sobota, 1 marca 2014

"SŁONECZNI CHŁOPCY" W REŻYSERII OLGI LIPIŃSKIEJ


CZEGOŚ MI ZABRAKŁO



Teatr 6. piętro
Tytuł: Słoneczni chłopcy (The Sunshine Boys)
Autor: Neil Simon
Przekład: Mira Michałowska
Reżyseria: Olga Lipińska
Scenografia: Tatiana Kwiatkowska
Obsada:
Willy Clark - Piotr Fronczewski
Al Lewis - Krzysztof Kowalewski
Ben Silverman - Robert Koszucki

„Słoneczni chłopcy” (wcześniejsze tłumaczenie „Promienni chłopcy”) to rzecz nienowa. Neil Simon – znany amerykański dramaturg – napisał ją w roku 1972. Od tego czasu sztuka wielokrotnie gościła na deskach teatrów całego świata, szybko doczekała się także wersji kinowej (1975), a w 1995, w wersji telewizyjnej zagrały takie gwiazdy jak Woody Allen, Peter Falk, Sarah Jessica Parker i Whoopi Goldberg.
„Słoneczni chłopcy” to słodko-gorzka komedia, z gatunku tych, które wywołują raczej  uśmiech niż salwy śmiechu. Ten rodzaj dramaturgii nazywam na własne potrzeby „teatralnym odpowiednikiem kina familijnego”.
„Słoneczni chłopcy” to opowieść o dwóch podstarzałych komikach, których czas sławy dawno już przeminął. Teraz, za sprawą telewizyjnego show, mają szansę jeszcze raz powrócić ze swym najsłynniejszym skeczem. O ile tylko zdołają się dogadać, pokonać dawne animozje i zapomnieć o starych pretensjach.
W sztuce Simona połączono zgrabnie refleksję (niezbyt głęboką) i farsę. Reżyser – Olga Lipińska – postawiła na farsę. Pod tym kątem dobrała też parę głównych aktorów – Piotra Fronczewskiego i Krzysztofa Kowalewskiego. Obaj panowie stworzyli bardzo wyraziste postaci, ocierając się tu i ówdzie o granicę przerysowania, ale nie przekraczając jej na szczęście. Popis gry aktorskiej tej pary to bez wątpienia najmocniejsza strona inscenizacji w teatrze 6. piętro.
Niestety, nie można tego samego powiedzieć o trzecim partnerze – Robercie Koszuckim. Fakt, że rola Bena Silvermana nie jest ani szczególnie głęboka, ani interesująca (mam wrażenie, że sam autor najmniej się do niej przyłożył), ale można by ją zagrać przynajmniej przyzwoicie. Tymczasem na tle Fronczeskiego i Kowalewskiego, młody aktor wygląda jakby żywcem wyjęty ze szkolnego przedstawienia.
O ile pierwsza część minęła mi miło i przyjemnie, o tyle akt drugi, a przynajmniej jego początek mocno mnie zniesmaczył. Przez dobre dwadzieścia minut oglądamy pierwszą scenę wyświetlaną na ekranie rodem z kina „Przodownik”. I nikt mnie nie przekona, że to „koncepcja reżyserska”. Mam podejrzenia graniczące z pewnością, że chodziło o zminimalizowanie kosztów. Dzięki takiemu zabiegowi nie trzeba było ani przygotowywać oddzielnej scenografii, ani zatrudniać dodatkowej trójki aktorów. Do tego zarówno rola Hanny Śleszyńskiej (pielęgniarka) jak i Pawła Wawrzeckiego (reżyser), jak dla mnie zbyt mocno odpłynęły w stronę groteski. Dobrze, że w końcu ekran zwinięto, a akcja przeniosła się znowu na deski sceny. Droga pani reżyser! Gdybym miała ochotę oglądać film, niewątpliwie wybrałaby wspomnianą już wersję z Allenem i Falkiem. We własnym, wygodnym fotelu i dużo taniej!

