oryginału: "Dead Men`s Bones"
Autor: James Oswald
Tłumacz: Zuzanna Byczek
Wydawca: Jaguar
Data wydania: 2016
Stron: 360
ISBN978-83-7684-448-8

Opinia opublikowana pierwotnie na portalu Fahrenheit.
Po przeczytaniu „Kości zmarłych” pióra Jamesa Oswalda mam dla potencjalnego czytelnika dwie wiadomości: dobrą i złą. Dobra wiadomość jest taka, że mamy do czynienia z całkiem niezłą, interesującą powieścią. A teraz pora na wiadomość złą – książka mogłaby być znacznie, znacznie lepsza.
Jako że plusów jest więcej niż minusów, zacznę od pochwał. Muszę przyznać, że książka Oswalda wciągnęła mnie od samego początku. Wciągnęła na tyle, że zarwałam pół nocy, aby doczytać do końca. Wiem, że dla wielu czytelników jest to zachowanie zupełnie normalne, ale ci, którzy mnie znają wiedzą, że w moim przypadku takie poświęcenie o czymś świadczy. Odkąd skończyłam ekhm… ekhm… lat, zasypiam przed północą niczym porządnie nakarmione niemowlę.
Kości zmarłych” to powieść, która ma wszystko to, co mieć powinna.
Po pierwsze: akcja. Na tyle wartka, by przykuć uwagę czytelnika i utrzymać napięcie, a jednocześnie nie aż tak szybka, by można było zarzucić autorowi opisywanie zdarzeń po łebkach. Gdzie trzeba, przyśpiesza, gdzie trzeba, zwalnia. Gdzie trzeba, mamy opis – nie za długi, nie za krótki, lecz w sam raz, gdzie trzeba – dialog. Dawno już nie trafiłam na tekst z tak dobrze wyważonym tempem.
Po drugie: postacie. Krwiste, wiarygodne, wielowymiarowe, dobrze zarysowane, takie, których losem naprawdę się przejmujemy. Podczas lektury szczerze kibicowałam głównemu bohaterowi, inspektorowi McLeanowi, martwiłam się losem jego partnerki, a demonicznej przeciwniczce, pani Saifre, życzyłam jak najgorzej. Czegóż chcieć więcej?
Po trzecie: zagadka. Bez zagadki nie ma kryminału. W „Kościach zmarłych” zagadka jest jak się patrzy, a jej rozwiązanie jest niebanalne.  Na tyle niebanalne, że się go nie domyśliłam. Oczywiście istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, żem jest osobą mało błyskotliwą. Jest taka możliwość, jednakże wolę skłonić się ku twierdzeniu, że to autor dobrze skonstruował intrygę. I tego się będę trzymać.
Kości zmarłych” czytało mi się na tyle dobrze, że chwilami przymykałam oko na liczne niedoróbki.  I tak oto nadszedł czas, by wspomnieć o minusach książki.
Zacznijmy od języka. Polskiego. Już na wstępie pewne obawy wzbudził we mnie fakt braku w stopce redakcyjnej informacji o korekcie. Redaktor jest, a korektora nie ma.  Czyli jak nic redaktor pełnił rolę „dwa w jednym”, co nie mogło dobrze wpłynąć na jakość pracy. I to, niestety, widać i czuć. Tekst najeżony jest licznymi paskudztwami.  Nic nie usprawiedliwia zdania „Przypisujesz mu niezasłużone czyny” (s. 108),  a  „McLean zaczynał z krzepkim mężczyzną imieniem Steve, ale dostał pracę przy szkockiej drużynie rugby i zostawił McLeana pod czułą opieką Esmeraldy”  (s. 45) po prostu woła o pomstę do nieba. Takich kwiatków jest niestety więcej. Nie przypadły mi też do gustu poprawne, acz toporne słowa typu „gentryfikacja” (s. 215 ) czy „kolacjonowanie” (s. 121). Niby są prawidłowe, ale brzmią niczym czkawka w potoczystej, prowadzonej bardzo prostym językiem narracji. Nie są błędne, ale jakoś niemiło zgrzytają i naruszają płynność czytania – taki literacki odpowiednik spowalniającego garbu na osiedlowej uliczce. Może nawet jest potrzebny, ale wkurza.
No cóż, o ile na język polskiego wydania autor nie miał wpływu, o tyle linia fabularna jest jego i tylko jego dziełem. Z niejakim smutkiem muszę przyznać, że mimo wcześniejszych zachwytów mam do niej dwa bardzo poważne zastrzeżenia.
Kości zmarłych” to kryminał z elementami nadprzyrodzonymi. Bardzo lubię takie historie, gdy to, co realne, przeplata się z tym, co metafizyczne. Lubię, gdy zaciera się granica między dwoma światami.  Kłopot w tym, że przez znaczną część książki jedyną podpowiedzią, a i to bardzo mglistą, wskazującą na interwencję sił nieczystych są… historie opisane w poprzednich tomach. Jeśli w trzech częściach rozwiązanie zagadki miało wymiar metafizyczny, to niby dlaczego coś miałoby się zmienić w czwartym? Musicie przyznać, że to trochę mało. Zamiast delikatnie podprowadzić czytelnika, rzucić tu i ówdzie aluzję czy wskazówkę,  autor ni z tego ni z owego dopiero pod sam koniec wyciąga wątek fantastyczny niczym magik królika z kapelusza. W rezultacie dla miłośników klasycznego kryminału tekst może być w końcowej części za bardzo odjechany, a dla miłośników horroru przez większą część zbyt normalny.
A jeśli już o końcówce mowa – jest nieco rozczarowująca. Zbyt wiele rzeczy zostało albo niedopowiedziane, albo wręcz pominięte. Odniosłam wrażenie, że autor dużą wiarę pokłada w dobrej woli czytelnika, który sam sobie dopowie to, czego w  książce zabrakło.
I jeszcze jedna uwaga na koniec. Tym razem neutralna. Jak już wspominałam, „Kości zmarłych” to czwarty tom cyklu. W zasadzie jest to tekst zamknięty fabularnie, teoretycznie można go więc przeczytać bez znajomości poprzednich części, ale – mówiąc szczerze – nie jest to najlepszy pomysł. Zbyt wiele jest w książce aluzji i odwołań do poprzednich przygód McLeana, by można je było bez szkody dla odbioru powieści pominąć. Najlepiej przeczytać wszystkie cztery tomy po kolei, do czego, mimo całego mojego marudzenia, gorąco zachęcam.

Statystyki, katalog stron www, dobre i ciekawe strony internetowe