Podsumowując, czasu spędzonego na sztuce „Słoneczni chłopcy” nie uważam za stracony, aczkolwiek mam pewne wrażenie niedosytu. Może za dużo oczekiwałam? A może jednak twórcy nie poradzili sobie z klasyką?

czwartek, 27 lutego 2014

PHILIPPA GREGORY "ZIEMSKIE RADOŚCI"

GREGORY ZASKAKUJE


Tytuł: Ziemskie radości
Tytuł oryginału:  Eathly Joys
Autor: Philippa Gregory
Tłumacz: Ewa Teresa Witecka
Wydawca: Prószyński i S-ka
Data wydania: 2004
Liczba stron: 560
ISBN: 83-7337-869-3 

Philippa Gregory kojarzy się przede wszystkim z książkami historycznymi, a w szczególności z opowiadanymi w pierwszej osobie losami kobiet z różnych epok (najbardziej popularne są jej powieści z okresu rządów Tudorów i Wojny Dwóch Róż). Jeśli jednak trochę poszukać, można w jej twórczości znaleźć rzeczy zaskakująco odmienne.
Powieść „Ziemskie radości” opowiada o mężczyźnie. Bohaterem jest John Tradescant, angielski ogrodnik. Ale ogrodnik nie byle jaki – artysta i mistrz w swoim fachu. Służąc największym i najbogatszym ludziom Anglii przemierza Europę w szerz i wzdłuż w poszukiwaniu rzadkich roślin. Towarzyszy też swym pracodawcom w misjach decydujących o lasach kraju, a nieraz i całego kontynentu.
Świat Tradescanta jest prosty i uporządkowany. Każdy ma w nim swoje miejsce. Mężczyzna ma władzę nad żoną i dziećmi, mężczyzną rządzi jego pan, panem – król, a królem tylko Bóg. Hierarchia ta jest podstawą stabilności świata – gdy któreś ogniowo pęknie równowaga zostania zachwiana. W świecie Tradescanta lojalność i wierność raz danemu słowu są wartościami absolutnymi, nie podlegającymi dyskusji. Niestety, przyszło mu żyć w czasach wielkich zmian, gdy nic nie jest stałe ani pewne. Degeneracja arystokracji sięga zenitu. Młodzi (i nie tylko oni) chcą myśleć i działać po swojemu. Z oddali kusi śmiałków Nowy Świat. I chyba już tylko jeden Tradescant trwa, wbrew wszystkiemu, przy starych wartościach, nie bacząc na to, że krzywdzi tym i siebie, i rodzinę. Ten upór o mały włos nie doprowadza go do śmierci.
Zagubiony w otaczającej go rzeczywistości, nie przystosowany do nadchodzących czasów, jest nasz bohater postacią tragiczną. Nie rozumie (a może po prostu nie chce zrozumieć?)  otaczającego go świata, z fanatycznym wręcz uporem odrzuca prośby i rady najbliższych.
A co to właściwie za czasy? Okres dobrze znany czytelnikom „Trzech muszkieterów”. Panowanie Jakuba I Stuarta i jego syna, Karola I. To także czas świetności diuka Buckinghama. Jeszcze raz oglądamy znane epizody historii: romans Anny Austriaczki, oblężenie La Rochelle, zamach Feltona. Tyle tylko, że tym razem spoglądamy z drugiej strony Kanału.
Snując dywagacje na temat książki "Ziemskie radości” nie sposób pominąć bardzo istotnego dla fabuły wątku miłości homoseksualnej. W moim odczuci Philippa Gregory świetnie poradziła sobie z tą delikatną materią. Sama nie ocenia, nie moralizuje. Opisuje historię tak jak widzi ją bohater. Nie boi się odważnych scen nie przekracza jednak granic dobrego smaku. Ani na chwilę nie popada w charakterystyczną dla wielu współczesnych powieści gejowskich wulgarność. Nie próbuje na siłę szokować – pisze tylko o tym, co jest fabularnie uzasadnione i potrzebne.
„Ziemskie radości” to książka dobra,  a wręcz bardzo dobra. Żal tylko, że na język polski nie przetłumaczono jej kontynuacji (tytuł oryginału „Virgin Earth”). A może przetłumaczono, tylko mnie nie udało się książki znaleźć? Będę wdzięczna za informacje.


 Moja ocena: 7,5/10

środa, 26 lutego 2014

L'ARPEGIATA W FILHARMONII NARODOWEJ


MÓJ KANDYDAT NA MIANO KONCERTU ROKU


Filharmonia Narodowa
25-02-2014

L’Arpeggiata
Christina Pluhar  Teorba
Nuria Rial Sopran
Vincenzo Capezzuto Alt
Doron Sherwin Cynk
Veronika Skuplik Skrzypce barokowe
Eero Palviainen  Arcylutnia i gitara barokowa
David Mayoral Perkusja
Francesco Turrisi Klawesyn
Boris Schmidt Kontrabas
Haru Kitamika Pozytyw

Nie od dziś wiadomo, że rzeczy niedopowiedziane poruszają bardziej niż wszelka dosłowność. Uruchamiają wyobraźnię, sięgają do najgłębszych pokładów świadomości, wydobywając z nich mniej lub bardziej oczywiste skojarzenia i wspomnienia. A co może być bardziej niedopowiedzianego niż muzyka – sztuka pozbawiona słów i obrazów, odwołująca się wyłącznie do wrażliwości i fantazji odbiorcy? Czy też tak macie, że słysząc kastaniety czujecie zapach wina i pomarańczy, a dźwięk siedmiostrunowej gitary sprawia, że zaczynacie szukacie ciepłego swetra? Dobry koncert potrafi przenieść nas wszędzie: do słonecznej Italii, albo do mroźnej Rosjii, na sawanny Afryki, albo zatłoczone ulice Nowego Jorku. Tym razem zespół L’Arpeggiata zaproponował nam wycieczkę w przeszłość. Za sprawą takich kompozytorów jak Claudio Monteverdi, Barbara Strozzi, Maurizio Cazzati, Benedetto Ferrari, Pandolfo Mealli i Giovanni Felice Sances, przenieśliśmy się do świata baroku.
Wiele osób nie przepada za muzyką dawną. Stosunkowo ograniczony materiał muzyczny i spore sformalizowanie kompozycji sprawia, że koncerty bywają monotonne – trzeba prawdziwego znawcy, by dostrzec i docenić subtelne różnice interpretacji kolejnych utworów. Takiego zarzutu nie można postawić koncertowi zespołu L’Arpeggiata. Wczorajszy wieczór to półtorej godziny przedniej rozrywki z najwyższej półki. Repertuar dobrano tak, by pokazać różne oblicza muzyki dawnej: utwory sakralne, dworskie, taneczne, ludowe. Od rzewnych hiszpańskich pieśni po tryskające życiem piosenki neapolitańskie. Artyści w niesamowity sposób manipulują nastrojem publiczności: w jednej chwili cała widownia pogrążona jest w zadumie, by za chwilę przejść w stan radosnego uniesienia. A całość przeplatana wspaniałymi żartami muzycznymi. Chyba po raz pierwszy słuchając utworu instrumentalnego popłakałam się ze śmiechu.
Do tego trzeba dodać ogromną wirtuozerię zarówno śpiewaków jak i instrumentalistów. Aż trudno uwierzyć, że można porwać publiczność wykonując pięciominutowy utwór na tamburynie – instrumencie, wydawałby się, o mocno ograniczonych możliwościach. A jednak się udało!
Nic więc dziwnego, że koncert zakończyły burzliwe owacje na stojąco, a artyści dwukrotnie bisowali. Dopiero koniec lutego, a ja już mam poważnego kandydata na koncert roku.

poniedziałek, 24 lutego 2014

ARNALDUR INDRIDASON "GŁOS"

DRUGIE SPOTKANIE Z ISLANDZKIM KRYMINAŁEM




Tytuł: Głos
Tytuł oryginału: Roddin
Autor: Arnaldur Indridason
Tłumacz: Jacek Godek
Wydawca: WAB
Data wydania: 2011
Liczba stron: 340
ISBN: 978-83-7747-527-0

„Głos” to druga książka Arnaldura Indridasona jaką przyszło mi przeczytać. Tym razem autorowi udało się uniknąć większości grzechów popełnionych w „Grobowej ciszy” (http://polekturze.blogspot.com/2014/02/arnaldur-indridason-grobowa-cisza.html). Książka jest spójna, kompozycja dojrzała, zagadka nie jest oczywista, a wszelkie błędne tropy, wiodące głównego bohatera (i czytelnika) na manowce dobrze przemyślano.
W Reykjaviku, w samym środku zimy – tuż przed świętami Bożego Narodzenia, w dużym hotelu zamordowany zostaje Święty Mikołaj. Oczywiście, nie prawdziwy Mikołaj, lecz mający odegrać jego rolę portier (a właściwie "złota rączka"). Sceneria zbrodni wskazuje, że w tle leży historia „tylko dla dorosłych”. Prowadzącemu śledztwo komisarzowi Erlendurowi początkowo trudno jest popchnąć sprawę do przodu. Śledztwo zdaje się stać w miejscu. Nie oznacza to jednak, że w książce nic się nie dzieje. Wręcz przeciwnie, akcja jest nadspodziewanie wartka i wciągająca.
Arnaldur Indridason nie popadł też, na szczęście, w irytującą manierę pisarzy skandynawskich, nakazującą szczegółowo opisać każdy mebel z Ikei stojący w domu bohatera i dołączyć do powieści pełną specyfikację techniczną lodówki, z której to detektyw wyjął mleko (2,3% tłuszczu) i dwa jaja (z chowu ściółkowego). Wręcz przeciwnie, styl Indridasona jest zwięzły, a liczba szczegółów sprowadzona do niezbędnego minimum, co w rezultacie daje książkę niezbyt obszerną jak na współczesne standardy.
Autor nie byłby Skandynawem, gdyby w jego prozie nie dominowały problemy socjologiczne. Wykreowany w „Głosie” obraz współczesnego społeczeństwa islandzkiego jest mocno przygnębiający. Nie byłam nigdy ani w Reykjaviku, ani nawet w jego okolicach, ale jakoś trudno mi uwierzyć w istnienie społeczeństwa składającego się wyłącznie z prostytutek, narkomanów, alkoholików, homoseksualistów i dilerów. Aha, są jeszcze rozwiedzeni, zdołowani policjanci (z córkami narkomankami) i pracownicy opieki społecznej (z lekka nieudolni). Z pewnością nie jest to miejsce, gdzie chciałabym zamieszkać chociażby na krótko.
Podsumowując. „Głos” Arnaldura Indridasona to kawał dobrego, klasycznego kryminału.

Moja ocena: 7/10


niedziela, 23 lutego 2014

"OŻENEK" GOGOLA W REŻYSERII IWANA WYRYPAJEWA

ROSYJSKA SZTUKA W ROSYJSKIEJ INTERPRETACJI


Teatr Studio, (Duża Scena)
Tytuł: Ożenek (Женитьба)
Autor: Mikołaj Gogol
Przekład: Julian Tuwim
Reżyseria: Iwan Wyrypajew
Scenografia: Anna Met
Kostiumy: Katarzyna Lewińska
Występują: Agata Buzek-Mazan, Karolina Gruszka, Monika Pikuła, Marcin Bosak, Łukasz Lewandowski, Wojciech Solarz, Mirosław Zbrojewicz
Modest Ruciński, Jakub Kamieński, Julia Sobiesiak


Wybierając się na spektakl nie wiedziałam, czego się spodziewać. Bo z jednej strony Gogol – trudno sobie wyobrazić bardziej „klasyczną klasykę”, z drugiej strony Wyrypajew – twórca mocno specyficzny. Co taki reżyser może zrobić z XIX-wieczną satyrą? Szczególnie na deskach teatru „Studio”, które niejeden eksperyment już widziały? To właśnie w tym teatrze, wiele lat temu zostałam na spektaklu Szajny polana przez aktora wodą, to tam, mój kolega, który nieopatrznie kupił bilety w pierwszym rzędzie, został z premedytacją opluty (nie pomnę już, co za awangardowe dzieło to było). Ale nic to! Jest ryzyko, jest zabawa! Ruszyłam, z silnym postanowieniem, że nie zadziwi mnie nic – nawet przeniesienie akcji na stację kosmiczną.
A jednak reżyserowi udało się wprowadzić mnie w osłupienie już na samym początku. Spektakl Wyrypajewa jest klasyczny do granic absurdu. Potrzebowałam dobrych kilku minut, zanim zorientowałam się o co chodzi. Otóż aktorzy nie grają „tak po prostu”. Oni "grają że grają". Klasyczna recytacja, momentami na granicy śpiewu jest w pierwszej chwili trudna do zaakceptowania dla współczesnego widza. Nienaturalność tego co się dzieje na scenie podkreśla także dobór aktorów i ich charakteryzacja. Widzimy demonstracyjnie  przyklejone gumowe nosy, sztuczne łysiny na głowach młodych mężczyzn i równie młodą aktorkę ostentacyjnie zgarbioną i podpierającą się laską. Na szczęście dość szybko „kupiłam” reżyserką koncepcję i nic nie przeszkadzało mi w dalszym odbiorze spektaklu.
Paradoksalnie, dzięki takiej hiper-teatralizacji sztuka zyskuje uniwersalny wymiar. Wyrypajew wysyła do widza jednoznaczny komunikat "To nie jest sztuka o Podlesinie, Agafii Tichonownie, Koczariewie i innych. To opowieść o postawach, które te postaci reprezentują". Reżyser pokazuje jak niewiele ludzka psychika zmienia się na przestrzeni wieku. To nie jest spektakl ani o obyczajowości carskiej Rosji, ani o dylematach współczesności.  „Ożenek” w reżyserii Wyrypajewa to opowieść uniwersalna, o ludziach uwikłanych w odwieczny  wewnętrzny konflikt między tym czego chcemy (lub wręcz przeciwnie – nie chcemy), a tym co uważamy, że powinniśmy chcieć. Właśnie „chcieć”.  Opowieść o tym, jak często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że nasze dążenia nie mają nic wspólnego z osobistymi aspiracjami i marzeniem, że są jeno projekcją obiegowych prawd, w które dawno nikt już nie wierzy.  I o tym, jak różnie radzimy sobie z tęsknotą za miłością i bliskością: jedni gotowi są wejść w każdy związek byleby tylko uciec samotności, inni wręcz przeciwnie, ze strachu przed niepowodzeniem uciekają w alienację tak, jak Podlesin rejterujący w ostatniej chwili przez okno.
Kontrapunktem dla karykaturalnej akcji są intermezza – prawosławne chorały śpiewane na żywo przez grupę wokalną (Sopiłka, Bikont, Winiarska, Szymański, Czerwińska). Podkreślają ogromny dysonans między mistycznym wymiarem małżeństwa w kulturze prawosławia, a groteskową rzeczywistością.
Z pewnością zaprezentowany w Studio spektakl nie jest przeznaczona dla miłośników klastycznego teatru. Ktoś przyzwyczajony do lekkich, wręcz niefrasobliwych, inscenizacji „Ożenku”, jakie przeważają od dziesięcioleci na deskach polskich teatrów, może poczuć się lekko zagubiony. Jednak dla większości teatromanów „Ożenek” Wyrypajewa będzie wspaniałą przygodą. W końcu większość miłośników dosłowności już dawno przeniosła się do sal kinowych. Najlepiej z 3D.


PS. W teatrze Studio nadal nie należy siadać w pierwszym rzędzie. Co prawda nikt nie pluje, ani nie polewa wodą (przynajmniej na „Ożenku”), ale scenę wysunięto tak blisko widza (czyżby to swoista forma burzenia „czwartej ściany”?), że podziwiać można co najwyżej zelówki aktorów.

piątek, 21 lutego 2014

ARNALDUR INDRIDASON "GROBOWA CISZA"

JAK ZROBIĆ KRZYWDĘ NIEZŁEJ KSIĄŻCE



Tytuł: Grobowa cisza
Tytuł oryginału: Grafarpogn
Autor: Arnaldur Indridason
Tłumacz: Jacek Godek
Wydawca: WAB
Data wydania: 2011
Liczba stron: 324
ISBN: 978-83-7747-592-8


Arnaldur Indridason został skrzywdzony. „Grobowa cisza” – książka jego autorstwa została skrzywdzona. Czytelnik został skrzywdzony. A wszystko przez stereotypy i okrutne prawa marketingu.
Indridason pochodzi z Islandii. Tam się urodził, tam mieszka i tam pisze swoje książki. Jak by więc na sprawę nie patrzeć  jest pisarzem skandynawskim. A jeśli pisarz skandynawski, to co? To, oczywiście, kryminał! Pisarz skandynawski nie może napisać powieści historycznej. Ani obyczajowej. Ani fantastycznej. Ma być kryminał i basta!
Pisząc „Grobową ciszę” Indridason miał pomysł na dobrą powieść obyczajową. Może nie wybitną, ale z pewnością dobrą. Na powieść „o czymś”. O patologii w rodzinie, o tym jak zło, którego doświadczamy wpływa na nas i na naszych bliskich, o tym jak trudno wyrwać się z zaklętego kręgu przemocy. Na powieść o mrocznej stronie islandzkiej duszy. Na powieść o historii kraju tak nam mało znanego. Niestety, uparł się (a może nie on tylko wydawca?), że ma być kryminał. Co otrzymaliśmy w rezultacie?
Po pierwsze zagadkę, która nie jest zagadką. Nawet najbardziej naiwny czytelnik domyśli się rozwiązania najpóźniej po przeczytaniu jednej trzeciej powieści. Przyznam się, że w skrytości ducha do końca liczyłam na zaskoczenie. Miałam nadzieję, że autor tylko podpuszcza czytelnika i oszołomi  go czymś w ostatnim rozdziale. Nic z tego.
Po drugie, błędne tropy subtelne niczym łata no łokciu wieczorowej sukni.  I rzecz nawet nie w tym, że „zmyłki” są grubymi nićmi szyte. Problem w kompozycji. Czytelnik wyraźnie czuje, że wstawiono je na siłę, próbując zagmatwać zagadkę. Przemknęła mi nawet przez głowę myśl, że fragmenty te dopisano po ukończeniu książki, na wyraźnie żądanie redakcji. Ale to tylko moje, niczym nie poparte podejrzenia.
Po trzecie, pasujący jak pięść do nosa happy end. Co prawda teraz, gdy piszę te słowa, wiem, że był on potrzebny z punktu widzenia fabuły kolejnego tomu (czytam, czytam, a jak przeczytam natychmiast napiszę), ale podczas lektury „Grobowej ciszy” czułam się, jakby mnie ktoś pięścią w głowę zdzielił.
A przecież „Grobowa cisza” nie jest książką złą. Jest napisana przyjemnym językiem (duży plus dla tłumacza), akcja toczy się w dobrym tempie – nie za wolno i nie za szybko. Postaci są ciekawe i wiarygodne. Dodatkowym „bonusem” jest możliwość poznania realiów islandzkiego życia i obyczajowości – tej obecnej i tej sprzed lat (książka toczy się równolegle w dwóch liniach czasowych: współcześnie i pod koniec II wojny światowej). Podsumowując, można przeczytać, nie będzie to czas stracony, ale szału nie ma.


Moja ocena: 6/10

wtorek, 18 lutego 2014

HAMISH MACBETH I ŚMIERĆ MILUSIŃSKIEJ

RUDY SZKOT ZNOWU W AKCJI


Tytuł:Hamish Macbeth i śmierć milusińskiej
Tytuł oryginału: Death of a Gentle Lady, A Hamish Macbeth Murder Mystery
Autor: M.C. Beaton
Tłumacz: Monika Zapała
Wydawca: Edipresse Polska S.A.
Data wydania: 2013
Liczba stron: 288
ISBN: 978-83-7769-925-6


Dlaczego ja to jeszcze czytam? – zapytał mój mąż sięgając po 23 (!) tom serii o przygodach Hamisha Macbetha. Takie samo pytanie mogłabym zadać i ja. Książki o szkockim detektywie z pewnością nie są dziełami wybitnymi: mają nieskomplikowaną fabułę, proste postacie, niezbyt wyrafinowane zagadki. Coś w nich jednak musi być, bo mimo dość niepochlebnej opinii jaką wystawiłam tomowi 1 (http://polekturze.blogspot.com/2013/05/szkocki-detektyw-jednak-rozczarowanie.html) twardo czytam kolejne części.
Myślę, że o sukcesie książek o Hamishu decydują – paradoksalnie – ich wady. Jest to lektura zupełnie nie obciążająca mózgu, niemęcząca, w sam raz na wieczór po męczącym dniu, gdy człowiek z trudem przypomina sobie własne imię.  Książka z gatunku tych, co to spływają po czytelniku jak woda po kaczce. Dwa dni po zakończeniu lektury z trudem przypominam sobie kto zabił.
Książce nie pomaga też z pewnością tłumaczenie i redakcja. Nie jestem wybitnym językoznawcą, ale przetłumaczenie „Gentle Lady” jako „milusińska” woła o pomstę do nieba. Na wszelki wypadek sprawdziłam w dwóch niezależnych słownikach, aby się upewnić. Niestety, wychodzi na to, że mam rację – milusiński to dzieciak, a nie miły staruszek. W związku z tym tytuł kompletnie nie ma sensu, gdyż żaden milusiński (ani milusińska) tam nie giną. Nie żebym była żądna krwi niewiniątek, ale gdy biorę do ręki książkę „Przygody krokodyla” mam prawo spodziewać się opowieści o krokodylu, ewentualnie o kimś noszącym imię bądź przezwisko „krokodyl”. Ale nie o wielbłądzie. Takich „kwiatków” jest niestety więcej.


Moja ocena: 4/10
Statystyki, katalog stron www, dobre i ciekawe strony internetowe